Forum Bałtycko-Czarnomorskie

W dniach od 9-10 marca 2017 na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie miało miejsce drugie forum Centrum Badań Bałtycko-Czarnomorskich. O wydarzeniu tym pisała (tylko) „Rzeczpospolita” piórem swego korespondenta Rusłana Szoszyna. Pierwsze forum odbyło się 1 grudnia 2016 roku w Kijowie i dotyczyło  przede wszystkim Ukrainy. Wzywano do przywrócenia pokoju na wschodzie Ukrainy. Forum zostało zorganizowane przez absolwentki programu Kirklanda już w rok po zakończeniu przez nie stypendium. W Kijowie obecni byli: Gienadij Burbulis, Petru Lucinschi, Arnold Ruutel, Wiktor Juszczenko, Leonid Krawczuk, Leonid Kuczma, Vytautas Landsbergis, Stanisław Szuszkiewicz. Współorganizatorami forum był Instytut Prezydenta W. Juszczenki oraz Moskiewskie Centrum Politologiczne „Strategia”. Pod wspólnym oświadczeniem podpisy złożyli także Waldis Zatlers (Łotwa) i Lech Wałęsa. Utworzona została „Rada Mędrców”, w której, poza wymienionymi gośćmi forum, udział zadeklarować mieli m.in.: Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski. Radzie ma służyć wsparciem grupa ekspertów rekrutujących się m.in. z grona absolwentów programu Kirklanda. Program imienia Lane’a Kirklanda, którego absolwenci organizują fora Bałtycko-Czarnomorskie, finansowany jest ze środków Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności. Realizowany jest od 2000 roku i ma na celu przekazywanie polskich doświadczeń w zakresie transformacji ustrojowej przedstawicielom krajów Europy Wschodniej poprzez dwusemestralne studia na polskich uczelniach.

W kowieńskim forum natomiast udział wzięli byli prezydenci Polski, Ukrainy, Mołdawii oraz państw bałtyckich (Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Vytautas Landsbergis, Arnold Ruutel, Stanisław Szuszkiewicz, Petru Lucinschi.)  Obecny był też aktualny szef litewskiej dyplomacji Linas Linkevicius oraz przedstawiciel Rosji Gienadij Barbulis, który swego czasu, wraz z prezydentem Borysem Jelcynem podpisał w Puszczy Białowieskiej rozwiązanie Związku Radzieckiego. Miejsce i czas forum wybrane zostało nieprzypadkowo, gdyż 11 marca Litwa obchodzi Dzień Odrodzenia Niepodległości, odzyskanej jeszcze przed upadkiem ZSRR. Irina Wereszczuk, szefowa Centrum Badań Bałtycko-Czarnomorskich oświadczyła w Kownie, że celem dalekosiężnym inicjatywy jest utworzenie sojuszu międzymorza (od Bałtyku po Morze Czarne), ale zaznaczyła, że nie chodzi tu o ideę, której hołdował Józef Piłsudski: „Musimy wyciągnąć  wnioski z błędów, które wtedy zostały popełnione. Tworzymy platformę, która pomoże nam rozmawiać o wyzwaniach, przed jakimi stoi region”. Głównym wyzwaniem dla regionu , zdaniem Wereszczuk, jest rosyjska aneksja Krymu i wojna w Donbasie.

Vytautas Landsbergis, pierwszy prezydent niepodległej Litwy stwierdził w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że Litwa w obecnej sytuacji geopolitycznej musi być w każdej chwili gotowa do obrony swej niepodległości. Powiedział też, że rewanżyzm dawnego imperium rosyjskiego jest chorobą, „i my powinniśmy zastanowić się nad tym, jak pomóc Rosji przeżyć i pozbyć się jej”. Były prezydent Estonii Arnold Ruutel przekonywał w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że żaden z krajów bałtyckich nie może się dzisiaj czuć bezpiecznie. Nigdy nie wiadomo, kiedy i w którym miejscu pojawić się mogą „zielone ludziki”. Dotyczy to w pierwszej kolejności Estonii i Łotwy, ponieważ rosyjskojęzyczni stanowią tu znaczną część społeczeństwa. Były prezydent Mołdawii Petru Lucinschi zauważył natomiast, że uczestnicy forum sięgają niestety po to, co nas dzieli. Coraz więcej pytań mają do siebie Polska i Ukraina co do oceny tragedii wołyńskiej, rośnie napięcie między Rosją i państwami bałtyckimi, a Mołdawia ma zamrożony konflikt w Nadniestrzu. Prezydent Lucinschi powiedział także, że nasze kraje nie są gotowe do ewentualnego sojuszu Donalda Trumpa z Władimirem Putinem, a wykluczyć tego - jego zdaniem - nie można. Prezydent  Lech Wałęsa mówił o potrzebie integracji krajów Międzymorza. Ta inicjatywa, jego zdaniem, przetrwa jeśli okaże się konieczna, jeżeli okaże się pomyłką – upadnie. (patrz: Rusłan Szoszyn, Rzeczpospolita, 10.03. i 13.03. 2017).

Można odnieść wrażenie, że uczestnicy spotkania dot. współpracy państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym nie sprecyzowali dokładnie przedmiotu swych debat, skoro Andrzej Pukszto, litewski politolog polskiego pochodzenia poinformował, że do inicjatywy dołącza się leżąca nad Adriatykiem Chorwacja. Oznaczało by to bowiem włączenie obszaru między Bałtykiem a Morzem Czarnym do Trójmorza (patrz: Maksymilian Podstawski, Trójmorze, Nowe Perspektywy, nr 15, listopad 2016). Jego stwierdzenie uwiarygodniałby jednak fakt, że forum w Kownie odwiedzili podobno prawie wszyscy ambasadorowie postsocjalistycznych państw na Litwie. Warto przy tym zauważyć, że do projektu Trójmorza należy 12 państw regionu wchodzących w skład Unii Europejskiej (Chorwacja, Polska, Węgry, Litwa, Słowenia, Bułgaria, Czechy, Rumunia, Słowacja, Austria, Estonia i Łotwa). Nie ma tam więc Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, ani tym bardziej Rosji, która pracami forum Bałtycko-Czarnomorskiego jest najwyraźniej również zainteresowana.

Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA międzynarodowe uwarunkowania uległy zmianie do tego stopnia, że Stany i Rosja zawrzeć mogą umowę, która usankcjonuje sytuację na Krymie i w Donbasie. Okazać się może, iż zamrożony konflikt na Ukrainie trwać będzie jeszcze przez wiele lat, a USA nie będą miały zamiaru włączenia Ukrainy do NATO. Stany nie będą też szczególnie wspierać jej zbliżenia do struktur Zachodu. Pisał o tym niedawno szef Stratforu George Friedman, z zastrzeżeniem co prawda, że są to jego prywatne poglądy: „Trump dostrzega, że amerykańskie i rosyjskie interesy są zbieżne. Waszyngton i Moskwa mogą się zgodzić na neutralizację Ukrainy. Kijów mógłby mieć gospodarcze i polityczne więzi z Zachodem, ale Ukraina nie byłaby częścią jakiegokolwiek sojuszu zbrojnego, ani nie byłaby bazą dla zachodnich sił zbrojnych. Stany Zjednoczone potrzebują buforu, by chronić sojuszników we Wschodniej Europie, ale oprócz tego nie posiadają nadrzędnego interesu na Ukrainie. Rosja domaga się pewnego stopnia autonomii na wschodniej Ukrainie i utrzymania swych interesów na Krymie, gdzie tak czy owak, ma zagwarantowane traktatem prawa w Sewastopolu. Sprawa Ukrainy może być rozwiązana w kontekście wspólnych operacji przeciwko skrajnemu islamowi. Trump jest świadom oczywiście problemów ekonomicznych Rosji i widzi w nich dźwignię nacisku, by osiągnąć swój cel”. (George Friedman, Donald Trump has a coherent Radical Policy Doctrine, Internet, Real Clear World, 20 January, 2017, tłumaczenie moje, M.P.). Podobne poglądy głosi Henry Kissinger, doradca Trumpa. Uważa on, że Rosja powinna opuścić Donbas, w zamian za przemilczenie tematu Krymu. (Heiko Roloff, Peter Tiede, Kissinger soll neuen Kalten Krieg verhindern, Bild 26.12.2016, Internet). Zbliżone poglądy prezentuje od dawna Zbigniew Brzeziński, który wzywa do finlandyzacji Ukrainy i uważa, że warunkiem rozwiązania konfliktu w Donbasie jest udzielenie Rosji gwarancji, że Ukraina nie zostanie przyjęta do NATO. Należy sądzić, że w skrajnym przypadku mogłoby to oznaczać, iż nawet należąc do Unii Europejskiej Ukraina nie miała by także prawa uczestniczenia  w unijnych siłach obronnych.

O ile idea „Trójmorza”, której w Polsce patronuje prezydent Andrzej Duda jest realizowana i ma wszelkie szanse kontynuacji, to Forum Bałtycko-Czarnomorskie jest jedynie platformą do dyskusji. Trójmorze zarzuca kotwicę w strukturach europejskich i ma m.in. poważne koncepcyjne wsparcie ze strony amerykańskiego think tanku Atlantic Council (patrz np. wystąpienie gen. Jamesa L. Jonesa Jra. w Dubrowniku, na spotkaniu państw Trójmorza, 25.08.2016, Internet). Zainteresowane inwestowaniem na obszarze Trójmorza są Chiny Ludowe, które podobnie jak USA, wzięły udział w spotkaniu w Dubrowniku. Forum Bałtycko-Czarnomorskie natomiast nie ma żadnych możliwości praktycznej realizacji. Uzasadnione są obawy przedstawiane np. przez byłego prezydenta Mołdawii co do przyszłości regionu w związku z możliwym zbliżeniem stanowisk USA i Rosji w sprawie Ukrainy.

W niektórych opiniach wyrażanych na Ukrainie odczuwalna jest frustracja i rozczarowanie zarówno wobec NATO, jak i Unii Europejskiej. Niekiedy są to opinie skrajne. Tak np. na IX polsko -ukraińskim spotkaniu w Jaremczu (w ukraińskich Karpatach), Grigorij Perepelica, ukraiński politolog z Akademii Dyplomatycznej MSZ Ukrainy powiedział: „NATO nie daje nadziei w regionie, a Zachód nie wydaje się gotowy do konfrontacji z Rosją. Zachód nie pokazuje, że posiada odpowiednie instrumentarium do rywalizacji z Kremlem. Polska i Ukraina za bardzo polegały w przeszłości i teraz na organizacjach międzynarodowych, jak NATO i UE. Warszawa i Kijów powinny budować własną koncepcję bezpieczeństwa regionalnego. Zachód obudzi się dopiero jak Rosja zaatakuje kraje bałtyckie i Polskę”. (Dr. Adam Lelonek, Geopolityka Polski i Ukrainy, Kurier Galicyjski, 14.10.2016, Internet). Podczas spotkania w Jaremczu (23-25.09.2016) wśród wielu innych spraw, omawiano m.in. koncepcję Międzymorza i sytuację międzynarodową po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Moderatorem dyskusji był profesor Jan Malicki. 

Pomysły na powstanie Międzymorza między Bałtykiem a Morzem Czarnym, na  podłączenie regionu do projektu Trójmorza, czy nawet sojuszu nie są żadną realną alternatywą dla państw tego obszaru. Co nie oznacza, że Forum Bałtycko-Czarnomorskie nie ma racji bytu, wręcz przeciwnie, powinno ono pozostać przede wszystkim platformą dyskusji dla polityków nie pełniących aktualnie funkcji państwowych. Ważne, że w tej dyskusji udział też biorą przedstawiciele Rosji.

 

Były dyplomata, uczestnik misji pokojowych, publicysta, członek Zespołu Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową

Warszawa, Marzec 2017

Maksymilian Podstawski


 

Festung Europa - Krajobraz przed bitwą

Słuchając larum płynącego z Brukseli nasuwa się nieodparte wrażenie, że oto żyjemy wszyscy w osaczonej ze wszech stron twierdzy! Zagrażają jej podstępny Putin, obleśny Trump oraz – co najgorsze – rzesze populistów zajmujące się skutecznym ogłupianiem wyborców, którzy nagle przestali dostrzegać w walącym się na naszych oczach neoliberalnym „raju” bezalternatywne i jedynie słuszne rozwiązanie. Aby zatem zdiagnozować istniejący na chwilę obecną stan rzeczy spróbujmy przeprowadzić krótką analizę pozwalającą przede wszystkim oddzielić przyczyny od skutków aby określić stan „chorego” i być może zaproponować jego leczenie. Oto bardzo pobieżny rzut oka na dzisiejszą rzeczywistość będącą w moim mniemaniu przyczyną zmierzchu europejskiego projektu. Z uwagi na objętość prezentowanego materiału pozwalam sobie przedstawić go w rozbiciu na bloki tematyczne.

Europejska solidarność

Jako jej przykład przywołuje się zwykle „pomoc” udzielaną pogrążonej w kryzysie Grecji – spójrzmy na czym owe dobrodziejstwo polegało.

W działalności bankowej obowiązuje żelazna zasada „no bailout” czyli zakaz udzielania pomocy niewypłacalnemu dłużnikowi. Kiedy w 2010 roku Grecja stała się niewypłacalna, rządy Niemiec i Francji odmówiły jej  prawa do niespłacania zadłużenia wobec francuskich i niemieckich banków. Pierwsza transza tzw. „pomocy” z Europejskiego Banku Centralnego ( EBC ) była przeznaczona wyłącznie na zaspokojenie roszczeń wymienionych banków co pogłębiło niewypłacalność kraju trwale uzależniając grecki rząd od kolejnych pożyczek, których nigdy nie będzie mógł spłacić.

Gdyby postąpiono zgodnie z zasadami, doprowadziło by to do zamknięcia greckich banków i natychmiastowego wyjścia Grecji za strefy euro, gdyż rząd byłby zmuszony do wyemitowania własnej płynności. Aby zakończyć niewypłacalność Grecji musiano by znacząco zrestrukturyzować jej długi – zamiast tego wybrano dalsze jej pogrążanie za iluzję fasadowej „wypłacalności”.

A jak wyszli na greckiej tragedii najgłośniej krzyczący o „europejskiej solidarności”? Niemiecki  Instytut Badań nad Gospodarką im. Leibnitza w swoim opracowaniu z 12.08.2015 ujawnił, że najwięcej zarobiły na kryzysie Niemcy, które tylko na obniżeniu oprocentowania niemieckich obligacji „przytuliły” – drobiazg! – 100 mld euro! Co więcej autorzy opracowania twierdzą, że nasi zaradni sąsiedzi zza Odry będą nadal zarabiać nawet, gdy Grecja nie spłaci swoich długów. Jak napisano „ … złe wieści dla Grecji były dobre dla Niemiec …”

Ostatnio na spotkaniu ministrów finansów strefy euro uzgodniono zmianę podejścia do nieszczęsnego kraju by mógł on zacząć  przeprowadzać reformy strukturalne zamiast kolejnych duszących gospodarkę cięć społecznych.  Skąd ten przypływ dobroci? Czyżby ktoś nagle dostrzegł tragedię greckiego społeczeństwa? Rozwiązanie  zagadki zawiera komunikat końcowy, w którym podano jako przyczynę zmiany stanowiska … nadchodzącą serię wyborów w ważnych państwach Unii Europejskiej! Przerażający cynizm!

Patrząc na zachowania unijnych przywódców w chwili gdy w grę wchodzi interes ich kraju , przypomina mi się taki oto stary dowcip, który opowiedziano mi we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w czasie wizyty na bratniej Litwie. Do gabinetu rejonowego sekretarza Partii wpada wzburzony członek tejże , który właśnie wyszedł z zakończonego przed chwilą zebrania. Towarzyszu Sekretarzu! Ukradziono mi płaszcz, który zostawiłem w szatni. Jak to możliwe, przecież na zebraniu nie było nikogo obcego? I Sekretarz wstał zza biurka i przywołał skarżącego się do gabinetu. Tam zaprowadził go do wiszącego nad biurkiem obrazu przedstawiającego W.I.Lenina wśród piotrogrodzkich robotników. Wiecie, kto to jest ? – pyta delikwenta. Oczywiście, to przecież Wódz Rewolucji w otoczeniu robotników! A przyjrzyjcie no się co Włodzimierz Ilicz trzyma w ręku? No , czapkę … Widzicie, jest wśród swoich, robotników, ale czapkę w ręku trzyma!

Aby nie odbiegać daleko pozostańmy jeszcze chwilę na Litwie. W 2006 roku nasz koncern paliwowy PKN Orlen zrobił „interes życia” zakupując za astronomiczną kwotę upadającą litewską rafinerię w Możejkach by nie wpadła ona – uchowaj Boże  – w szpetne łapska rosyjskiego kapitału.

Litwini po odetchnięciu z ulgą, rychło zaczęli okazywać swą wdzięczność. Na początek podniesiono płockiemu koncernowi taryfy przewozowe grubo powyżej stawek płaconych przez konkurencję – w tym  firm białoruskich. Kiedy niezrażeni Polacy zaczęli korzystać z usług innego przewoźnika, sprytni gospodarze zdemontowali 19 km torów kolejowych, z których korzystano. Po kilkuletnich, bezowocnych próbach dogadania się , PKN Orlen wystąpił w 2011 roku do Europejskiej Komisji Konkurencyjności - postępowanie trwa i według ostrożnych prognoz w przypadku złożenia przez Litwinów apelacji potrwa jeszcze od 5 do 7 lat !

Podobnie sprawy się układają z naszym najbliższym sąsiadem – Czechami. Najpierw czeskie służby sanitarne dostały poufną instrukcję aby szczególnie drobiazgowo kontrolowały polskie produkty żywnościowe – krótko po tym zniszczono 5 milionów jaj z Polski pod pretekstem zagrożenia zakażeniem  salmonellą.

Te i inne czeskie szykany są - zdaniem naszych producentów żywności - nieczystą konkurencją mającą wypchnąć ich z tamtejszego  rynku.

No dobrze – powiecie Państwo – oba przytoczone przykłady dotyczą „Papuasów” z naszej części Europy ale na Zachodzie …

Służę przykładami. W listopadzie ubiegłego roku hiszpański statek badający dno morza naruszył w okolicach Gibraltaru brytyjskie wody terytorialne. Natychmiast pływająca w pobliżu jednostka Royal Navy oddała w kierunku swego sojusznika z NATO salwę ostrzegawczą a w hiszpańskim MSZ wylądowała nota protestacyjna.

Podobnie mocno trzymają w ręku swoje czapki nawet rządy krajów – założycieli wspólnej Europy. Imaginujcie sobie Państwo, że w latach 60 ubiegłego wieku, rzeka Mozela będąca na pewnym odcinku granicą pomiędzy Belgią i Holandią nieznacznie zmieniła bieg, przez co część terenów została zalana a kawałek belgijskiej ziemi znalazł się po stronie holenderskiej.

Aby zobrazować skalę problemu dodam, że ostatecznie uzgodniono wymianę 14 h ziemi w korycie rzeki ( na rzecz Holandii ) na 3 h na rzecz Belgii w innym miejscu. Negocjacje w sprawie korekty granicy rozpoczęto na początku lat 80 XX stulecia a ich sukces odtrąbiono … 28 listopada 2016 roku!

Zapewne także europejską solidarnością dyktowane są prace parlamentów Austrii i Niemiec, zmierzające do obniżenia zasiłków na dzieci obcokrajowców z UE nie zamieszkujących z rodzicami na terenie tych krajów.

Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że po informacji o możliwości przejęcia zakładów „Opla” przez francuski koncern motoryzacyjny PSA ( Renault, Citroen ) -  co ostatecznie nastąpiło - rządy Niemiec i Wielkiej Brytanii rozpoczęły rozmowy na wszystkich szczeblach by uzyskać pewność, że w przypadku fuzji, fabryki „Opla” w tych krajach nadal będą pracować! Czyżby nie wiedzieli, że kapitał nie ma narodowości a wszystko reguluje „niewidzialna ręka rynku”?!

Równi i równiejsi

Każdy dostatecznie długo stąpający po tym łez padole wie, że niby wszyscy ludzie są równi, ale niektórzy jakby nieco równiejsi … Te same zasady obowiązują rzecz jasna i w UE czego kilka przykładów pozwolę sobie przytoczyć.

Pamiętamy wszyscy niezwykle surowe zasady dyscypliny finansowej jakie Niemcy narzuciły pozostałym unijnym krajom. A jak te same zasady wdrażano w Niemczech? Ano w latach 2008 – 2009 zagrożone kryzysem niemieckie banki dostały kilkaset miliardów euro gwarancji, zaś w niemiecką gospodarkę wpompowano 150 miliardów euro na nakręcenie koniunktury. Do miejsc pracy państwo dopłacało aby nie uległy one likwidacji ( kurzarbeit).

W tym samym czasie Grecji i Portugalii zafundowano cięcie wydatków i równoważenie budżetów dusząc w zarodku wszelki wzrost gospodarczy …

Wszyscy słyszeli o braku solidarności ze strony krajów Europy Środkowo – Wschodniej, które uparcie odmawiają zgody na obligatoryjne ilości „uchodźców”, które wszyscy MAJĄ przyjąć .

Popatrzmy zatem,  ilu ich przyjęły w okresie pomiędzy listopadem 2015 a kwietniem 2016 inne kraje: Francja 349 osób , Finlandia 246 , Holandia 98 , Belgia 24 ( ! ) i Hiszpania …18 !

Nikt o tym głośno nie wspomina, zresztą te informacje mają raczej wymiar anegdotyczny w przeciwieństwie do twardych danych dotyczących działalności Europejskiego Banku Centralnego. Przyjrzyjmy się z bliska głównym tej działalności beneficjentom.

Oto pod koniec roku 2014 ogłoszono z przytupem „Plan Junckera” mający na celu rozruszanie unijnej gospodarki.  Z tej formy unijnego wsparcia skorzystało - między innymi - 121 firm z pogrążonej w kryzysie Grecji oraz … około 30 tysięcy firm niemieckich!

Kolejnym mechanizmem, przy pomocy którego EBC pompuje pieniądze w unijną gospodarkę jest skupowanie obligacji państw strefy euro, co de facto prowadzi do umorzenia ich emitentom odsetek Idea chwalebna – popatrzmy na listę beneficjentów owej akcji charytatywnej. W ciągu półtora roku trwania akcji umorzono w ten sposób odsetki na łączną kwotę 645,1 mld euro z tego 171, 8 mld otrzymały Niemcy, 136, 5 mld Francja, 117, 8 mld Włochy, 38, 2 mld Holandia, 23, 6 mld Belgia i 1, 6 mld Luksemburg. Jak nietrudno policzyć kraje – założyciele otrzymały  489, 5 mld euro podczas gdy na „dolę” pozostałych 12  obdarowanych krajów wypadło łącznie 155, 6 mld euro – sporo mniej niż dostały Niemcy.

Byłbym zapomniał! Wśród adresatów tej formy pomocy próżno by szukać walczącej o życie Grecji… Swoistą kwintesencją stosunku  krajów „starej” Unii do jej  „młodszych” członków było zorganizowane zaraz po Brexicie spotkanie w sprawie przedyskutowania działań w zmienionej sytuacji w którym wzięło udział – cóż za przypadek! -  sześć krajów, które 60 lat temu utworzyły EWG … Pozostałych nie puszczono „na pokoje”.

To „tylko” arogancja – gorzej, że na niej rzecz bynajmniej się nie kończy.  Oto naukowcy Wyższej Szkoły Chemiczno – Technicznej w Pradze stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że TE SAME produkty trafiające do sprzedaży w krajach Europy Zachodniej i Europy Środkowo – Wschodniej znacznie się od siebie różnią. Dla przykładu żywność jest droższa i gorsza jakościowo ale „za to” waga opakowania jest mniejsza pomimo wyższej ceny … Kto miałby jeszcze wątpliwości, może na własny użytek przeprowadzić eksperyment polegający na praniu z użyciem jednego z licznych dostępnych na naszym rynku niemieckich proszków, a następnie powtórzeniu doświadczenia z takim samym proszkiem zakupionym tym razem w Niemczech. Panie domu doskonale wiedzą o czym rzecz idzie …

Demokracja i europejskie wartości

Aby wyrobić sobie zdanie na temat stanu unijnej demokracji najlepiej prześledzić mechanizm podejmowania przez owe gremia decyzji. Dla „większej sprawności” najważniejsze decyzje są procedowane za zamkniętymi drzwiami z udziałem przedstawicieli Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i Przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie publikuje się dokumentów z owych posiedzeń ani informacji kiedy owe rozmowy się odbywają czyli całość jest całkowicie poza wszelką kontrolą publiczną.

Zresztą  czytając opublikowane w czeskich „Literarnich nowinach” rewelacje rodem z Fundacji „Otwarte Społeczeństwo” niejakiego George’a Sorosa zaczynam się zastanawiać czy opisana forma unijnej „demokracji” nie ma aby solidnego uzasadnienia. W sieci wyłożono listę – jak to określono – „zaufanych sojuszników” Fundacji, gdzie obok członków 11 unijnych komitetów i 26 delegacji wyszczególniono dane … 226 euro parlamentarzystów! Zaczyna się robić strasznie …

Do  przytoczonych przykładów można naturalnie dorzucić worek innych – podobnych: manipulowanie opinią publiczną przy pomocy cenzurowanych informacji o kolejnych zamachach, podwójne standardy każące widzieć w premierze Węgier prawie faszystę przy równoczesnym „niedostrzeganiu” faszystowskich bojówek na Ukrainie czy obchodów święta łotewskich formacji SS  z udziałem władz tego kraju itd. , itd. … Wydaje się, że zebranego materiału całkowicie wystarcza dla postawienia tezy, że obywatele unijnych krajów coraz lepiej to dostrzegają co budzi u nich zrozumiałą frustrację i sprzeciw. Ponieważ rządzące Europą „elity” uważają, że nic nie trzeba zmieniać a jedynie przetrwać chwilowy – jak im się wydaje – bunt społeczny, są wszelkie przesłanki po temu, że wspólna Europa może wkrótce przejść do historii .

Co można zrobić aby tak się nie stało ? Receptę na opamiętanie podał były szwedzki premier Carl Bildt : „ Unia Europejska nie będzie działać, dopóki wszystkie kraje członkowskie nie będą uznawane za równie ważne przy planowaniu wspólnej przyszłości” .

Czy główni unijni rozgrywający wzięli to sobie do serca kiedy 25 marca w Rzymie świętowali 60 lecie narodzin wspólnej Europy – w przeciwnym przypadku miła impreza urodzinowa ma szanse przekształcić się w stypę …

Piotr W. Sobolewski.

Trójmorze – Three Seas Initiative

W polityce zagranicznej prowadzonej przez kolejne ekipy w Polsce cenna jest (czy wskazana byłaby) jej kontynuacja, a w razie konieczności, jej modyfikacja. Nie zmiana, lecz modyfikacja. Nie należy wykluczyć, że za 3 lata obecna ekipa Prawa i Sprawiedliwości zostanie odsunięta od władzy. Chodzi więc o kontynuację tego co  zarówno w polityce koalicji PO – PSL, jak i PiS było słuszne, lub w miarę słuszne (o tym co budzić może wątpliwości, w tym artykule nie będzie mowy).

W Polsce za politykę zagraniczna odpowiadają przede wszystkim dwa ośrodki: ministerstwo spraw zagranicznych i ośrodek prezydencki. Podczas zorganizowanej w listopadzie 2015 roku, z polsko-rumuńskiej inicjatywy, konferencji NATO poświęconej sprawom bezpieczeństwa, miały miejsce akcenty nawiązujące do J. Piłsudskiego i jego koncepcji Międzymorza. (W konferencji wziął udział polski prezydent). Akcenty te nie były  jednak, oprócz Polski i Rumunii, podchwycone przez pozostałych uczestników spotkania (Estonia, Litwa, Łotwa, Bułgaria, Słowacja i Węgry). (patrz: Maksymilian Podstawski, „Europa Środkowa w tym zwariowanym świecie, jesień 2015”, 23.11.2015, portal ROG-u).

Natomiast w toku spotkania w Dubrowniku (Chorwacja), które odbyło się w dniach 25-26 sierpnia 2016 roku, jego uczestnicy pochylili się już przede wszystkim nad problemami gospodarczymi regionu na osi Północ-Południe, a samą ideę integracyjną określili jako Trójmorze. Ta modyfikacja okazało się dla wszystkich uczestników spotkania do przyjęcia. W okresie międzywojnia używano w Polsce (i tylko w Polsce) skrótu ABC, określając tak obszar między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym. Obszar ten nazywano także Międzymorzem (Intermarium). Trójmorze to termin nowy, co sugerowałoby „zerwanie” z określeniem „Międzymorze”, który to termin mógł np. na Litwie, czy w Czechach, uczestniczących w spotkaniu kojarzyć się zbyt mocno z Józefem Piłsudskiem i z polityką jagiellońską przedwojennej Polski. Trójmorze przetłumaczono na angielski jako Three Seas Initiative – Inicjatywa Trzech Mórz (lub odwrotnie – Three Seas Initiative przetłumaczono ma Trójmorze). W Dubrowniku obradowali przedstawiciele 12 państw, prezydenci: Chorwacji (Kolinda Grabar – Kitarović, Polski (Andrzej Duda), Węgier (Janos Ader), Litwy (Dalia Grybauskaite), Słowenii (Borut Pahor), Bułgarii (Rosen Plewnelijew) oraz ministrowie z Czech, Rumunii, Słowacji, Austrii, Estonii i Łotwy. Pierwsza część obrad prowadzona była wspólnie przez prezydentów Polski i Chorwacji i dotyczyła spraw politycznych. Druga natomiast kwestii współpracy między rządami i firmami w obszarach infrastruktury energetycznej, transportowej i innych. Uczestnicy przyjęli wspólną deklarację o ustanowieniu nieformalnego, politycznego mechanizmu współpracy i koordynacji działań na rzecz wspólnych wysiłków inwestycyjnych dotyczących infrastruktury transportowej, energetycznej i informatycznej. W deklaracji podkreślono, że inicjatywa Trójmorza respektuje fundamentalne wartości i zasady Unii Europejskiej. Porozumienie we wskazanych obszarach, obawiali się niektórzy obserwatorzy przed spotkaniem, nie będzie łatwe. Trzeba będzie bowiem przekonać partnerów takich jak Tallin, Ryga czy Bratysława, że łączy je wspólnota strategicznych interesów z Bukaresztem czy Zagrzebiem. Trzeba też pogodzić Bukareszt z Budapesztem. Okazało się jednak, że wspólne interesy państw tego regionu (np. komunikacyjne i energetyczne) przeważyły nad rozbieżnościami, które niewątpliwie istnieją.

Warto zastanowić się w jakim stopniu polityka Trójmorza obecnej ekipy rządzącej w Polsce – Prawa i Sprawiedliwości (oraz wszystkich państw biorących udział w tym przedsięwzięciu) jest kontynuacją wysiłków poprzedniej ekipy, a w jakim stanowi nową jakość i czy ma szansę na kontynuację w przypadku zmiany władzy w Polsce (czy kontynuowana będzie przez inne państwa regionu – pokaże przyszłość, należy tu liczyć na autentyczną wspólnotę interesów). Trzeba już na wstępie stwierdzić, że jeżeli chodzi o cele gospodarcze, jakie stawiają przed sobą państwa regionu obecnie, to nie różnią się one wiele od tych, jakie realizowały te państwa poprzednio (w tym ekipa PO-PSL) i są właściwie ich doskonałym rozwinięciem. (Zainteresowanych odsyłam do swego artykułu „Bałkany 2012 – w kierunku integracji z resztą Europy (Znaczenie infrastruktury) zamieszczonym na portalu ROG-u). Różnice znajdziemy natomiast w sferze ideologicznej. Poprzednia ekipa PO-PSL nie odwoływała się do idei Międzymorza i prym w kształtowaniu polityki wobec regionu wiodło ministerstwo spraw zagranicznych a nie prezydent, mimo, że w ośrodku prezydenckim sam marszałek Piłsudski oraz jego idee Międzymorza cieszyły się sympatią. Tym sympatiom dawał wielokrotnie wyraz Bronisław Komorowski zanim zajął urząd Prezydenta. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski odrzucał jednak - i słusznie -  ideologię jagiellońską, a w swej polityce wobec regionu stawiał przede wszystkim na Grupę Wyszehradzką i formaty Wyszehrad 4 + (np. Rumunia czy Bułgaria lub zachodnie Bałkany). Równocześnie jednak prowadzono politykę zmierzającą do integracji Bałkanów z resztą Europy i współpracy w zakresie gospodarczym i komunikacyjnym w regionie środkowoeuropejskim, przy czym region ten nie nazywano Międzymorzem.

Prezydent Duda oświadczył w Dubrowniku, że państwa Trójmorza chcą się rozwijać, zacieśniać więzi, budować wspólną przestrzeń współpracy gospodarczej i w zakresie bezpieczeństwa. Chcemy jedności i integracji, co nie oznacza jednak, że chcemy uniformizacji. Z kolei prezydent Grabar-Kitarović podkreślała, że inicjatywa Trójmorza nie jest ukierunkowana na oddalanie się od Unii Europejskiej, ale na zacieranie różnic między państwami regionu oraz z tymi krajami członkowskimi UE, które mają dłuższą historię demokracji i wolnego rynku. Wyraziła nadzieję, że przez konkretne projekty i dzięki wspólnej wizji Europy prawdziwie wolnych krajów, a nie peryferii, inicjatywa przyczyni się do wzmocnienia samej Unii. O potrzebie wzmocnienia UE czytamy także w deklaracji. Zgodzono się w niej, że współpraca na obszarze Trójmorza, jak również wewnątrz Unii oraz w całej przestrzeni transatlantyckiej musi zostać ożywiona, „jednak bez tworzenia struktur równoległych wobec istniejących już mechanizmów współpracy”. W tym kontekście prezydent Duda ocenił, że „polityka zacieśniania więzi” między państwami Trójmorza jest elementem wspierającym unijną politykę spójności. Jej celem jest rozwój gospodarczy i zwiększenie konkurencyjności państw regionu. Kraje Trójmorza stanowią istotną część wspólnoty euroatlantyckiej. Dotychczasowy rozwój tego obszaru dokonywał się przede wszystkim na osi Wschód – Zachód. Dywersyfikacja dostaw energii: korytarz gazowy Północ-Południe i jego realizacja zmieni oblicze sektora energetycznego w regionie Europy Środkowej, chodzi tu o realizowany projekt korytarza gazowego łączący terminal LNG w Świnoujściu z terminalem na chorwackiej wyspie Krk. Prezydent zwrócił uwagę, że realizacja tego przedsięwzięcia otworzy możliwość dalszej dywersyfikacji źródeł energii i pozyskiwanie go m.in. z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, USA czy Kanady. Po uruchomieniu obu terminali, jak również zbudowaniu brakujących interkonektorów, region środkowoeuropejski stanie się atrakcyjnym rynkiem dla nowych dostawców. Podobnie jak za czasów poprzedniej ekipy (PO-PSL) w dyskusji pojawiały się dwa zasadnicze wątki: infrastruktura energetyczna, która umożliwi dywersyfikację dostaw i wspieranie się w sytuacjach kryzysowych oraz infrastruktura drogowa i kolejowa, a konkretnie projekty takie jak Via Baltica i Via Carpathia (ta ostatnia, biegnąca z Północy na Południe mieć będzie wyjątkowe znaczenie dla lepszego połączenia obszaru Trójmorza). .Prezydent zwrócił też uwagę na konieczność umacniania bliskości państw regionu poprzez współpracę naukową i kulturalną. (Gdyby udało się spełnić ten ostatni, niezwykle ważny i w zasadzie nowy postulat, oznaczałoby to dalszy krok w kierunku integracji regionu, M.P). Uczestnicy spotkania poparli inicjatywę Trójmorza, jako „nieformalną platformę” do pozyskiwania wsparcia dla projektów gospodarczych w regionie.

W spotkaniu w Dubrowniku w roli obserwatorów uczestniczyli przedstawiciele USA, Chin i Turcji. Przedstawiciel Stanów generał James L. Jones powiedział, że Trójmorze to sprawa kluczowa nie tylko dla rozwoju Europy, ale i dla jej bezpieczeństwa. (Należy zauważyć, że problematyka bezpieczeństwa była już obecna na poprzednich spotkaniach państw obszaru Trójmorza poświęconych sprawom współpracy gospodarczej). Dyrektor Liu Haixing z chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych oświadczył, że widzi w Trójmorzu partnera dla Jedwabnego Szlaku. Zainteresowanie Chin regionem Europy Środkowej, w tym Bałkanami nie jest oczywiście niczym nowym. (patrz: Maksymilian Podstawski, „Europa Środkowa – obecność Chin”, Warszawa, 31 marca 2011 na portalu ROG-u oraz w Nowych Perspektywach, kwartalnik, Nr 2, wrzesień 2011). Chiny inwestują na Bałkanach, a na swój przyczółek wybrały, jak się wydaje, Grecję. Turcję reprezentował wiceminister spraw zagranicznych Ahmet Yildiz, który przypomniał, że Turcja leży nad Morzem Czarnym i jej udział w inicjatywie Trójmorza jest (byłby?) ważny. (W tym miejscu wypada poczynić uwagę, że nad Morzem Czarnym leży także Rosja, a region Trójmorza to obszar między Niemcami, Rosją, Turcją a Włochami. M.P.). Turcja nie bierze, jak dotąd, udziału w pracach państw Trójmorza. Sytuacja wydaje się być dość delikatna, bo mówi się, że w przyszłości do Trójmorza dołączyć mogą, oprócz Turcji, jeszcze Azerbejdżan i Gruzja oraz Ukraina. (Udział tego ostatniego kraju jest zapewne brany poważnie pod uwagę, jakkolwiek do czasu wygaśnięcia konfliktu z Rosją nie wydaje się możliwy). Trzeba przyznać, że te ostatnie pomysły przypominają  nieco realizację idei prometejskich (też Józefa Piłsudskiego), mających na celu wyzwalanie narodów wchodzących w skład imperium rosyjskiego będącego, jak kiedyś mawiano, „więzieniem narodów”. Czasy te jednak wydają się dość odległe. Ewentualne zaproszenie Turcji i państw kaukaskich do udziału w Trójmorzu, godzić może więc w interesy rosyjskie. Nie spodobać się może także Niemcom, które, jak się wydaje, konkurują z Turcją o wpływy na Bałkanach. (Patrz: Maksymilian Podstawski: Kocioł bałkański, Przegląd, Nr 32, 8-15.08.2016).

Inicjatywa Trójmorza nie powinna być w żadnym przypadku dalekosiężnym planem rozluźniania związków z Unią Europejską. Takie obawy usłyszeć można np. w Niemczech. Może natomiast być zabezpieczeniem w razie osłabienia czy nawet rozpadu Unii poprzez zwiększenie nad Wisłą obecności NATO, które jest nie tylko sojuszem wojskowym, ale także organizacją polityczną. Analiza tekstów amerykańskich futurologów politycznych wskazywałaby, że Trójmorze cieszy się poparciem USA. Obiektywnie patrząc na uwarunkowania w obszarze środkowoeuropejskim, taktycznym sprzymierzeńcem Trójmorza w jego politycznym wymiarze, mogą być Stany Zjednoczone, ale strategicznego i stałego poparcia zamysł ten, przynajmniej na razie, nie ma znikąd. Stałego, strategicznego poparcia dla idei Trójmorza poszukiwać należy przede wszystkim w Unii Europejskiej. Projekty gospodarcze Trójmorza uzyskują wsparcie finansowe ze strony Unii Europejskiej.  Dlatego w żadnym przypadku realizacja idei Trójmorza nie powinna osłabiać Unii Europejskiej i większość państw regionu wydaje się to rozumieć. Trójmorze powinno stać się stabilną i wiarygodną częścią składową Unii. Blok środkowoeuropejski, jakkolwiek go nazwiemy, powinien trwać na stałe i w Unii Europejskiej i w NATO. Nie powinien być przy tym ani antyniemiecki, ani antyrosyjski. Próby integrowania Europy Środkowej, jakie miały miejsce podczas i po II wojnie światowej, były odpowiedzią narodów środkowoeuropejskich na obawy regionu przed ekspansjonizmem Niemiec i ZSRR. Obecnie jednak chodzi przede wszystkim o sprawne funkcjonowanie samego regionu oraz sprawne funkcjonowanie regionu w ramach Unii Europejskiej. Europa Środkowa ma swą specyfikę w wielu aspektach. Jej cechą charakterystyczną jest rozbicie na małe i słabe państwa, które pozostawione same sobie nie były nigdy w stanie dbać o własne sprawy. Obecnie, jeśli będzie zjednoczona, potrafi w ramach Unii sprecyzować swe wspólne interesy. Nawet wówczas, gdy któreś z państw chwilowo na tym straci, to w dalszej perspektywie zyskają wszyscy. Zyska na tym także Unia Europejska, bo zamiast kilkudziesięciu partnerów do dyskusji, co sprzyja chaosowi, rozmówca może być jeden i stanowisko może być jedno. Przy czym polityka całego Trójmorza nie będzie tym co ewentualnie chciałaby sama Polska, lecz będzie wypadkową interesów państw regionu. Idea Trójmorza, z uwagi na jej oczywiste korzyści gospodarcze, ma szansę na przetrwanie, ale będzie się miała jeszcze lepiej jeśli wśród państw regionu nie pojawią się tendencje do dominacji i narzucania woli innym. Przed próbami dominacji w integrującej się Europie Środkowej przestrzegał już podczas II wojny światowej katolicki, skądinąd, uczony i wizjoner - Oskar Halecki. Tymczasem Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości w rządzie Prawa i Sprawiedliwości  w telewizyjnej „Kawie na ławie” (28.08.2016, a więc 2 dni po Dubrowniku) zaprezentował pogląd, że polska polityka zagraniczna nawiązuje do polityki J. Piłsudskiego, do Polski Jagiellońskiej i do Międzymorza. Celem tej polityki – zdaniem Jaki - ma być uzyskanie polskiego przywództwa w regionie. (Wydaje się jednak, że państwa regionu same wybiorą sobie przywódcę, jeśli to w ogóle jest konieczne, a wypowiedź ministra Jakiego należy uznać za niezręczną).

Idea Trójmorza jest, i taką powinna pozostać, ideą ponadpartyjną i ponadnarodową. Aby w Polsce stała się na trwałe ideą ponadpartyjną musi pozyskać poparcie wszystkich sił politycznych. W Polsce, niestety, obawiać się można, że zabraknie w przyszłości jej kontynuacji po ewentualnej zmianie ekipy na zasadzie: „wszystko co robili poprzednicy, robili źle.” Poważnym zagrożeniem dla Trójmorza (i dla każdej innej próby współpracy i integracji w regionie, w tym dla Wyszehradu) jest też nacjonalizm. Trudno wyobrazić sobie szerszą współpracę w regionie jeśli tendencje nacjonalistyczne będą nadal rosły w siłę. W Polsce nacjonalizm i partyjniactwo nie pozwala na pielęgnowanie postaw propaństwowych. W regionie środkowoeuropejskim natomiast nacjonalizm, często o podłożu religijnym, prowadzi do zasklepiania się w narodowej wspólnocie, do zamykania się na obcych, do wrogości wobec obcych. U nas, na szczęście, pojawiły się pierwsze oznaki otrzeźwienia. Co prawda, dopiero po wizycie papieża Franciszka, podczas 26 Forum Ekonomicznego w Krynicy (07.09.2016) Prymas Polski abp Wojciech Polak przestrzegł przed „wkradaniem się” w chrześcijaństwo nacjonalizmu czy fundamentalizmu. „Aprobata dla tego typu myślenia nie tylko jest niewłaściwa, ale wręcz heretycka. Tak nie może być. To odciąga od tego, co jest istotą chrześcijaństwa. Niepokoi mnie pełzający rozwój nacjonalizmu i jego łączenie z religią. To jest pogaństwo, bezbożność i herezja. To jest niebezpieczne dla kościoła świętego.” (koniec cytatu). Są więc podstawy, aby wyrazić nadzieję, że uda nam się w Polsce pokonać bakcyla nacjonalizmu, ale czy inne państwa Trójmorza dadzą sobie z nim radę? W przeszłości, niektórym z nich, nie zawsze się to udawało. W Polsce decydującym czynnikiem w walce ze skrajnym nacjonalizmem okazać się powinna rosnąca w siłę lewica, czemu sprzyjają ostatnie wydarzenia (m.in. czarny protest).

Kolejne forum państw Trójmorza na wysokim szczeblu ma się odbyć w czerwcu 2017 we Wrocławiu. Zmiana z „Międzymorza” na „Trójmorze” to dobra modyfikacja. Pozwoli ona na umocnienie samej Inicjatywy od wewnątrz, a w świecie przysporzy jej przyjaciół. Jednak do jej podmiotowego traktowania na arenie międzynarodowej jest jeszcze daleko. Właściwym posunięciem na tej drodze byłoby ustanowienie stałej siedziby i sekretariatu Inicjatywy. Czy państwa Inicjatywy Trójmorza zdecydują się na ten krok – zobaczymy. Trójmorze jest co prawda tylko „nieformalną platformą”, ale grupą nieformalną jest także Grupa Wyszehradzka, a mimo to posiada siedzibę i sekretariat w Bratysławie. Dla uzyskania  podmiotowego traktowania regionu w skali międzynarodowej ważniejsze od siedziby i sekretariatu byłoby niewątpliwie widoczne poparcie ze strony znaczących graczy: Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych oraz.....Chin Ludowych. O to ostatnie wydają się zabiegać politycy środkowoeuropejscy (np. polscy i węgierscy), sądząc po ich przyjaznych wobec Chin publicznych wypowiedziach. Przy czym Stany Zjednoczone to niezwykle ważny, ale jednak daleki partner, a ich polityka ulega niebezpiecznym wahaniom, zależnie od tego kto zostanie prezydentem. Ponadto Stany traktują często Unię Europejską jako konkurenta  na arenie międzynarodowej (np. gospodarczego, przykład Caracale), co dla tzw. wspólnoty atlantyckiej jest niebezpieczne.  Chiny natomiast prowadzą stabilną i raczej przewidywalną politykę, ale to również geograficznie daleki od Europy Środkowej partner. Najważniejsza wydaje się być Unia Europejska, dlatego Europa Środkowa pozostając w Unii, powinna ją ze wszech miar wzmacniać.

Warszawa, Październik 2016

Maksymilian Podstawski

Ewentualne prognozy dla Europy Środkowej

Wstęp

Idee zjednoczenia Europy mają wielu ojców. Wsród nich ważne miejsce zajmuje czecho-słowacki ludowiec Milan Hodža (1878-1944). Jego wizja Europy Środkowej wiąże się z ewolucją jego poglądów na zagadnienie narodu i nacjonalizmu. Przed I wojną światową postrzegał nacjonalizm jak patologiczne zjawisko społeczne. W okresie międzywojennym natomiast – jako jeden z czołowych polityków czechosłowackich – widział w nacjonalizmie czynnik pozytywny; konstruktywny i kulturalnie stymulujący. W tym okresie uważał, że nacjonalizmy małych narodów nie są groźne, że małym narodom “wolno więcej”. Sądził, że w zetknięciu z potężnymi sąsiadami mają one do nacjonalizmu prawo. Z kolei na progu II wojny Światowej, oceniał już nacjonalizm jako agresywne zjawisko społeczno-psychologiczne, które politycznie powinno zostać skorygowane, tak aby nie pworóciło do swego pierwotnego, destrukcyjnego stadium rozwoju.(K. Kollár, “Human Affairs”, 2/11 2001, Instytut Filozofii, Słowacka Akademia Nauk, Bratysława, s. 134-148). Hodža był zwolennikiem stopniowego jednoczenia Europy. Uważal, że droga do jedności Europy wiedzie przez związki regionalne; “od szczególu do ogółu”. Krytycznie wypowiadał się o próbach odgórnego narzucania Europie jedności. Do takich nieudanych prób jednoczenia Europy zaliczał plan francuskiego ministra spraw zagranicznych Aristide'a Brianda, ktory w 1929 r. na posiedzeniu Rady Ligi Narodów w Genewie zaproponował utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Hodža miał krytyczny stosunek do praktyki narzucania narodom (szczególnie małym) rozwiązań federalistycznych w skali europejskiej, jako niesprawiedliwych i nieskutecznych. Wynikało to częściowo z jego osobistego doświadczenia, z jego walki o równoprawne i partnerskie traktowanie Słowacji w ramach Czechosłowacji.

W okresie międzywojnia łączyła Milana Hodžę wieloletnia zanajomość i przyjaźń z Wincentym Witosem i polskimi ludowcami. Zapoczątkowana ona została w latach 1921-23, kiedy to Hodža wraz z przywódcą czeskich agrariuszy Antoninem Švehlą podjęli w Pradze starania mające na celu zainicjowanie współpracy partii ludowych w Europie Środkowej. Powstała wówczas “Zielona Międzynarodówka”. Do współpracy udało się pozyskać partie ludowe z Polski, Jugosławii, Rumunii i Bułgarii, (nie udało sie natomiast pozyskać partii węgierskiej). Kolejnym etapem tej wpółpracy była Międzynarodowa Konferencja Ludowców w Pradze w 1928 r. Przyjaźń agrariuszy polskich i czechosłowackich umocniła się jeszcze bardziej w latach 1933-1939, kiedy to Witos przebywał w Czechosłowacji na emigracji, a ludowcy obydwu krajów zastanawiali się nad przyszłym, federacyjnym kształtem Europy Środkowej. ( S. Kot, Moje wspomnienia, t. I, Instytut Literacki, Paryż, 1965, s. 11, przedmowa do pamiętników Witosa). Według planów ludowców dopiero zjednoczona Europa Środkowa miała przystąpić do zjednoczonej Europy. Zamierzenia te padły na podatny grunt podczas II wojny światowej. Sprecyzowana została wówczas polityczna definicja Europy Środkowej. Hodža uważał, że federacja powinna rozciągać się od Gdańska do Salonik (albo od Bałtyku do Morza Egejskiego i Adriatyku), między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami. Idee Hodžy były inspiracją dla czechosłowackiego premiera Edvarda Beneša (skądinąd jego politycznego przeciwnika) i Władysława Sikorskiego, gdy ustalali zarysy Konfederacji Polsko-Czechosłowackiej. Jak wiadomo do realizacji planów konfederacyjnych nie doszło, m.in. dlatego że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania pod naciskiem Stalina wycofały swe poparcie dla tego projektu. Koncepcje Hodžy i środkowoeuropejskich ludowców są jednak do dzisiaj żródłem ideowych inspiracji i praktycznego działania. Zgodne z intencjami Hodžy było powstanie Unii Europejskiej oraz Grupy Wyszehradzkiej, popierałby także próby ściślejszej współpracy państw całego naszego regionu.

Zagrożenia globalne i ewentualne scenariusze

Prognozy nie są wyrokiem, na przebieg wydarzeń można wpływać. Mówi się obecnie często o kryzysie świata zachodniego. Ostatni (gospodarczy) mamy już za sobą. Niektórzy badacze przepowiadają nadejście wkrótce następnego. Nie chodzi jednak wyłącznie o kryzys gospodarczy. Kryzys dostrzegalny jest zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych. Ma on charakter społeczny, gospodarczy i polityczny. Na Zachodzie mamy do czynienia z wieloma niepokojącymi zjawiskami, które jednak nie ograniczają się tylko do Zachodu. Zachód to obszar tradycji judaistyczno-chrześcijańskiej. Choroba jaka toczy bliski nam świat wartości dotknęła także świat islamu. Przyczyn kryzysu w świecie islamu jest zapewne kilka, ale jest wśród nich - jak mi się wydaje - nieumiejętność dostosowania się niektórych rodzin muzułmańskich, tych szczególnie tradycyjnych, do wymogów współczesnej cywilizacji (np. do rynku pracy i miejsca w nim kobiet). W łonie narodów Księgi (chrześcijaństwo, judaizm, islam) toczy się wojna, która te wspólne wartości niszczy. W tej wojnie istotną rolę odgrywają Stany Zjednoczone. Zachód pod ich przywództwem walczy z terroryzmem islamskim. Żródłem tego terroryzmu jest w jakimś stopniu także polityka Stanów, polegająca na destabilizacji Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Destabilizacja ta dotyczyła i dotyczy nadal przede wszystkich świeckich państw arabskich (np. Irak, Libia), których świeckie rządy potrafiły swego czasu okiełznać skrajne ugrupowania islamistyczne. Równocześnie niezwykłą miłością darzą Stany i świat zachodni monarchie arabskie, z których niektóre określić trzeba jako wyjątkowo wsteczne. Najlepszym przykładem jest tu Arabia Saudyjska, z której od kilku dziesięcioleci wypływają pieniądze przeznaczone na wspieranie najbardziej radykalnych odłamów islamu, spośród których wyłaniają się później grupy terrorystyczne działające w Azji, Europie i Afryce. Działalność grup terrorystycznych pogłębia destabilizację w wielu regionach świata, co niekiedy jest dogodnym pretekstem do interwencji z zewnątrz (z Zachodu i Rosji). Świat zewnętrzny (ten spoza Księgi) obserwuje wzajemną walkę narodów Księgi (oraz w łonie samego islamu – między np. szyitami a sunnitami), ale na szczęście nie wypracował dotąd wspólnego stanowiska. Trudno o wypracowanie takiego stanowiska spodziewać się już w tej chwili, np. przez Chiny, Japonię, Indie czy niektóre państwa Południowo-Wschodniej Azji. .Zbyt wiele te państwa dzieli. Ale kto wie?!

Aktorów na scenie światowej jest wielu. Koszmarkiem strategów amerykańskich byłaby zapewne sytuacja, w której armia USA oraz NATO musiałyby walczyć równocześnie z Rosją i Chinami, “ale nie wywołujmy wilka z lasu”, bo nie jest to ani w interesie Polski, ani w interesie Europy Środkowej i Unii Europejskiej. Jak na razie we wspólnym interesie USA, UE, Rosji i Chin leży walka z terroryzmem islamskim. Walką tą powinny być zainteresowane także Indie. Wewnątrz islamu działają także siły zwalczające terroryzm.Wyniki walki z terroryzmem zależą w dużym stopniu od stanu relacji między USA a Rosją. Jaki jest ten stan obecnie każdy widzi. Wydaje się, że USA zmienią w przyszłości swą politykę wobec Rosji na bardziej przyjazną, gdy zagrożenie terrorystyczne nie będzie słabnąć, czy nawet wymknie się całkowicie spod kontroli. Ponadto, dodatkowym impulsem dla zmiany polityki amerykańskiej wobec Rosji okazać się może moment, gdy Stany uznają, że Chiny stają się wyraźnie mocniejsce niż Rosja i zaczną Rosji zagrażać militarnie lub demograficznie (np. Chińczycy opanowują demograficznie i gospodarczo Syberię, co już powoli wydaje się mieć miejsce), a to według zasady, która brzmi: Stany pomagają słabszym, by osłabić państwo mocniejsze, stanowiące dla Stanów potencjalne zagrożenie. (patrz: George Friedman, Następne Sto lat, AMF, Warszawa 2009). Takim zagrożeniem dla Stanów stają się już obecnie Chiny na Pacyfiku. Różnice interesów między Stanami a Chinami niekoniecznie muszą prowadzić do interwencji zbrojnej, mogą się skończyć wojną gospodarczą. Na przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej stracić może w Europie Ukraina, czemu Zachód starał się będzie skutecznie zaradzić. Wtedy i Polska złagodzi swą antyrosyjską retorykę, dostosuje się do nowej sytuacji i zaprzyjaźni z Rosją. Takiej reakcji spodziewać się będzie od nas nie tylko Unia Europejska, ale i Stany. Osłabiona Rosja, zagrożona ze strony Chin, przychylnie spojrzy na koncepcję utworzenia Wspólnoty od Władywostoku do San Francisco. Zbliżymy się do spełnionia wizji Jana Pawła II (połączenie zachodniego i wschodniego chrześcijaństwa) oraz Zbigniewa Brzezińskiego. (Inne warianty sprzyjające takiemu scenariuszowi to gospodarcza słabość Rosji i powstanie tam (za zgodą większości Rosjan) rządu przychylnego Zachodowi. W każdym z tych wariantów jest niezwykle ważne, aby realizacja tego projektu nastąpiła po dobrowolnym zgłoszeniu takich intencji przez samych Rosjan). Zapoczątkowanie realizacji jednego z podobnych scenariuszy wydaje się prawdopodobne już po 2020 roku. Zarówno Unia Europejska, jak i Europa Środkowa w ramach Unii, powinny do tego czasu osiągnąć zdecydowanie wyższy niż dotąd poziom integracji. Dopiero po osiągnięciu wysokiego stopnia integracji przez UE, a w jej łonie także przez Europę Środkową, powstaną warunki do bezpiecznego i bezkonfliktowego włączenia Rosji (Białorusi też) oraz Ukrainy do Wspólnoty, w której wezmą udział także Stany i Kanada. Zbyt wczesne włączenie Rosji do Wspólnoty byłoby niewskazane i skończyć by się mogło zupełną dezintegracją świeżo zjednoczonej Europy Środkowej oraz jej podziałem między Rosją a Zachodem oraz powrót do polityki stref wpływów wielkich mocarstw. Scenariusze powyższe okazać się mogą nierealne, lub ulec znacznym korektom wówczas, gdy zaangażowanie Rosji w świecie islamu okaże się mieć ostrze zbyt antyamerykańskie i antyzachodnie, skutkujące m.in. dalszym napływem imigracji islamskiej do Europy i Ameryki Północnej. Wtedy Zachód, borykający się od dłuższego już czasu z imigracją islamską, solidarnie powróci do zimnej konfrontacji z Rosją, która w tym czasie nie będzie w stanie zapobiec na Syberii dalszej demograficznej ekspansji Chin. Już w tej chwili na Dalekim Wschodzie Rosji żyje tylko ok. 5 milionów Rosjan, którzy mają tendencję do przemieszczania się na Zachód. Rosja wydzierżawiła na 50 lat Chińczykom na Syberii duże obszary ziemi pod uprawy. Rosja prawdopodobnie szukać będzie sposobów na utrzymanie Syberii poprzez np. próby powstrzymania exodusu Rosjan, zróżnicowanie etniczne tych terenów, zachęty dla mieszanych małżeństw, absorpcję zamieszkałych tam Chińczyków przez kulturę rosyjską, ewangelizację prawosławną, a wreszcie poprzez dopuszczenie na Syberię kapitału zachodniego, finansowego i ludzkiego. Jak na razie jednak w całej Rosji mamy do czynienia ze zmniejszaniem się liczby Rosjanm, z przechodzeniem Rosjan na islam oraz ze wzrostem ludności muzułmańskiej.

Obecnie sytuacja geopolityczna zmierza wyraźnie do jakiegoś przesilenia. Globalne zagrożenia to nie tylko okoliczności związane z ewentualnym światowym konfliktem militarnym. Równie groźne stać się mogą ukrywane dotąd kłopoty gospodarcze wielu krajów. Świat czekają wkrótce istotne zmiany w rezultacie wyborów w USA, Rosji, Francji, Niemczech, Hiszpanii. Wstrząsem dla Unii Europejskiej okazać się może Brexit i podobne zjawiska w Unii Europejskiej skutkujące jej rozpadem. Światu grozić może o wiele poważniejszy kryzys finansowy niż ten z 2007 roku. Przy znacznej sprzeczności interesów poszczególnych krajów i regionów trudno marzyć o ich wyeliminowaniu i stworzeniu uregulowanego rynku globalnego. Amerykanie nie mają zamiaru zrezygnować z dolara jako waluty światowej, gdyż daje im to olbrzymie możliwości oddziaływania na gospodarkę światową za pomocą emisji dolara, tak jak to miało miejsce po wojnie w Wietnamie, po znanym kryzysie naftowym i jak to ma miejsce obecnie, po kryzysie finansowym 2007 roku. W ten sposób, za pomocą emisji dolara, skutki kryzysów finansowych przenoszone są na inne kraje. Równocześnie zarówno Chiny jak i Unia Europejska mają nadzieję, że ich waluty staną się walutami światowymi. W przypadku Unii Europejskiej uzyskanie przez euro statusu waluty światowej byłoby bardziej realne w razie przekształcenia Unii w ugrupowanie ponadnarodowe. (Patrz: Nowe Perspektywy nr 14, marzec 2016, Prof. Paweł Bożyk – Kryzysu nie da się uniknąć, str.65-66. Przedruk z książki prof. P. Bożyka “Apokalipsa według Pawła, Jak zniszczono nasz kraj”, Wrocław 2015).

Specyfika Europy Środkowej

Kilku uwag wymaga rosnąca obecność wojskowa NATO i Amerykanów w Europie Środkowej. Obecność ta tłumaczona jest obawą przed agresją ze strony Rosji oraz Bliskiego Wschodu (Iranu, który jest sojusznikiem Rosji). Prawdą jest oczywiście, że w przypadku konfliktu z Rosją wschodnia flanka NATO powinna zostać wzmocniona. Są jeszcze jednak inne powody tej obecności. Jednym z nich może być wspomniana wyżej obawa przed ewentualnym rosyjskim wrogim zaangażowaniem w świecie islamu. Stany Zjednoczone obawiają się też, chyba od czasu zakończenia zimnej wojny, zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją oraz Unią Europejską a Rosją. Mają widocznie ku temu swoje powody. Takie, zbyt daleko idące zbliżenie, nie leży też w interesie Polski, o czym świadczyć mogą przykłady z historii, począwszy od rozbiorów Polski, poprzez pakt Ribbentrop-Mołotow, a skończywszy na aktualnej sprawie Nord Streamu 2 (w tej ostatniej sprawie wypowiedziały się też przeciwko Nord Streamowi Stany, w których interesie jest od pewnego czasu sprzedaż własnego gazu do Europy). Europa Środkowa, przy obecności sił NATO i Amerykanów, nie tylko może w pierwszej kolejności bronić Zachodu przed Rosją, jako wschodnia flanka Sojuszu, ale równocześnie oddzielać zachodnią Europę od Rosji, uniemożliwiając zbyt daleko idące zbliżenie “ponad naszymi głowami”, w tym ewentualny podział Europy Środkowej między Niemcami a Rosją, co w historii miało już miejsce. Stąd wydaje się, że USA powinny być zainteresowane wzmocnieniem podmiotowości całej Europy Środkowej, przy znaczącej roli Polski w regionie, co tym razem byłoby w zgodzie z polską racją stanu. W zgodzie z polską racją stanu byłoby też trwanie w Unii Europejskiej i wpływanie na jej politykę wobec Rosji i Stanów. Obrazu wydają się dopełniać negocjacje USA z UE dotyczące zawarcia układu TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) – Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji.. Jeżeli układ ten będzie dla obu stron uczciwy i korzystny, to zwiąże mocno Stany z Unią Europejską nie tylko gospodarczo, ale i politycznie. Wtedy, należy sądzić, obawy amerykańskie dotyczące zbyt wczesnego, bezpośredniego sojuszu niemiecko- lub unijnego - z Rosją zostaną rozwiane. Powstaną wówczas warunki dla autentycznego zbliżenia, czy nawet bliższego powiązania Rosji z całym Zachodem.

Kolejna faza kryzysu światowego będzie miała oczywiście wpływ na rozwój wypadków w Europie Środkowej. Zewnętrzne okoliczności nie są bez znaczenia. Niemniej jednak rozwój wydarzeń w tym regionie ma swoją szczególną specyfikę. Europa Środkowa, ta między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją, od Nord Kapu w Norwegii po Saloniki w Grecji stanie się obszarem rywalizacji między Niemcami a Turcją. Rywalizacja ta będzie miała wyjątkowo nasilony przebieg na Bałkanach, gdzie Turcja prowadzi od pewnego czasu swą kulturalną i gospodarczą ekspansję, nawiązując do tradycji historycznej oraz wykorzystując w tym celu rosnącą liczbę muzułmanów w regionie. Zarówno Turcja, jak i Niemcy zainteresowane są islamską emigracją do Europy, w tym do Europy Środkowej. (Jeszcze z innych powodów Rosja – chodzi o destabilizację Europy. Rosja woli rozmawiać z poszczególnymi państwami niż z silną Unią Europejską). Każde z tych państw – z innych powodów - liczy na korzyści z tego płynące dla siebie. Niezależnie od względów humanitarnych, Niemcy zainteresowane są imigracją z uwagi na własne kłopoty z demografią; brakuje tam np. kilkaset tysięcy ludzi do obsadzenia na stanowiskach rzemieślniczych. Ponadto – co niezwykle ważne - islam jest już częścią niemieckiej kultury. Przyznał to po raz pierwszy prezydent Christian Wulff. W Niemczech, jeśli chodzi integrację muzułmanów ze społeczeństwem, sytuacja jest inna niż np. we Francji, ponieważ muzułmanie niemieccy pochodzą z Turcji, która (przynajmnie jak dotąd, M.P.) jest państwem laickim i to jest inny islam niż w pozostałych państwach muzułmańskich. (Cornelius Ochmann, Patrzy na nas Europa, Nowa Europa Wschodnia, styczeń-luty 2016). Wypada jednak zauważyć, że w samej Turcji, która ma ambicje mocarstwowe, islam radykalny dochodzi coraz częściej do głosu, społeczeństwo jest podzielone, ponadto daleko jeszcze do rozwiązania kwestii kurdyjskiej, a uchodźcy z krajów arabskich napływają nadal. Wszystko to jest przyczyną przybierającego na sile prawicowego i religijnego radykalizmu oraz odchodzenia w Turcji od zasad demokratycznego państwa świeckiego. W samych Niemczech natomiast uda się prawdopodobnie utrzymać świeckość islamu, a dla muzułmanów w całej Europie, a więc także tych osiedlonych w Europie Środkowej, punktem odniesienia i przedmiotem podziwu będą Niemcy. Dzięki islamowi Niemcy odgrywać będą jeszcze większą niż dotąd rolę w Europie i na świecie. Język niemiecki (myliłem się kiedyś pisząc, że ma tylko znaczenie regionalne), nie uzyska co prawda znaczenia porównywalnego z angielskim, ale stanie się językiem o zasięgu światowym, przynajmniej w świecie islamu. Zintegrowani z kulturą niemiecką muzułmanie to nowy, olbrzymi atut dla państwa niemieckiego nie tylko w relacjach z pozaeuropejskim islamem, ale z muzułmanami na Bałkanach (Albania, Kosowo, Bośnia i Hercegowina, a nawet Macedonia i Bułgaria (w tych dwóch krajach żyje znaczna mniejszość muzułmańska). Niemcy, w których islam jest już częścią niemieckiej kultury, to naród i państwo nowe, jakiego wcześniej nie znaliśmy. Wydaje się jednak, że w granicach Niemiec znalazło się obecnie więcej muzułmańskiej siły roboczej niż planowano. Szacuje się przy tym, że w ciągu najbliższych lat gospodarka niemiecka potrzebowała będzie dodatkowo 10 milionów pracowników. Konkurencją dla siły roboczej z krajów islamu będą prawdopodobnie młodzi Polacy. Półtora miliona z nich zamierza wyjechać z kraju. Cztery miliony jeszcze się wahają. Jedna trzecia badanych deklaruje chęć wyjazdu do Niemiec. Tymczasem wzrasta niechęć społeczeństwa niemieckiego do imigrantów; wiosną 2016 roku doliczono się w Niemczech około 50 przypadków podpaleń ośrodków dla uchodźców. Stąd m.in. Nacisk, by nadmiar imigrantów przyjęły inne kraje europejskie. Nie wiadomo jednak, nikt tego wiarygodnie nie obliczył, czy kraje te są zdolne ten nadmiar przyjąć. Przy czym należy się spodziewać, że wszystkie konflikty wewnątrz islamu przeniesione zostaną do Europy, w tym do Europy Środkowej. Innym jeszcze skutkiem przyjęcia uchodźców muzułmańskich do krajów Europy Środkowej byłaby (będzie?) rywalizacja o ich lojalność (“dusze”) ze strony Niemiec i Turcji. Sprzyjać to może ingerencji w wewnętrzne sprawy państw środkowoeuropejskich ze strony Niemiec i Turcji, np. pod pretekstem obrony praw mniejszości muzułmańskiej. Dla Niemiec, w sposób niezamierzony, oznaczać to może przybliżenie realizacji, innymi już metodami, wcześniejszej, nieudanej koncepcji Mitteleuropy, która swego czasu kolidowała również z interesami tureckimi. Mitteleuropa była wówczas przede wszystkim sprzeczna z wolnościowymi aspiracjami narodów Europy Środkowej. Dla Turcji z kolei będzie to próba powrotu na Bałkany, co – jeśli nie spotka się z odpowiednią reakcją – jest możliwe do spełnienia. Turcja ma bowiem na Bałkanach spore szanse z uwagi na fakt, że wielu muzułmanów w tym regionie tradycyjnie związanych jest z Turcją, a muzułmanów tam ciągle przybywa. Turecka kultura, przynajmniej ta świecka, jest na Bałkanach bardzo atrakcyjna, o czym świadczy np. duża oglądalność znanych i u nas, historycznych, i nie tylko, seriali telewizyjnych. Ponadto sprzyjać Turcji w samych Niemczech i w Europie Środkowej będzie tureckie pochodzenie większości niemieckich muzułmanów (kwestia lojalności, powiązania rodzinne). W rywalizacji na Bałkanach i w całej Europie coraz mniejsze wływy mieć będzie natomiast radykalny islam importowany i zasilany petrodolarami z Arabii Saudyjskiej. Przyczyną spadku znaczenia Arabii Saudyjskiej i radykalnego islamu w walce o wpływy na Zachodzie, w Afryce i w świecie islamu będą nieniknione procesy modernizacyjne w tym kraju, spadek cen i znaczenia ropy, wrogość ze strony nie tylko szyickiego Iranu, ale i niechęć ze strony Zachodu, zmęczonego już przymykaniem oczu na finansowanie skrajnego islamu. W sporze o wpływy na Bałkanach, solidarnych przeciwników znajdzie Arabia Saudyjska zarówno w Niemczech, jak i w Turcji. Rezultatem swoistej bitwy o Bałkany może być kolejna powtórka z historii, która skończy się nieakceptowalnym co prawda przez Zachód, ale realnym, cichym sojuszem tych państw bałkańskich, które prezentują tradycje chrześcijańskie, przeciwko muzułmanom. Jeżeli dodać do tego (przebrzmiałe?) marzenia (czy mrzonki?) o powstaniu tzw. Wielkiej Albanii, Wielkiej Serbii i Wielkiej Chorwacji – nowe piekło gotowe. Największe szanse realizacji ma tu zamysł utworzenia Wielkiej Albanii poprzez połączenie Albanii z Kosowem. W Bośni i Hercegowinie oraz w Bułgarii i Macedonii (tu szczególnie, bo mniejszość albańska) dojść może do poważnych zamieszek na tle etnicznym. Wszystko to dziać się może częściowo przez nie do końca – jak często bywało - przemyślaną politykę Zachodu. Paradoksalnie, militarna siła Amerykanów i NATO w regionie Środkowej Europy wykorzystywana być może niestety w przyszłości do tłumienia zamieszek na Bałkanach. Piszę to ze smutkiem, bo obawiam się, że w całym świecie zachodnim, mimo krwawych doświadczeń, wiedza o Bałkanach jest ciągle niewystarczająca. Wydaje się, że mocnym remedium na sprzeczności trawiące Bałkany jest już w tej chwili przynależność większości państw bałkańskich do Unii Europejskiej i NATO oraz mogłaby być ściślejsza niż dotąd współpraca z pozostałymi państwami środkowoeuropejskimi, w ramach Unii Europejskiej oczywiście, a nie w konfrontacji wobec Unii. Nie wykluczone jednak, że bardziej korzystne dla pozostałych krajów Europy Środkowej będzie nie angażowanie się bezpośrednio w ewentualne konflikty na Bałkanach. Nie wiadomo przy tym czy ambicje tureckie, bardziej niż Bałkany, nie zaspokoi ekspansja w kierunku Azji Środkową i Mongolii, skąd Turcy przybyli i gdzie żyją zbliżone do Turków językowo narody. Możliwy jest przy tym jeszcze jeden “turecki” scenariusz, w którym Turcja (wraz z Rosją) staje się składową częścią świata zachodniego. Taki scenariusz przewiduje Zbigniew Brzeziński.

Państwa środkowoeuropejskie powinny wypracować wspólny pogląd na turecko-niemiecką rywalizację w regionie Warto przy tym zastanowić się przez chwilę, czy którykolwiek z krajów środkowoeuropejskich potrafiłby zintegrować islam tak jak czynią to Niemcy lub Rosja. Odpowiedź jest zdecydowanie negatywna, gdyż są to najczęściej małe, słabe ekonomicznie i demograficznie kraje, państwa i narody, które z olbrzymim trudem dobiły się niezależności i w żaden sposób nie są w stanie wchłonąć większej liczy obcokrajowców, muzułmanów czy kogokolwiek innego. Boją się o utratę własnej tożsamości. Milan Hodža, przy całej swej krytyce nacjonalizmu, powiedziałby zapewne, że małym narodom wolno więcej. Znaczną szansę na przyjęcie nieco większej liczby obcokrajowców przez te kraje miałby program, który zakładałby imigrację zróżnicowaną nie tylko narodowościowo, ale przede wszystkim religijnie i niekonieczne muzułmańską. Dlatego niewiele pomoże tu wygrażanie palcem ze strony urzędników z Brukseli. Niektóre państwa środkowoeuropejskie, “przyciśnięte do muru”, gotowe będą nawet wyjść z Unii Europejskiej, rezygnując z wszystkich korzyści płynących z członkostwa. Dla jedności europejskiej byłaby to tragedia. Państwem najbardziej “predystynowanym” w regionie do ewentualnego przyjęcia nieco większej liczby wyznawców islamu byłaby ewentualnie Polska, która dałaby sobie z problemem radę. Byłby to sposób skuteczny i nie odbiegający od standardów zachodnich, skuteczny, bo przypominający nasze sprawdzone tradycje. Odnosząc się do chwili obecnej trzeba powiedzieć, że pewne liczby muzułmańskich uchodźców Polska powinna z humanitarnych względów zdecydowanie przyjąć, szczególnie te wcześniej z rządem polskim uzgodnione. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a właściwie w liczbach. Kto w Polsce odważy się podjąć decyzję przyjęcia np. miliona muzułmanów w sytuacji, gdy z Polski emigruje młodzież, a ta która pozostaje z trudnością decyduje się na posiadanie dzieci? Inna sprawa, że wbrew pozorom, muzułmanie w Polsce czuć się mogą za jakiś czas lepiej niż na Zachodzie i poczekajmy jeszcze trochę, a z krajów zachodnich i z Rosji wyznawcy Allacha uciekać będą do Polski i znajdą tu schronienie. Obecnie jednak jesteśmy na etapie, w którym próbuje się narzucić Polsce i pozostałym krajom środkowoeuropejskim większą liczby imigrantów, co jest pożywką dla – godnych z kolei wyraźnego potępienia - skrajnie ksenofobicznych nastrojów, a także “paliwem” dla eurosceptyków. W Brukseli nie brana jest przy tym pod uwagę sytuacja na Ukrainie, skąd w każdej chwili wyruszyć może fala zdesperowanych ludzi, szukających pracy i azylu dla swych rodzin. Z uwagi na bliskość kulturową i językową, większość z nich zechce zostać w Polsce i zostanie tu przyjęta. Sytuacja skomplikuje się jednak zupełnie wówczas, gdy Niemcy i inne kraje zachodnie otworzą swe rynki pracy także dla imigrantów z Ukrainy. Z miliona Ukraińców pracujących w Polsce wiele osób zdecyduje się na wyjazd na Zachód, gdzie płace są ok. 3 razy wyższe niż u nas. Wtedy na rynku pracy w Polsce powstanie olbrzymia luka, która spowodować może poważne perturbacje gospodarcze. Znalazło by się tu więc miejsce dla imigrantów islamskich. Obawa jednak przed islamem i protesty społeczne spowodują prawdopodobnie, że poszukiwani będą pracownicy z innych kierunków geograficznych, np. z Filipin, gdzie większość ludności to katolicy. W najbliższych latach konieczny okazać się może zwiększony wysiłek budowy mieszkań dla młodych polskich rodzin oraz dla imigrantów zasilających polski rynek pracy. Idealnym sposobem na rozwiązanie tych problemów i zatrzymanie młodzieży w Polsce byłoby podniesienie płac.

Skrajny nacjonalizm w Polsce to margines, ale jest przeszkodą w integracji Środkowej Europy w ramach Unii Europejskiej

Niepokojący wzrost nastrojów nacjonalistycznych nie sprzyja w Polsce otwarciu na współpracę w ramach UE, nie sprzyja także idei współpracy środkowoeuropejskiej. Także w pozostałych krajach środkowoeuropejskich rodzące się nacjonalizmy oddalają realizację ściślejszej współpracy w regionie. Początkowo, co prawda, nacjonalizmy środkowoeuropejskie mogą znaleźć wspólne cele, np. w walce przeciwko narzucaniu nam kwot uchodżców przez Brukselę. W dalszej jednak perspektywie nacjonalizmy są ze sobą nie do pogodzenia; nie znajdą pól do współpracy, lecz pola do rywalizacji. Liczenie przez polskich skrajnych nacjonalistów na to, że Polska sama odegra wielką rolę w Europie, a w Europie Środkowej będzie dominować, jest niebezpieczną mrzonką i nie znajdzie potwierdzenia w rzeczywistości. Sama Polska, bez wsparcia regionu, jest zbyt słaba, by spełnić sojusznicze oczekiwania Stanów Zjednoczonych czy mieć większe znaczenie w Europie Środkowej i w Unii Europejskiej. Sama Polska oznacza rezygnację z szerszej współpracy środkoweuropejskiej i pozostawienie pozostałych krajów regionu bez naszego poparcia. Towarzyszący nacjonalizmowi w Polsce pewien szczególny rodzaj skrajnego klerykalizmu jest nie do pogodzenia z podobnymi sentymentami w Środkowej Europie, np. na Litwie, czy na Ukrainie. Ten rodzaj “patriotyzmu” nie znajdzie zrozumienia wśród innych tradycji w Europie Środkowej, takich jak protestantyzm, prawosławie czy w niemal ateistycznych Czechach (byłaby szkoda, bo jak wynika z badań, Polacy i Czesi lubią się coraz bardziej!).

Do czego prowadzi nacjonalizm, wiemy z własnej historii i z historii sąsiednich narodów. Aby jednak nie rozdrapywać nie do końca zabliźnionych ran, posłużmy się przykładem Bałkanów. Robert David Kaplan był głównym geopolitykiem Stratforu, prywatnej amerykańskiej agencji wywiadowczej (jej założycielem jest znany w Polsce George Friedman, jego prognozy nie zawsze się sprawdzają), kiedy napisał książkę poświęconą Bałkanom, przetłumaczoną na język polski – Bałkańskie Upiory, podróż przez historię (przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010). W książce tej region Europy Środkowej, rozumianej przez nas jako obszar między Niemcami, Rosją, Włochami i Turcją, dzieli on na Europę Środkową, gdzie dostrzega chęć współpracy oraz na Bałkany, gdzie tej chęci brak. Analizując historię Bałkanów, wśród źródeł tragicznych losów tego regionu w ostatnim stuleciu wskazuje na nacjonalizm wszystkich uczestników wydarzeń. Kaplan zwraca uwagę na nacjonalizm chorwacki. Zarzuca Chorwatom zupełnie nieuzasadnione przekonanie o kulturowej wyższości nad Serbami. Ideologicznym animatorem konfliktu chorwacko-serbskiego był arcybiskup Zagrzebia Alojzije Stepinac (Beatyfikowany w 1998 roku przez Jana Pawła II, M.P.). Rdzeniem chorwackiej nacjonalistycznej tradycji w marzeniach Stepinaca, było dążenie do nawrócenia wszystkich Serbów na katolicyzm. Masakry prawosławnych Serbów podczas II wojny światowej dokonane przez Chorwatów w katolickiej Chorwacji oraz sąsiedniej Bośni i Hercegowinie były potworne. Dla Tity z kolei (pochodzącego z rodziny chorwacko-słoweńskiej) federalizm jugosłowiański oznaczał ograniczanie wpływów liczebnie dominujących Serbów i wspieranie innych grup, zwłaszcza Chorwatów i Albańczyków. Z kolei Serb Slobodan Milošević 28 czerwca 1987 roku, w kolejną rocznicę klęski na Kosowym Polu odwołał się do serbskich odczuć narodowych i powiedział: “Ani dziś, ani w przyszłości, nikt nie ma prawa was poniżać”. I wtedy, uważa Kaplan, rozpoczęła się rewolta przeciwko federacji jugosławiańskiej. Choroba Bałkanów, pisze Kaplan, to sprzeczne marzenia o utraconym imperium. Każdy naród bałkański domaga się przywrócenia takich granic, kiedy jego imperium osiągnęło szczyt rozwoju terytorialnego, co zwykle miało miejsce w głębokim średniowieczu. Dotyczy to m.in. Albańczyków i Greków. Na Bałkanach są 3 zapalne miejsca: Kosowo, Bośnia i Hercegowina oraz Macedonia. Wydawałoby się przy tym, że Serbów, Greków, Rumunów, Bułgarów i Macedończyków powinno łączyć prawosławie, ale nie łączy, bo kościoły prawosławne na Bałkanach to w zasadzie autokefalie. Inna ciekawa obserwacja Kaplana to przekonanie, że na Bałkanach paliwem dla nacjonalizmu jest ubóstwo, co jak się wydaje - ma także aktualnie zastosowanie w polskim przypadku.

Marzenia co niektórych o samodzielnej, wiodącej roli Polski w regionie (bez wsparcia tego regionu dla nas) stają się wręcz zabawne i straszne. Zresztą w regionie ideałem w przeszłości i obecnie zawsze było i jest partnerstwo, a nie hegemonia wobec innych. Tak przynajmniej wyobrażał to sobie podczas II wojny światowej katolicki uczony Oskar Halecki. (Oskar Halecki, East Central Europe in Postwar Organization, July, 1943, s. 57) W tym akurat przypadku sięgnąć możnaby (przynajmniej częściowo) do dalekiej przeszłości, a mianowicie do tradycji I Rzeczpospolitej, gdzie Polakiem (wtedy co prawda szlachcicem, ale dzisiaj już Środkowoeuropejczykiem) mógł być katolik, prawosławny i protestant. W dodatku – różnego pochodzenia etnicznego. Konieczne jest przy tym dokładne rozróżnienie w Europie Środkowej między patriotyzmem a nacjonalizmem. A u nas w Polsce, na użytek wewnętrzny trzeba powiedzieć sobie jasno: polskość powinna być atrakcyjna i przyciągać obcych, powinna przygarniać, a nie wykluczać. To co polskie nie może być odrażające i odpychać innych. Na dłuższą metę nacjonalizm nie ma racji bytu, jest samobójstwem. W Europie Środkowej, która jest częścią Unii Europejskiej, cenione będą te narody, które szanują różnorodność innych nacji i których kultura będzie dla innych przyjazna. W samej Środkowej Europie tworzyć się powinna tożsamość środkowoeuropejska. Jej powstawaniu służyć mogą m.in. trafnie dobrane przykłady ze wspólnie przeżywanej historii. Nie będzie takim przykładem idea Międzymorza Józefa Piłsudskiego, która już przed II wojną światową poniosła klęskę. Nie było na nią zgody wśród państw środkowoeuropejskich. Może z wyjątkiem Rumuniii, z którą Polska utrzymywała dobre stosunki. Podczas II wojny światowej rząd emigracyjny w Londynie prezentował zgoła inną koncepcję sfederalizowania regionu. Ta koncepcja, w przeciwieństwie do Międzymorza, cieszyła się poparciem wszystkich emigracyjnych rządów środkowoeuropejskich; większego entuzjazmu nie przejawiali do niej co prawda nasi wschodni sąsiedzi – Ukraińcy, Białorusini i Bałtowie. Wchodzili oni zresztą wówczas w skład Związku Radzieckiego i o żadnym sfederowaniu ich z resztą Europy Środkowej nie mogło być mowy. W każdym, dosłownie, kraju środkoweuropejskim znależć można postaci z okresu II wojny (polityków i uczonych), które opowiadały się za współpracą środkowoeuropejską opartą nie na dominacji lecz właśnie na partnerskiej współpracy.

Byłoby przy tym wielkim błędem, gdyby idea Międzymorza miała być przeciwwagą dla pozycji Niemiec w Unii Europejskiej. (Trzeba sobie uświadomić ten oczywisty fakt, że dla Stanów Zjednoczonych Niemcy są ważniejszym partnerem niż Polska). Pomysł taki nie znalazłby zresztą zrozumienia ze strony państw regionu, które z Niemcami chcą współpracować i widzą w Niemczech przyjaznego partnera.. Idea Międzymorza i nawiązywanie do polityki jagiellońskiej ustawiałoby Polskę w konfrontacji nie tylko do Rosji, ale także wobec państw bałtyckich, Białorusi i Ukrainy. Prawidłową odpowiedzią na potrzeby regionu jest istniejąca już Grupa Wyszehradzka (i ewentualny utworzony wokół niej blok), która nawiązuje do przemyśleń i dokonań środkowoeuropejskich rządów emigracyjnych w Londynie, a w których ważną rolę odgrywali ludowcy. Tak więc nośne obecnie w naszym regionie idee wiążą się nie z postacią Józefa Piłsudskiego, który w samej Polsce jest i pozostanie ważną postacią historyczną, lecz z postaciami Władysława Sikorskiego, Edvarda Beneša i Milana Hodžy. Nie wolno też rezygnować z tak ważnego forum dla polskiej polityki zagranicznej jakim pozostaje Grupa Weimarska (Niemcy, Francja, Polska).

Uwagi końcowe

Agresja, ekspansja czy eksplozja demograficzna miały zawsze znaczenie polityczne, społeczne i gospodarcze. Podobnie jak niski przyrost naturalny wśród niektórych narodów. Myślę, że demografowie badają w sposób precyzyjny to co ma miejsce w Europie. Przynajmniej niektórzy wizjonerzy oraz uczeni zajmujący się prognozowaniem dowodzić mogą wkrótce, że islam odegra już niedługo na Zachodzie niezwykle ważną rolę. Tak jak dzieje się to już w Niemczech, islam w całej Europie stać się może powoli częścią europejskiej kultury i tożsamości. Być może, to właśnie islam stanie się dodatkowym spoiwem, którego tak bardzo leniwej Europie brakuje. Nie oceniam czy to dobrze czy żle, ale tak może się zdarzyć. Byłoby napewno źle, gdyby w Europie zaczął przeważać islam radykalny. W tym przypadku należałoby odpowiednio wcześniej wschłuchiwać się w przekaz płynący z ust imamów i eliminować mowę nienawiści. Eliminacja mowy nienawiści nie powinna ograniczać się jednak wyłącznie do środkowisk muzułmańskich. W tym celu ustanowić należy odpowiednie prawo w Polsce, w Europie Środkowej i w Unii Europejskiej. Mam przy tym wątpliwości czy Europa zdoła w dalszej perspektywie powstrzymać rosnącą liczbę muzułmanów. Jeżeli nie ich napływ, to o ich liczbie zdecyduje wysoki przyrost naturalny.Tutaj otwiera się przestrzeń dla ewentualnego wysiłku ewangelizacyjnego, podobnego do tego jaki, w niezwykle małej oczywiście skali, ma miejsce wobec Wietnamczyków w Polsce. Zasadniczą jednak sprawą w Polsce i w całej Europie jest potrzeba akceptacji różnorodności. Nie tylko jednak obawa przed radykalnym islamem powinna spędzać sen z głowy globalnych strategów a proces rozprzestrzeniania broni masowej zagłady, groźba katastrofy nuklearnej i ta straszna broń w rękach szaleńców. Broń ta zagraża wszystkim, niezależnie od wiary, narodowości i koloru skóry. Aby sprostanie tym licznym wyzwaniom, globalnym i regionalnym, było możliwe, Europa Środkowa musi ustalić własne priorytety oraz szybciej niż dotąd integrować się jako region w ramach Unii Europejskiej, która powinna stać się ugrupowaniem ponadnarodowym Integracja Europy Środkowej oraz Unii Europejskiej zabezpieczy nas też przed ewentualnymi pokusami mocarstw powrotu do polityki stref wpływów. Na takiej integracji powinno zależeć też Stanom Zjednoczonym, które tylko w silnej i zjednoczonej Europie znależć mogą solidnego partnera. Unia Europejska i Stany Zjednoczone są sobie potrzebne. Bez Unii Europejskiej Stany Zjednoczone znaczą w świecie o wiele mniej. O to m.in. chodziło prezydentowi Obamie, gdy przestrzegał Brytyjczyków przed Brexitem.

Maksymilian Podstawski

Maj 2016

 

Europa Środkowa w tym zwariowanym świecie, jesień 2015

I.

Jesienią 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość zdobyło pełną władzę w Polsce. Ma swego prezydenta i większość parlamentarną (Zjednoczona Prawica). Ułatwia to kształtowanie polityki wewnętrznej i zagranicznej. Co się tyczy polityki zagranicznej, to zarówno z wypowiedzi polityków tej partii jak i odpowiednich dokumentów i artykułów, z pierwszych wizyt pana prezydenta Andrzeja Dudy wynika, że polityka, ta dotycząca Europy Środkowej, w głównych zarysach – przynajmniej jeżeli chodzi o cel jakim jest utrzymanie współpracy państw Europy Środkowej - będzie w zasadzie kontynuacją polityki koalicji PO-PSL. Różnice tkwią w szczegółach i w środkach zmierzających do celu. W przypadku polityki w Europie Środkowej, obie ekipy, poprzednia i obecna, przywiązywały (przywiązują) istotną wagę do sytuacji w tym regionie. Obie polityki (koncepcje) stawiają sobie za cel integrację Europy Środkowej i zapewnienie Polsce w tym regionie należnego jej miejsca. O ile jednak minister Radosław Sikorski odżegnywał się od polityki jagiellońskiej, to ekipa obecna wyraźnie nawiązuje do spuścizny Józefa Piłsudskiego oraz idei Międzymorza. Jest to w pewnej sprzeczności z równoczesnym akceptowaniem przez PiS wagi i znaczenia Grupy Wyszehradzkiej, która swoje istnienie zawdzięcza dorobkowi politycznemu środkowoeuropejskich emigracyjnych rządów w Londynie w okresie II wojny światowej. Rządy te zmierzały do utworzenia po wojnie federacji państw Środkowej Europy na obszarze między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami, od Gdańska po Saloniki. W planowanej federacji Polska i Czechosłowacja miały być jej jądrem, tak jak obecnie jądrem Europy Środkowej jest Grupa Wyszehradzka. W tej federacyjnej koncepcji znalazło się niezwykle ważne miejsce dla Czechosłowacji, o czym wcześniej, w przypadku realizacji koncepcji Międzymorza, przy stosunku Piłsudskiego do Czechosłowacji oraz napiętych relacjach między naszymi państwami, nie mogło być w ogóle mowy. Wypada wspomnieć, że w ustępującej ekipie PO-PSL znalazło się wiele osób o wykształceniu historycznym, które również nie ukrywały swego uwielbienia dla Marszałka, np. w otoczeniu pana prezydenta Bolesława Komorowskiego. W środowiskach lewicowych z kolei podkreślane są niekiedy lewicowe początki Marszałka, a zapomina się o tym, że po uzyskaniu niepodległości przez Polskę wysiadł on “z czerwonego tramwaju”. Nie ma w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, bo Polacy doceniają na ogół rolę Piłsudskiego, bez którego trudno sobie wyobrazić uzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Co nie oznacza, że podobną ocenę Piłsudskiego podzielają Ukraińcy, Białorusini czy Litwini, którzy w tym samym czasie, bardziej lub mniej skutecznie, także walczyli o niepodległość, często w kolizji z polskimi dążeniami. Oznacza to również nieprzychylne stanowisko tych nacji do idei Międzymorza. W koalicji PO-PSL zdecydowanie odmienną niż PO interpretację naszej najnowszej historii prezentowało Polskie Stronnictwo Ludowe (Maksymilian Podstawski, Przyszłość Polski i Europy Środkowej-znaczenie myśli ludowej, “Europa Środkowa, i co dalej...”, str. 143-159, P.U.COMPUS, 2011). PSL bezpośrednio na politykę zagraniczną Polski nie miało co prawda w ustępującym rządzie wyraźnego wpływu (z wyjątkiem międzynarodowej polityki gospodarczej i autentycznych sukcesów w eksporcie, m.in. żywności), ale w doskonale redagowanym przez Ryszarda Miazka periodyku “Realia i co dalej'' nawiązywało wyraźnie do dorobku rządu emigracyjnego w Londynie. Zresztą, z uwagi na znane zaszłości historyczne (przewrót majowy i Bereza Kartuska), trudno byłoby posądzać PSL o sympatie propiłsudczykowskie. Tak na marginesie warto przypomnieć, że zamysły z okresu wojny powołania federacji w Europie Środkowej zyskały poparcie całej naszej emigracji, w tym wielu piłsudczyków (np. Tytusa Filipowicza). “Realia”, będąc w jakimś sensie organem teoretycznym PSL-u, ponad rok temu przestały się, z niewiadomych zresztą powodów, ukazywać, co być może mogło mieć jakiś wpływ na słaby wynik stronnictwa w ostatnich wyborach parlamentarnych. W Prawie i Sprawiedliwości natomiast nie pojawili się jeszcze politycy, którzy potrafiliby bardziej krytycznie spojrzeć na ideę Międzymorza; nie uczynią tego zapewne ci ludowcy (a powinni!), którzy swego czasu opuścili PSL i przeszli do PiS-u. Czas pokaże czy idea Międzymorza znajdzie obecnie zwolenników wśród naszych partnerów w regionie (np. w Czechach i Słowacji). Należy raczej w to wątpić. Środkowoeuropejskim koncepcjom wojennej emigracji zarzucić można co prawda brak w nich wyraźnego miejsca dla Ukrainy, Białorusi i 3 państw bałtyckich, ale trzeba przypomnieć, że kraje te wchodziły wówczas w skład Związku Radzieckiego i pomysł włączenia ich do przyszłej zintegrowanej Środkowej Europy nie wchodził w rachubę chociażby z uwagi na stanowisko USA i Wielkiej Brytanii, które nie chciały drażnić swego radzieckiego sojusznika. Przy czym trzeba przyznać, że w dyskusjach na temat kształtu przyszłej Europy Środkowej były z polskiej strony niezgrabne próby włączenia naszych bezpośrednich wschodnich sąsiadów do rozmów o integracji regionu, ale z ich strony nie spotykało się to z pozytywnym odzewem. A to z różnych powodów, wśród nich była zwyczajnie niechęć do Polski oraz obawa przed powtórnym zdominowaniem ich przez Polskę. Ówczesny pogląd polskiego rządu emigracyjnego dotyczący wschodniej granicy, domaganie się powrotu Polski do granic na wschodzie ustanowionych przez Traktat Ryski z 1921 roku nie zjednywało nam tam przyjaciół. Oficjalny pogląd polskiego rządu emigracyjnego dotyczący wschodniej granicy Polski spotkał się także z negatywną reakcją ze strony czechosłowackiego premiera Edwarda Beneša, który od ustępstw ze strony polskiej w tej sprawie uzależniał realizację ustaleń dotyczących Czechosłowacko-Polskiej Federacji. Brał on pod uwagę interes Związku Radzieckiego oraz poglądy mocarstw zachodnich dotyczące linii Curzona i radzieckiej granicy zachodniej. W dłuższej perspektywie czasowej jednak Beneš się pomylił, bo gdy rozpadł się Związek Radziecki, powstała Ukraina, Białoruś i Litwa i z nimi przede wszystkim Polska graniczy na wschodzie, a nie z Rosją (przy czym wschodnia granica Polski po uzyskaniu przez te 3 państwa niepodległości pozostała niezmieniona). Dzięki temu przetrwała i poszerzona została o te kraje definicja Europy Środkowej Milana Hodžy: między Niemcami a Rosją, od Gdańska do Salonik. (Maksymilian Podstawski, Milan Hodža-ideolog i przywódca agrariuszy słowackich, Dzieje partii i stronnictw chłopskich w Europie, Tom I, str. 185, Pułtusk-Warszawa 2007, Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora). Reasumując, wydaje się, że idee środkowoeuropejskich emigracyjnych polityków, przy poszanowaniu aktualnych granic Polski ze wschodnimi sąsiadami, byłyby obecnie w naszym regionie bardziej “nośne” niż idee jagiellońskie. Tym bardziej, że w okresie II wojny istniała co do nich pełna zgoda wśród rządów emigracyjnych i społeczeństw Europy Środkowej. Inaczej jeszcze rzecz ujmując: potrzeba nam obecnie więcej Władysława Sikorskiego, a mniej Józefa Piłsudskiego. (Nie wykluczone natomiast, że na użytek wewnętrzny, w Polsce, nawiązywać by można do Piłsudskiego i do idei jagiellońskiej tam, gdzie istnieje konieczność większego zrozumienia i akceptacji mniejszości narodowych i religijnych, np. w kontekście spodziewanych migracji do Polski. Z tym, że i tutaj z tym zrozumieniem potrzeb mniejszości narodowych i religijnych w Polsce w okresie międzywojennym nie było najlepiej, gdyż w gruncie rzeczy realizowano politykę Romana Dmowskiego; jednego narodu w wielonarodowym państwie). Przyznać przy tym trzeba, że powaga z jaką obecna ekipa ma zamiar traktować Grupę Wyszehradzką i region środkowoeuropejski zasługuje na pozytywną ocenę. Dobrze, gdyby do tego udało się zrealizować chęć utrzymania dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami. Wymagało by to zastąpienia idei Międzymorza np. “blokiem śródkowoeuropejskim/środkowowschodnioeuropejskim” i nawiązania do dorobku okresu wojennego (Edward Beneš, Władysław Sikorski, Milan Hodža, Oskar Halicki, Jerzy Braun. Ten ostatni był m.in. przełożonym Karola Wojtyły w konspiracji wojennej. Można przypuszczać, że to właśnie koncepcje polityczne okresu wojennego zainspirowały Jana Pawła II do przedstawienia wizji “dwóch płuc chrześcijaństwa” – zachodniego i wschodniego, która nie wyklucza Rosji ze wspólnoty atlantyckiej, od Władywostoku po Vancouver. O utworzenie takiej wspólnoty w dalszej przyszłości upomina się także Zbigniew Brzeziński, który – co warto zaznaczyć - w swych tekstach dotyczących Europy Środkowej przychylnie oceniał zarówno ideę Konfederacji Polsko-Czechosłowackiej, jak i powstanie Grupy Wyszehradzkiej.

 

II.

Znany amerykański historyk Timothy Snyder stwierdził stosunkowo niedawno, że w swej obecnej polityce Rosja próbuje zawiązać sojusz z partiami skrajnej prawicy w Europie, aby w ten sposób osłabić Unię Europejską, a nawet spowodować jej całkowity rozpad. (Timothy Snyder discusses WWII precedent and future of Russian-Ukrainian conflict, portal “the Justice”, wykład profesora w Brandeis University, 21.04.2015). (W tym kierunku np. wydaje się zmierzać polityka Rosji wobec Węgier, Słowacji i Czech. Trochę zastanawia w tym kontekście całkowity brak odniesień do Rosji w exposé pani premier Szydło. M.P.). Zastanawiając się nad globalnymi zagrożeniami dla światowego pokoju, Snyder zwraca uwagę na panikę ekologiczną jaka panuje w świecie w związku ze zmianami klimatycznymi. Obawia się on powrotu tego sposobu myślenia, który – jego zdaniem - doprowadził Hitlera do pomysłu Lebensraumu. Ten sposób myślenia wynika z niewiary w naukę i w możliwości zaspokojenia dzięki niej potrzeb żywnościowych świata. Snyder uważa, że na świecie już obecnie trwa walka o ziemię w celu zapewnienia produkcji oraz dostaw żywności i podaje jej przykłady:

1/ Wymordowanie we Wschodniej Afryce pół miliona Tutsi przez Hutu w 2003 roku.2/ Konflikt w Sudanie, gdzie Arabowie od 2003 roku starają się usunąć afrykańskich pasterzy z ich ziem.3/ Chiny zainteresowane są żyznymi ziemiami na Ukrainie i dzierżawią tam już 1/10 uprawnej ziemi, oraz w Rosji. Chiny, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Korea Południowa zainteresowane są żyznymi ziemiami na południu Sudanu, Także Japonia, Katar i Arabia Saudyjska rozpoczęły kupować lub dzierżawić ziemie w całej Afryce. Dlatego Snyder uważa, że Stany Zjednoczone powinny wreszcie zaufać tym uczonym, którzy nawołują do ograniczenia emisji CO 2. Snyder chwali z kolei Unię Europejską za to, że poważnie bierze pod uwagę zagrożenia wynikające z globalnego ocieplenia, z których najważniejsze to masowe migracje na świecie. Przypomina, że w roku 2010 chińskie zakupy żywności na Bliskim Wschodzie spowodowały w tym regionie poważne niepokoje społeczne. (Timothy Snyder, The next Genocide, portal The New York Times, Sunday Review, 12.09.2015). (Należałoby dodać, że przy subwencjonowanym rolnictwie na Zachodzie, prymitywne rolnictwo w Afryce i w innych częściach ubogiego świata nie ma większych szans. M.P.). Nie lekceważąc zjawiska ocieplenia klimatu i jego wpływu na migracje ludności w świecie, a także obaw o możliwość zaspokojenia potrzeb żywnościowych świata, powiedzieć trzeba, że jak na razie do kryzysu migracyjnego w Europie przyczynia się przede wszystkim nieodpowiedzialna polityka Zachodu. Tej prawdy nie trzyma w tajemnicy cytowany często przeze mnie amerykański analityk George Friedman (Stratfor), który prognozuje, że w XXI wieku Stany Zjednoczone destabilizować będą niektóre regiony świata tam, gdzie powstaną państwa lub grupy państw zagrażające dominacji USA. Przy czym Stany nie muszą wychodzić z tych konfliktów zwycięsko, wystarczy, że zdestabilizują region lub państwo ...i “sobie odejdą”. Inspirowana przez Zachód tzw. arabska wiosna przyniosła zamiast demokracji dalszą destabilizację na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (tu rola Francji w Libii). Wcześniej zdestabilizowała sytuację w tym regionie wojna w Iraku. Z jakichś (nie do końca przemyślanych) powodów postanowiono zniszczyć dyktatorskie, ale świeckie rządy w Iraku i Libii, które zapewniały w regionie względny spokój. A rządy wiernych wyznawców Allacha nie przyniosły w regionie pokoju. Prawdziwe jednak piekło w regionie spowodowała dopiero wojna w Syrii i wokół Syrii oraz powstanie Państwa Islamskiego. Całkowitą destabilizację, tym razem globalną, przynieść może dopiero wojna w łonie islamu między sunnitami a szyitami, ale już na jeszcze większych niż dotąd obszarach globu. Z tym, że w tym przypadku winni tego przelewu krwi będą przywódcy państw islamskich oraz przywódcy religijni sprzeczający się o to, która wersja islamu jest słuszniejsza. W tym kontekście poważne wątpliwości budzi polityka Turcji (ważny członek NATO) i Arabii Saudyjskiej (ważny sojusznik Stanów Zjednoczonych) posądzanych coraz częściej o sprzyjanie Państwu Islamskiemu. Z kolei sprzyjający Rosji Iran wydaje się być zdolny do pokonania poprzez ofensywę lądowa Państwa Islamskiego. Poprzez Iran Rosja może osiągnąć wymarzony od dawna dostęp do morskich “ciepłych wód”. Turcja, Arabia Saudyjska i Iran walczą o supremację w regionie i w świecie islamu. Zginąć mogą miliony ludzi, a dalsze miliony udadzą się na emigrację. Wielu z nich do Europy na wcześniejsze zaproszenie Niemiec, jeśli to zaproszenie będzie nadal, w imię szczytnych ideałów humanizmu, aktualne. O ile silne Niemcy mogą sobie poradzić z napływem emigrantów i zaprzęgnąć ich do dalszej budowy gospodarczej potęgi kraju (co do tego nie ma jednak całkowitej pewności), to małe i słabe kraje Środkowej Europy są taką perspektywą poważnie zaniepokojone. W swych wcześniejszych artykułach dotyczących złej sytuacji demograficznej w Polsce, w Europie Środkowej i w Europie wyraziłem pogląd, że Polsce i Europie potrzebna jest imigracja, która miałaby charakter przede wszystkim ekonomiczny, a nie humanitarny.(Maksymilian Podstawski, Sytuacja demograficzna Polski na tle Europy Środkowej oraz Sytuacja demograficzna wsi, “Europa Środkowa, i co dalej...).P.U. COMPUS, Starachowice-Warszawa, 2011, str. 55-72 oraz 221-231). Obecnie jednak, w obliczu tragedii uchodźców, najważniejsze stają się niewątpliwie względy humanitarne, co nie powinno oznaczać zupełnego wykluczenia tych migrantów, których wykształcenie i przydatne zawody mogą być brane pod uwagę. Dziwiłbym się także, gdyby bogactwo poszczególnych migrantów stanowiło przeszkodę dla ich osiedlenia się np. w Polsce. Jako obywatel, nie miałbym także nic przeciwko płatnym studiom dla tysięcy młodych imigrantów. Diabeł tkwi oczywiście w szczegółach. Chodzi np. o docelową liczbę uchodźców (w przypadku Europy Środkowej nie powinna być ona wysoka) oraz ich zróżnicowanie religijne i narodowe; wśród nich nie mogą przeważać osoby z jednego kraju i wyznawcy tylko jednej religii. Zróżnicowanie narodowe i religijne migrantów ułatwi im integrację z polskim społeczeństwem. W ostateczności jednak najważniejsze jest - co oczywiste - bezpieczeństwo Polski i Europy Środkowej. Polskie historyczne doświadczenia z islamem są co prawda dobre, niemniej jednak przydałyby się poważne badania naukowe nad islamem współczesnym. Należy się domyślać, że takie badania są prowadzone. Co do obaw słabych, przede wszystkim ekonomicznie, krajów Europy Środkowej przed zalewem milionów emigrantów/uchodźców, to wydaje się, że region nasz ma tu wyraźnie dalekosiężny, wspólny interes; to obrona przed niekontrolowanym zalewem imigrantów. Ten interes powinien region jednoczyć. Szczególnie niebezpieczny dla pokoju w regionie okazać się może niekorzystny rozwój wypadków na Bałkanach, gdzie dojść może do kolejnej w historii destabilizacji, a słowo “bałkanizacja” nabierze znów, groźnego znaczenia. Kto mógłby skorzystać na tym trudno doprawdy powiedzieć. Myślę, że w gruncie rzeczy nikt. Należy mieć nadzieję, że do destabilizacji nie dojdzie we Francji po ostatnich zamachach terrorystycznych w tym kraju. Zależeć nam powinno na utrzymaniu stabilnych Niemiec i utrzymaniu w tym kraju spokoju społecznego. Destabilizacja w Niemczech z powodu zbyt dużego napływu migrantów skończyć się może w nieokreślonej przyszłości niekontrolowanym przemieszczaniem się do Polski dużej liczby muzułmanów (już niemieckojęzycznych?) uciekających przed prześladowaniami. (Co do tego, że napływ siły roboczej do Polski jest potrzebny jestem nadal przekonany. Szczególnie teraz, gdy obniżony zostanie wiek emerytalny. Zmniejszy się w rezultacie bezrobocie wśród młodzieży, co jest pożądane, ale w dalszej kolejności, przy równoczesnej emigracji z Polski, zabraknie rąk do pracy. Pół miliona (do miliona) Ukraińców już pracujących w Polsce może tej luki nie zapełnić. Jak się do tego ma brak tanich mieszkań w Polsce dla przybywającej do nas siły roboczej ? – to zadanie do rozwiązania. M.P.).

 

III.

Prezydent Duda przebywał w dniach 02.11.2015 – 04.11.2015 w Rumunii z oficjalną wizytą międzypaństwową, a następnie wraz z rumuńskim Prezydentem był współgospodarzem Szczytu Wschodniej Flanki NATO (NATO East Flank Summit). Ma to związek z przygotowaniami do przyszłorocznego szczytu Sojuszu w Warszawie i realizacją postanowień zeszłorocznego szczytu w Walii. Wizyta miała podkreślić wagę stosunków polsko-rumuńskich w sprawie budowy współpracy państw adriatycko-czarnomorsko-bałtyckich. Była w tym chęć pokazania, że polityka środkowoeuropejska może być dużo szersza, niż w ramach krajów Grupy Wyszehradzkiej, które w niektórych kwestiach wyrażają rozbieżne poglądy. Zamiar szlachetny, ale udało się to tylko częściowo. W spotkaniu zabrakło państw leżących nad Adriatykiem, z tego prostego powodu, że nie stanowią one wschodniej flanki NATO. W przyjętej deklaracji mowa jest o obszarze od Morza Czarnego do Bałtyku. Oprócz prezydentów Polski i Rumunii, w szczycie wziął udział zastępca sekretarza generalnego NATO Alexander Vershbow, prezydenci Estonii, Łotwy, Litwy, Słowacji, Węgier, Bułgarii oraz szef izby niższej parlamentu Czech. (Prezydent Czech spotkanie zbojkotował, wcześniej powiedział, że nie widzi potrzeby, by NATO się zmieniało). We wspólnej deklaracji z Bukaresztu czytamy m.in., że agresywna działalność Rosji na Ukrainie, nielegalna aneksja Krymu, wspieranie rebeliantów na wschodzie Ukrainy oraz akcje wojsk rosyjskich w sąsiedztwie NATO, podkopują europejską architekturę bezpieczeństwa. Szczyt nie do końca wyjaśnił sprawę wcześniejszych sygnałów z Pragi, Bratysławy i Budapesztu, które świadczyły o sympatiach prorosyjskich i braku solidarności ze wschodnią polityką polską. Podziwiać dlatego można łatwość z jaką przyjęto wspólną deklarację, którą, jak należy sądzić, czeka jeszcze akceptacja rządów poszczególnych państw. Wydaje się, że przełożenie międzywojennej koncepcji Międzymorza na obecne czasy napotykać może na pierwsze trudności. Koncepcja, do której i do Piłsudskiego, nawiązuje w swych tekstach nie darzący szczególną sympatią ani Francji, ani Niemiec, George Friedman, miała niegdyś stworzyć przeciwwagę dla imperialistycznych tendencji Rosji i Niemiec. W zasadzie jedynym wówczas osiągnięciem były dobre relacje Polski z Rumunią, bo stosunki z graniczącymi z Polską Litwą i Czechosłowacją pozostały napięte. Obecnie Rumunia oczekuje aktywnej roli Polski w regionie. Ukłonem w stronę twórcy idei Międzymorza było złożenie kwiatów przez Prezydenta Dudę, w ostatnim dniu jego pobytu przed tablicą-pomnikiem, upamiętniającym postać Marszałka Józefa Piłsudskiego i jego wizytę w stolicy Rumunii. Byłoby jednak niedobrze, gdyby blok krajów Międzymorza miał równoważyć pozycję Niemiec w Unii Europejskiej. Spotkało by się to co najmniej z brakiem zrozumienia ze strony państw regionu, które mają inne wyobrażenia o współpracy, a niektóre z nich mówią o ważnej roli w regionie prorosyjskiej aktualnie Austrii, a nie o “prymacie” Polski. Utrzymanie dobrych relacji Polski z Niemcami zaleca Zbigniew Brzeziński. Podobnie jak Grupa Wyszehradzka, tak i jakikolwiek ewentualny blok środkowoeuropejski powinien działać w ramach Unii Europejskiej. Wobec wyzwań jakie stoją przed Zachodem (np. migracje), UE i Stany Zjednoczone powinny działać razem. Celem polskiej polityki zagranicznej powinno być takie ułożenie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i w NATO, aby równie dobre, jak z USA, były stosunki Polski z Niemcami i z Francją. W polskiej polityce w ramach Unii Europejskiej powinno być miejsce zarówno dla Trójkąta Weimarskiego (Niemcy, Francja, Polska) i Grupy Wyszehradzkiej (Czechy, Polska, Słowacja, Węgry), jak i dla ewentualnego nowoutworzonego bloku, szerszego niż Grupa Wyszehradzka. Z tym, że blok ten nie powinien nawiązywać bezpośrednio do idei Międzymorza, która nigdy nie była, i nadal nie jest, szczególnie “nośna” w naszym regionie. Idea Międzymorza i polityka jagiellońska ustawia bowiem Polskę w konfrontacji nie tylko wobec Rosji, ale także wobec państw bałtyckich, Białorusi i Ukrainy. Mogą tego nie rozumieć niektórzy Amerykanie, a to z dwóch powodów: albo ich wiedza o naszym regionie zakończyła się przed wybuchem II wojny światowej, albo nie chcą przypomnienia faktu, że USA i Wielka Brytania odstąpiły pod naciskiem Stalina od idei sfederalizowania Europy Środkowej. Polacy jednak o swej historii pamiętać powinni. Do powstania takiego bloku zachęcał swego czasu Słowak Ján Čarnogurský: “Historyczny bilans krajów środkowoeuropejskich dowodzi, że ich wspólny interes był przeważnie respektowany przez politycznych przywódców tych narodów w najróżniejszych warunkach historycznych. Narody środkowoeuropejskie tym bardziej powinny być więc zdolne do przedkładania wspólnego dobra nad niektóre drugorzędne, partykularne interesy. Państwa środkowoeuropejskie powinny zdobyć się na wytworzenie w ramach Unii Europejskiej bloku, który będzie posiadał potencjał polityczny i ekonomiczny, umożliwiający forsowanie własnych specyficznych interesów, a który nie będzie tylko zabawką w polityce mocarstw. Tym bardziej, że narody środkowoeuropejskie do tej pory zawsze płaciły słony rachunek, pozostając biernym obiektem tej polityki. Wspólne działania krajów Europy Środkowej są korzystne nawet z punktu widzenia ich czysto egoistycznych interesów. W warunkach globalizacji gospodarczej nie można realizować interesu narodowego w sposób izolowany.” (Ján Čarnogurský, Geopolityka Europy Środkowej, Międzynarodowy Przegląd Polityczny, 3(15), 2006). Doktor prawa, lider Ruchu Chrześcijańsko-Demokratycznego (KDH). W latach 1991-1992 premier Słowacji, w roku 1998 Minister Sprawiedliwości Słowacji).

Polska polityka zagraniczna okresu międzywojennego poniosła porażkę, nie warto do niej wracać. Do wykorzystania natomiast pozostają niezrealizowane pomysły na miejsce Polski w regionie, te jakie powstawały po klęsce wrześniowej. Sytuacja Europy Środkowej jest obecnie oczywiście inna, bo jesteśmy prawie wszyscy w Unii Europejskiej i w NATO, przyjazny jest Zachód Europy i Stany Zjednoczone. Orientowanie się jednak wyłącznie na Stany, niedocenianie Niemiec i Unii Europejskiej (patrz exposé pani premier Beaty Szydło z 18 listopada 2015), nieokreślona do końca polityka wobec Rosji, doprowadzić może do sytuacji, w której na arenie międzynarodowej zabraknie poparcia dla idei jakiekolwiek współpracy środkowoeuropejskiej. Tak jak odmówiono nam tego wsparcia podczas i po II wojnie światowej. Kluczowa i negatywna okazać się tu może znowu rola Rosji, która być może nie ma osiągnięć na polu gospodarczym i w modernizacji kraju, ale która wszystkie swe braki nadrabia świetną dyplomacją, wspartą siłą zbrojną, co widać gołym okiem na Bliskim Wschodzie i w walce z terroryzmem. Przywódcy zachodni mają widoczne trudności, a Władymir Władymirowicz wraca na salony. Wymaga to wszystko od naszej dyplomacji wyjątkowej zręczności, bo na powracającej do rozgrywki Rosji stracić może nie tylko Ukraina, o co martwią się nasi publicyści, ale i Polska wraz z całą Europą Środkową. Marzą się dlatego nie tylko dobre relacje ze Stanami, które w określonych warunkach mogą się z naszego regionu w przyszłości wycofać, ale ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Niemcami i Rosją. Europę Środkową powinna obecnie jednoczyć nie tylko obawa przed zalewem niechcianych imigrantów/uchodźców lecz obawa przed powrotem polityki stref wpływów, do której mogą wrócić główne mocarstwa świata. Do ustalenia nowych stref wpływów i zmiany granic dojdzie zapewne na Bliskim Wschodzie po zakończonym tam konflikcie.

 

23 listopada 2015

Maksymilian Podstawski

Uwagi do artykułu pt. “PGR był jak rodzina” - zamieszczonego w Przeglądzie (Polemika).

Motto: … po tym wielkiego poznasz w tłumie,

że on tylko zwykł to czynić, co umie.”

Adam Asnyk

 

W jednym z ostatnich numerów “Przeglądu” ( nr 34, 2015) przeczytałem artykuł

p. Krzysztofa Potaczała, pt. “PGR był jak rodzina”. Niestety, zostałem nim zniesmaczony i wręcz oburzony. W moim przekonaniu czytelnik, zwłaszcza młodszego pokolenia, po jego przeczytaniu, musi odnieść wrażenie, że PGR-y to coś okropnego, a ludzie w nich pracujący, to prymitywne lenie i w ogóle najgorszy element. Ponadto autor w wielu zasadniczych kwestiach na ten temat mija się z faktami, często najważniejsze z nich neguje oraz zakłamuje. Także szydzi on z ludzi w nich pracujący.

Zatem dziwię się bardzo red. Jerzemu Domańskiemu – którego szanuję – że tym razem pozwolił na zamieszczenie tak niesolidnego i raczej kłamliwego materiału w “Przeglądzie”.

Pokrótce więc pozwolę sobie na sformułowanie jedynie kilku najbardziej w moim przekonaniu, niewłaściwie przedstawionych kwestii w tym artykule.

Na wstępie, autor przytacza przykład, jak to bieszczadzki – prymitywny oczywiście – chłop był wręcz zmuszany na wyjazdy do teatrów; również nie umiał się w nich należycie zachować. Można to więc odczytać, że taka praktyka ówczesnych kierownictw tych gospodarstw, to oczywisty nonsens. Ciśnie się więc pytanie – po co to robiono? Odpowiedź jest tu oczywista; a więc na pewno po to, aby tym prostym ludziom, z bagażem często przedwojennego analfabetyzmu, przybliżyć choć częściowo dorobek kulturalno-oświatowy nowej Polski. W tym miejscu warto przypomnieć, że pomimo powojennej mizerii finansowej państwa, na kulturę i naukę na pewno nie szczędzono środków. Co z tego, że może ci ludzie dowożeni do teatru czy kina nie do końca rozumieli treści w nich prezentowane. Lecz na pewno jakieś wyobrażenie o tym co widzieli i słyszeli pozostawało w ich odczuciach. A to, że nie zawsze umieli się odpowiednio zachować, nie powinno chyba dziwić: bo kto i kiedy miał przedtem odpowiednio wyedukować najbardziej społecznie skrzywdzoną, najuboższą warstwę chłopską (zwłaszcza rejonu Bieszczad), która w Polsce Ludowej przede wszystkim zasiliła załogi PGR. Być może iż autor dlatego odnosi się szyderczo do tych wyjazdów w ramach edukacji kulturalnej, że porównuje je do dzisiejszych tzw. “wyjazdów integracyjnych”. Jak wiadomo, modny staje się dziś zwyczaj, że jakaś bogata firma organizuje taki wyjazd pracownikom na kila dni. Do odpowiedniego ośrodka (hotelu) celem “odpoczynku”. Chodzi o to, że ma to być jakaś rekompensata za wykorzystywanie tych pracowników zatrudnionych na możliwie najniższych stawkach. Wyjazd taki często zamienia się w zbiorowe podlizywanie się kierownictwu, a atmosfera imprezy bywa (podlewana trunkami) daleka od kulturalnego zachowania się uczestników. Zatem można zapytać autora, czym mianowicie lepszym jest taki współczesny wyjazd “integracyjny” od tego pegeerowskiego? Co takiego niewłaściwego było w tym, że w PRL usiłowano, na miarę swoich możliwości, zapoznać prostych ludzi z różnymi formami kultury?

Następna kwestia, choć na pozór błaha, lecz świadczy wymownie o kompetencji autora co do istoty PGR. Twierdzi on bowiem, że PGR to “wzorzec kołchozowy”. Zatem nie rozróżnia kołhozu od przedsiębiorstwa państwowego jakim był PGR.

Kolejna sprawa, to szyderczy wywód autora o poziomie życia ludzi w PGR. Stwierdza on min., że “nikomu nie brakowało na piwo i salceson”. W tym miejscu więc wypada poinformować autora ( bo chyba nie wie), że ludność tam pracująca dysponowała znacznie bogatszym zestawem produktów żywnościowych. Ponieważ pracownicy ci, oprócz pewnych bezpłatnych świadczeń ( np. mleko, ziemniaki) korzystali z przydomowej działki, na której mogli chować np. świniaka, drób, uprawiać owoce, warzywa itp. Wypada tu dodać, że pracownicy PGR mieszkali bezpłatnych mieszkaniach. W wielu bardziej sytuowanych gospodarstwach, budowano dla pracowników przyzwoite domki jednorodzinne. Tego rodzaju tendencja była coraz powszechniejsza w tychże gospodarstwach. I tu znowu wypada spytać autora: co mianowicie było w tym złego ( czy dziwnego), że w systemie ówczesnego wynagradzania pegeerowców, starano się tym ludziom stworzyć przyzwoite warunki socjalno-bytowe?

Najbardziej chyba fałszywie i bałamutnie autor traktuje temat zasadniczy, a mianowicie rolę i znaczenie PGR-ów w gospodarce narodowej, a także sposób ich unicestwienia. W pewnym miejscu stwierdza on, że: “jeszcze w 1981 r PGR-y przynosiły zyski, ale rok 1991 zakończył się totalną klapą”. W tym miejscu aż się prosi, ażeby odpowiedzieć czytelnikom, dlaczego się to stało. Ale autor tego nie czyni – nie wie – czy celowo uchyla się od odpowiedzi?

Zatem pozwolę sobie znowu na poinformowanie go jaki był faktyczny stan PGR-ów, zwłaszcza pod koniec ich istnienia, a także co się z nimi stało. Otóż w końcu lat 80-tych istniało 1665 tych gospodarstw, posiadających w sumie ok. 3,5 mln ha ziemi. Zatrudniały one ponad 500 tys. ludzi. Produkowały ok. 28% zbóż oraz ok, 24% żywca rzeźnego. W sumie dostarczały na rynek ponad 1/3 ogółu podstawowej żywności. Mimo to, konsekwentna, bezsensowna ich likwidacja trwała przez kilka lat, aż do całkowitego ich zniszczenia. W konsekwencji tego działania, metodą tzw. prywatyzacji zmarnowano w zasadzie majątek PGR, którego wartość oceniono na ponad 7,2 mld zł. Sprzedawano więc go lub wydzierżawiano - a często nawet rozdawano – ten majątek wszystkim, kto się zgadzał, beż żadnych niezbędnych warunków. Skutek był taki, że większość ziemi oraz substancji budynkowej trafiło do różnych pseudo-rolników lub wręcz do spekulantów. Powstały ogromne połacie ziemi opuszczonej w formie odłogów. Wszystkie, zwłaszcza lepsze zabudowania gospodarcze i mieszkalne zostały w różnej formie przejęte przez nowych prywatnych właścicieli. Zaś ludność, która tam pracowała i mieszkała znalazła się w beznadziejnej sytuacji, straciła nie tylko pracę, ale także stosowaną opiekę socjalno-bytową. Należy też dodać, że na skutek takiego podejścia państwa tj,. świadomego niszczenia tej gospodarki, sporo majątku po PGR zwłaszcza ruchomego (maszyny, narzędzia, sprzęt gospodarstwa domowego), zostało po prostu rozkradzione. Warto tu podać o jaki to min. majątek chodziło – mianowicie: 333 tys. mieszkań, 858 gorzelni, winiarni i browarów, 269 masarni i rzeźni, 898 suszarni zbóż i zielonek, 714 mieszalni pasz, 31 młynów i kaszarni, 75 chłodni, 415 sklepów, 147 hoteli, zajazdów i barów, 672 obiektów o charakterze socjalnym, kulturalnym i sportowym oraz 2136 zabytkowych zespołów dworskich i pałacowo-parkowych i inne.

A więc autor nie uważa za stosowne,aby bardziej obiektywnie naświetlić udział tych gospodarstw w ówczesnej gospodarce narodowej, w usługach, rozwoju kultury itp. natomiast już wybitnie kuriozalnym zbiegiem zaciemniającym istotę sprawy jest krótkie jego stwierdzenie o “totalnej klapie” tychże PGR-ów. A to dlaczego tak się stało autora zupełnie nie obchodzi. A może nie? Na wszelki wypadek znowu pozwolę sobie go poinformować, jak to się stało naprawdę. A więc stało się to na skutek nagłego zlikwidowania przez nowe , podobno demokratyczne – państwo. W nowej polityce rolnej wyłącznie ze względów ideologiczno-politycznych zaprzestano uznawania i popierania trójsektorowego rozwoju rolnictwa obowiązującego dotąd ( tj. PGR, spółdzielczości i gospodarstw indywidualnych). Postawiono jedynie na gospodarstwa indywidualne i to zwłaszcza na duże. Aby się to odbyło ( tj. likwidacja PGR) w glorii prawa, zastosowana została jedna z tzw. ustaw Balcerowiczowskich (Ustawa Sejmowa z dnia 19 października 1991 r). A więc PGR-y same nie upadły z “hukiem”, jak to twierdzi autor, lecz po prostu zostały zniszczone i to przez własne państwo. W ten sposób zmarnowany został wspomniany wyżej wielomiliardowy dorobek ciężko pracujących przez wiele lat ludzi. Do tego jeszcze tych właśnie ludzi w wyniku powyższej decyzji spotkała niebywała krzywda i poniewierka. O tej rzeczywistej krzywdzie autor także wyraża się pokrętnie i raczej kpiąco. Z przekąsem on zauważa, że tej pozbawionej pracy, a z biegiem czasu i posiadanego dachu nad głową ludności – za bardzo przyszła z pomocą charytatywna ludność zwłaszcza z centralnej Polski. Wręcz w sposób rozpieszczający. Zapewne autor uważa, że dostateczną miała być słynna wówczas “kuroniówko-zupka”, która w istocie tego problemu nie załatwiła, a raczej była czynnikiem poniżającym ludzką godność. Tymczasem wiadomo, iż w każdym jako tako demokratycznym państwie istnieje konstytucyjne prawo zabezpieczające w razie potrzeby ludziom godziwe warunki socjalno-bytowe. Stanowi ono kanon, że jeśli koś utracił pracę i warunki utrzymania nie ze swojej winy – to państwo jest zobowiązane do zabezpieczenia jego bytu. A jak postąpiło w tym przypadku nasze państwo? Nie dość, że nie udzieliło tym ludziom godziwego wsparcia socjalno-bytowego, to jeszcze pozwoliło, aby wkrótce pozbawiono ich dachu nad głową. Wspomniany zaś, zgromadzony przez wiele lat majątek – państwowi likwidatorzy w ramach prywatyzacji zbywali, często za symboliczną złotówkę lub pozwalali, by pozostawał bez opieki i niszczał czy był wręcz rozkradany.

Następna kwestia to powątpiewanie autora w tą szczególną krzywdę ludności bieszczadzkiej oraz jej ubóstwa materialnego. Otóż jest rzeczą oczywistą, że poziom życia zamieszkującej zwłaszcza PGR-y w tym rejonie, zwłaszcza tuz po wojnie – był szczególnie niski. Powszechnie wiadomo, że ten teren był podczas okupacji jeszcze kilka lat po niej rejonem grasowania band UPA, które doszczętnie go plądrowały zostawiając zgliszcza zabudowań oraz tysiące zakrzaczonych hektarów ziemi. Dlatego też te rozległe pustkowia i odłogi państwo usiłowało jakoś w miarę szybko odbudować i zagospodarować min. poprzez organizacje PGR-ów.

W panujących tu wówczas warunkach resztka powracającej w te tereny miejscowej ludności obiektywnie rzecz biorąc, nie była w stanie odbudować tego rolnictwa. Zatem jedynym wyjściem w tej trudnej sytuacji było właśnie organizowanie PGR. Nic więc dziwnego, że były one budowane w warunkach gorszych niż od zera. Składały się na nie nie tylko trudne warunki glebowe (górzystość, zakrzaczenie itp.), ale także brak podstawowej infrastruktury ( brak prądu, wody, dróg itp.). Dlatego też powstające na tym terenie budynki, były z konieczności niemal prowizoryczne, zwłaszcza na początku organizowania tej gospodarki. Także z konieczności w wielu gospodarstwach, obok miejscowej ludności, zatrudniano np. wojsko, a nawet pewną kategorię więźniów. Ten na ogół skromny standard budownictwa różnych niezbędnych obiektów trudno więc porównywać do PGR-ów zlokalizowanych na terenach Polski centralnej, północnej czy zachodniej, gdzie ta sytuacja przedstawiała się o wiele korzystniej. W tym miejscu warto dodać, że na tych terenach większość PGR-ów miała nie tylko przyzwoite obiekty gospodarcze, a sporo z nich osiągnęła wysoko standard obiektów na wskroś nowoczesnych. Wiele z nich porównywano nawet do najbardziej przykładowych gospodarstw tego typu w krajach o wysoko rozwiniętej gospodarce rolnej ( jak Holandia, Francja czy Niemcy). Przykładowo wymienię min. niektóre z nich. Oto w poznańskim – Manieczki, Lubelskim – Machnów, Lubuskim – Osowa Sień, w opolskim – Głubczyce i wiele innych o podobnie wysokim standarcie gospodarowania. Tego rodzaju gospodarstwa zajmowały się nie tylko produkcją rolną, ale stanowiły w wielu miejscowościach promieniujące na okolicę ośrodki kultury, edukacji i sportu. Pegeerowskie gospodarstwa-osiedla miały swoje żłobki, przedszkola, świetlice, biblioteki itp. z których także korzystała okoliczna ludność.

To też wielce nagannym jest ocena autora o budownictwie w PGR-ach. Odnosi się on do tej kwestii wręcz pogardliwie twierdząc, że była to ohydna architektura, którą “od zawsze zżerał liszaj”, bo brakowało farby - oczywiście z niedbalstwa. A więc jak wspomniałem wyżej, istotnie jeśli chodzi o Bieszczadzkie zabudowania w tych PGR-ach, nie były one na miarę potrzeb z powodu trudnej materialnie sytuacji tego regionu, zwłaszcza w początkowym okresie zagospodarowania tego pustkowia tuż po wojennych przejścia. Nie można jednak uogólniać i przyjmować, że takie budownictwo istniało wszędzie we wszystkich PGR-ach. Ponadto złośliwe twierdzenie o braku farby i liszaju na ścianach to na pewno mogło dotyczyć okresu, kiedy już oficjalnie pozbawiono PGR ich własności i stały się one praktycznie bezpańskie. Zatem celowe mylenie tych faktów przez autora jest wysoce nieprzyzwoitym zabiegiem,

Kolejny nader ważny temat, który porusza w tej publikacji autor to “Iglopol”. Znowu przedstawia ten ważny problem w sposób spłycony i nieobiektywny. Przypomnijmy więc pokrótce czym tak naprawdę był ten obiekt. A więc było to wielozakładowe przedsiębiorstwo przemysłowo-rolne na terenie dzisiejszej Rzeszowszczyzny powstawało stopniowo przez kilka lat. Oficjalnie

1 lipca 1978 r to istniejące już Przedsiębiorstwo Chłodniczego zostało przekształcone w Kombinat Przemysłowo-Rolny pod nazwą “Iglopol” z siedzibą w Dębicy. W momencie jego powstania Kombinat ten zaledwie posiadał 5 chłodni , 1 zakład metalowy, 1 budowlany oraz 244 ha ziemi. Apogeum zaś jego rozwoju notuje się na koniec lat 80-tych ub. wieku. W tym okresie pracowało w nim ok 35 tys. osób i obejmował obszar produkcyjny pomad 80 tys. ha ziemi uprawne. “Iglopol” posiadał oprócz gospodarstw rolnych, chłodnie, zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego, mięsnego i zakłady produkcji metalowej, ogólnospożywcze sklepy firmowe, samochody chłodnicze, produkcję materiałów budowlanych itp. “Iglopol' dysponował dużym zapleczem socjalno-mieszkaniowym, kulturalnym i sportowym. Słowem, było to wręcz unikalne wielofunkcyjne przedsiębiorstwo, które swoimi dokonaniami budziło uznanie nie tylko w kraju, ale także za granicą. Należy zaznaczyć, że “Iglopol” w ówczesnym systemie polityki rolnej był swego rodzaju społeczno-gospodarczym nowatorskim fenomenem. Jego pozytywne efekty w tej dziedzinie wzbudziły szerokie zainteresowanie także środowisk naukowo-badawczych. Między in. uruchomiony został do tych badań duży zespół specjalistów a ówczesnej Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR pod kierunkiem prof. Konrada Bajana. Wyniki tych empirycznych dociekań świadczyły jednoznacznie o celowości rozwijania tego rodzaju przedsiębiorstw. Jego też niestety spotkało unicestwienie. Ostatecznie, oficjalnie miało to miejsce w czerwcu 1992 r, odbyło się to po wcześniejszych wielu jego organizacyjnych wymuszonych z zewnątrz przekształceniach, aby w końcu go rozczłonkować, sprywatyzować, a resztki jego majątku przejąć przez Agencję Własności Skarbu Państwa.

Należy dla pamięci podkreślić, że głównym twórcą i dyrektorem “Iglopolu” był p. Edward Brzostowski. On to, po likwidacji tegoż, w 2003 r zdołał jeszcze uratować pozytywne po nim wspomnienia - tworząc Regionalne Muzeum w Dębicy upamiętniające min. dokonania tego gospodarczego fenomenu z czasów PR.

Tymczasem autor omawianego artykułu i na ten temat wypowiada się drwiąco-kpiąco. Np. “miód i mleko, żyć nie umierać”, 'dla każdego chętnego etat” itp. zgryźliwości. Wydaje się, iż autora wręcz drażni fakt, że ludzie pracujący w tym przedsiębiorstwie posiadali godziwe warunki bytowania.

Gwoli prawdy, autor w jednym jedynie miejscu zająknął się, aby zauważyć jak późniejsi nabywcy tych zakładów traktowali ludzi w nim zatrudnionych. A więc za 500-600 zł, na trzy zmiany oraz chamskie często odnoszenie się do tych pracowników.

To jednak niestety nie niweluje ogólnie negatywnej i szyderczej wymowy tego artykułu.

Co gorsza, autor nie tylko szydzi z PGR-ów, ale także i przede wszystkim mija się z faktami, tendencyjnie i złośliwie je interpretuje. Ponadto ludność tam pracującą traktuje jako gorszą kategorię.

Na zakończenie wypada zrekapitulować pokrótce zasadnicze wnioski jakie nasuwają się po zapoznaniu się z ową omawianą lekturą. Oto one:

- Ewentualny czytelnik tego artykułu, zwłaszcza dostatecznie nie obeznany z problematyką pegeerowską – musi odnieść jak najgorsze wrażenie i nie tylko o systemie tych gospodarstw, lecz także o ludziach, którzy tam żyli i pracowali;

- Autror w wielu zasadniczych sprawach mija się z prawdą, a wiele zakłamuje. Nie wiadomo, czy czyni to świadomie czy też jest niedouczony?

 

- Najbardziej rażącymi wywodami autora jest interpretacja upadku PGR-ów, a właściwie zamazywanie przez niego istotnej przyczyny ich zniszczenia. Przecież wiadomo, że uczyniło to państwo i to wyłącznie z przyczyn ideologiczno-politycznych, nie zaś gospodarczych. Bowiem jedynie ok. 10-15 % PGR-ów z różnych przyczyn gospodarowało źle. Natomiast ta znakomita większość wypełniała dobrze lub nawet wzorowo swoje zadania, nie tylko zresztą produkcyjne ale także kulturalno-społeczne, edukacyjne, sportowe i inne w swoim środowisku;

- Omawiany artykuł jest podobno jedynie fragmentem książki tegoż autora pod tytułem

pod tytułem “Bieszczady w PRL-u 3”. Zatem jeśli jej dalsza treść zawiera tego typu rewelacje i “prawdy” co w tym artykule – to jej twórcy można jedynie pogratulować dobrego samopoczucia. Natomiast ewentualnych czytelników wypada ostrzec przed tymi mądrościami;

- Na samym końcu pozwolę sobie jeszcze zadedykować autorowi oraz ewentualnie jeszcze innym apologetom tego rodzaju niszczenia gospodarki – jakże kompetentną opinię wybitnego o światowej renomie naukowca – na ten temat tj. p. prof. Witolda Kieżuna*) – oto ona:

...” a już prawdziwym skandalem - na granicy przestępstwa, sabotażu, była likwidacja PGR-ów. Oczywiście te rolne kombinaty były różnie zarządzane, ale mimo to dostarczały aż 35% całej żywności. Tymczasem zniszczono je niemal z dnia na dzień w sytuacji, gdy w kraju panowała ogromna inflacja. Efekt tej polityki był taki, że setki tysięcy hektarów stanęło na lata odłogiem, a pewna część nie jest uprawiana do dziś. Nie mówiąc już o tym, że wielu byłych pracowników

PGR-ów nigdy nie znalazło pracy.” (cytat za “Angorą” nr 5. 2014).

 

I to jest prawda o PGR-ach – nic dodać, nic ująć.

Marian Kargol

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

*) Prof. W. Kieżun – ekonomista, specjalista w zakresie zarządzania. Znany w wielu krajach jako ekspert w swojej dziedzinie. Uhonorowany wieloma odznaczeniami i wyróżnieniami krajowymi i zagranicznymi. Członek honorowy PAN. Aktywny uczestnik Powstania Warszawskiego

Europa Środkowa 2015, i co dalej....

  1. Z punktu widzenia Polski i państw Europy Środkowej, Grupa Wyszehradzka (V4) jest w regionie bardzo ważnym ugrupowaniem. Mimo, że jest strukturą nieformalną, to ma już za sobą wiele sukcesów, których doszukiwać się trzeba tam, gdzie interesy państw regionu są wspólne. Grupa doświadczyła w swej stosunkowo krótkiej historii kilka kryzysów, ale zawsze wychodziła z nich zwycięsko. Jeden z poważnych kryzysów miał miejsce w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy to po “aksamitnym” rozpadzie Czechosłowacji (na Czechy i Słowację) premier czeski Vaclav Klaus oceniał ówczesne inicjatywy rządu polskiego jako nadmiernie przywódcze, a premier Słowacji Vladimir. Mečiar prowadził eurosceptyczną politykę. Już jednak w roku 2000. Grupa zdecydowała o powołaniu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego z siedzibą w Bratysławie, który do dziś funkcjonuje bardzo sprawnie. (Fundusz jest jedyną w pełni zinstytucjonalizowaną formą współpracy w Grupie). Ważnym celem początkowej współpracy było wejście państw Grupy do Unii Europejskiej, co wkrótce nastąpiło. Obawiano się wtedy, że na tym współpraca Grupy się zakończy. Okazało się jednak na szczęście, że potrzebna i możliwa była i jest nadal współpraca w ramach UE: m.in. w zakresie polityki spójności, polityki rolnej czy współpracy wojskowej. Istotnym kierunkiem wspólnych działań w ramach UE stała się tematyka Partnerstwa Wschodniego. W kwestiach gospodarczych dominowała problematyka bezpieczeństwa energetycznego; w lutym 2010 r., w trakcie obrad Szczytu Grupy Wyszehradzkiej została podpisana deklaracja energetyczna podkreślająca wagę dywersyfikacji dostaw energii i surowców energetycznych. Nie tylko w Unii Europejskiej, ale i na szerszym forum międzynarodowym Grupa Wyszehradzka dostrzeżona i doceniona została jako ważne ugrupowanie regionalne. Grupa nawiązała bezpośrednią współpracę ekonomiczną m.in. z państwami o takim potencjale gospodarczym i politycznym jak Chiny i Japonia. Do sukcesów Grupy i całego środkowoeuropejskiego regionu należy zaliczyć rozpoczęty i trwający nadal rozwój relacji transgranicznych Północ-Południe. Chodzi tu o trasy komunikacyjne oraz połączenia energetyczne. Projekty te są aktualnie realizowane. Łączą one Północ Europy z Bałkanami. Państwa Grupy Wyszehradzkiej mają w UE tyle samo głosów co Niemcy i Francja razem wzięte i stanowią ważny element polityki zagranicznej regionu zarówno w UE, jak i wobec państw trzecich. Jest rzeczą zrozumiałą, że powodzenia pociągają za sobą niekiedy zazdrość, a często nawet niechęć. Jakkolwiek Grupa w dalszym ciągu zachęcana jest do rozwijania regionalnej współpracy, to jej działania są bacznie monitorowane. Interesy Grupy i regionu nie zawsze są i mogą być zgodne z interesami innych państw w samej Unii i poza nią. Łatwo tu przekroczyć niewidzialną linię, za którą czyha niechęć, ale niekiedy jest to konieczne. Inne państwa UE oraz inne ugrupowania regionalne postępują podobnie; każdy stara się bronić swych interesów. Grupa zgrabnie poruszą się na arenie międzynarodowej, a szczególnie wewnątrz Unii Europejskiej. Pewne zagrożenia dla integralności Grupy dostrzec można raczej wewnątrz ugrupowania, takie jak ostatnie różnice w sprawie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i w polityce społeczno-gospodarczej poszczególnych państw wyszehradzkich. Wszystkie te różnice mają przełożenie na sprawy międzynarodowe. Różnic tych nie da się nigdy do końca uniknąć, dopóty dopóki Grupa pozostaje ugrupowaniem nieformalnym, które nie prowadzi jednolitej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Tak np. tworzące ją państwa nie umawiały się przecież na wstępnie, że w stosunku do Rosji i Ukrainy ich ocena historii oraz bieżącej polityki tych dwóch państw będzie identyczna. Zresztą podobnych różnic nie jest w stanie, jak na razie, pokonać Unia Europejska, która jest organizmem formalnym, łączącym cechy organizacji międzynarodowej i państwa, a więc zdecydowanie bardziej spójnym i decyzyjnym niż Grupa Wyszehradzka. Mimo to Unia istnieje i przy zrozumieniu potrzeby stałego dostosowywania się do realiów międzynarodowych i wypracowywania wspólnych, ponadnarodowych interesów, przeżyje zapewne swych krytyków. Zarówno w UE, jak i w Grupie Wyszehradzkiej istnieje zawsze możliwość osiągania kompromisu. Zagrożeniem dla Grupy Wyszehradzkiej mogą być natomiast urojone lub prawdziwe z polskiej strony (ważne, że odczuwalne przez partnerów) tendencje do “nadmiernego przywództwa”. Pamiętać warto o tym, że przywódcą demokratycznym można być wówczas, gdy “inni chcą, abyś nim był”. Pisał o tym Oskar Halecki podczas II wojny światowej, gdy żywe były jeszcze nadzieje na sfederalizowanie całej Europy Środkowej. Przestrzegał i pisał, że w sfederalizowanej ewentualnie Europie Środkowej należy zwalczać wszelkie przejawy hegemonizmu ze strony większych państw i narodów. Autentyczni przyjaciele i fałszywi przyjaciele martwią się ostatnio o przyszłość Grupy Wyszehradzkiej. Zagrożeniem dla Grupy mają być podobno różnice w ocenie konfliktu na Ukrainie i stosunku do Rosji i Ukrainy oraz powstanie 20 stycznia 2015 roku Trójkąta Sławkowskiego (Czechy, Słowacja i Austria). Nowy Trójkąt powstał z inicjatywy Czech i zdaniem pesymistów stanowić ma wyzwanie dla V4. Wydaje się, że te obawy są przesadzone. Warto przypomnieć, że wśród federalistów środkowoeuropejskich od II wojny światowej toczyła się dyskusja czy Austria należy do Europy Środkowej. O ile zdecydowanie wykluczali oni z nowej Europy Środkowej Niemcy, szczególnie z uwagi na rolę tego państwa w rozpętaniu wojny światowej oraz nowy europejski ład jaki powstał (czy miał nastąpić po tej wojnie), to wątpliwości co do politycznego i geograficznego miejsca Austrii istniały. (Pisali na ten temat m.in. Polacy: Jerzy Braun i Kazimierz Smogorzewski oraz Słowak Milan Hodża. Poglądy były różne. Hodża np. widział Austrię w Europie Środkowej). Nie powinno być zatem specjalnym zaskoczeniem uznanie przez Czechy i Słowację, że Austria jest państwem środkowoeuropejskim. Tym bardziej, że Czechy, Słowacja, a także Węgry (i część Polski) miały z Austrią wspólną, mniej lub bardziej sympatyczną, historię. Nie należy też sądzić, by różne w V4 spojrzenia na historię Rosji i jej obecną politykę spowodowały trwałe rozdźwięki w Grupie Wyszehradzkiej. Także powstanie Grupy Sławkowskiej nie powinno stanowić zagrożenia dla V4, a tym bardziej dla współpracy środkowoeuropejskiej. Austria zresztą pragnie uczestniczyć we wspólnych przedsięwzięciach komunikacyjnych i energetycznych na linii Północ-Południe, od Skandynawii na Bałkany, a nawet do Włoch. A z Bratysławy i Budapesztu do Wiednia jest niedaleko...Polska z kolei zbliża się do państw bałtyckich i skandynawskich, co też nie przeszkadza współpracy wyszehradzkiej, a nawet w wielu przypadkach ją wzmacnia. Trzeba sobie uświadomić, że na naszych oczach powstała nowa definicja polityczna Europy Środkowej. Nie jest to już, jak chcieli środkowoeuropejscy federaliści z okresu II wojny, obszar między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami, od Gdańska do Salonik. Środkowa Europa poszerzona w tej definicji została o Skandynawię. Fakt, że większość najważniejszych spotkań dotyczących tego obszaru odbywa się na terenie Grupy Wyszehradzkiej świadczy o tym, że jest ona jądrem regionu, podobnie jak miała nim być planowana niegdyś konfederacja Polsko-Czecho-Słowacka. Państwa środkowoeuropejskie organizują się w podregiony: Skandynawia, państwa bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia) Grupa Wyszehradzka (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry). Do “pełnego zagospodarowania” pozostają Bałkany, gdzie Grupa Wyszehradzka przejawia już pewną aktywność. W podregionie bałkańskim zainteresowane są Węgry i zapewne Austria. Większość komentarzy na temat “końca” Grupy Wyszehradzkiej pojawiła się w lutym 2015 roku. Było już ich zdecydowanie mniej od marca, kiedy to aktywność Grupy wyraźnie przyśpieszyła. Wśród komentarzy wyróżniała się pozytywnie trzeźwa analiza Ośrodka Studiów Wschodnich. Dowiadujemy się z niej, że pomysłodawcą nowego formatu współpracy był czeski wiceminister spraw zagranicznych Petr Drulák, promujący ożywienie stosunków z Austrią. Zgodnie z jego zapowiedziami format ten ma uzupełnić działalność Grupy Wyszehradzkiej na podobnej zasadzie, jak współpraca w regionie bałtyckim uzupełnia środkowoeuropejski wymiar polskiej polityki zagranicznej. Zgodnie z deklaracja sławkowską zacieśnienie współpracy Czech, Austrii i Słowacji ma w pierwszej kolejności pomóc w rozwoju infrastruktury transportowej i energetycznej między Czechami a Austrią oraz w budowie łącznika naftowego między Słowacją a Austrią. Zapowiedziano coroczne spotkania szefów rządów, podczas których wyznaczane mają być obszary trójstronnej współpracy. W roku bieżącym skupiają się one wokół infrastruktury i współpracy transgranicznej, polityki społecznej oraz stosunków z państwami Bałkanów Zachodnich i Partnerstwa Wschodniego. Głównym beneficjentem nowego Trójkąta – zdaniem autora analizy Jakuba Groszkowskiego – wydaje się być Austria, która uzyskała obietnice koordynacji stanowisk trzech państw przed Radą Europejską. Tracić na tym natomiast ma Grupa Wyszehradzka, która dzięki wypracowanym przez lata mechanizmom współpracy wyrobiła sobie markę reprezentanta Europy Środkowej. Jak zauważa Groszkowski, między trzema państwami istnieją jednak istotne różnice interesów. Chodzi tu o zasadniczy sprzeciw Austrii wobec rozwijanych w Czechach i Słowacji planów rozwoju energetyki jądrowej. (Z uwagi na częste wiatry z zachodu i południowego zachodu, zagrożeniem dla Polski może być radioaktywna chmura w razie awarii przestarzałej elektrowni jądrowej w Dukovanach w Czechach, gdzie jest jeszcze elektrownia jądrowa w Temelinie. - M.P.). Ponadto wyznaczony w Sławkowie dość ogólny zakres współpracy pokrywa się w dużej mierze z działaniami unijnej strategii dunajskiej (EUSDR – EU Strategy for the Danube Region), współpracy transgranicznej, a także wyszehradzkiej, do której można włączyć ad hoc inne państwa w formacie V4+, (np. Bułgarię i Rumunię). Natomiast czynnikiem sprzyjającym nawiązaniu współpracy austriacko-czesko-słowackiej jest to, że w chwili obecnej szefowie rządów Austrii, Czech i Słowacji stoją na czele partii socjaldemokratycznych, wchodzących w skład Partii Europejskich Socjalistów. (Podobne sytuacje mogą być z kolei przyczyną braku komunikacji z polskimi partiami prawicowymi, którym w sprawach społeczno-gospodarczych bliżej do Węgier Orbana. - M.P.). Ten wspólny rodowód jest jednym z powodów, dla którego do nowego formatu nie zostały zaproszone Węgry. Jak widać podobne stanowisko Austrii, Czech, Słowacji i Węgier w sprawie Rosji nie zadecydowało o zaproszeniu Węgier do Grupy Sławkowskiej. Jeśli trójstronne konsultacje przed Radą Europejską staną się zwyczajem, to premierzy trzech państw sławkowskich staną przed dylematem czy ważniejsza jest współpraca z Austrią, czy z Grupą Wyszehradzką, zauważa Groszkowski. Trzy państwa sławkowskie zabiegają o to, by utrzymać jak najlepszy klimat we współpracy gospodarczej z Rosją, cennym rynkiem dla ich eksporterów. Oznacza to, że w samej Grupie Wyszehradzkiej Czechy, Słowacja i Węgry w kwestii stosunków z Rosją prezentują stanowisko bliższe austriackiemu niż polskiemu. (Jakub Groszkowski, Deklaracja Sławkowska. Nowy format współpracy regionalnej, Ośrodek Studiów Wschodnich, 4 lutego 2015).
  2. Od 1 lipca 2014 do 30 czerwca 2015 przewodnictwo w Grupie sprawuje Słowacja. Grupa Wyszehradzka kontynuuje swą dużą aktywność w regionie środkowoeuropejskim. W pierwszej połowie 2015 roku miały miejsce w Bratysławie 3 spotkania, poświęcone wielu sprawom. Przy czym na każdym spotkaniu omawiano przygotowania do Szczytu Partnerstwa Wschodniego. 12-13 marca 2015 roku w słowackim Strsbskim Plesie odbyło się spotkanie szefów dyplomacji Grupy Wyszehradzkiej, państw nordyckich i państw bałtyckich (Portal MSZ). Poświęcone ono było współpracy energetycznej, konfliktowi na Ukrainie, przygotowaniom do majowego Szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze oraz walce z terroryzmem. Format spotkań państw wyszehradzkich z państwami nordyckimi i bałtyckimi zainicjowany został w 2013 roku przez Polskę i Szwecję podczas polskiej prezydencji w V4. Spotkanie, o którym mowa, było już trzecim z rzędu. (Ciekawe czy w takich spotkaniach może być zainteresowana w przyszłości Austria, która historycznie rzecz biorąc ciąży raczej ku Bałkanom). Następne spotkanie w Bratysławie miało miejsce 23 marca 2015 roku. Wzięli w nim udział ministrowie spraw zagranicznych państw V4 oraz Niemiec. Ze strony polskiej uczestniczył w nim wiceminister Rafał Trzaskowski. Poświęcone ono było relacjom z Rosją, konfliktowi na Ukrainie oraz wykonaniu porozumienia mińskiego, przygotowaniom do majowego Szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze, unii energetycznej oraz sytuacji na Bałkanach Zachodnich (Onet. Wiadomości, Internet). Na kolejnym spotkaniu w Bratysławie, 15 maja 2015 roku omawiano głównie przygotowania do Szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze (21 i 22 maja 2015). Grupa Wyszehradzka działa w ramach Unii Europejskiej i dlatego w jej obradach wzięła udział Federika Mogherini, Wysoka Przedstawiciel ds. Zagranicznych i Bezpieczeństwa UE oraz Johanes Hahn, Komisarz ds. Europejskiej Polityki Sąsiedztwa i Negocjacji Akcesyjnych. To Unia Europejska nadaje ostateczny kształt polityce na wschód od jej granic. A w wypracowaniu tej polityki istotną rolę odgrywa Grupa Wyszehradzka i cała Europa Środkowa. W spotkaniu wzięło udział 4. ministrów spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej oraz ministrowie wschodnioeuropejskich państw sąsiedzkich: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy oraz Łotwy, która w Radzie Unii Europejskiej sprawuje obecnie prezydencję. Ze strony polskiej w spotkaniu uczestniczył minister Grzegorz Schetyna (Portal MSZ).
  3. Mimo naturalnych różnic wewnętrznych, Grupa Wyszehradzka funkcjonuje dobrze. Doskonałym na to dowodem jest podpisana niedawno niezwykle ważna umowa dotycząca utworzenia Wyszehradzkiego Instytutu Patentowego (VPI – Visehrad Patent Institute). Uroczystość podpisania umowy miała miejsce w Bratysławie 26 marca 2015 roku. Jej podpisanie jest efektem owocnej współpracy krajowych urzędów własności przemysłowej państw Grupy. Dzięki podpisaniu tej Umowy państwa wyszehradzkie będą mogły łatwiej i taniej uzyskać międzynarodową ochronę swych wynalazków. Wyszehradzki Instytut Patentowy pełnił będzie funkcję Międzynarodowego Organu Poszukiwań (ISA – International Searching Authority) oraz Międzynarodowego Organu Badań Wstępnych (IPEA – International Preliminary Examining Authority) na mocy Układu o Współpracy Patentowej (PCT – Patent Cooperation Treaty). Układ o Współpracy (PCT) odgrywa w ochronie patentowej kluczową rolę poza granicami kraju, szczególnie wówczas, gdy zgłaszający pragnie uzyskać taką ochronę w kilku państwach jednocześnie. W celu uzyskania prawa pierwszeństwa i możliwości ubiegania się o ochronę we wszystkich 148 państwach należących do PCT wystarczy dokonać jednego zgłoszenia międzynarodowego zamiast wielu odrębnych zgłoszeń krajowych lub regionalnych. Istotną korzyścią dla zgłaszających płynącą z utworzenia Wyszehradzkiego Instytutu Patentowego (VPI) będzie możliwość porozumiewania się w ramach procedury PCT w języku ojczystym, a koszty ponoszone przez zgłaszających z tytułu opłat obniżone zostaną o 25% dla przedsiębiorstw oraz 37% dla osób fizycznych. Przewiduje się, że VPI funkcjonować zacznie w roku 2016 jako Międzynarodowy Organ Poszukiwań oraz Międzynarodowy Organ Badań Wstępnych po wyznaczeniu przez Zgromadzenie Międzynarodowego Związku Współpracy Patentowej. Wyszehradzki Instytut Patentowy (VPI) wzorowany jest na Nordyckim Instytucie Patentowym integrującym od 2008 roku interesy Danii, Islandii i Norwegii. Warto tu odnotować, że przygotowywany przez Komisję Europejską projekt patentu unijnego wyłącza język polski i pozostałe języki wyszehradzkie z oficjalnego użycia w tym projekcie, co będzie miało (lub mogło mieć) niekorzystne konsekwencje dla krajowych przedsiębiorstw. Instytut Patentu Unijnego wymagał będzie bowiem pełnego tłumaczenia jedynie na 3 języki: angielski, francuski i niemiecki. Oprócz Grupy Wyszehradzkiej i trzech wymienionych państw nordyckich, do unijnego patentu nie mają zamiaru przystąpić Hiszpania i Włochy. (Źródło: Portal Patentowy Rzeczpospolitej Polskiej. Więcej informacji patrz: www.lex.pl).
  4. Od 1 lipca 2015 roczne przewodnictwo w Grupie Wyszehradzkiej przejmą Czechy. Można mieć nadzieję, że pod czeskim przewodnictwem Grupa zmierzy się z powodzeniem z problemami jakie ma do rozwiązania. Szczyt Partnerstwa Wschodniego, który miał miejsce w Rydze, wykazał (nie po raz pierwszy zresztą) różnice w poglądach, m.in. na konflikt rosyjsko-ukraiński; między państwami unijnymi, wśród państw wyszehradzkich oraz wśród państw, dla których został powołany. Z powodu tych różnic “nie rozpadnie się” jednak ani Unia Europejska, ani Grupa Wyszehradzka. Przy okazji trzeba zauważyć, że podczas ostatniej kampanii prezydenckiej w Polsce, która 24 maja 2015 roku zakończyła się wyborem prezydenta, zaobserwowano nastroje społeczne świadczące o tym, że polska opinia publiczna jest mniej antyrosyjska niż myślano i mniej proukraińska niż sądzono. Nasze elity polityczne zauważyły też zapewne pewną zmianę tonu zachodnich mediów (w tym amerykańskich) wobec Ukrainy. Zarzuca się przede wszystkim obecnej administracji na Ukrainie m.in. wszechobecną korupcję. W maju 2015 roku złożyli wizyty w Rosji kanclerz Merkel, a następnie sekretarz stanu USA Kerry i jego zastępczyni Nuland. Wszyscy mówili o konieczności ścisłego przestrzegania porozumień mińskich nie tylko przez Rosję, ale także przez Ukrainę. (więcej na ten temat patrz: Ewa Adamczewska, Ukraina – kraj Chaosu, Dziennik Trybuna, 29-31 maja 2015). Z tego wniosek dla rządzących, że Polska powinna utrzymywać dobre stosunki zarówno z Rosją, jak i z niepodległą Ukrainą. Takie zadanie nie powinno być zbyt trudne dla polskiej dyplomacji i wpisuje się w realizację przyszłej wspólnoty od Vancouver do Władywostoku, składającej z Unii Europejskiej, Ameryki Północnej (USA i Kanada) oraz Rosji. Niezależnie od sankcji nałożonych na Rosję z powodu konfliktu z Ukrainą, zarówno Unia Europejska, jak i Stany Zjednoczone nie zamykają przed Rosją drzwi do dialogu. Rosja jest światu zachodniemu potrzebna m.in przy rozwiązywaniu problemów na Bliskim Wschodzie i w walce z terroryzmem, a Zachód potrzebny jest Rosji, która na Zachodzie sprzedaje swe surowce energetyczne, a sama wymaga modernizacji i rozwoju gospodarczego. Chyba, że za modernizację Rosji wezmą się Chiny, co jest zupełnie prawdopodobne. Ten ostatni wariant rozwoju sytuacji byłby jednak sprzeczny z poglądami takich wizjonerów, jak Jan Paweł II. czy Zbigniew Brzeziński. Jan Paweł II mówił o dwóch płucach chrześcijaństwa: zachodnim i wschodnim. Pod wschodnim miał na myśli tradycję prawosławną i nie jest prawdą, że chodziło mu tylko o tę część kościoła wschodniego, która uznała zwierzchność Watykanu (na Ukrainie chodzi o grekokatolicyzm, który wyznaje tylko 5 milionów ludzi), ale o obszar do Władywostoku..
  5. Krzysztof Skubiszewski (1926-2010), minister spraw zagranicznych w latach (1989-1993) słusznie uważał, że Polska powinna w Europie umacniać swą pozycję poprzez “kotwice”. Takimi kotwicami są już m.in.: Grupa Wyszehradzka i Grupa Weimarska, a więc (pokojowy) kierunek południowy i zachodni. Wektora południowego przez wieki było za mało w relacjach Polski ze światem, co było błędem. Starajmy się go naprawić! Zarzuciliśmy kotwicę na Bałtyku, współpracując z sąsiadami na Północy (trzema państwami bałtyckimi i Skandynawią). Nieustabilizowany pozostaje kierunek wschodni, którym przez stulecia zajmowaliśmy się z lepszym lub gorszym skutkiem. W relacjach z Białorusią brakuje nam powodzenia. Przyszłe relacje z Ukrainą pozostają niewiadomą; trzeba je pielęgnować, aby nie powtórzyć błędów, jakie zapewne zostały popełnione, w stosunkach z Białorusią. Jaki jest stan stosunków z Rosją każdy widzi. Brakuje nam pokojowego wektora wschodniego. Gdyby w tej sytuacji zabrakło wektora południowego i Grupy Wyszehradzkiej popełnilibyśmy niewybaczalny błąd!

 

Warszawa, 29 maja 2015

Maksymilian Podstawski

Uwag kilka do materiału pana Maksymiliana Podstawskiego.

Materiał zatytułowany “Europa Środkowa - 2014. Marzenia i Rzeczywistość.” zamieszczony na stronie Instytutu zawiera bardzo szczegółową analizę związków przyczynowo skutkowych, dotyczących sytuacji w Europie, głównie możliwych kierunków rozwoju sytuacji międzynarodowej oglądanych przez pryzmat naszych stosunków z Rosją i Ukrainą. Genialny materiał analityczny po zestawieniu faktów pozostaje jednak bez komentarzy i bez formułowania wniosków. Jestem pod wielkim wrażeniem owej rozprawy, która jest absolutnie kompletną analizą sytuacji politycznej w Europie. Czuję się w obowiązku nie zgodzić się z autorem w kilku, moim zdaniem zupełnie fundamentalnych kwestiach oraz dopisać komentarz do niektórych bardzo istotnych spostrzeżeń autora.

Po pierwsze to rola USA w obecnym stadium europejskich problemów geopolitycznych. Pan Maksymilian, niewiele uwagi poświęcił tej kwestii. Jest ona - moim zdaniem, kluczem do zrozumienia wszelkich zdarzeń brzemiennych w skutki ze wszech miar dla nas niekorzystnych . Uważam, że nasi spece od polityki zagranicznej zdają się realizować inne obstalunki niż te, które wnikały by z polskiej racji stanu. Istotnym jest tu stanowisko najwyższych urzędników naszego państwa (zresztą historyków) którzy zdają się realizować fałszywe tezy przyjmując równia fałszywe założenia.

Ale od początku. Sukces zabezpieczenia w minionym wieku przez USA swoich interesów na Bałkanach, spowodował utratę wpływów Rosji w tym regionie, stał się źródłem konsekwencji dzisiejszej sytuacji w Europie. Rosja osłabiona po rozpadzie imperium, nie była w stanie bronić swoich interesów, ani na Bałkanach, ani nigdzie indziej. Tymczasem pan B. Obama zapragnął, zaprowadzić demokratyczny porządek w krajach od wieków niedemokratycznych. Tu zdecydowanie uderzenie poszło na kraje Magrebu. Nie będę opisywał skutków tej polityki która zdestabilizowała sytuacje polityczną nie tylko w krajach Marebu, ale i w części państw na Bliskim Wschodzie i w konsekwencji uwikłała te kraje w konflikt wojny religijnej. Nie oskarżam tu wielkiego, dumnego i sprawiedliwego narodu amerykańskiego, albowiem te cenne przymioty spowodowały, że padł on ofiarą bezwzględnej kamaryli finansowej. Uzasadnienie swojego stanowiska w tej kwestii zawarłem w tekście artykułu (Dlaczego Lewica powinna programowo być przeciwna neoliberalizmowi.) publikowanym w kwartalniku “Nowe Pespektywy” nr. 11 z czerwca 2014r.

Następnym nieszczęściem Narodu Amerykańskiego był właśnie wybór czarnoskórego prezydenta, który nie wyczuwa a przez to nie rozumie istoty ruchów demokratycznych. Stąd nieustanne wpadki i gafy w jego wystąpieniach. Aż wreszcie parcie na osiągnięcie sukcesu przez pana prezydenta otworzyło Puszkę Pandory, zaś” konieczność “ zdobycia nowych rynków zbytu tak zaślepiło rządzących w USA, że postanowili “zaszczepić “ normy demokratyczne w państwach nie demokratycznych, za to w regionie który tradycyjnie podlega wpływom Rosji. Ameryka z demokracją w świecie arabskim i na Ukrainie zadziałała podobnie, jak kiedyś Chruszczow wprowadzając na Kubie komunizm. Tak zaczęto awanturę w Ukrainie.

Winy Polaków.

Ośmielam się twierdzić, że nasi rządzący ponoszą wielką odpowiedzialność za obecną sytuację polityczną i gospodarczą w regionie. Władze wywodzące się z Solidarności dość bezradne intelektualnie, nie były w stanie do dziś wykreować ani własnej polityki gospodarczej, ani spójnej wewnętrznej, ani międzynarodowej. Przyczyn obecnego stanu rzeczy upatruję w ogromnym rozchwianiu moralno etycznym naszych “elit” oraz dość swobodnym podejściu do faktów historycznych. W efekcie mamy do czynienia z relatywizmem jakim w tych obszarach wykazały się nasze “elity”, a głównie w odniesieniu do własnej historii - dokładnie jej fałszowania. Zaczęło się to bardzo dawno, po zakończonej likwidacji “komunizmu” w Polsce.

Pierwszym dwuznacznym zachowaniem było uznanie londyńskiego rządu na uchodźstwie i przyjmowanie przez najwyższe władze państwowe przedwojennych - pożal się boże, polityków. Przyjmowanie z honorami przedstawicieli rządu, który w obliczu wroga i zagrożenia kraju po prostu ucieka. To haniebna postawa i w całym cywilizowanym świecie traktowana z najwyższą pogardą a w obszarach władzy wojskowej karana śmiercią. Tymczasem w Nowej Polsce przyjmuje się ich jak umęczonych niesprawiedliwością dziejową opatrznościowych mężów stanu . To ewidentna kpina z dziejów własnego narodu. Honor traci się tylko raz, próżniej już idzie samo. Haniebne uznanie band WiNu za organizacje patriotyczne, błazeńskie głosowania w sprawie uznania państwa Ukrainy – nasz parlament uczynił to jako pierwszy w Europie. Po co? Powołanie IPN-u w celu fałszowania historii? I tak dalej i dalej. Te - jak by się mogło wydawać mało znaczące incydenty, kłamstewka i przeinaczenia ciągle się nawarstwiały i doprowadziły naszych zabawowych politykantów do ściany, a mianowicie, świat się dowiedział, że mamy obowiązek pomagać bratniemu narodowi ukraińskiemu?! Że musimy być ich promotorem w UE i wspierać w każdy możliwy sposób.

Rzeczywiście, takie były oczekiwania Amerykanów… Oczywiście Unia z Niemcami na czele głośno poparła Amerykanów – na pewno zdumiona stanowiskiem Polski, ale to ich sprawa. Dlaczego!?- Przywołam tu historię nienawiści odwiecznych wrogów - Niemiec i Francji, pogłębionej jeszcze skutkami nazizmu II wojny światowej. W tym kontekście przypomnę o Traktacie Elizejskim podpisanym przez dwóch mężów stanu, Konrada Adenauera i Charlesa de Gaulle co jak się okazało, stało się skutecznym zażegnaniem wielowiekowych animozji, ale wymagało wzajemnego uznania i zapomnienia win oraz wzajemnego wybaczenia.

W Polsce nic takiego się nie stało, a sprawa ważna, bo dotyczy żywotnych kwestii bezpieczeństwa Europy. Zdawać by się mogło że rozszerzona UE potrzebuje zażegnania polsko ukraińskich animozji. Co wszyscy w Europie z Polską na czele zdają się lekceważyć. Zaś pan Sikorski na wyprzodki z resztą “mężów stanu” jeździ na Ukrainę i niemal uczestniczy w budowie chwały OUN i Bandery. Nie znalazłem w Traktacie Elizejskim wzmianki o sławieniu przez Niemców, nazizmu czy formacji SS a nawet wermachtu. Tymczasem bezczelni Ukraińcy, chętnie przyjmując nasze awanse jednocześnie nie tylko wysuwają żądania terytorialne - wolna Ukraina ma sięgać nie do Bugu, ale do Krynicy Górskiej. Nikt w Polsce nie oburza się na budowę kolejnych pomników S. Barndery oraz gloryfikacji ( przez Ukraińców ) sławnych dokonań sotni tryzuba na terenach polskich. Na ten fałsz nasi politycy zdają się nie zwracać uwagi, mało tego tak samo chętnie fałszują własną historię.

W swoim artykule M.P. marginalizuje znaczenie grup ekstremalnie nacjonalistycznych, bo są małe i jedynie krzykliwe. Jeżeli tak, to dlaczego ważne osoby z ukraińskiego rządu uczestniczą w nich?! Julia Tymoszenko, czy Jacyniuk we Lwowie a jednocześnie deklarują że są państwem unitarnym. Kto tam jest faktyczną władzą? Dlaczego Juszczenko nobilitował Banderę na bohatera narodowego? Dlaczego nasi “przyjaciele” niszczą nasze cmentarze i za boga nie chcą się przyznać do rzezi wołyńskiej wywołanej w ramach zapewne państwa unitarnego a przecież z deklarowanym zamiarem osiągnięcia na tych ziemiach czystości etnicznej. Jest to kolejny przyczynek przeciwko uznania Ukraińców jako obywateli cywilizowanego świata. Cywilizowane nacje powołały już dawno stabilne państwa, rządy i parlamenty z wytyczonymi granicami i żadnemu z nich, nawet z ziejącą do nas nienawiścią Litwą, że nie wspomnę o Łotwie, Estonii Słowacji czy Białorusi, nie przyszło do głowy żeby zniszczyć polskie cmentarze. A Ukraińcom jak najbardziej. Przecież horendum czystości etnicznej to element doktryny Niemiec hitlerowskich z początku lat 30 minionego stulecia.

Z kim mamy się jednać? Z ludem chłopskim które mentalnie tkwi w XIX wieku. Chłopstwo to dostało najbardziej żyzne ziemie w Europie nazywane spichlerzem Europy. I co? Zrobili z nich stepy. Rosjanie choćby rozbudowali przemysł. A my, Europejczycy, jak będziemy realizować zasadę swobodnego przepływu osób, usług i kapitału? Niemcy, znając fakty historyczne udają, że nasze zachowanie przyjmują z dobrą wiarą, szczęśliwi, że nie muszą po raz kolejny przepraszać za nazistów i ich związki z banderowcami, ale to w sposób oczywisty musi budzić zaniepokojenie państw grupy weimarskiej. A my co! Podpisujemy nieważne świstki traktując je jako porozumienie obu narodów. Nie mamy co prawda męża stanu jak de Gaulle, ale nawet gdyby, to z kim na Ukrainie miałby zawierać porozumienia nasz de Gaulle? Z Oligarchami? Ludzie ci każdego dnia dowodzą, że nie są gotowi do demokratycznych przemian a tym bardziej do demokracji kreowanej przez Amerykanów czyli BŚ i MFW.

Ten chory pomysł spowoduje, że zawiedzione brakiem poprawy bytu chłopstwo ukraińskie zafunduje nam rewolucję lepszą od tej leninowskiej. No chyba że ktoś wykaże, że tą metodą (demokracji wersji BŚ i MFW) zniszczy się ukraiński nacjonalizm. Ameryka daleko. Więc piwo przez nich nawarzone na pewno my pić będziemy, zapewne w ramach tradycyjnej przyjaźnie polsko ….. jakiej? Jesteśmy w Unii a Sikorskiemu szczęśliwie odebrano MSZ. Obecny minister jest historykiem, więc może on spróbuje chociaż nie wygłupiać się w unijnych gremiach. A może pani premier wyjaśni pani Merkel ze Polska nie może się zgodzić na to, żeby w obecnym stanie rzeczy Ukraina została stowarzyszona z UE. W innym przypadku bezwarunkowa nobilitacja Ukrainy spowoduje, że nasze roszczenia wobec bezwzględnych morderców – zdegenerowanych zwyrodnialców, zostanie raz na zawsze unieważnione a ich zbrodnie rozgrzeszone.

Co ja osobiście powiem mojemu wujkowi zamordowanemu przez banderowców za to, że ożenił się z Polką. Co powiem rodzinie wypędzonej z Kołomyi, i wreszcie co my Polacy, powiemy przesiedlonym ze wschodu na Dolny Śląsk, a co Orlętom Lwowskim? Przecież cywilizowany świat o tym wszystkim wie, więc może zadbajmy wreszcie o nasze interesy w sferze moralno – etycznej, ale i nie tylko. Dziwi się pan M.P. że nie możemy się dogadać w ramach trójkąta wyszehradzkiego. No pewnie! Jak możemy się dogadać kiedy uczestnicy tego gremium, podobnie jak wajmarskiego wiedzą, że nasi delegaci zakłamują historię. W dodatku własną historię. Czy więc mona im ufać? Jak można udawać, że nasze od Kazimierza Wielkiego polskie ziemie dziś oddaliśmy … no właśnie komu? Jak wytłumaczymy nasze stanowisko: Węgrom, Słowakom czy Rumunom, którym w szaleństwie powojennej zmiany granic Józef Wisarionowicz te ziemie odebrał. My, Polacy, bezinteresownie wyrzekamy się odwiecznej własności. Pytam w imię czego?

Józef Piłsudski mówił, że kto nie dba o przeszłość nie jest godzien przyszłości; więc jak mamy się dogadać, kiedy oni wierzą w naszą deklarację z hymnu, że co nam obca przemoc wzięła szablą odbierzemy… Nie nawołuję do nienawiści, ale do elementarnej przyzwoitości wobec prawdy historycznej i porządku prawnego. Kwestie polskich ziem na Zakarpaciu i Małopolsce Wschodniej muszą zostać uregulowane przed jakimikolwiek rozmowami akcesyjnymi. Wieszamy psy na Putinie, który twierdzi że Ukraina nie jest żadnym państwem, że to sztuczny byt. I to jest prawda. Przypomnę tylko, że secesja wschodu Ukrainy była ulepszonym odwzorowaniem amerykańskiej wersji ingerencji na Bałkanach. W sprawie niepodległości Kosowa nie zorganizowano referendum - jak uczyniono na Ukrainie. Kosowo oddzieliło się od Serbii w drodze decyzji tzw. parlamentu w Prisztinie, zaś kluczowe dla ogłoszenia niepodległości przez Kosowo było poparcie Stanów Zjednoczonych. Wychodzi na to ze jak Kali ukraść to OK.

I tak to wszystko ma się nijak do prawdy o tym bycie. Zresztą Rosja także zagarnęła wschodnie tereny Polski, a stało się to w wyniku agresji 39 roku. Więc Car Putin jako następca prawny ZSRR powinien głośno i wyraźnie powiedzieć, ze zwraca zagarnięte ziemie prawowitym właścicielom tak jak to uczynił z Litwą, Łotwą, Białorusią, Estonią i byłoby po sprawie. Natomiast ludy zamieszkujące ziemie, które stanowią własność różnych państw, nie mają żadnego prawa do państwowości , ergo prawnej aneksji cudzych ziem. Prawowici właściciele to Rusini, Polacy, Węgrzy, Słowacy i Rumuni muszą dostać to co jest ich własnością. Wszak święte niekwestionowane i niezbywalne prawo własności jest opoką systemu kapitalistycznego. A więc najpierw niech się stanie sprawiedliwość a później niech ONZ rozważy powstanie nowego państwa.

P.S.

Opinia i ocena stosunków polsko ukraińskich dokonana przez pana Maksymiliana Postawskiego ma charakter rozprawy wybitnie dyplomatycznej w formie, ujętej w absolutnie wykwintnym tonie i smaku. Moje ocena jest jedynie odczuciem absolutnie emocjonalnym i daleka od cech eseju pana M. Postawskiego, ale – jestem przekonany – że oddaje ducha znakomitej części naszego społeczeństwa. A media jak zwykle są zakneblowane. Tę opinię wysnuwam na podstawie emitowanych audycji w TVN 24 “Szkło kontaktowe” gdzie kolejno dzień po dniu oburzeni telewidzowie wyjawiają swoje negatywne opinie dotyczące prowadzonej przez Polskę polityki w sprawie konfliktu na Ukrainie. Delikatne uwagi telewidzów tej kwestii prowadzący pomijali zwykle wyniosłym milczeniem, ot pogadali sobie, ale wypowiedź telewidza z dn 03-11-2014., w której widz nie tylko wyrażał swoje oburzenie na temat naszej ingerencji w wewnętrzne sprawy Ukrainy, ale przypomniał jeszcze, że jeden z naszych “styropianowców” minister obrony narodowej miał stryja pułkownika OUNu zdemaskowanego i rozstrzelanego po wojnie we Wrocławiu. Na takie dictum pan Miecugow odparł że jest interesem Polski, aby Rosja dalej się nie rozszerzała i podkreślił, że jest to naszym żywotnym interesem.

Nie spodziewałem się tak taniej bzdury od tak wytrawnego dziennikarza. Utajona groźba agresji sugerowana przez tego pana jest w zasadzie możliwa, ale jak mniemam tylko teoretycznie, albowiem Car, gdyby chciał zaatakować NATO, uderzyłby na Litwę Łotwę czy Estonię, które to państewka nakryłby czapką w ciągu jednej godziny a nie zmagał się z trudnym logistycznie do opanowania terytorium. A rządzącym polecam lekturę wszystkich możliwych for internetowych, na których mogą zapoznać się z opinamy Polaków w tej kwestii. Po tej lekturze może dotrze do nich, że realizują obstalunki nie tylko nie oczekiwane przez naród ale wbrew woli narodu z woli którego na razie piastują bardzo ważne funkcje w państwie. Ten sprzeczny z interesem Polski i nie potrzebny nam mesjanizm może nas drogo kosztować, bo z Ukraińców nigdy nie będziemy mieć przyjaciół, a będąc dopiero szóstym co do wielkości krajem UE. powinniśmy trzymać miejsce w szyku, a nie usiłować rozdawać karty i liczyć w razie zagrożenia na pomoc Amerykanów. Takie zachowania są po prostu niegodne.

Adam Zbigniew Gusiew

 

Europa Środkowa – 2014. Marzenia i Rzeczywistość

Scenariusz optymistyczny

 

Środkowoeuropejscy federaliści definiowali Europę Środkową jako obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją, będący częścią Zachodniej Europy. Jądrem tego obszaru miała być konfederacja polsko-czechosłowacka, która później zjednoczyć się miała z unią serbsko-grecką. Plany te powstały w okresie II wojny światowej, jednak z wiadomych powodów nie zostały zrealizowane. Wielkie mocarstwa zdecydowały inaczej. Obecnie jądrem wokół, którego zjednoczyć się ma Europa Środkowa w ramach Unii Europejskiej jest nieformalna Grupa Wyszehradzka, w skład której wchodzą Czechy, Polska, Słowacja i Węgry. Grupa ta ma swoje niewątpliwe osiągnięcia i potrafi niejednokrotnie mówić jednym głosem zarówno na forum Unii Europejskiej, jak i w NATO. Stara się także zachęcić do współpracy Rumunię, a także Bułgarię oraz inne państwa bałkańskie. Grupa Wyszehradzka współpracuje także z państwami bałtyckimi (Litwa, Łotwa, Estonia). Nie zapomina też o państwach skandynawskich. Oprócz Grupy Wyszehradzkiej, równoczesnym “ośrodkiem” widocznej środkowoeuropejskiej współpracy stał się region Bałtyku (Polska, państwa bałtyckie i skandynawskie), czemu, jak się wydaje sprzyja Wielka Brytania. Współpraca bałtycka nie jest konkurencją dla Grupy Wyszehradzkiej, lecz dalszym rozwinięciem współpracy w regionie Europy Środkowej. O ile dla czecho-słowackiego wizjonera Milana Hodży Europa Środkowa rozciągała się od Gdańska do Salonik, to obecnie odnieść można wrażenie, że wspólnota regionalnych interesów zaczyna się na północy Skandynawii, a kończy w Salonikach. Wielu wizjonerów, o bardzo zróżnicowanych poglądach politycznych, marzyło o powstaniu wspólnoty polityczno-kulturowej od Vancouver do Władywostoku, w skład której, obok Stanów Zjednoczonych, Kanady, Europy Zachodniej i Europy Środkowej, wchodziłaby oczywiście Rosja. Takie rozwiązanie zakłada jednak istnienie niepodległej Białorusi i niepodległej Ukrainy, a także pokojowe rozstrzygnięcie sprawy Naddniestrza. Zakłada również wolę Rosji uczestniczenia w takiej polityczno-kulturowej wspólnocie.

 

Realia

 

Aby przybliżyć się do prawdy w ocenie aktualnej sytuacji w Europie Środkowej, w związku z wojną na Ukrainie, należałoby wstrzymać się z prezentacją własnych życzeń (co nie jest do końca możliwe) i pozostać przy faktach. Francuzi mają przysłowie: “Les extręmes se touchent”. Wśród różnych odcieni tłumaczenia tego przysłowia na język polski najbardziej oddaje sedno sprawy: “Przeciwności upodobniają się do siebie”. To podobieństwo to nacjonalizm. Celem obydwu nacjonalizmów (ukraińskiego i rosyjskiego) jest Ukraina pozbawiona mniejszości narodowych. Od początku XX wieku cała Ukraina (“austriacka” i “rosyjska”) określana była w Rosji jako Małorosja, co oznaczało w praktyce, że Ukraińcy uważani byli przez Wielkorusów jako część narodu rosyjskiego. Nijak się to miało do prawdziwych odczuć Ukraińców, ale niekiedy miało dla Ukrainy korzystny skutek. Linia Curzona (czyli mniej więcej obecna granica Ukrainy z Polską) ustalona została podczas I wojny światowej między “białą” Rosją a Wielką Brytanią i zatwierdzona na konferencji w Jałcie (1945 r.). W latach dwudziestych XX wieku rosyjskojęzyczna Ukraina, czyli głównie terytoria zdobyte przez Katarzynę II w końcu XVIII stulecia na Tatarach krymskich, została (z wyjątkiem Krymu) przyłączona do Ukrainy. Terytoria te zostały zasiedlone wcześniej głównie przez Rosjan. W 1954 roku na mocy dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR zasiedlony przez Rosjan Krym przekazano Ukrainie. Decyzje te zwiększały liczbę Rosjan na Ukrainie. Już wcześniej, przez cały XIX wiek i później Ukraina była rusyfikowana. Docelowo cała Ukraina miała zostać zrusyfikowana. Język ukraiński pogardliwie nazywany był przez niektórych Rosjan “dierewiańskim” (czyli wiejskim). W Kijowie do niedawna mówiło się przede wszystkim po rosyjsku (w XIX wieku też po polsku). Na uczelniach wykłady prowadzono tam po rosyjsku (i chyba nadal wykłada się po rosyjsku). Powiązania między Ukrainą i Rosją są bardzo silne. Istnieje ogromna ilość małżeństw mieszanych, wielu Ukraińców ma rodziny w Rosji. Obecny konflikt niszczy te więzy. Po stronie ukraińskiej mamy często do czynienia (nie twierdzę, że zawsze) ze skrajnym nacjonalizmem, a ze strony rosyjskiej z wyraźną tendencją imperialną. Jeżeli zapoznamy się z poglądami ukraińskich nacjonalistycznych organizacji, które powstawały w latach 20. ubiegłego stulecia odnośnie granic przyszłej, etnicznie czystej Ukrainy, to zobaczymy, że sięgać ona miała od Krynicy górskiej w Polsce do Stawropola (po wschodniej części Morza Azowskiego), z włączeniem Krymu. Taka Ukraina etnicznie mogłaby się stać “czysta” po “pozbyciu” się mniejszości narodowych, a tych na Ukrainie było i jest nadal wiele. Apetyty terytorialne nacjonalistów ukraińskich i dążenie do etnicznie czystej Ukrainy były od samego początku pomysłami co najmniej nieudanymi. Tak jak przeczącym rzeczywistości jest zapis w aktualnej ukraińskiej konstytucji stanowiący, że Ukraina jest państwem unitarnym. Poświadczają to obecne wydarzenia i rozwój wypadków w tym kraju. Nie będę przypominał sposobów w jaki nacjonaliści ukraińscy w przeszłości pozbywali się mniejszości. Oprócz przyswojenia sobie powszechnie znanych faktów, przydaje się tu przynajmniej bierna znajomość języka ukraińskiego pozwalająca na zapoznanie się u źródła z odpowiednią literaturą w tym języku. Literatura w języku polskim na ten temat też jest bogata. Również w języku angielskim. Chodzi mi tym razem wyłącznie o granice Ukrainy, o nacjonalistycznej ideologii już nie wspominam. (Twórcą tej ideologii był Dmytro Doncow, 1883 – 1973). Ośmielam się wyrazić pogląd, że od samego początku tylko federalna Ukraina miała rację bytu, a walka z językiem rosyjskim, z której obecne władze ukraińskie się niedawno wycofały, nie przyniosła niczego dobrego. Przy czym analiza wydarzeń na Majdanie prowadzi wielu obserwatorów do wniosku, że Euromajdan nie był ruchem przeciwko Rosji czy za integracją Europejską. Był przede wszystkim buntem klasy średniej, ludzi młodych, ludzi zmarginalizowanych przeciw korupcji, biedzie i złodziejskiemu bogaceniu się oligarchów (tych na zachodzie Ukrainy i tych na wschodzie). W tym zrywie połączyli się zarówno Ukraińcy mówiący po ukraińsku, jak i po rosyjsku. (Marta Jaroszewicz, Nie będziemy Donbasem, Nowa Europa Wschodnia, wrzesień-październik 2014, s. 52-53). Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że na Majdanie najbardziej był słyszalny głos ukraińskiej skrajnej prawicy. Władzy prozachodnich oligarchów udało się większość protestujących z Prawego Sektora ubrać w mundury Gwardii Narodowej i różnorakich oddziałów ochotników, wykorzystać ich nacjonalistyczne nastawienie i wysłać na wschód. Czy elity ukraińskie potrafią w przyszłości stworzyć wspólną ukraińską tożsamość i wpisać w kolektywną świadomość obywateli Ukrainy nie tylko ofiary śmiertelne Majdanu, ale także zabitych na wschodzie kraju, nad czym zastanawia się Marta Jaroszewicz z Ośrodka Studiów Wschodnich, należy wątpić. O tę wspólną tożsamość może być już trudno, bo aktualnie ukraińska tożsamość narodowa kształtuje się przede wszystkim, jeszcze bardziej niż dotąd, na nienawiści do Rosji i Rosjan. Obszar nazywany przez Moskwę Noworosją (w porozumieniach z Mińska nie ma mowy o Noworosji, lecz o obwodzie donieckim i ługańskim) ma swą specyfikę, której mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie zawsze pojmują. Z kolei łatwo zrozumieć niechęć zachodnich Ukraińców do przesyłanych do nich przez Kijów urzędników ze wschodu nie znających języka ukraińskiego, w dodatku przekupnych. Niechęć między rosyjskojęzycznymi a ukraińskimi obywatelami jest obopólna. Na wschodzie zachodnich Ukraińców nazywa się często faszystami, mimo, że jest to ogromne uproszczenie. Organizacje skrajnie nacjonalistyczne jakie znamy z okresu II wojny światowej reprezentowały zaledwie kilka procent społeczeństwa ukraińskiego. Udało im się co prawda otumanić poważną część zachodnioukraińskiego społeczeństwa stosując krwawy terror. W warunkach bardziej demokratycznych jednak, podczas ostatnich wyborów prezydenckich, w których prezydentem wybrano Poroszenkę, skrajni nacjonaliści spod znaku Bandery uzyskali tylko 1% głosów, ale czy to ten ułamek zachodnich Ukraińców postawił Banderze dziesiątki pomników? To, że konflikt na wschodzie kraju nie ogarnął jeszcze Charkowa, Dniepropietrowska czy Odessy, gdzie mówi się przeważnie po rosyjsku, nie świadczy jeszcze o tym, że mieszkańcy tych regionów popierają obecnie niepodległą Ukrainę. Szczególnie po tym co się wydarzyło w Ługańsku i Doniecku. Równocześnie zgodzić się trzeba z poglądem, że sytuacja w Donbasie miała początkowo podłoże bardziej polityczne niż etniczne i tożsamościowe. Podobnie jak w Euromajdanie miał tu miejsce protest przeciwko oligarchom, ale tym własnym, ciążącym ku Rosji. Był to też protest przeciw nieudolnej władzy w Kijowie, która nie potrafiła rozwiązywać specyficznych problemów uprzemysłowionego Donbasu. Obecnie, odrębności tożsamościowych na wschodniej Ukrainie nie wolno już lekceważyć. Wschodnia Ukraina może, w rezultacie obecnych wydarzeń, ewoluować w zupełnie innym jeszcze kierunku, ani w stronę Rosji, ani w stronę Ukrainy. Ci mieszkańcy wschodniej i południowej Ukrainy, którzy posługują się przeważnie językiem rosyjskim i którzy przyzwyczaili się wcześniej do pewnej dozy dobrobytu, mogą nie mieć szczególnych powodów by wybierać między Ukrainą a Rosją i w sprzyjających warunkach wybiorą jakąś formę separatyzmu, z “dala” od Rosji i z “dala” od Ukrainy. Skomplikowałoby to jeszcze bardziej, już trudną sytuację w tym regionie. Taki wybór i taka reakcja jest możliwa po cierpieniach mieszkańców Donbasu, exodusie setek tysięcy ludzi do Rosji, trudnościach rosyjskich w “zagospodarowaniu” Krymu oraz w obliczu nieprzewidywalnej przyszłości gospodarczej samej Ukrainy. Legalnie wybrany w roku 2010 Prezydent Wiktor Janukowicz ciążył niewątpliwie ku Rosji. W listopadzie 2013 roku odrzucił on przygotowany w 2012 roku dokument stowarzyszeniowy z UE, który dla Ukrainy, a szczególnie dla Donbasu i związanych z Rosją oligarchów na wschodniej Ukrainie był niekorzystny. Ani Bruksela, ani Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie wykazał wówczas zrozumienia dla ekonomicznych problemów Ukrainy. Wraz z wyeliminowaniem Janukowycza, władzę na Ukrainie odebrali oligarchom prorosyjskim, oligarchowie prozachodni. Czy ci ostatni potrafią wynegocjować z Unią Europejską i MFW korzystniejsze warunki?

Są politycy, którzy pragną widzieć Ukrainę w Unii Europejskiej (też chciałbym, ale jeszcze nie teraz) oraz w NATO (co do tego mam już poważne wątpliwości). Politycy ci nie biorą pod uwagę tego, że jednym z warunków przyjęcia do tych organizacji (obok pokoju wewnętrznego, o który trudno), powinien być brak zatargów granicznych z sąsiadami. Między Polską a Ukrainą istnieje Traktat o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy, sporządzony w Warszawie 18 maja 1992 roku. W artykule 1. tego Traktatu stwierdza się, że istniejącą i wytyczoną w terenie granicę między stronami uważa się za nienaruszalną. Strony potwierdziły jednocześnie, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych oraz nie będą ich wysuwać w przyszłości. Czy zgadza się z tymi ustaleniami prawicowa część obecnej władzy na Ukrainie? Co do tego nie ma pewności. Z kolei granica Ukrainy z Rosją nie została ostatecznie ustalona, a w wyniku trwającej obecnie wojny granice między obydwoma państwami będą musiały zostać w końcu wytyczone. Zachód zgodził się w praktyce z przejęciem przez Rosję Krymu, choć formalnie jeszcze długo tego przejęcia (jeżeli w ogóle) nie uzna. Ukraina przez wiele lat twierdzić będzie, że Krym to terytorium ukraińskie. Przy czym trudno zaprzeczyć, że Krym związany jest bardziej z kulturą rosyjską niż z ukraińską. Trwać będą dalsze rosyjsko-ukraińskie “przepychanki” na rosyjskojęzycznej Ukrainie. Rosja nie zrezygnowała chyba ze zdobycia obszarów umożliwiających jej lądowy dostęp do Krymu. Czy kolejne ustalenia prezydenta Poroszenki z separatystami oraz z prezydentem Putinem oznaczać będą usankcjonowanie przyłączenia Donbasu do Rosji, czy tylko zgodę na autonomię w ramach Ukrainy, czy też zgodę na niepodległość Doniecka i Ługańska? Strona ukraińska twierdzi, że nie chodzi o federalizację, lecz o samodzielność dla wschodniej Ukrainy w ramach niepodległej Ukrainy, przy zachowaniu integralności całego państwa.(W połowie października 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawy przyznające specjalny status obwodom donieckiemu i ługańskiemu oraz zwolniła bojowników z odpowiedzialności karnej). Czyżby potrzebne były jakieś zmiany w ukraińskiej konstytucji? (Ciekawe, że w XIX wieku niepodległościowi działacze ukraińscy we wschodniej Ukrainie domagali się jej federalizacji, co prawda w ramach Rosji. Nie zgadzały się na to wówczas władze carskie. Następnym celem wschodnich działaczy ukraińskich było połączenie z zachodnią Ukrainą oraz uzyskanie przez zjednoczoną Ukrainę niepodległości). Nie dowiemy się jeszcze teraz tego czy Rosja na obecnych zdobyczach się zatrzyma i czy wcześniej lub później nie zacznie marszu w kierunku Naddniestrza, próbując odciąć Ukrainę od Morza Czarnego, tak jak obecnie odcina ją powoli od Morza Azowskiego. (Po zaanektowaniu przez Moskwę Krymu, Naddniestrze poprosiło o przyłączenie do Rosji, ale Kreml nie zajął w tej sprawie jednoznacznego stanowiska). Rosja przybliżyłaby się w ten sposób do Bałkanów, gdzie stosunkowo niedawno utraciła wpływy. I czy uzyska na to przyzwolenie ze strony świata? Jaki będzie ostatecznie kształt terytorialny Ukrainy nie wiemy, wiemy natomiast, że aby mogła wstąpić do UE i NATO, jej granice powinny uzyskać międzynarodowe gwarancje, lub przynajmniej zawarte być muszą odpowiednie umowy graniczne z wszystkimi sąsiadami (z Polską Ukraina ustalone granice już ma). Poczynaniom Rosji towarzyszy imperialna geopolityka, której twórcą jest m.in. Aleksander Dugin oraz kłamliwa, często antypolska, propaganda. Z polskiej strony poziom propagandy jest często nie wiele lepszy. Stosunki Rosji z Zachodem, z UE, a przede wszystkim ze Stanami, są złe. Zastanawianie się w aktualnej sytuacji, przy różnorakich trudnościach Zachodu, nad wejściem Ukrainy do NATO jest co najmniej nie na czasie. Nieco inaczej przedstawia się sprawa stowarzyszenia Ukrainy z UE, ale i tutaj przydałoby się wyjaśnić sprawę jej ostatecznych granic. Brak uznanych międzynarodowo granic Ukrainy naraża Zachód na stały konflikt z Rosją, a być może (co jest niewykluczone po ewentualnym zbadaniu całości problemu ukraińskich granic) z innymi jeszcze sąsiadami Ukrainy. Co do Rosji, to jej obecna polityka uniemożliwia realizację jakichkolwiek wizji włączenia jej do wspólnoty politycznej, gospodarczej i kulturowej, sięgającej od Vancouver do Władywostoku. Zresztą sama Rosja tego nie chce i zwraca się obecnie, zgodnie z podpowiedziami Dugina, ku Azji. Jeżeli nie dojdzie w aktualnej sytuacji do bezpośredniej konfrontacji Zachodu z Rosją (miejmy nadzieję, że nie dojdzie), to już sam wyścig zbrojeń i sankcje ekonomiczne nałożone na Rosję mogą przynieść temu państwo bardzo poważne szkody. Wydaje się, że mimo taktycznych sukcesów, Rosja strategicznie raczej przegrywa “zapasy” z Zachodem. Nie może wygrać skoro sankcje uderzają bezpośrednio w prezydenta Putina i jego oligarchów; ich konta i majątki są na Zachodzie, tam kształcą się i robią kariery ich dzieci. Naturalną drogą, po której powinna iść Rosja byłaby droga europejska, dążenie do przyjęcia europejskich standardów politycznych i ekonomicznych. Jednak elita oligarchiczna, łącznie z prezydentem Putinem zdecydowała się przyjąć ideologię sprzeczną z tą drogą i sprzeczną z interesami rosyjskiego społeczeństwa, które tego jeszcze nie dostrzega. W Rosji o kierunku polityki decyduje oligarchiczny byznes odwołujący się do nacjonalistycznych odczuć społeczeństwa i decyduje źle. A tymczasem między Ukrainą a Rosją powstaje taka wrogość, jakiej nigdy nie było. Tożsamość ukraińska kształtowana jest obecnie na długie lata na nienawiści do Rosji. (Polityka Rosji wobec Ukrainy spotkała się z krytyką (dość kuriozalną zresztą) z zupełnie niespodziewanej strony. Do wyklęcia prezydenta Putina wezwali hierarchów cerkwi mnisi z bardzo ważnego dla prawosławia klasztoru św. Sawy Serbskiego na Górze Atos w Grecji za to, że walczy z prawosławnymi braćmi na Ukrainie. Mnisi dostrzegli w tej wojnie “spisek” żydowski zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie).

Jaka przyszłość?

 

Wiele zależy od tego, do jakiego ładu globalnego zmierza Rosja i czy jej cele są do zaakceptowania przez Zachód, a przede wszystkim przez Stany Zjednoczone. Dnia 27 września 2014, w swym przemówieniu na 69 sesji ZO ONZ, minister Siergiej Ławrow skrytykował Stany i ich sojuszników. Zarzucił im, że w pełni usprawiedliwiają działania “samozwańczych władz” w Kijowie w stosunku do rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy. To co dzieje się we wschodniej Ukrainie to, jego zdaniem, reakcja na działania Kijowa. Ławrow powołując się na zasadę samostanowienia powiedział, że rosyjskojęzyczna część narodu ukraińskiego chciała bronić swych praw do języka ojczystego, kultury i historii. Ławrow udzielił następnie wywiadu rosyjskiemu Kanałowi TV 5, w którym mówiąc o perspektywie stosunków rosyjsko-amerykańskich powiedział, że Rosja nie jest zainteresowana dalszą “wojną sankcji” Zamiast tej wojny potrzebna jest zupełnie nowa polityka, którą określił mianem “resetu 2”, co jest aluzją do okresu odwilży w stosunkach między obu państwami po okresie prezydentury George'a Busha. Rosja jest zainteresowana normalizacją stosunków ze Stanami. Wymaga przede wszystkim uznania, że jest równorzędnym partnerem, który zdecydowany jest bronić swego bezpieczeństwa i swoich interesów. Jakkolwiek Ławrow wykluczył powrót do wyścigu zbrojeń, to podkreślił, że Rosja zadba o bezpieczeństwo kraju. Ma to być odpowiedź na politykę USA w stosunku do Ukrainy, rozbudzającej jej nadzieje na wsparcie w konfrontacji z Rosją i wciąganie jej we własną orbitę. Tak jednak być nie musi. USA muszą tylko zaprzestać osaczania Rosji i zacząć z nią współpracować.(Grzegorz Waliński, Propozycja Ławrowa, Dziennik Trybuna, 29-30.09.2014). W tym kontekście trzeba odnotować, że Stany Zjednoczone wykazują wyraźnie ambicje powrotu do świata jednobiegunowego, w którym Stany byłyby globalnym hegemonem.

Polska powinna mieć w przyszłości dobre stosunki zarówno z Rosją, jak i z Ukrainą. Ta ostatnia potencjalnie stać się może za kilkadziesiąt lat ważnym i silnym państwem na mapie Europy. O to, jak osiągnąć przynajmniej dobre relacje z obydwoma sąsiadami na Wschodzie, zatroszczyć się powinna polska dyplomacja. Nie jest to i nie będzie zadanie łatwe, tym bardziej, że imperialna polityka rosyjska i kwestionowanie przez nią granic w Europie oddalają, przynajmniej na razie, skuteczne próby przyciągnięcia Rosji do Zachodu, który nie ma zamiaru zaakceptować zmiany granic przy użyciu siły militarnej. (Sądzić można, że Rosja w sprawie Krymu uzyskałaby akceptację Zachodu, gdyby zamiast aneksji siłą, zaproponowała wcześniej przeprowadzenie tam referendum. Nie wiemy, czy ten wariant był przez Kreml rozważany). Rosja ciąży ku Azji, przy czym okazać się może, iż coraz bliżej jej do świata islamu niż do cywilizacji nawiązującej do tradycji chrześcijańskiej i europejskiej. Rosja prezydenta Putina nawiązuje co prawda ostentacyjnie do prawosławia, ale równocześnie lekceważy w ten sposób swych muzułmańskich obywateli, których liczba rośnie. Jest ich w kraju około 30%, a na islam przechodzą rdzenni Rosjanie. Profesor Aleksander Dugin, odgrywający w Rosji rolę zbliżoną do roli Rasputina przy dworze carskim przed I wojną światową (Rasputin jednak przed wojną przestrzegał) uważa, że prawosławie jest tradycją nie religią. Z tego ma ponoć wynikać jego przekonanie, że tradycja prawosławna, jako pojęcie szersze niż religia jest zdolna bezkonfliktowo wchłaniać w siebie elementy innych wierzeń religijnych, a więc także elementu islamu. Nie wiadomo tylko czy wyznawcy proroka zgodzą się z Duginem, szczególnie wtedy, gdy w Rosji stanowić będą już większość. (W każdym razie w Serbii i Kosowie jego teoria się nie sprawdziła). Uwaga przy okazji: uzasadnianie agresji na sąsiedni kraj (w tym przypadku na Ukrainę) tym, że ludzie mówią w nim po rosyjsku może się kiedyś odwrócić w niekorzystny sposób. Tak np. wyznawcy islamu w Rosji powiedzieć mogą w pewnym momencie, że chcieliby żyć u siebie, to znaczy w państwie czysto islamskim, a muzułmanie na świecie stwierdzić któregoś dnia, że ich braciom dzieje się w Rosji krzywda. (Dla porównania – kraje europejskie i Stany Zjednoczone próbują, lepiej lub gorzej (jak dotąd gorzej) włączyć wyznawców islamu w swój “krwioobieg”, co po jakimś czasie przynieść może dobre rezultaty. W każdym razie nikt na Zachodzie nie próbuje z jakiejś religii uczynić obecnie religii państwowej. Chociaż wyjątkiem okazać się tu kiedyś może Polska). Nie wiemy także w jakim kierunku pójdzie w przyszłości Ukraina, czy potrafi wyplenić wśród części swych elit skrajny nacjonalizm, wyznawany przez niewielką, ale niezwykle hałaśliwą grupę wyznawców w kraju i za granicą? Czy potrafi ukształtować takie postawy patriotyczne, które są zgodne z wartościami unijnymi, zakładającymi przyjaźń z innymi narodami i grupami etnicznymi? W tym kontekście warto zauważyć, że jednym z oligarchów finansujących słabe państwo ukraińskie jest Ihor Kołomojski, jeden z najbogatszych Ukraińców. Nota bene, jeden z najważniejszych działaczy żydowskich w Europie.(Piotr Pogorzelski, Z głowy na nogi, Nowa Europa Wschodnia, dwumiesięcznik, wrzesień-październik 2014, s..44-48).

O dobre stosunki z Rosją i Ukrainą zatroszczyć się powinna polska dyplomacja, ale w tych dyplomatycznych wysiłkach uczestniczyć musi “na co dzień” cały naród, wszyscy Polacy. Przy czym są sprawy międzynarodowe, które powinny pozostać przede wszystkim w gestii UE, która w sprawach ukraińskich musi przemawiać jednym głosem. Przy czym polityka unijna wobec Ukrainy i Rosji powinna uwzględniać polski punkt widzenia. Jest tu także miejsce, i to ważne, dla Stanów Zjednoczonych. Nie zgadzam się z tymi obserwatorami polityki międzynarodowej, którzy twierdzą, że Stany wycofały się z Europy. Stany Zjednoczone były i chcą nadal pozostać mocarstwem globalnym, a ponieważ siły już “nie te co kiedyś”, więc zmuszone zostały (i będą nadal zmuszane) do ścisłej współpracy z Unią Europejską. W tym związku partnerskim chcą jednak zachować rolę przywódczą i to im się może udać. W ten sposób pragną także zachować swą dominującą pozycję w świecie. Trudności w tym amerykańsko-europejskim związku leżą raczej po stronie samej UE, która jest zbyt mało “scentralizowana”, aby stać się sprawnie reagującym partnerem. Minęły już czasy, kiedy Amerykanie śmiali się z każdych potknięć Europy. Obecnie nieudolność Europy jest zapewne przedmiotem amerykańskiej troski, przynajmniej powinna. W każdym razie Amerykanom zależy teraz na takiej silnej Unii, w której żadne państwo członkowskie nie będzie dominować, a już w żadnym przypadku państwa unijne nie powinny – zdaniem USA - dogadywać się oddzielnie z Moskwą. Amerykanom nie odpowiada też na tym etapie bliższe zbliżenie Unii Europejskiej z Rosją i stworzenie ewentualnego bloku polityczno-gospodarczego, który konkurowałby o prymat w świecie ze szkodą dla amerykańskich interesów. Amerykańska polityka zmierza na tym etapie do odepchnięcia od siebie Unii Europejskiej i Rosji, przy równoczesnym stworzeniu głębokich powiązań handlowych między Stanami a Unią Europejską, co ma nie tylko znaczenie gospodarcze, ale i strategiczny wymiar.(patrz: Maksymilian Podstawski, Nowa polityka Stanów Zjednoczonych wobec Europy, Nowe Perspektywy, kwartalnik, Nr 2-3 ((9-10), czerwiec-wrzesień 2013). Są sygnały, że pewne zastrzeżenia co do bliższej współpracy gospodarczej między UE a Stanami, mają Niemcy. Ściślejsze niż dotąd relacje między USA a UE przybliżyłyby obie światowe potęgi do wizji wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Jak na razie, konflikt rosyjsko- ukraiński przeszkadza w realizacji pomysłu na włączenie Rosji do tego projektu, ale po jego wygaszeniu Stany zechcą prawdopodobnie, jak przed konfliktem pisał Zbigniew Brzeziński, zaangażować się w proces kształtowania bardziej żywotnego i szerszego Zachodu i przez kilka następnych dekad starać się o połączenie z Zachodem już obejmującym UE i USA, zarówno Rosji, jak i Turcji, dzięki instytucjom takim jak UE i NATO. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 181). W tej chwili jednak chodzi o to, aby zanim to nastąpi, Rosja uszanowała niepodległość Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich. W realizacji amerykańskich celów politycznych przeszkadzała dotąd Rosja, nie tylko w Europie, ale na arenie globalnej (przykładem mogą tu być wykluczające się nawzajem interesy obu państw w świecie islamu, np w Syrii, a także w przypadku Iranu). Prezydent Władymir Putin zmierza wyraźnie do odzyskania przez Rosję jej dawnej (z czasów ZSRR) pozycji w świecie. Co się tyczy Ukrainy, to propozycją do przyjęcia przez Rosję mogłaby się okazać jakaś forma równoczesnego wejścia Ukrainy zarówno do rosyjskiej strefy wolnego handlu, jak i stowarzyszenie z UE (pogląd wypowiadany przez panią profesor Jadwigę Staniszkis w wywiadach telewizyjnych). Przyjęcie takiej propozycji przez zainteresowane strony mogłoby się okazać korzystne dla idei wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Wspólnota taka zakładałaby jednak (przy bardziej niż dotąd scentralizowanej UE) udział w niej co najmniej 3 równoprawnych partnerów: Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych (i Kanady) oraz Federacji Rosyjskiej. Ostatnio (po rozwiązaniu Wspólnoty Niepodległych Państw i zastąpieniu jej od stycznia 2015 roku przez Unię Euroazjatycką) Rosja proponuje zawarcie z Unią Europejską umowy o ścisłej współpracy gospodarczej. Do Unii Euroazjatyckiej należą: Rosja, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Armenia. Równocześnie przypomniana została propozycja rosyjska pod adresem Unii Europejskiej, traktowana jako długofalowy cel Rosji i UE, utworzenia od Lizbony do Władywostoku wspólnego obszaru gospodarczego i humanitarnego. Tak więc o względy Europy zabiegają nie tylko Stany Zjednoczone, ale i Rosja. Jak na razie nie ma tu bezpośredniego przełożenia na powstanie wspólnoty od Vancouver do Władywostoku, ale w przyszłości, kto wie...? W każdym razie rosyjskiej propozycji nie da się zlekceważyć, wydaje się ona przy tym odejściem od ideologii Dugina.

Konflikt rosyjsko-ukraiński nie sprzyja też integracji Europy Środkowej i zapewnieniu temu regionowi należnego mu miejscu w strukturach zachodnich, w tym w Unii Europejskiej. Zaangażowane po stronie Ukrainy stanowisko Polski w tym konflikcie powoduje, że nasze państwo pozostać może przez wiele lat osamotnione w “tym temacie” zarówno w Trójkącie Weimarskim, jak i w Grupie Wyszehradzkiej. O ile w wielu przypadkach polskiej dyplomacji udawało się w przeszłości uzgadniać w Trójkącie, jak i w Grupie wspólne stanowisko, to istnieje obawa, że w sprawie Ukrainy Polska pozostanie na tych forach osamotniona. (W innych sprawach współpraca jest na pewno nadal możliwa). Na konflikcie rosyjsko-ukraińskim ucierpi także dobrze zarysowująca się współpraca Grupy Wyszehradzkiej z blokiem państw północnej Europy (Skandynawia, trzy państwa bałtyckie). O ile polska polityka wschodnia znajdzie w tym gronie zrozumienie (może z wyjątkiem wahającej się Finlandii), to poglądy Czech, Słowacji i Węgier (członków Grupy Wyszehradzkiej) pozostaną odmienne. Niezależnie od różnej od polskiej optyki historycznej, poglądy te zależne są od dostaw rosyjskiego gazu, a w przypadku Węgier dodatkowo od rozwiązania przez Ukrainę spraw związanych z mniejszością węgierską na Zakarpaciu. Ustawa o “zniesieniu” języka rosyjskiego na wschodzie i węgierskiego na zachodzie Ukrainy jako urzędowych, została co prawda unieważniona, ale niesmak pozostał oraz przekonanie co do nacjonalistycznych tendencji wśród ukraińskich elit. Sprawa języka odzywa się także na Łotwie i Estonii, w krajach nam bliskich w pojmowaniu rosyjskiej polityki zagranicznej, gdzie mieszkający tam Rosjanie stanowią 1/3 społeczeństw, a w przypadku nieznajomości języka łotewskiego i estońskiego nie mogą uzyskać obywatelstwa tych państw. Mieszkający tam Rosjanie uważają to za dyskryminację i być może mają rację. Pamiętać jednak trzeba, że większość Rosjan przybyła tam dopiero w czasach Związku Radzieckiego, podczas, gdy rdzennych mieszkańców protestujących przeciwko włączeniu ich krajów do ZSRR (Estończyków, Łotyszy, także Litwinów) wysyłano “na białe niedźwiedzie” i w inne regiony tego rozległego i pięknego kraju. Ci ludzie przeważnie już nie wracali do swoich domów. Niemniej jednak izolowanie obecnie Rosjan w tych państwach jest poważnym błędem, należałoby ich ze społeczeństwem integrować.

Powraca pytanie, jakie są cele Rosji w Europie Środkowej, która przez Rosję określana jest jako Europa Wschodnia (taka definicja regionu budzić może pewne zaniepokojenie, niestety od II wojny światowej funkcjonuje w Organizacji Narodów Zjednoczonych i powszechnie używana jest na Zachodzie nadal, np. w Wielkiej Brytanii). W przypadku Krymu nie ma wątpliwości; chodzi o włączenie go do Rosji. Co się tyczy wschodniej Ukrainy, sformułowanie tych celów oraz ich realizacja zależy od wielu czynników, w tym od reakcji międzynarodowej na próbę przyłączenia tego regionu do państwa rosyjskiego. Po zajęciu Krymu dalszym celem jest zapewne odebranie Ukrainie dostępu do Morza Czarnego, połączenie się z Naddniestrzem i przywrócenie rosyjskich wpływów na Bałkanach. Jeżeli ten scenariusz się nie powiedzie, pozostanie ewentualnie stworzenie państwa Noworosji, co już przybliży Rosję do uzyskania ułatwionego, lądowego dostępu do Krymu. Realizacja tego ostatniego scenariusza nie wyklucza w przyszłości dalszych wysiłków Rosji zmierzających do opanowania wybrzeża Morza Czarnego i połączenia Noworosji z Naddniestrzem. Realizując swe cele, Rosja próbowała będzie pogodzić dwie różne zasady prawa międzynarodowego. Potrzebę respektowania suwerennej równości i integralności państw z prawem narodów do samostanowienia. Pierwszeństwo miała tu kiedyś zasada terytorialnej integralności państw. W praktyce, jak się okazało w przypadku Kosowa, większe znaczenie ma prawo narodów do samostanowienia i ... demografia. Sytuacja demograficzna określonego obszaru może doprowadzić do oderwania się spornego terytorium macierzystego, tak jak to było w przypadku Serbii. To Zachód postanowił, że zasada integralności terytorialnej przestała tu obowiązywać na rzecz prawa do samostanowienia kosowskich Albańczyków. Rosja wyciągnęła stąd wniosek, że słuszne jest popieranie separatyzmu Abchazji oraz Osetii Południowej, mimo, że należą do Gruzji. W przypadku Krymu powołanie się na zasadę samostanowienia narodów, przy przewadze liczbowej Rosjan na półwyspie jest nieco łatwiejsze niż w ewentualnej Noworosji, ale i w Noworosji, podobnie jak nad Morzem Czarnym (np. w Odessie) mówiący po rosyjsku stanowią znaczny procent, jeżeli nie większość. Na Krymie większość mieszkańców posiada już zapewne rosyjskie paszporty. Natomiast, jeżeli skutkiem kompromisu między Rosją a Ukrainą wschodnia Ukraina uzyska status zbliżony do autonomii (co już staje się faktem), nie przeszkodzi to Rosji w wydawaniu tam swych paszportów, mimo ukraińskich protestów. Przy czym liczba mieszkańców rosyjskojęzycznych (czy jak kto woli Rosjan) zmniejszyła się w Donbasie w wyniku ich exodusu do Rosji sięgającego już prawie miliona. Wspomnieć trzeba, że prawo obowiązujące na Ukrainie nie przewiduje podwójnego obywatelstwa, co ani Ukrainie, ani Rosji nie ułatwia spokojnego i rozsądnego rozwiązania tego problemu. Marzenia ukraińskich nacjonalistów o etnicznie czystym państwie, a także postanowienie ukraińskiej konstytucji, że Ukraina jest państwem unitarnym, zderzają się tutaj z realiami. Rozważanym celem Rosji na Ukrainie jest prawdopodobnie też opanowanie całej Ukrainy, lub przynajmniej podporządkowanie jej sobie w jakiejś formie. Pewną odmianą tego wariantu może być “przyzwolenie” Rosji na ograniczenie Ukrainy do jej środkowej i zachodniej części. Przy czym należy przypomnieć, że regionalne odrębności na Ukrainie nie ograniczają się wyłącznie do Ukrainy wschodniej i do Ukrainy południowej. Np. podczas I wojny światowej wśród Rusinów na Rusi Zakarpackiej, jeden z tamtejszych nurtów politycznych widział przyszłość tego regionu w związku z Rosją (wpływy rosyjskie sięgały nawet do części polskich Łemków), i z tego powodu władze austriackie pozbawiły życia sporą grupę prorosyjskich działaczy. Należy mieć nadzieję, że Ukraińcy poradzą sobie z podobnymi separatyzmami w procesie demokratycznym, uwzględnią przy tym regionalne odrębności i obronią, przy międzynarodowym wsparciu, suwerenność swego kraju. Jakkolwiek, być może, utrzymanie formuły państwa unitarnego jest przejściowo, w obecnych uwarunkowaniach wojennych, rozsądnym stanowiskiem. To międzynarodowe wsparcie zależne jest od tego, jak poszczególne państwa definiują swe interesy. Prezydent Chin np. wezwał strony konfliktu na Ukrainie do jego pokojowego rozwiązania. Przypomnijmy, że w interesie Chin nie leżało popieranie polityki rosyjskiej wobec Gruzji (co innego w Czeczenii, która wchodzi w skład Rosyjskiej Federacji! Popierały więc w tym przypadku integralność terytorialną Rosji). W Chinach tendencje separatystyczne istnieją w Tybecie i Sinkiangu i dopóki Chiny nie zasiedlą tych terenów etnicznymi Han, wyżej będą stawiać prawdopodobnie zasadę poszanowania integralności terytorialnej niż prawo narodów do samostanowienia. Po zasiedleniu Chińczykami Tybetu i Sinkiangu, można będzie “przyjąć” demokratyczne pryncypia i zastosować zasadę “one man, one vote”. W przypadku Sinkiangu, paradoksalnie, na korzyść chińskich nacjonalistycznych interesów działać może walka w tej prowincji z islamskimi terrorystami. Natomiast, jeżeli to Chiny zagrożą demograficznie rosyjskiemu Dalekiemu Wschodowi, co jest bardzo prawdopodobne i podobny proces już ma miejsce, Rosja powoływać się będzie wówczas na zasadę integralności terytorialnej. (patrz: Maksymilian Podstawski, Trudna lekcja Kosowa i Gruzji, “Europa Środkowa, i co dalej...”, P.U. COMPUS, Starachowice-Warszawa 2011. Artykuł ukazał się wcześniej w czasopiśmie “Realia i co dalej...”, nr 6 (09).

Podobnie jak na Wschodzie dobre relacje z Rosją i Ukrainą ważne są dla pomyślności Polski (i całej Europy Środkowej), tak niezwykle istotne jest utrzymanie przez Polskę dobrych stosunków zarówno ze Stanami Zjednoczonym, jak i z Niemcami. Dzisiejsze Niemcy, nasz podwójny sojusznik w UE i NATO, nie mają oczywiście nic wspólnego z hitlerowską III Rzeszą. Czy możemy jednak mieć gwarancję, pyta profesor Antoni Dudek, że niemiecki imperializm został na wieki unicestwiony. Czy możemy mieć pewność, że w bliżej nie określonej przyszłości nie obejmie władzy w Berlinie ktoś, kto dogada się z Moskwą przeciwko Polsce? Nikt nam takiej gwarancji nie da. Obecność Niemiec w NATO i UE czyni w chwili obecnej taki scenariusz mało prawdopodobnym. Nie możemy jednak zakładać, że przynależność do struktur atlantyckich i europejskich zapewni nam na zawsze pełne bezpieczeństwo. Polska-pamiętając o konieczności rozsądnej modernizacji i rozbudowy własnych sił zbrojnych oraz zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego - musi dążyć do tego by jej stosunki z Niemcami nigdy nie stały się gorsze od tych, jakie Niemcy mają z Rosją. Rozbiór Polski, zdaniem profesora Dudka, może się znów powtórzyć. Uważa on, że polskie obawy przed kolejnym podziałem Europy na strefy wpływów są uzasadnione. (Antoni Dudek, “Rozbiór Polski może się znów powtórzyć”, Fakt, 17. 09.2014). Miejmy jednak nadzieję, że Niemcy nie będą swej polityki definiować “same”, lecz jako część zjednoczonej Europy. Zresztą, podobnie jak w przypadku Niemiec, nikt nam nie może zagwarantować, że Ukraina będzie zawsze przyjaznym dla Polski państwem, a Rosja zawsze wrogim. Scenariuszy może być kilka. Pozostańmy przy najbardziej prawdopodobnym i najbardziej dla Polski i Europy Środkowej korzystnym, w którym ważna rola przypada Stanom Zjednoczonym..

W polityce amerykańskiej w naszym regionie widoczny jest niewątpliwie aspekt ekonomiczny, walka o rynki zbytu, interesy kapitału amerykańskiego itd. W aspekcie globalnym natomiast, zauważalna jest poważna obawa elit amerykańskich przed zbytnim zbliżeniem między Niemcami a Rosją (czy nawet Unią Europejską a Rosją), zbliżeniem gospodarczym i politycznym. Stąd bierze się amerykańska gotowość do zacieśniania więzów gospodarczych z Unią Europejską, przy równoczesnym zamiarze zwiększenia szeroko rozumianej obecności amerykańskiej w Europie Środkowowschodniej. Kilkanaście lat wcześniej Amerykanie zabezpieczyli swe interesy na Bałkanach, w czym pomogła im także polityka unijna, a wpływy rosyjskie zostały tam poważnie osłabione. Osłabione też zostały w pewnym sensie tradycyjne wpływy niemieckie nie tylko na Bałkanach, ale w całej Europie Środkowowschodniej; w polityce Niemiec wobec Europy Środkowej nie ma już nawiązywania do któregoś z wariantów niemieckiej Mitteleuropy. (Patrz: Maksymilian Podstawski, Mitteleuropa to nie to samo co Środkowa – Stredni – Europa!, Rocznik Historyczny Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Nr 21, Warszawa 2005, s. 85-108 oraz Rola Niemiec w Europie Środkowej, Europa Środkowa, i co dalej...,Compus, Starachowice – Warszawa 2011, s. 175 – 183). Nie oznacza to wcale, że Niemcy nie mają nadal dużego wpływu na to co się dzieje w Europie Środkowowschodniej i nie ma w tym nic nadzwyczajnego czy groźnego. Niemcy będąc członkiem Unii Europejskiej nie są zagrożeniem dla Europy. Pamiętać przy tym jednak należy, że o wpływy w tym regionie z Niemcami zawsze rywalizowała Rosja, a niekiedy dzieliła się z nimi tymi wpływami. Właśnie o takim podziale wpływów w Europie Środkowej marzy się Aleksandrowi Duginowi. Podkreślmy więc jeszcze raz: Niemcy są członkiem Unii Europejskiej i to Unia (także dzięki sile Niemiec) jest coraz częściej ważnym podmiotem na europejskim i światowym forum. Wydaje się, że ten kierunek na wzmocnienie znaczenia całej Unii na arenie międzynarodowej odpowiada Stanom Zjednoczonym, choć nie na tyle, aby to UE miała przewodzić Zachodowi. Obecna wojna na Ukrainie, niezależnie od tego kto ją sprowokował (ukraiński Majdan czy prezydent Putin, czy jeszcze ktoś inny, lub nieunikniony rozwój wypadków), jest dla Amerykanów dogodnym pretekstem i sprzyja prowadzeniu przez Stany polityki, która ma na celu “odgrodzenie” Niemiec od Rosji, a może nawet chwilowe spowolnienie zbliżenia między Unią a Rosją, przynajmniej do czasu ścisłego gospodarczego związania Unii Europejskiej ze Stanami. W dalszej perspektywie polityka amerykańska ma na celu zapewnienie przywództwa USA w świecie zachodnim. Polska, która z uwagi na doświadczenia historyczne, tradycyjnie obawia się rosyjsko-niemieckiego zbliżenia (“ponad naszymi głowami”) w sposób naturalny wpisuje się w ten scenariusz po stronie Ameryki, pozostając równocześnie ważnym i lojalnym członkiem UE. W tym scenariuszu jednak, zrozumiałym z polskiego punktu widzenia, jest wiele niebezpieczeństw. Przede wszystkim Polska ma minimalny wpływ na sposób jego realizacji; może on dość łatwo wymknąć się spod kontroli. Jeżeli bowiem nie uda się zrealizować spokojnego scenariusza Z. Brzezińskiego włączenia Rosji do Zachodu, pozostanie bardzo niekorzystny dla idei wspólnoty od Vancouver do Władywostoku wojowniczy scenariusz George'a Friedmana, który nie wyklucza rozpadu Rosji i chaos w Euroazji. Według Friedmana, jednym z imperatywów geopolitycznych Stanów Zjednoczonych jest, by żadne państwo nie zdominowało Euroazji. Chodzi tu o Rosję i Chiny. Te państwa – jak przewiduje Friedman - na początku lat dwudziestych pogrążą się w chaosie. Jego prognoza, jeśli się sprawdzi, utrudni realizację wspólnoty od Vancouver do Władywostoku, za którą opowiadał się m.in. Jan Paweł II i opowiada Zbigniew Brzeziński oraz wielu innych wizjonerów. Dlatego wojna rosyjsko-ukraińska uniemożliwia, przynajmniej w najbliższej perspektywie, przybliżenie tej wizji wspólnoty, w której mieści się zarówno Rosja, jak i Ukraina. Friedman traktuje swą prognozę prawie jako pewnik, gdy tymczasem bieg wydarzeń zależy nie tylko od Rosji i Ukrainy, ale także od Unii Europejskiej i reszty świata. Friedman twierdzi, że starając się zapobiec swej nieuniknionej dezintegracji Rosja musi prowadzić agresywną politykę wobec Ukrainy, przeciwko Bałtom i Europie Zachodniej. Zaprzecza sobie w pewnym sensie równocześnie, gdy twierdzi, że aby odwrócić uwagę Rosji od spraw globalnych to Stany Zjednoczone w latach dwudziestych będą miały jeden zasadniczy cel: “zapobiec powszechnej wojnie, skupiając uwagę Rosjan na Bałtach i Polakach, a odciągając ją od sytuacji globalnej”. A Polska uwikłana w swój historyczny koszmar między Rosją a Niemcami, uzależni się jeszcze bardziej od Stanów Zjednoczonych. (George Friedman, Następne sto lat, Prognoza na XXI wiek, AMF, Warszawa 2009, s.136 – 137). Jak na razie wydaje się, że wszyscy w regionie Europy Środkowowschodniej realizują scenariusz Friedmana (Rosja, Ukraina, Polska, Stany Zjednoczone, UE i Bałtowie), przy czym jego prognoza zaczyna się sprawdzać już 10 lat wcześniej. O ile częściowo Friedman okazać się może “prorokiem”, to już obecnie jego niektóre prognozy się nie sprawdzają. Do mniejszych niespodzianek należy np. ważność Skandynawii w strategii Zachodu (Friedman uznał kiedyś ten region za mało istotny), a do bardzo poważnych - rosnąca siła i determinacja Unii Europejskiej, bez której wsparcia Stany nie utrzymają statusu wielkiego mocarstwa. Friedman pomyli się także prawdopodobnie co do roli Niemiec w Europie i w kryzysie rosyjsko-ukraińskim. Jest bowiem bardzo wątpliwe, aby Niemcy zdecydowały się prowadzić politykę oderwaną od interesów całej Unii Europejskiej, od interesów Stanów Zjednoczonych i całego Zachodu. Tym bardziej, że na taką samodzielną politykę nie stać nawet Stanów. Friedman nie docenił także roli czynnika islamskiego. Jego przekonanie, że dopóki muzułmanie walczą ze sobą, USA wygrywają wojnę, nie odpowiada już rzeczywistości. Podobnie pogląd, że wojna Stanów z islamistami już się kończy. Friedman uważa, że Stany Zjednoczone nie muszą wygrywać wojen, wystarczy, że skłócą państwa w określonym regionie. Np. w przypadku muzułmanów chodzi o rozerwanie i skłócenie świata islamskiego, aby uniemożliwić powstanie jego imperium. Wydaje się, że skłócanie świata islamskiego ma swoje granice. Mówiąc prosto, trzeba kiedyś wreszcie “dogadać” się z umiarkowanym islamem i niepotrzebnie go nie prowokować. Choć niewątpliwie sami muzułmanie powinni znaleźć sobie należne im miejsce w nowoczesnym świecie. Jak na razie mamy do czynienia z niekorzystnym i niezgodnym z prognozami Friedmana rozwojem wydarzeń na Bliskim Wschodzie Jeśli bowiem uda się nawet pokonać państwo islamskie z jego ideą kalifatu, to trzeba sobie uświadomić konsekwencję tego, że ta idea nie ogranicza się do granic. Jej zwolennicy są w większości państw Unii Europejskiej, w wielu państwach Azji, są już prawdopodobnie w chińskim Sinkiangu i są już w Rosji (minister Ławrow powiedział niedawno, że do państwa islamskiego przyłączyło się 500 bojowników z Rosji). Friedman nie przewidział i tego, że Rosja nie zawsze musi na Bliskim Wschodzie prowadzić politykę sprzeczną z interesami amerykańskimi. Oto po spotkaniu sekretarza stanu Kerrego z ministrem Ławrowem w Paryżu 14 października 2014 roku dowiadujemy się, że między Stanami a Rosją doszło do porozumienia w sprawie poszerzenia współpracy w kwestiach o globalnym znaczeniu. Dotyczy ono m.in. państwa islamskiego i atomowych ambicji Iranu. W tych sprawach wywiady obu państw będą ze sobą współpracować. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Rosjanie wycofają się z Ukrainy i terenów przygranicznych, a Stany nie zgadzają się z Rosją w kwestii ewentualnych referendów we wschodniej Ukrainie. Polityka skłócania różnych państw, w różnych regionach świata, do niczego dobrego, w dłuższej perspektywie, nie prowadzi; np. prowadzona zbyt długo i bez widocznych rezultatów wojna z państwem islamskim spowodować może odwrócenie uwagi Zachodu od sytuacji na Ukrainie. Trzeba znaleźć nową koncepcję, która uchroni świat przed zagładą. Jest to na pewno możliwe. Wymaga to jednak międzynarodowych konsultacji. Friedman zapewnia nas, Polaków, że przy pomocy USA, Polska w XXI stuleciu stanie się wielkim mocarstwem. Nasze ambicje powinny być jednak zdecydowanie skromniejsze i ograniczyć się powinny do integracji Europy Środkowej w ramach Unii Europejskiej, a w dalszej perspektywie do realizacji wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Aby w swym najbliższym sąsiedztwie odgrywać należną jej rolę, Polska powinna szybciej niż dotąd rozwijać się gospodarczo, zadbać o przyrost naturalny oraz powstrzymać emigrację z kraju młodych Polaków. Jeżeli wymrzemy jako naród, całe nasze rozważanie o przyszłości Polski w Europie i świecie nie będzie miało najmniejszego sensu. Przykład Kosowa, państw bałtyckich, Kaukazu, rosyjskiego Dalekiego Wschodu wskazuje, że demografia ma w polityce międzynarodowej niebagatelne znaczenie.

Przed i w czasie I wojny światowej Friedrich Naumann, twórca pomysłu na niemiecka Europę Środkową pomylił się sądząc, że Polaków do Mitteleuropy można łatwo pozyskać, wystarczy wykorzystać ich antyrosyjskie nastroje. Obecnie myli się także Friedman jeśli sądzi, że polskim marzeniem jest uzyskanie w przyszłości statusu wielkiego mocarstwa. “Widmo nacjonalizmu krąży po Europie” - nacjonalizmu należy się więc wystrzegać! Obecny wzrost nastrojów nacjonalistycznych w Europie, w tym także w Polsce, nie powinien odebrać nam Polakom zdolności do trzeźwego myślenia i wystrzegania się wrogości do któregokolwiek z sąsiadów. Polska wraz z Litwą była już kiedyś mocarstwem. Imperia (mocarstwa) mają swój początek i koniec; np. brytyjskie, francuskie, a teraz rosyjskie. Powolny rozpad imperium rosyjskiego trwa od ostatnich 100 lat. Zapoczątkowała go I wojna światowa, a powstrzymało powstanie Związku Radzieckiego. Po wielu dziesięcioleciach, po przegranej zimnej wojnie, nastąpił upadek ZSRR. Obecnie prezydent Putin chce odwrócić ten trend i zapobiec dalszemu rozpadowi państwa poprzez ucieczkę do przodu, poprzez próbę powiększenia rosyjskiego terytorium. Za polityką tą stoi Aleksander Dugin, ideolog euroazjatyzmu i neoimperializmu. Rosja testuje świat na ile ta polityka jest możliwa. Jeżeli istniał optymalny plan agresji na Ukrainę to przewidywać on mógł wcielenie całej Ukrainy do Federacji Rosyjskiej, połączenie z Naddniestrzem i odbudowanie rosyjskich wpływów na Bałkanach. Prezydent Putin nie ruszył jednak na Kijów (mimo, że skrytykował go za to Dugin) i nie podejmuje próby opanowania całej Ukrainy. I ma rację, bo spotkała by go tam wojna partyzancka na wiele lat. Nie chce więc okupować całego kraju. Niezależnie od braku międzynarodowej akceptacji dla tak szeroko zakrojonej agresji, nie poradziłby sobie z bardzo wrogo nastawioną ludnością, katastrofą gospodarczą okupowanego kraju i kolejnymi sankcjami Zachodu. Rosja będzie prawdopodobnie chciała kontrolować sąsiada, ale nie brać za niego odpowiedzialności (przypomina to radziecką doktrynę ograniczonej suwerenności, zwanej także doktryną Breżniewa). Nie weźmie Ukrainy “na gospodarczy garnuszek”. Lepiej żeby zrobił to Zachód, przy milczącym założeniu, że Zachodowi też się ta operacja nie uda. Mało jest też prawdopodobne, aby Rosja wzięła odpowiedzialność za Donbas (6 mln ludzi i zniszczony przemysł). Gdyby Donbas został włączony do Federacji Rosyjskiej, a jego mieszkańcy zostali obywatelami rosyjskimi, Rosja musiałaby zapewnić im względny dobrobyt, a tymczasem już z wchłonięciem Krymu ma kłopoty. Donbas jest potrzeby Rosji jako region nieustabilizowany, po to by można wpływać na sytuację w całej Ukrainie. Rosji zależy raczej na paraliżowaniu sąsiada. Chce kontrolować Ukrainę, nie podbijając jej. Rosja liczyć może też na to, że po ciężkiej zimie i kolejnym Majdanie, tym razem przeciwko obecnemu rządowi w Kijowie, Ukraińcy zwrócą się do niej o łaskawe przyjęcie na swe łono. Nie ma pewności jak zachowa się wówczas Rosja, jakie będą jej możliwości ekonomiczne i polityczne, bo i ona nie wyjdzie z tej próby bez szwanku. Już teraz w Rosji ma miejsce stagnacja gospodarcza. Sankcje przyczyniły się do wzrostu cen i zahamowania wzrostu gospodarczego. Spada cena ropy. Spada wartość rubla. Narastać będzie niezadowolenie społeczne. Rosja stoi wobec poważnych problemów. Ukraina też. Obydwu państwom grozi dalsza dezintegracja. Mimo tego, że obecnie napór Rosji na Ukrainę wydaje się słabnąć, to przy sprzyjających okolicznościach kolejna jego runda może się powtórzyć.

Wydawałoby się, pozornie, że świat zmierza do powtórki z zimnej wojny. Paradoksalnie jednak, wspólne zagrożenia wynikające z ekspansji skrajnego islamu, doprowadzić mogą do przyśpieszenia uregulowania problemu ukraińskiego. Spotkanie Kerrego z Ławrowem w Paryżu i wyniki tego spotkania świadczyć mogą o chęci obu państw osiągnięcia kompromisu w sprawach Ukrainy i wspólnego zajęcia się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Ukraina okazać się może mniej ważna niż Bliski Wschód! Są to oczywiście spekulacje, ale gdyby się sprawdziły, mogłoby to mieć trudne jeszcze do określenia konsekwencje dla NATO i Unii Europejskiej (w tym dla Polski). Spóźnienie się prezydenta Putina w Mediolanie (szczyt Azja-Europa) na rozmowy z Kanclerz Merkel 2 dni po spotkaniu w Paryżu obu ministrów spraw zagranicznych oznaczać może, iż w dialogu Zachodu z Rosją na temat Ukrainy ważniejsza niż dotąd rola do spełnienia przypadnie Unii Europejskiej i Niemcom. Można przy tym domyślać się, że albo Putin się spóźnił, lekceważąc panią Merkel, gdyż wcześniej istotne spraw załatwił już Ławrow z Kerrym, albo po ich rozmowach potrzebował czasu do przeanalizowania sytuacji. (W ocenie sytuacji niebagatelną sprawą jest niechęć Turcji, członka NATO, do zaatakowania islamistów i turecka odmowa udzielenia poparcia Kurdom). Mimo, że Pani Kanclerz oświadczyła w Mediolanie, że nie ma przełomu w sprawach ukraińskich, to nie wykluczone, że do jakiegoś kompromisu dojdzie, z którego zresztą niezadowolona będzie nie tylko Ukraina, ale i Rosja. Ukraina zrezygnuje np. z Krymu, a Donbas uzyskuje już jakiś rodzaj autonomii w ramach Ukrainy, albo nawet przyłączony zostanie ostatecznie do Rosji. A Rosja zrezygnuje z prób połączenia z Naddniestrzem, co oznaczać będzie, że Ukraina utrzyma dostęp do Morza Czarnego. Tak czy owak ważne jest, aby w przyszłym wspólnym obszarze od Vancouver do Władywostoku narody szanowały się nawzajem i nie miały do siebie pretensji terytorialnych.

20 października 2014

Maksymilian Podstawski

 

Irlandia, taśmy i Polska

Trzy lata temu w gruzy runął wizerunek Irlandii aspirującej do statusu tygrysa Europy. Irlandia pogrążyła się (lub została pogrążona) w kryzysie ekonomicznym. Wieszczono dramatyczne scenariusze. Katastrofa rozpoczęła się od pęknięcia bańki spekulacyjnej w sektorze budowlanym. Apartamenty ( mieszkania) zakupione w jednym roku, w drugim traciły połowę swej wartości. Nie dam złamanego grosza, że nie była to powtórka amerykańskich przyjaciół z przerobionego przez nich “kryzysu”, na którym zarobiło paru wskazanych uczestników kamaryli finansowej z USA. Ale to tylko domniemanie. I oto cud. Po kilku latach “dołowania” i ostrego pilnowania dyscypliny budżetowej, Irlandia zrezygnowała z “pomocy” MFW i prawdopodobnie w ciągu kilku najbliższych latach zrównoważy swój budżet.

Fenomen ten usiłowano zdefiniować w TVN w programie “Horyzont”, którego z powodu jego miałkości merytorycznej zwykle nie oglądam. Tymczasem program dotyczący Irlandii był dość elektryzujący, bo usiłował zdefiniować proces dojścia do zażegnania kryzysu. Szczególnie intrygujące były wypowiedzi młodych Polaków, którzy prowadzili własne interesy w Irlandii. Oto kilka ich przygód z Irlandzką gospodarką. Pierwszy Polak – przedsiębiorca poinformował ichni Urząd Skarbowy, że jeżeli zapłaci należny podatek (którego wysokości nie kwestionuje), to nie będzie miał pieniędzy na wypłatę dla pracowników, bo obecnie taka jest sytuacja na lokalnym rynku. W odpowiedzi na takie dictum urzędnicy skarbowi odpowiedzieli, że nie musi płacić teraz podatku, zwrócili należność za ubiegły miesiąc bo w firmie zawsze muszą być pieniądze i niech koniecznie zapłaci pracownikom a zobowiązania wobec skarbu państwa zrealizuje wtedy, kiedy “stanie na nogi”… Przeraziłem się, że mam omamy słuchowe. Przecież podatek, to świadczenie pieniężne bezzwrotne i nie ekwiwalentne! Więc przesłuchałem ten passus ponownie – bez zmian.

Drugi przypadek w Polskich realiach był by równie z gatunku science fiction. Otóż do człowieka, który starał się w banku o kredyt, dzięki któremu mógłby znacznie przyspieszyć rozwój swego przedsiębiorstwa, zgłosiła się organizacja pozarządowa z ofertą pożyczki w wys. 80.000 euro bez procentów i innych opłat, pod warunkiem, że wieloletni program rozwoju zrealizuje w ciągu roku – ów przedsiębiorca rezygnował z kredytu, wziął oferowaną pożyczkę i program rozwoju zrealizował, teraz już spłaca pożyczkę… To znaczy, że irlandzki rząd zastosował formułę capital venture. Ergo - Irlandia odeszła od błazeństw zapisanych w Kosensusie Waszyngtońskim wskazujących państwu w gospodarce rolę nocnego stróża i rozpoczęła proces ingerencji w gospodarkę. Skąd wniosek, że to państwo, a nie inny podmiot gospodarczy wyłożył “PIENIĄDZ”? Proste. Kapitał miał być zwrócony, bez odsetek, bez przejmowania akcji przedsiębiorstwa i bez ingerencji w proces technologiczny, co jest warunkiem “rynkowej” formy pozyskiwania tego rodzaju kapitału. Ale o tej “herezji” w programie TVN ani mru mru.

Śmiałem się do rozpuku, kiedy Donald Tusk, z mołojeckim zapałem krzyczał, że tu u nas zrobimy drugą Irlandię. Japonia już była i trochę nie wyszła a premier nie przedyskutował z fachowcami swojego proroctwa, bo jako historyk nie mógł wiedzieć, że to fantasmagoria. Tymczasem zbitki pewnych wydarzeń zainspirowały mnie do nieco pogłębionej analizy przyczyn irlandzkiego cudu gospodarczego. Wnioski dla nas fatalne, albowiem w Polsce brak jest obiektywnych przyczyn dla wyjścia z kryzysu. Pomijam kwestię braku instrumentów ekonomicznych a głównie przemysłu, rzeczy można wytworzyć ponownie, wszak wszystko “siedzi w głowie”… ale w czyjej?

Afera taśmowa wykazała że nie ma “woli politycznej” dla realizacji tego typu działań. Stosunek pana ministra Sienkiewicza do biznesu jest raczej z gatunku praktykującego bolszewika niż ku pokrzepieniu serc, zaś wtórowanie pana Belki, trudno w ogóle zakwalifikować w jakichkolwiek kategoriach. Ton ich wypowiedzi, dotyczącej właściciela mennicy, wypełnia treść scenariusza kolejnego filmu typu “Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego. Dowodzi, że komuna to nie system, ale mentalność i z tą mentalnością najważniejsze osoby w państwie tkwią po uszy w komunie. A przy okazji wyszło, że kolesio - komuna PO doprowadzi pewnie do przesilenia rządowego. Zachwyty jakie towarzyszyły wpuszczeniu wnuka bajko pisarza na salony polityczne godne były pióra biskupa Krasickiego. Rychło okazało się jednak, ze do sprawowania powierzonych mu funkcji nadaje się tak, jak wół do karety i powinien zrezygnować nie z powodu problematyki tematów poruszanej w knajpie. Nie z powodu knajackiego języka, też nie z powodu propozycji rozwiązań, ani z powodu oceny dokonań premiera, ale dlatego że pozwolił się nagrać. Szef służb specjalnych.

On się od początku nie nadawał, ocenia mój kolega, płk ABW. Macierewicz, zrobił ze służb drużynę harcerską i Sienkiewicz miał nią dowodzić? To nie byli jego ludzie tylko drużyna harcerska Macierewicza wrogo nastawiona do polityków PO. Tu potrzeba sfory czujnych specjalnej rasy psów, które wyczuwają niebezpieczeństwo i chronią przed nim. Pan minister sam nie był czujny, na domiar złego zaufał kundlom i dał się nabrać jak przedszkolak. Dawniej SB sprawców tej afery miała by na drugi dzień, o ile w ogóle do niej by doszło - mówi mój kolega emeryt, zweryfikowany ppłk SB. Państwo to obowiązek a nie zabawa. Kontrwywiad to paskudna robota i z całą pewnością nie nadają się do niej harcerze ani gwardia papieska. To co wyprawiali prokuratorzy wraz z agentami ABW w redakcji Wprost to kpina z urzędu ośmieszająca państwo, służby i ministra.

To tyle co do kompetencji pana Sienkiewicza, natomiast Belka nie wypełnił standardów moralnych płacąc 1400 zł za knajpiany ochlaj służbową (państwową) kartą. Widać że wykształciła się kasta “urzędników” roszczeniowych, która ma wszystkie cechy prócz tej jednej, oczekiwanej – państwowca – dawniej męża stanu. Belka z bajecznym uposażeniem nie podaje się do dymisji, bo nie rozumie, że w świat poszło to, iż “szpagatowa szlachta” wydaje na jedno posiedzenie w knajpie więcej państwowych pieniędzy niż wynosi oszukańcze zresztą zaopatrzenie większości emerytów. Taka postawa nie jest przejawem dbałości o stan i zasobności budżetu państwa, bo nawet jeśli pajace pełniący funkcje posłów takie “prawo” zaordynowali, to szczególnie Belka nie powinien z tego prawa korzystać. A jeżeli “establishmentu” nie stać na obiad, to niech kancelaria sejmu załatwi im z MOPS-u darmowe talony na posiłek do baru mlecznego, tam nie tylko jest taniej, ale nie ma wódki, po której jak widać ministrowie dostają małpiego rozumu. Natomiast, pełna zgoda, co do opinii pana ministra Sikorskiego na temat stosunków polsko- amerykańskich i ewentualnych skutków zeń wynikających a objawionych też w knajpie. Rzeczywiście, oceny ministra to święta prawda, tylko kto to mówi? Ten kto jest szefem MSZ-u!

Ta przydługa dygresja jest niestety a’ propos naszego wyjścia z kryzysu, choć wnioski są dość ponure, okazało się bowiem, że brak jest woli politycznej do jej przeprowadzenia. Bo klasa polityczna mentalnie to zapiekła komuna i jeżeli już ma kompetencje, to nie ma kwalifikacji moralnych i każda reforma w ich wykonaniu będzie miała skutki niemożliwe do oceny czy weryfikacji. Jest jeszcze jedna przyczyna, na którą dość często wskazywałem. Sukcesy gospodarcze odnoszą takie państwa jak Irlandia, Islandia, Słowenia, czy Portugalia. Kraje te mają jedną wspólną cechę. Są dwu- trzy krotnie większe od naszego województwa Mazowieckiego. Natomiast państwa wielkości Polski: Hiszpania, Grecja, Włochy, trwają w nieustającym kryzysie.

Jest wszak państwo większe od Polski, którego gospodarka była i jest pasmem ciągłych sukcesów. To federalne Niemcy, kraj złożony z 16 państw - landów. Zajmujemy obszar równy połowie terytorium Niemiec. Co by się stało, gdyby u nas zaordynować podobne rozwiązanie, wtedy w Polsce krajów związkowych mogło by być 8 . Federalny system administracyjny umożliwiałby poprzez różne instrumenty i wymuszałby pełnię władzy na rządach i parlamentach krajów związkowych przyjęcie pełnej odpowiedzialności za pomyślność gospodarczą regionu. Posłowie sejmu “landu” byli by odpowiedzialni za kierunki polityki regionu. Władze regionu przestają być anonimowe, stają się osobiście znane wyborcom i rozliczani z zadań jakie wyborcy im poruczyli. Z tego powodu podobna sytuacja(aferą taśmową) praktycznie nie mogła by zaistnieć. Każdy pełniący funkcję z wyboru czy też urząd musiałby być kompetentny, zaś oczekiwane kompetencje określałby charakter regionu. Nastąpiłby szerszy dostęp do wszelkich władz ustawodawczych i wykonawczych.

W rządzie centralnym zapadają decyzje strategiczne a nie wyłącznie polityczne. Tak więc polityka gospodarcza zarezerwowana była by dla krajów związkowych. Jedynie obronność, bezpieczeństwo, polityka zagraniczna i Bank Centralny, leżały by w gestii Sejmu i rządu centralnego. Zbyteczny stałby się Senat, zaś sejm, składałby się z przedstawicieli poszczególnych krajów związkowych ograniczając liczbę posłów do kilkunastu. Taki system to ewidentne korzyści dla budżetu. Brak Senatu, Sejm zamiast 460 max 100 posłów. Nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której na funkcji ministerialnej zatrudniono by kostiumologa czy kulturoznawce, tak jak jest to obecnie. Nie do utrzymania też byłby system centralnego budżetu i budżetowania Gmin. Za budżety, zadania zlecone i własne odpowiadały by rządy krajów związkowych. To tylko kilka przykładów z przeogromnego katalogu korzyści płynących z takiego rozwiązania. Myślę, że jest to propozycja godna przedyskutowania a może stanie się programem wyborczym ?

Załóżmy, że mamy następujące kraje związkowe, np: 1) Górny Śląsk i Lubuskie 2) Dolny Śląsk wraz z Opolszczyzną. 3) Małopolska, Podkarpacie i Świętokrzyskie 4) Lubelskie Podlaskie z częścią Mazowsza. 5) Warmińsko Mazurskie z północna częścią Podlaskiego. 6) Zachodnio Pomorskie i Pomorskie. 7) Wielkopolskie z Kujawami i Lubuskim. 8) Łódź i pozostała część Mazowieckiego

Tak się składa, że prócz Warmińsko-Mazurskiego wszystkie kraje związkowe miały by powierzchnię około 40.000 km2. Podobnie z ludnością, każdy kraj miałby około 5 milionów a (kraje związkowe) - regiony mają kierunkowo skoncentrowaną gospodarkę, co pozwala na precyzyjne planowanie ich rozwoju gospodarczego. Wiele dyskusji odbyło się w sprawie federalizacji Polski. Sądzę, że federalizacja jest jedną z dróg do rozhermetyzowania zatęchłego, wypalonego, niewydolnego intelektualnie i aroganckiego partyjniactwa władzy. A co najważniejsze, ludzie nie musieli by po raz kolejny ufać że kolejna centralna władza spełni po wyborach swoje wyborcze obietnice. Uważam że zniknęła by fobia w rodzaju - co oni znowu kombinują, lub – znowu nas oszukają, lub – wybieramy mniejsze zło, lub – głosujemy nie za sprawą a przeciw komuś lub czemuś… Uważam ze Polacy dostrzegą szansę na wyjście z tego zatrutego klimatu, który zafundował Polakom Balcerowicz i Buzek wraz zeze styropianowcami i ich “amerykańskimi przyjaciółmi”. To szansa na wzięcie naszych spraw w nasze ręce, ale i odpowiedzialność za siebie, za swoją rodzinę i za państwo.

Adam Zbigniew Gusiew

 

Uwagi do systemu sprawowania władzy w PRL

motto:... “Dzisiejsza Polska w swym kształcie
geograficznym i etnicznym jest i pozostanie
dziedzictwem Polski Ludowej”...

(Edward Gierek)

 

Przedstawiając niektóre uwagi o sposobie sprawowania władzy w tym czasie, wypada przede wszystkim ustosunkować się choćby skrótowo, do metod jakie stosowały w tym względzie pierwszoplanowe postacie rządzące wówczas w państwie. Mówiąc o systemie sprawowania władzy, to na przestrzeni omawianych lat dają się także zauważyć pewne kulisy, które z wielu względów nie były i być może nie są nadal znane szerszemu ogółowi. Natomiast ten czas Polski Ludowej podzielić można umownie zasadniczo na cztery okresy.

Pierwszy, postrzegany ogólnie jako stalinowski, drugi to tzw. gomułkowski, trzeci to dekada Gierkowska oraz ostatni symbolizujący głównie rządy Jaruzelskiego.

W tym miejscu pragnę zastrzec, iż moją intencją nie jest szczegółowa charakterystyka owych okresów – pozytywnych i negatywnych zjawisk czy dokonań jakie miały wówczas miejsce – ponieważ to temat szerszy i wymaga osobnego potraktowania. Natomiast pragnę zwrócić szczególną uwagę na bezpośrednie działania decydenckie przez te osoby, które odegrały znaczący wpływ na losy naszego kraju. Ponadto wydaje się niezbędnym przedstawienie choćby w zarysie roli i znaczenia aparatu partyjnego oraz jego udziału w sprawowaniu tej władzy.

 

I. Odnosząc się do tej tematyki w pierwszym okresie Polski Ludowej To narzuca się wniosek, że działające wówczas władze państwowe i partyjne działały przede wszystkim w dużej mierze z nadania Kremla. Tym samym były one jemu w różnoraki sposób podporządkowane. Ówczesny system sprawowania władzy charakteryzuje kilka zjawisk raczej o negatywnym charakterze. Przede wszystkim to fakt, że zarówno rząd, a także sejm, nie miały wiele do powiedzenia jeśli chodzi o bezpośredni wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji w państwie. Ówczesny premier Osóbka-Morawski oraz później Cyrankiewicz, sprawowali ten urząd jako przede wszystkim jego reprezentanci, nie zaś decydenci. W najlepszym razie ich rola mogła sprowadzać się do funkcji doradczych. To samo można powiedzieć o sejmie – skład którego był dokładnie dobierany, a nie wybierany. Przewodnictwo tej szacownej instytucji było w zasadzie od początku jego istnienia przekazane sojuszniczej – jak mówiono – partii ludowców. Można przypomnieć, że już w latach 1947 – 1952 marszałkiem sejmu był W. Kowalski, a następnie (do 1971 r) Cz. Wycech.

Z formalnego punktu widzenia to przecież funkcje nader ważne, w praktyce jednak bardzo podobne do propagandowo – dekoracyjnych. Oceniając istotę władzy i sposób sprawowania rządów w tym czasie, to można powiedzieć, że były one najbardziej scentralizowane i realizowane bezpośrednio przez kilkuosobowe gremium – dobrze znane – głównie z autorytatywnych decyzji, a także odpowiedzialne za ówczesne działania przestępcze dokonywane przez osoby jemu podwładne. Można powiedzieć, że owa władza sprawowana była w zasadzie przez wąski “kwartet”. W tym to składzie – oprócz samego Bieruta – dominowały takie postacie jak Berman, Radkiewicz, Mine, Ochab i inne. Natomiast od 1949 r do tego składu dochodzi jeszcze Rokossowski jako swego rodzaju “komisarz” i łącznik z ramienia Kremla. Ta władza (z niewielkimi korektami personalnymi) rządziła partią i państwem w sposób niepodzielny. Nie było także zapotrzebowania na kompetentnych doradców z zewnątrz, mimo że takowi na pewno w polskiej nauce już funkcjonowali. Dlatego to min. nasza gospodarka od początku nie miała naukowego wsparcia i musiała kuleć.

W owym czasie nie było również większego zapotrzebowania na doradczą działalność etatowego aparatu partyjnego zlokalizowanego w wydziałach KC oraz w instytucjach terenowych. Aparat ten był stosunkowo nieliczny – poszczególne wydziały zatrudniały od kilku do kilkunastu osób - używany głównie do organizacyjnego obsługiwania swoich przełożonych. Nie miał on także istotniejszego wpływu na ważniejsze decyzje, które zapadały poza nim na wyższych szczeblach władzy. Wracając do problematyki rządzenia, trzeba w tym miejscu odnotować nader ważne wydarzenie o charakterze polityczno-ideologicznym, typowe dla okresu stalinowskiego. Mam tu na myśli zmontowany przeciwko Gomułce proces jako oskarżonego o tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, mimo że także należał do grona współrządzących. W wyniku zorganizowanej w tym celu nagonki zostaje pozbawiony wszelkich funkcji i umieszczony w więzieniu na ok. 4 lata ( 2.VIII.1951 – 13.XII.1954). Do osób, które szczególnie przyczyniły się do jego politycznego unicestwienia należały m.in. Berman, Jóźwiak, Minc, Mijal, Świetlik, Zambrowski, Zawadzki. Charakterystycznym jest, że ludzie ci znali Gomułkę od wielu lat i razem niejednokrotnie ściśle ze sobą współpracowali. Jednakże w owych czasach koniecznie potrzebny był tzw. “kozioł ofiarny”, który się do tego nadawał.

Oceniając z grubsza ten okres pod kątem sprawowania władzy – to na pewno był on najbardziej scentralizowany. Dominował tzw. kult jednostki w osobie I Sekretarza KC, który uosabiał najbardziej autorytarny styl rządzenia. Kilka zaś osób z jego najbliższego otoczenia to ludzie – satelity, którzy ten system usilnie wspierali.

Dla przybliżenia ówczesnej atmosfery – kojarzonej jako materialny symbol ówczesnej władzy – pozwolę sobie w tym miejscu na niewielką dygresję. Mam tu na myśli budynek KC usytuowany w stolicy (u zbiegu Al. Jerozolimskich i Nowego Świata), o którym to nieraz krążyły rożne opowieści. Powstały i oddany do użytku na początku lat 50., postrzegany był nieraz przez wielu jako tajemnicza twierdza – “gniazdo wszelakiego czerwonego zła”. Prawda jest jednak nader prozaiczna, ale niewątpliwie interesująca. Chociaż był on budowany ponad 60 lat temu i doczekał się stażu oraz statusu zabytkowego – nie grozi mu już rozwalenie i zasadzenie na to miejsce np. pomidorów (jak to sobie marzą niektórzy nasi prawicowi politycy). Technicznie trzyma się doskonale. Warto zauważyć, że już w owych czasach był oparty na nader nowoczesnej technologii. Np. ogrzewanie było zainstalowane jako podłogowe, a system wentylacyjny tak skonstruowany, że choć nie było współczesnych klimatyzatorów, wentylacja działała bez zarzutu. Do tego nowoczesne windy, solidna stolarka – wszystko to działa bez problemów do dziś. Na uwagę zasługuje obszerny podziemny garaż, o którym często opowiadano bajki – chociażby to, że stamtąd prowadzić miał tajny tunel do dworca – aby mogli nim ewakuować się przywódcy. Oczywiście to bzdury. Tak naprawdę, to pomieszczenie było nowoczesnym garażem mogącym pomieścić kilkadziesiąt samochodów, gdzie jeszcze znajdował się podręczny warsztat naprawczy oraz awaryjny aparat prądotwórczy. Obecnie – o ile mi wiadomo - budynek przynosi poważne zyski z racji jego wynajmu, najpierw przez U.R.M., Urząd Miasta, z czasem inne firmy, które go częściowo przejęły. Oczywiście architektonicznie może niezbyt modny czy piękny, ale za to ciągle technicznie trzyma się doskonale. Oczywiście nie ma w tym obiekcie nic tajemniczego czy sensacyjnego, za wyjątkiem chyba tego, że jest solidnie zbudowany przy wydatnym udziale budowlańców radzieckich.

Na zakończenie tych uwag tyczących tego pierwszego okresu Polski Ludowej pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden przeważnie niedostrzegany przez wielu, czyli krótki, kilkumiesięczny podokres, w którym rządził E. Ochab. Miało to miejsce wówczas, kiedy po zejściu Bieruta w początkach 1956 r do grudnia tegoż roku pełnił on funkcję sekretarza KC. jak się okazało, w tym czasie dokonało się znaczne przegrupowanie sił dotychczas “trzymających”władzę. Spodziewano się – zresztą słusznie – że wraz z nadchodzącą tzw. odwilżą, Gomułka i jego zwolennicy wezmą odpowiedni odwet na ich gnębicielach. Dlatego też postanowiono najbardziej zagrożonych gdzieś tak poukrywać, aby formalnie nie mieli większej władzy, ale w praktyce nadal duże pole do swojej działalności. W ten sposób skorumpowanych osób – które często łamały zasady praworządności – ulokowano w różnych centralnych instytucjach i organizacjach. Najbardziej zaś perfidnym posunięciem było ulokowanie wielu z nich w poszczególnych wydziałach KC. Przykładowo, w Wydziale Rolnym na eksponowanym etacie inspektora umieszczono wspomnianego wcześniej generała K. Świetlika, pułkownika Stefana K. - jako wiceministra rolnictwa. Rzecz jasna oni to związani wcześniej z branżą służb specjalnych, nie mieli bladego pojęcia o tej tematyce, którą im powierzono. Wiele innych tego pokroju osób skierowano do “pracy” w innych wydziałach KC oraz agendach państwowych. Jednocześnie rozpoczyna się nowy nabór z tzw. terenu, ludzi przede wszystkim wiernych ideowo temu systemowi. Znaczny napływ tego “nowego” aparatu rekrutuje się z obszaru tzw. “warszawki”, w ramach którego, w KC znalazły się tak znaczące w późniejszym okresie osoby jak, np. Babiuch (kier. Wydz. Organizacyjnego) i Kania (kier. Wydz. Administracyjnego). W ten sposób ludzie ci, pochodzący z tego awaryjnego naboru, siłą rzeczy stanowili opokę poprzedniego systemu, zaś poziom ich wiedzy merytorycznej pozostawał wiele do życzenia.

Ponadto w tym miejscu wypada zwrócić uwagę na jeszcze jeden interesujący manewr w wykonaniu Ochaba, Chodzi mianowicie o osobę Edwarda Gierka. Jako młody wówczas działacz niedawno przybyły do KC ze Śląska – pracujący ok. 2 lat w charakterze kierownika Wydziału Przemysłu – na pewno nie był związany z tutejszą kamarylą personalną. Nagle został on nader pozytywnie dostrzeżony przez tegoż Ochaba. Widocznie doszedł on do wniosku, że taki oto niezależny działacz spoza tego środowiska może się mu bardzo przydać, chociażby wówczas, kiedy wraz dokonującą się “odwilżą”, jego pozycja zostanie zagrożona. W tej sytuacji zaczął on więc znacząco wspomagać Gierka – w należnych mu zresztą – awansach. Wkrótce E. Gierek zostaje Sekretarzem KC, a następnie Biura Politycznego.

 

II. Władysław Gomułka na stanowisko I Sekretarza KC przychodzi w październiku 1956 r. I co czyni w tej zastanej sytuacji kadrowej? Ano zgoła niewiele, a zwłaszcza jeśli idzie o aparat partyjny i jego trzon kierowniczy. Nie tylko nie rozprawia się ze swoimi zajadłymi przeciwnikami. Lecz pozostawia ich i toleruje na różnych intratnych stanowiskach. Nawet w składzie ścisłego kierownictwa partii funkcjonują nadal takie min. osoby jak: Ochab, Zambrowski, Zawadzki. Natomiast aparat partyjny “nadziewany” jest nadal ludźmi z reguły nie nadającymi się do tej roli. Natomiast Gomułka uznał – chyba słusznie – że ma wiele innych ważniejszych problemów przed sobą. Skrótowo wypada w tym miejscu odnotować, że za jego to czasów nastąpiło znaczne uniezależnienie się Polski od ZSRR w niektórych istotnych sferach polityki i praktyki, np. przerwany został przymusowy sposób kolektywizacji naszego rolnictwa; rozluźniono znacznie policyjno-restrykcyjne metody nadużywania władzy; nastąpiła dalsza aktywizacja państwa i społeczeństwa w rozwoju nauki i kultury.. Ważnym dokonaniem było spowodowanie normalizacji stosunków z Republiką Federalną Niemiec.

Natomiast jeśli chodzi o losy aparatu partyjnego to nadal – jakby cichaczem – następowało jego umacnianie ludźmi, głównie z rekomendacji osób z poprzedniej ekipy. Zatem, ten aparat stawał się w istocie siłą wspomagającą swoich dobroczyńców. Jego jakość charakteryzowała się bylejakością. Na ten temat krążyło wówczas takie dość złośliwe powiedzenie: “mierny, bierny, ale wierny” - chociaż w dużej mierze odzwierciedlało prawdę. Odnosząc się natomiast do stylu rządzenia partią i państwem, to w czasie tego okresu wypada stwierdzić, że zbytnio nie odbiegał on od poprzedników. Nadal był to czysto autokratyczny, wodzowski sposób sprawowania władzy. Sam Gomułka charakterologicznie był człowiekiem raczej o skłonnościach despotycznych, niezbyt chętny do dialogu. Praktyka wykazała, że do regulowania konfliktów społecznych, które z czasem dały o sobie znać, nadal używał argumentu siły, nie zaś siły argumentu. Do tego jeszcze system ówczesnych zasad gospodarki prowadzony jako autarkiczny, musiał także przyczynić się negatywnie do kryzysowej sytuacji społeczno-gospodarczej kraju. Dlatego też, w końcu pojawiły się rożnego rodzaju protesty w wielu środowiskach. Jak wiadomo, apogeum tych protestów miało miejsce na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. One to ostatecznie położyły kres sprawowaniu władzy przez Gomułkę i jego najbliższe otoczenie. Porównując ten gomułkowski styl rządzenia z ekipą poprzednika, to znowu daje się zauważyć, że jądro wykonawcze tej władzy także spoczywało w wąskiej grupie swoistego “triumwiratu” lub “kwartetu” - tym razem w osobach przede wszystkim – Kliszki, Strzeleckiego, Spychalskiego oraz okresowo jeszcze kogoś zaufanego.

 

III. Okres dekady lat 70. to jest na pewno najbardziej pozytywnie znaczący w historii Polski Ludowej. Jednakże moje uwagi na ten temat ograniczę – jak wcześniej zastrzegłem – jedynie do niektórych metod sprawowania władzy w tym czasie przez E. Gierka i jego najbliższe otoczenie. Natomiast nie podejmuję się ustosunkowywać do wszystkich pozytywnych jak i mniej udanych dokonań tamtych czasów. Bowiem uczynili to autorzy wszechstronnie bardzie ode mnie kompetentni, np. profesorowie P. Bożyk, A. Werblan, a także inni historycy i publicyści zajmujący się tym okresem. Mam nadzieję, że z mojej strony może to być jedynie uzupełniający poznawczy przyczynek do tego tematu – poruszający także niektóre kulisy i układy personalne jakie miały wówczas miejsce.

Od początku omawianej dekady daje się zauważyć, że temu nowemu szefowi partii przekazano jak gdyby w spadku swego rodzaju “majdan” kadrowy skompletowany przecież przez poprzedników (głównie Gomułkę i Ochaba). Znaczącą rolę w tym “dziale” przypisać wypada takim osobom, jak Babiuch i Kania. Oni to jakby przez zasiedzenie znaleźli się w nowej ekipie Gierka na czołowych stanowiskach, tj. sekretarzy i wkrótce także jako członkowie Biura Politycznego. Również w tym gronie na znaczeniu zyskują takie postacie jak Jaruzelski, Moczar, Szlachcic. Jak się okazał, grono owe od początku udawało wielką lojalność wobec nowego I Sekretarza, w rzeczywistości zaś był to tylko fałsz.

W ten sposób polityka kadrowa w praktyce pozostawała w dyspozycji tych kilku ludzi, a zwłaszcza wspomnianych Babiucha i Kani, którzy nadzorowali najważniejsze piony kadrowe (organizacyjny, ekonomiczny i resorty tzw. siłowe). Sam Gierek pytany wiele lat później (”Przerwana dekada”), dlaczego nie zwrócił większej uwagi na tą sytuację odpowiedział, że po przyjściu z Katowic “był więźniem układów partyjnych”, które zastał i dalej, że przecież dla uzdrowienia tej sytuacji nie mógł przywieźć z Katowic “wagonu pełnego działaczy, którzy obsadziliby kluczowe stanowiska”. Do tematu kadrowej sytuacji powrócę nieco dalej, W tym miejscu natomiast pozwolę sobie wyakcentować niektóre pozytywne cechy, jakie uwidoczniły się w praktycznym systemie sprawowania władzy. One to w sposób widoczny odróżniały się dodatnio od metod rządzenia w okresach poprzednich jak i ostatnim Polski Ludowej.

Jedną i nader ważną była niewątpliwie zasada konsultacji. Oto postanowiono, że przed podjęciem ważnych decyzji dla kraju należy zasięgać jak najszerszej opinii różnych kompetentnych osób oraz gremiów. Troska ta odnosiła się przede wszystkim do polityki gospodarczej, choć nie tylko. Pozytywną nowością w tym względzie było np. utworzenie naukowego Zespołu Doradców – z prof. P. Bożykiem na czele – do dyspozycji Biura Politycznego, sekretariatu Komitetu Centralnego i I Sekretarza KC. Natomiast w Wydziale Rolnym zorganizowano 5 kilkuosobowych zespołów (sektorów) o charakterze specjalistyczno-doradczym. Miały one doradzać w zakresie realizacji ustalonych zasad polityki rolnej. Ponadto kierownictwo KC powołało jeszcze specjalną, niestatutową organizację pod nazwą Komitet ds. Rolnictwa. Jego zadaniem było organizowanie bezpośredniej łączności centrali z terenowymi instancjami, samorządem oraz administracją w zakresie polityki rolnej. Forma tej działalności miała także jak najbardziej charakter konsultacyjny.

Kolejną niewątpliwie pozytywną praktyką kierownictwa partii była zasada kolegialności w podejmowaniu najważniejszych decyzji dla kraju. Mam tu na myśli fakt prawidłowego – można rzec wręcz wzorcowego wprost – współdziałania I Sekretarza i Biura Politycznego. W tym zakresie już na początku dekady ustalono niewątpliwie nowatorską zasadę tego kolegialnego współdziałania. Przyjęto oto wręcz kanon, że: “partia kieruje, a rząd rządzi”, którego to przestrzegano i w praktyce realizowano. Trzeba podkreślić, że sam premier Jaroszewicz był prawdziwym przyjacielem I Sekretarza i tego rodzaju układ jak najbardziej odpowiadał obydwu stronom.

Premier starał się być dobrym gospodarzem i chociaż nie posiadał formalnego wykształcenia z dziedziny gospodarczej, to usilnie tą lukę nadrabiał solidną pracą i samokształceniem. Znaną był np. jego zwyczaj przebywania w swoim gabinecie do późnych godzin nocnych, zresztą ku niezadowoleniu jego ministrów, ponieważ nigdy nie było wiadomo, kiedy ten ich szef zadzwoni w jakiejś sprawie - nawet w środku nocy. Był człowiekiem niezwykle wyczulonym na porządek w kraju pod każdym względem. W tym sensie nawet niekiedy zajmował się drobiazgami, które powinny być załatwione przez podległe mu służby. Dla ilustracji tego jego przesadnego dbania o porządek, przytoczę pewien przykład. Oto jadąc służbowo do Koszalina (w jego pobliżu) po drodze minięto ciężarówkę wyładowaną cegłami. Premier polecił jej zatrzymanie i skontrolowanie papierów przewozowych. Okazało się, że akurat był to tzw. transport lewy ze skradzionym ładunkiem z budowy osiedla mieszkaniowego. Polecił więc kierowcy zameldować się na najbliższym posterunku MO. I tak się też stało ku wielkiemu zdumieniu milicjantów. Takich i itp. przykładów było wiele w wykonaniu premiera. Można oczywiście z takiej praktyki dworować, tym niemniej świadczy to o jego dużej (być może przesadnej) odpowiedzialności za porządek w kraju, jako gospodarza.

Dzięki jednakże takiemu – jak wcześniej wspomniałem – układowi pomiędzy Biurem Politycznym a rządem, premier miał dużą możliwość decyzyjną w doborze swoich współpracowników, a więc zastępców, ministrów, a także w obsadzie innych ważnych stanowisk. Dlatego też min. za jego to czasów dobór tych ludzi był na odpowiednio wysokim poziomie – jak nigdy przedtem ani później. To byli na ogół ludzie przygotowani fachowo i cieszący się autorytetem swoich środowisk: wicepremierzy – M. Jagielski, F. Kaim, T. Pyka, J. Tejchma, J Wrzaszczyk: ministrowie ważniejszych resortów - (pomijając tzw. siłowe): K. Barcikowski, (rolnictwo), J. Gawrysiak (handel i usługi), J. Glazur (budownictwo), S. Kaliski (nauka i szkolnictwo wyższe), A. Kopeć (przemysł maszynowy), J. Kulpiński (górnictwo i energetyka), M. Śliwiński (zdrowie i opieka społeczna), i inne.

Kolejną pozytywną praktyką omawianej ekipy, to częste tzw. wizyty gospodarskie I Sekretarza, najczęściej z premierem w różnych środowiskach – na terenie zakładów produkcyjnych, czy na wsi. Miały one charakter nie tylko poznawczy dla kierownictwa partii i rządu, ale także konsultacyjny. W ich wyniku starano się coś zmienić czy poprawić w funkcjonowaniu różnych organizacji czy instytucji odpowiedzialnych za te podmioty. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy można różnie oceniać te wizyty, czy nawet wyśmiewać jako sztuczne i propagandowe, bo z góry przygotowane itp. Nie można wykluczyć, że zdarzały się i takie. Jednakże w większości ta praktyka miała bardzo pozytywny wpływ nie tylko na pogłębienie łączności władzy z terenem, ale także na poprawę różnych ujawnionych nieprawidłowości..

Następnym ważnym elementem praktyki rządzenia było wprowadzenie obowiązkowej zasady przyjmowania wszystkich interesantów przez Komitety Województw oraz Urzędy Wojewódzkie. Postanowiono mianowicie, że w każdy poniedziałek wszyscy sekretarze KW oraz kierownictwo Urzędów Wojewódzkich przyjmują bezpośrednio osobiście zgłaszających się interesantów. Mogą oni zgłaszać wszystkie sprawy, które tylko uznają za stosowne, w tym także skargi i zażalenia przeciwko terenowej władzy, czy konkretnym ludziom. Ponadto, w samym KC zobligowano istniejące Biuro Skarg i Zażaleń do codziennego przyjmowania interesantów i do końca załatwienia wszystkich spraw tam przedkładanych. Z dzisiejszej perspektywy patrząc na ten system, aktualny interesant może poskarżyć się chyba jedynie proboszczowi – oczywiście z wiadomym skutkiem.

Do pozytywnych praktyk współdziałania, współpracy i konsultacji należy także zaliczyć odmienny od okresów poprzednich, rzeczywiście poważny stosunek kierownictwa partii do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, a także Sstronnictwa Demokratycznego. Polegał on min. na tym, że organizowano często spotkania z tymi sojusznikami, konsultując i uzgadniając wiele ważnych problemów dotyczących kraju. Wyrazem wzmocnienia roli i odpowiedzialności ZSL za problemy krajowe, była zasada, że np. w każdym Urzędzie Wojewódzkim jeden etat na stanowisku wicewojewody pozostawał do dyspozycji ZSL. Oczywiście także kilka ważnych resortów obsadzanych było przez ludowców na stanowiskach kierowniczych. Tradycyjnie już kierowanie Sejmem także przypadało ludowcom (przez wiele lat w tym czasie marszałkiem Sejmu był S. Gucwa).

Jeśli idzie o skład personalny Sejmu to trzeba przyznać, iż wybór posłów niezupełnie był jeszcze demokratyczny. Tym niemniej zostały poczynione w tym względzie znaczne pozytywne zmiany. Skład ten był ściśle konsultowany z partiami sojuszniczymi (ZSL i SD), a także z różnymi środowiskami, takimi jak zakłady pracy, rolnicy, ośrodki nauki i kultury itp. W ten sposób w składzie Sejmu znajdowali się już obowiązkowo przedstawiciele reprezentujący cały przekrój społeczeństwa.

Wprawdzie przedstawiciele ci wchodzili do Sejmu na zasadzie tzw. klucza, tym nie mniej była to już metoda zmierzająca do pełniejszych zasad demokratyzacji.

Nie wyczerpując do końca pozytywnych cech jakie ujawniły się w systemie rządzenia w latach 70. – bo było ich znacznie więcej - choćby w zakresie polityki zagranicznej, wzrastającej roli opiekuńczej państwa itp. - wypada zwrócić jeszcze uwagę na wspomnianą wcześniej rolę i funkcje aparatu partyjnego. Otóż trzeba podkreślić, ze aparat ów w zasadzie od początku nabierał na znaczeniu. Jak wiadomo, już wcześniej znajdował się niemal całkowicie w dyspozycji Babiucha i Kani. Oni to głównie argumentowali I Sekretarzowi, że trzeba tę formację wzmacniać i powiększać liczebnie – ponieważ podobno wymaga tego lepsza łączność kierownictwa partii z terenem. Ponadto istnieje jakoby potrzeba lepszej obsługi terenowych instancji zw strony centrali. W ten sposób E. Gierek został zmanipulowany i wyrażał zgodę na tego rodzaju koncepcje. W konsekwencji w środkowym okresie dekady funkcjonowało w KC (stan w 1975 r) 12 wydziałów. Były to: Administracyjny, Ogólny, Organizacyjny, Ekonomiczny, Kadr, Kultury i Nauki, Propagandy, Prasy i Wydawnictw, Rolny, Zagraniczny oraz dwa biura tj. Skarg i Zażaleń i do spraw Sejmu. Jednostki te liczyły średnio 20 do 45 osób i stanowiły podstawową kadrę dla swoich kierowników i sekretarzy. Należy także zauważyć, że w międzyczasie jakościowy jej dobór uległ znacznej poprawie, gdyż zatrudniano już przeważnie osoby wykształcone z pewnym doświadczeniem społeczno-politycznym.

Jednakże w sprawie tej jakości bywało także różnie, ponieważ zdarzały się wyjątki negatywne. Przykładem może tu być osoba Zbigniewa Z. na stanowisku kierownika Wydziału Ekonomicznego, a także K. Rokoszewskiego jako kierownika Wydziału Prasy, Radia i Telewizji. Obydwaj oni nie posiadali żadnych merytorycznych kwalifikacji do kierowania tak ważnymi dziedzinami. Natomiast byli za to kolegami swoich sekretarzy. Takich oczywiście przypadków było znacznie więcej. W sumie, kadra ta w dużej mierze miała wpływ na obsadę stanowisk nie tylko w instytucjach centralnych, ale także w terenie. Bezpośrednimi zwierzchnikami tej kadry byli jak wcześniej wspomniałem przede wszystkim sekretarze Babiuch, Kania, a także z czasem Łukaszewicz, Pińkowski, Żandarowski, Kępa, Kurowski. Nawiasem mówiąc, w tym czasie spośród jedenastu urzędujących sekretarzy KC, to aż sześciu pochodziło z rejonu tzw. “warszawki”. Dominacja tej grupy zaznaczała się także w składzie Biura Politycznego., a jej rola coraz bardziej wzrastała do samego końca dekady.

Traktując jeszcze o jakości aparatu partyjnego, to gwoli prawdy należy podkreślić, że znakomita jej część to byli ludzie ideowi, szczerze oddani swej pracy, którzy pozostali lojalni wobec I Sekretarza do końca jego kadencji. Tym nie mniej, spora jej grupa okazała się karierowiczami, kierując się prywatą i walcząca usilnie o swoje własne interesy. Okazało się to niebawem, kiedy ruch “solidarnościowy” dał o sobie znać, to wielu z nich szybko znalazło się w jego szeregach, a co gorsza stało, się aktywnymi krytykami systemu, którego przecież także byli współtwórcami.

Przedstawiając niektóre uwagi do systemu sprawowania władzy w omawianej dekadzie należy podkreślić rzecz zasadniczą, a mianowicie pozytywną odmienność jej praktykowania. Nigdy przed nią ani także w okresie ostatnim Polski Ludowej nie stosowano tak nowatorskich i demokratycznych w istocie metod w stosunkach władza – społeczeństwo.

Natomiast E. Gierek jako człowiek z natury ufny i ludziom życzliwy popełnił poważny “grzech” nadmiernego zaufania wobec osób ze swojego najbliższego otoczenia. Z tego obiektywnie biorąc wynikały co najmniej dwa poważne błędy w kierowaniu partią oraz państwem. Po pierwsze, nie w pełni chyba zauważał, że niemal od początku jego kadencji ludzie, o których mowa wyżej, prowadzili własną politykę kadrową, zmierzającą do wzmocnienia swojej kariery i stopniowego przejmowania pełni władzy. Po drugie, w praktyce zgodził się na całkowite niemal dysponowanie aparatem partyjnym przez tychże ludzi. Między innymi miało to negatywne konsekwencje nie tylko w nadmiernym umacnianiu się kilku czy kilkunastu wpływowych osób, ale także w tworzeniu atmosfery zmierzającej do zmiany I Sekretarza. Ponadto, ta wpływowa grupa – zwłaszcza z tzw. “warszawki”- mając w dyspozycji aparat i administrację mogła przekazywać I Sekretarzowi informacje z terenu w sposób wybiórczy, a nawet według swej woli – ocenzurowany. A system przepływu informacji nabierał coraz bardziej na znaczeniu, zwłaszcza od połowy lat 70., kiedy zaczęły się pojawiać trudności gospodarcze, a wraz z nimi różnego rodzaju oznaki niezadowolenia w określonych środowiskach.

Jak wiadomo koniec lat 70. zaznaczył się dramatycznymi wydarzeniami w postaci przede wszystkim masowych protestów w zakładach pracy i instytucjach. O przyczynach i skutkach tych wydarzeń nie mam zamiaru w tym miejscu pisać, bowiem jest to temat szerszy, wielokrotnie opisywany w literaturze przedmiotu. Natomiast w tym miejscu pragnę jedynie zasygnalizować, że jedną z ważnych przyczyn “przerwania dekady” była określona polityka kadrowa prowadzona przez kilkuosobowe gremium, jak się okazało fałszywych przyjaciół i współpracowników Edarda Gierka.

Swoją negatywną cegiełkę do tego niecnego dzieła – dołożyła na pewno w pewnym stopniu znaczna część aparatu partyjnego.

 

IV. Okres czwarty to kres Polski Ludowej. Okres ten trwał od 6 września 1980 do czerwca 1989 r. (wybory). Wprawdzie na początku na I Sekretarza desygnowano Kanię, jednak – jak się okazało na krótko – gdyż faktycznym człowiekiem trzymającym władzę był właśnie Jaruzelski. W tym miejscu nie jest moim zamiarem szczegółowe analizowanie przyczyn ani skutków sprawowania władzy w tym okresie. Jak wiadomo, upłynął on pod niemal wyłączną dominacją tegoż Jaruzelskiego i obfitował w wiele tragicznych zdarzeń. Odniosę się jedynie skrótowo do niektórych metod, z jakimi mieliśmy do czynienia w owym okresie. Były to metody na wskroś odmienne od okresu poprzedniego i charakteryzowały się wybitnie autorytatywnym stylem sprawowania władzy. Od początku przejęcia władzy poprzez Jaruzelskiego, zastosowano w praktyce coś na kształt wojskowego drylu obowiązującego nie tylko w partii, ale także w administracji. Świadczy o tym wiele faktów, oto np. w składzie B.P. , a także sekretariatu KC znalazły się przede wszystkim osoby, które można określić jako z tzw. łapanki, które mogły służyć

I Sekretarzowi jedynie jako propagandowo-dekoracyjnie. Byli to ludzie albo wojskowi, albo tacy, którzy z małymi wyjątkami - nie reprezentowali swoich środowisk. Nie było też mowy, aby rząd spełniał należycie swoją rolę będąc skrępowany uzależnieniem kadrowym i kompetencyjnym od I Sekretarza i jego kilku najbliższych współpracowników, także wojskowych. Wyjątkiem w tym względzie może tu być jedynie osoba prof. Z. Messnera, który w pierwszym okresie jako premier – swoim autorytetem i wiedzą starał się należycie sprawować ten urząd. Ale i on w tych warunkach miał ograniczone pole do działania. O roli Sejmu, a także współudziale partii sojuszniczych w sprawowaniu władzy także niewiele można powiedzieć znaczącego.

Natomiast na szczególną uwagę zasługuje temat aparatu partyjnego. Otóż znamiennym jest, że został on poważnie rozbudowany ilościowo, zaś nie za bardzo pod kątem jakościowym. Oto przykład: w porównaniu do dekady poprzedniej ilość wydziałów w KC zwiększono jeszcze o dalsze 8. Utworzono następujące nowe jednostki: Ideologiczny, Informacji, Społeczno-Zawodowy, Biuro Prac KC, Kancelarię Sekretariatu, Biuro Centralnej Komisji Rewizyjnej,, Zespół ds. Młodzieży. Razem było więc 20 jednostek wydziałowych ( stan w 1986r). W sumie ilość zatrudnionych pracowników w KC wzrosła o ok. 40% i wyniosła ok. 780 osób. Należy podkreślić, że to rozmnożenie aparatu nie było dziełem przypadku czy niedopatrzenia. Przeciwnie, była to decyzja celowa i świadoma. Bowiem chodziło o to, aby przy pomocy tej “armii” móc całkowicie kontrolować administrację, wszystkie terenowe ogniwa partyjne, a także skutecznie wpływać na decyzje rządu, Sejmu i innych ważnych instytucji w kraju. Trzeba także zaznaczyć, że te wydziały w KC zostały hierarchicznie podporządkowane w zasadzie dwóm z nich, a mianowicie: kancelarii Sekretariatu oraz Wydziałowi Kadr. Szefami obydwu jednostek byli oczywiście wojskowi. Pierwszej z nich był płk. Kołodziejczyk (w randze członka KC), drugiej zaś gen. Dziekan. W ten oto sposób sprawowanie władzy w praktyce zdominowane zostało przez wojskowych i to w stylu wybitnie scentralizowanym.

 

Na zakończenie tych uwag nasuwa się kilka spostrzeżeń o charakterze zasadniczym.

 

  • Przede wszystkim daje się zauważyć co najmniej jedną cechę wspólną do wszystkich wymienionych okresów Polski Ludowej, niestety o charakterze negatywnym. Była nią na pewno zasada monopolu rządzenia przez partię, a ściślej mówiąc głównie przez jej I Sekretarza;
  • okresy pierwszy i drugi, a także ostatni, nie różniły się w sposób istotny, jeśli idzie o dzierżenie władzy, ponieważ dominował w tej metodzie absolutny autokratyzm. Zauważalne w tym względzie pewne niuanse nie były zbyt istotne;
  • Niewątpliwie okres I Polski Ludowej. kojarzony jako stalinowski, najbardziej represyjny, pozostaje w pamięci naszego społeczeństwa jako niosący terror oraz całkowite uzależnienie naszego kraju od ZSRR;
  • Okres II, kojarzony jako gomułkowski to niewątpliwie jakąś “odwilż” społeczno-polityczna oraz pewne uniezależnienie się od niektórych bezpośrednich wpływów Kremla na nasz kraj. Z drugiej zaś strony, praktyka autorytarnej gospodarki, musiała skutkować pogłębiającym się zacofaniem społeczno-gospodarczym, a w konsekwencji – jak się okazało – dramatycznymi zaburzeniami społeczno-politycznymi;
  • najbardziej jednak scentralizowany i autorytarny styl kierowania partią i państwem to niewątpliwie okres ostatni czyli Jaruzelskiego. Ponadto nie da się pominąć faktu, że rozpoczął się on od przejęcia władzy w sposób bezprawny, na zasadzie swoistego zamachu stanu. W tym miejscu nie od rzeczy będzie przypomnienie tych szczególnie “zasłużonych” osób w tym niecnym procederze, a więc: Kanię Jaruzelskiego, Babiucha, Kiszczaka, Kowalczyka, Moczara, Lukaszewicza, Kruka, Żandarowskiego. Oni to oraz wielu innych pomniejszych postaci, nie tylko przyczynili się bezpośrednio do usunięcia Gierka, ale także dołożyli wiele wysiłku, aby go niesprawiedliwie oszkalować i oczernić.

Na koniec, trzeba zauważyć, że ten ostatni okres Polski Ludowej – tak niechlubnie zawłaszczony – zakończył się jakże niesławnie. Nowi przywódcy, pełniący władzę w tym okresie, stali się faktycznie grabarzami Polski Ludowej.

Mówiąc na koniec o dekadzie lat siedemdziesiątych trzeba jeszcze podkreślić, iż Gierek chociaż był na czele partii rządzącej, to w warunkach realnego socjalizmu dokonał więcej dobrego niż to było w ogóle możliwe. Wiadomo przecież, że ustrój ten stawał się coraz bardziej niewydolny, a procesy demokratyzacji w jego warunkach musiały postępować z dużymi trudnościami. Jednakże jako I Sekretarz uczynił na tym polu wiele dokonań, które zapisały się pozytywnie na trwale w pamięci naszego społeczeństwa.

 

Marian Kargol,

dr nauk ekonomiczno-rolniczych,
b. działacz lewicowy organizacji
społeczno-politycznych,
członek Zespołu Instytutu Badań nad
Społeczną Gospodarką Rynkową.

 

Dlaczego lewica powinna być programowo przeciwna neoliberalizmowi

W jednym zdaniu można było by powiedzieć, że neoliberalizm oprócz ambicji gospodarczych obciążony jest również ideologią, i jak się później okaże, nosi ona cechy spisku przeciw światowemu porządkowi ekonomicznemu. Sprzeciwia się zasadom ekonomii smithowskiej (zapisanej w treści zasad ideologii neoliberalnej) oraz dąży do rozprawienia się raz na zawsze z istotą wartości lewicowych. Sprzeciw wobec ideologii neoliberalizmu winien być retorsją na wieczne przytyki do naszych zasad. A to komuniści, marksiści a to socjaliści utopijni, jedynie nieskażony i czysty ideologicznie był kapitalizm. Tym czasem neoliberalizm podobnie jak komunizm nie był ani kontynuacją ani rozwinięciem wcześniej formułowanych zasad filozoficznych. Nie stwierdzono czy neoliberalizm potrzebował oprawy filozoficznej, czy filozofię stworzono na potrzeby pseudo gospodarczych zasad neoliberalnych.

 

Faktem jest, że lewicowy pogląd w kwestii egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej mocno denerwował finansowe gremia w USA. Owe gremia były bezradne wobec sukcesów ekonomicznych systemu keynesowskiego, wszak trudno było negować metody dzięki którym opanowano światowy kryzys lat 30. minionego stulecia. Finansjera amerykańska przez całe dziesięciolecia dzielnie znosiła swoją marginalną rolę pod rządami keynesowskiego interwencjonizmu państwowego. Okazja do zakwestionowania wartości keynesizmu nadarzyła się w czasie kryzysu energetycznego lat 70. Wtedy w ramach walki z kryzysem w USA zastosowano mechanizmy interwencjonizmu keynesowskiego. Zwracam uwagę na rzeczownik WALKA, która miała być lekiem na zmowę arabskiej “części” krajów OPEC w sprawie embarga na dostawy ropy naftowej za poparcie przez USA Izraela w czasie wojny izraelsko arabskiej. Nawet człowiek który nie zna zasad ekonomii wie, że nie można stosować żadnych metod charakterystycznych dla dowolnego systemu ekonomicznego w celu rozwiązania problemu nie będącego skutkiem wzajemnych oddziaływań i zdarzeń ekonomicznych! To logiczny nonsens.

 

Mimo iż sprawa była kuriozalna w swojej oczywistości, i jak stwierdzono, winne temu stanowi rzeczy są zasady keynesowskiego interwencjonizmu państwowego, ponieważ, jak stwierdzili Amerykanie, wyczerpała się formuła keynesizmu i należy opracować nowe, współczesne, metody walki z kryzysami światowymi. Mamy prawo domniemywać, że dla rozmycia niespójności opracowanych na tę okoliczność zasad i z gruntu fałszywych założeń proponowanych przy tworzeniu nowego porządku świata, twórcom tego “systemu” potrzebne było swego rodzaju alibi. Miało ono być łatą zakrywającą braki merytoryczne oraz dla niechlujnie i pośpiesznie formułowanych zasad. I choć to rzecz nie do wiary, to założenia systemu osadzono na ideologii zawartej w tezach filozofii obiektywistycznej. [(def.) “(…) Ideologia, to każdy zespół przekonań starający się opisać rzeczywistość”.] Przez wielu współczesnych filozofów ideologia jest określana “(…) jako zespół przekonań wyrażających fałszywy obraz świata, często związany z interesem określonej grupy społecznej.

 

Dowiedziemy słuszności opinii europejskich filozofów o fałszywości obrazu gospodarki neoliberalnej, jak i słuszności ich opinii w sprawie interesu określonej grupy społecznej, który żadną miarą nie jest interesem Polski. Obnażymy prymitywizm filozofii obiektywistycznej, oraz zgubne skutki jej stosowania.

 

 

Filozofia Obiektywistyczna autorstwa Ayn Rand

 

Filozofia obiektywistyczna osadzona jest na nowo (subiektywnie) definiowanych filarach teorii poznania i metafizyki. Od czasów antycznych teoria poznania usiłuje sformułować odpowiedź na pytania: czym jest poznanie, jaka jest jego geneza. Prawie każdy filozof w historii świata przedstawił własną teorię dotyczącą tych kwestii. Metafizyka ma swoje korzenie również w starożytności, ale od Arystotelesa do Kanta teorie te nie miały bezpośredniego wpływu na ekonomię. Powszechnie objaśniały jedynie zachowania określonych nacji czy społeczeństw, ich wzajemne relacje i definiowały powody zawodności stosowanych metod gospodarczych. Jednak z powodu mnogości teorii, jak i swojej ogólności miały jedynie pośredni wpływ na decyzje gospodarcze. Pierwszy filar owej filozofii to ETYKA.

 

Wykładnikiem owej etyki w filozofii obiektywistycznej jest egoizm - definiowany przez autorkę jako własny interes. Autorka rozwija tę myśl i twierdzi, że “(…) każdy człowiek jest sam dla siebie celem, a nie narzędziem służącym realizacji celów innych ludzi.”

 

Filar drugi definiuje idealny systemem polityczno-ekonomiczny, którym wg autorki jest: (laissez-faire, czyli leseferyzm). Według pani Rand “(…)leseferyzm to taki system, w którym ludzie współdziałają nie jako kaci i ofiary, ani jako panowie i służba, ale jako handlowcy, z nieprzymuszonej, wolnej wymiany dóbr dla wzajemnej korzyści.”. To nie jest żadna filipika, choć brzmi niewiarygodnie, to owa dama dokonała nadzwyczajnego wysiłku intelektualnego proponując światu powrót do okresu XVII wieku, czyli okresu pierwotnej akumulacji kapitału twierdząc, że ten system ma wyżej przytoczone cechy dokonując ewidentnego fałszerstwa historii myśli ekonomicznej.

 

Różne rzeczy wolno filozofom, ale te “przemyślenia” mają wartość właściwą dla wartości neoliberalizmu, czyli systemu, na którym oparto jego założenia. Proponuje się powrót do pierwotnej formy kapitalizmu z jednoczesnym przypisaniem mu pierwotnych cech socjalizmu z dzieła T. Morusa “Wyspa Utopia” (XVII wiek). Co najważniejsze: wszystko to legło u podstaw opracowania zasad porządku neoliberalnego! I to nie są kpiny. Rozwińmy ten temat.

 

Pierwszy filar to – egoizm rozumiany jako moralna podstawa gospodarki. Owszem, egoizm jest wpisany “genetycznie” w zasady kapitalizmu, ale pani Rand przekroczyła granice absurdu, bowiem twierdzi iż: “ludzie współdziałają nie jako kaci i ofiary, ani jako panowie i służba, ale jako handlowcy, z nieprzymuszonej woli”. Takie stanowisko jest biegunowo odległe od zasad leseferyzmu zaś propozycja lepsza od leninowskiego komunizmu, bije na głowę teoretyków socjalizmu utopijnego, serwując zasady kapitalizmu z teorii Tomasza Morusa. W myśl tej zasady (T. Motrusa i A. Rand), należało zlikwidować przemysł. Cóż z tego że gospodarka osiągnęła by poziom co najwyżej rodzinnej manufaktury, ale odbywało by się to oczywiście pod nadzorem amerykańskich banków. Choć propozycja dla określonej grupy bardzo kusząca, to nie przypuszczam żeby amerykańska finansjera poważnie traktowała taką supozycję. Może uległa fascynacji drugim filarem tejże filozofii, który gloryfikował zasady najbardziej prymitywnej przedsmithsowskiej formy ekonomii wspomnianego wcześniej leseferyzmu, trudno dociec. Faktem jest, że rozpoczęcie demontażu starego porządku ekonomicznego i realizację nowego finansjera rozpoczęła odejściem od parytetu złota. Działo się to za prezydenta Nixona.

 

Ostatecznie w 1973 r. USA odstąpiły całkowicie od powiązania wartości dolara ze złotem – odtąd dolar stał się walutą płynną, czyli bliżej nieokreślonym ciągiem cyfr na ekranie komputerów, którego wartość co dzień jest określana na innym poziomie. Nowy porządek ekonomiczny - eksperymentu “chłopców z Chicago” powstawał na gruzach starego porządku. Najbardziej zasłużeni przedstawiciele budowy nowego ładu to Milton Friedman, Frank Knight i George Stigler, ale także pochodzący z Austrii Friedrich Hayek i wielu innych. Gwoździem do trumny światowego ładu gospodarczego było przyznanie Miltonowi Friedmanowi nagrody Nobla, co w sposób oczywisty nobilitowało neoliberalizm i jego twórców…

 

Ta kuriozalna nominacja wywołała później zażenowanie kapituły nagrody noblowskiej, bo jak się okazało nagrodę Nobla przyznano za: wpędzenie świata w chaos nieustannie wybuchających kryzysów, stygmatyzację fantasmagorii wolnego niczym nie skrępowanego rynku, który uwalniał najniższe pobudki ludzi biznesu, otwierał pola dla nieuczciwej gry rynkowej, gdzie tworzyły się bańki spekulacyjne powodujące chaos gospodarczy w różnych regionach świata. Neoliberalizm uwalniał właścicieli kapitału od więzów logiki i zasad porządku od lat regulującego funkcjonowanie światowych gospodarek. Nobel za swoistego rodzaju deregulację narodowych gospodarek. Nobel za upodlenie krajów aspirujących do podniesienia poziomu rozwoju. Znajomość tych faktów musiała frustrować członków kapituły Nagrody. Ale nie w Polsce. Tu, kto ośmielił się mieć inne zdanie niż noblista doznawał co najmniej ostracyzmu otoczenia, a grupa profesorów dawnego SGPiS z powodu prezentowania odmiennych niż obowiązujące w tej kwestii oficjalnych (balcerowiczowskich) poglądów została “skierowana” do pracy w innych ośrodkach, co daje nienajlepsze świadectwo dającym ślepe poparcie pseudonaukowemu eksperymentowi jakim jest neoliberalizm.

 

Polityka realizowana jako kapitalizm czystej formy, którego istotą jest stosowanie metod dających: max korzyści przy minimalnych kosztach jest podstawą leseferyzmu. W leseferyzmie ważny był kapitał i jego właściciel. Nad zmianą tego porządku na przestrzeni wieków pracowały całe zastępy myślicieli, filozofów i ekspertów z różnych dziedzin nauki. Powstały nowe szkoły tworzące nowe metody, teorie i rozwiązania mające na celu uwzględniać interesy tych grup społecznych, bez których kapitał miałby wartość piachu na pustyni. Nad modyfikacją leseferyzmu pracowano we współczesnej Europie od XVI wieku. Już wszystkim się wydawało, że system gospodarki Niemiec czy Skandynawii należy kultywować, powielać i nieznacznie korygować, gdy objawiła się amerykańska pisarka i filozof Ayn Rand, która obwieściła światu, że leseferyzm jest jedynie godną stosowania metodą ekonomiczną. Bzdura? Niekoniecznie. Bo, jak się okazało, teoria ta “zainspirowała” całe grono amerykańskiej finansjery, która postarała się o “zainstalowanie” zasad filozofii obiektywistycznej. Stosowaniu tych metod na obszarze Stanów Zjednoczonych stanowczo sprzeciwił się Bill Clinton a mimo to szef FED, wyznawca neoliberalizmu Allan Greenspan, działając wbrew temu zakazowi kosztem zwiększonej podaży pieniądza, podtrzymywał zaufanie inwestorów do sztucznie utrzymywanej hossy.

 

Od prawieków wiadomo, że zwiększanie podaży pieniądza “rozpędza” gospodarkę. Od prawieków też wiadomo, że takie praktyki jakie stosował Grieenspan powodowały “ psucie pieniądza”. W końcu po to, żeby skończyć z psuciem pieniądza i ustalić jego wartość wprowadzono parytet złota. Wątpię żeby Pan Greenspan nie legitymował się odpowiednią wiedzą ekonomiczną, więc pytam co spowodowało tak nieodpowiedzialne postępowanie? W dalszym ciągu mamy prawo domniemywać, że wpływ miała filozofia obiektywistyczna, której pan Greenspan był gorącym wyznawcą. Właśnie wyznawcą, bo wiedza ustąpiła miejsca wierze. Wiara, jest kanonem każdej doktryny, neoliberalnej także. Wiara w omnipotencję wolnego rynku (na co oczywiście nie ma żadnych dowodów). -Ten element metafizyki zastąpił wiedzę. Wszystko to brzmi jak ponura bajka wyśniona w koszmarnym śnie, który jednak jest snem na jawie. Choć podczas przesłuchania przed Kongresem USA 24 października 2008 Greenspan przyznał, że błędy neoliberalizmu (zakazanego w USA) przyczyniły się do nienotowanego od lat 30. kryzysu finansowego to 10 lat wcześniej ta sama grupa w nieco większym składzie doprowadziła do usankcjonowania tego potworka ekonomicznego na mocy uzgodnień tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego, który rekomendował wybrane zasady neoliberalizmu jako podstawowy zestaw naprawczy dla wschodzących gospodarek świata.

 

Ten dokument został przedstawiony przez dyrektora Instytutu Gospodarki Światowej Jamesa Williamsona w 1989 roku w Waszyngtonie. W założeniu, miał on funkcjonować jedynie w Ameryce Łacińskiej, jednakże został później zastosowany w innych krajach. Stał się kanonem polityki gospodarczej aplikowanym przez Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy jako prorozwojowe panaceum dla rozwijających się gospodarek światowych. Jest, według jego twórców, tak uniwersalny, że pasuje dla każdego państwa na kuli ziemskie. To założenie (bankrutującego w końcu systemu) wcześniej już podważył filozof niemiecki Walter Eucken, którego założenia polityki gospodarczej są podstawą niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej, która w odróżnieniu od amerykańskiego neoliberalizmu kwitnie, rozwija się i ma się dobrze.

 

W. Eucken twierdzi, że nie tylko nie ma uniwersalnych zestawów naprawczych dla gospodarek, to jeszcze wskazuje, że każda jest indywidualna i wymaga indywidualnych rozwiązań. Pisał to w pierwszej połowie XX wieku! Polska była jednym z krajów, które przechodząc transformację ustrojową skorzystały, niestety, z założeń tego dokumentu. Konsensus Waszyngtoński jest to zbiór zaleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego aplikowanych jedynie dla krajów słabiej rozwiniętych w celu zdynamizowania rozwoju poprzez reformy rynkowe i szerokie otwarcie gospodarki na globalne przepływy – ze szczególnym naciskiem na otwarcie gospodarki. Opierał się początkowo na 10 podstawowych dyrektywach. Literalna treść tego ideologicznego bełkotu została żywcem przepisana do zaleceń pierwszej reformy Balcerowicza. Pierwsza w historii świata pod rządami rozwiązań światłych amerykańskich speców od ekonomii, zbankrutowała Argentyna. Ten fakt wcale nie strwożył twórców “nowoczesnej ekonomii”, nie spowodował nawet refleksji, że może coś tu nie gra i może cos trzeba zmienić. NIC TAKIEGO SIĘ NIE STAŁO. Brak refleksji i brak jakiejkolwiek reakcji na bankructwo dużego jednak kraju upoważnia do sformułowania wniosku, że konsensus jest przestępczą zmową uznanych w świecie “autorytetów” ekonomicznych, działających na podstawie zasad owego Konsensusu Waszyngtońskiego, zresztą zgodnie z zasadami spisanymi w “filozofii” obiektywistycznej. Procederem wdrażania technicznego tej doktryny zajmują się znane w świecie instytucje MFW BŚ wspomagane przez firmy ratingowe. Ich wspólna cecha to amerykańskie pochodzenie. Zarządzają nimi od 25 lat ci sami ludzie. Zasady karuzeli zmiany stanowisk w tych instytucjach opisał w swojej książce p.t. “Globalizacja” Joseph Styglitz.

 

Na podstawie wyżej przytoczonych faktów wypada potwierdzić słuszność opinii europejskich filozofów, co dowodzi fałszywości zasad neoliberalizmu. Myśl filozofów europejskich dowodzi także słuszności opinii w sprawie interesu określonej grupy, który żadną miarą nie jest interesem Polski. Jednocześnie został obnażony prymitywizm filozofii obiektywistycznej, oraz zgubne skutki jej stosowania.

 

Zastanawiające jest, że otwarci i przyjaźni światu Amerykanie nagle stali się bezdusznymi egoistami, by nie powiedzieć gangsterami. To zrozumiałe ze biznes jest biznes. Ale jeżeli filozofia obiektywistyczna twierdzi iż: “ludzie współdziałają nie jako kaci i ofiary, ani jako panowie i służba, ale jako handlowcy, z nieprzymuszonej woli” to gdzie tu sens . Przecież to właśnie Amerykanie stają się katami dla krajów rozwijających się, ergo kraje te stają się ich ofiarami i stają się służbą, służbą dodatkowo w zależności kolonialnej. Co to ma wspólnego z zasadami kraju o tradycjach najstarszej w świecie demokracji? Kolonializm powraca, co prawda w zmienionej formie, ale wywołuje jak dawniej podobne skutki. Więc gdzie są granice egoizmu postulowane w filozofii neoliberalnej? Uniwersytet Jagielloński opublikował książkę Paula Masona pt. “Finansowy kataklizm: koniec wieku chciwości”. Ale czy aby na pewno koniec? Neoliberalizm w Polsce ma się bardzo dobrze. Wpływy amerykańskiej finansjery na gospodarki światowe w tym i polskiej są ogromne i wcale nie skrywane. Przykładem jest skandaliczne zachowanie pana Forbesaa, jednego z najbogatszych ludzi świata, który w sposób znany jedynie z opowiadań o losach murzynów z okresu niewolnictwa, żądał do naszego rządu zmiany stanowiska w sprawie OFE.

 

W książce pod tytułem “Prywatyzacja emerytur” Michael Orenstein wskazuje na instytucje nadzoru finansowego, które powołano w Polsce na wniosek i za pieniądze MFW, a którego działalność również finansuje MFW. W dodatku wskazuje na stanowiska urzędników w Polsce opłacane przez MFW ze specjalnego funduszu “łapówkowego”. Nie chcę tu wyciągać żadnych wniosków, ale na pewno sytuacja dojrzała aby dokonać zdecydowanych przewartościowań w celu zmiany takiego stanu rzeczy, tym bardziej że Amerykanie (MFW i BŚ) zabraniają w swojej doktrynie ingerencji państwa w gospodarkę. Dziwnie zakaz ten nie obowiązuje instytucji amerykańskich, które zawsze i chętnie korzystają, a nawet domagają się interwencji państwa i zwykle dostają niebagatelne kwoty sięgające dziesiątków miliardów dolarów w momencie, w którym okazuje się, że wiara w nieomylność rynku zawiodła a mechanizmy, które, jak wierzono, powinny zadziałać nie zadziałały. Rodzi się pytanie, dlaczego MFW I BŚ zabraniają innym korzystać z zasobności swojego państwa? Przecież gospodarka rynkowa istnieje w zasadzie na całym świecie. Skandynawowie taką naprawczą interwencję państwa mają wpisane w zasady ich gospodarki. Podobnie Niemcy. Wszak Polska jest członkiem UE i musi stosować prawo unijne, które niejednokrotnie jest sprzeczne z interesami gospodarki polskiej a jednocześnie możliwości jej rozwoju hamują przepisy forsowane przez ludzi kamaryli finansjery amerykańskiej. Gdzie w końcu są unijne gremia decyzyjne? W Brukseli czy w Waszyngtonie? Dlaczego na te praktyki nie reagują władze UE/ Co robią posłowie do parlamentu europejskiego? A może właśnie na dualizmie ośrodków władzy polega istota Europy dwóch prędkości. Mamy wszakże prawo do elementarnej wiedzy - kto tu rządzi? Unia, ze swoimi wymaganiami i dyrektywami, czy dyktat finansjery amerykańskiej Takie stanie w rozkroku jest groźne dla istnienia każdego państwa. Być może Unia nie wymaga stosowania założeń amerykańskiej wersji neoliberalizmu, jedynie, dla tylko jej wiadomych powodów, toleruje taki dyktat.

 

Jeżeli Polska ma dług zaciągnięty w strukturach organizacji BŚ i MFW to oczywiście władzom UE nic do naszych długów, bo to sprawa pomiędzy określonymi podmiotami a długi należy spłacać. Możemy, per analogia, przeprowadzić prostą analizę zachowań gospodarstwa domowego, które w ekonomii uznaje się jako podstawową komórkę gospodarczą, gdy musi ono zaciągnąć dług w banku. Po zdefiniowaniu potrzeb i wysokości brakującej gotówki potrzebnej do ich realizacji negocjujemy z bankiem warunki udzielenia kredytu lub pożyczki. Bank analizuje nasze możliwości finansowe, określa wysokość rat, i rodzaj zabezpieczenia. Główną troską banków jest nasze bezpieczeństwo finansowe. Popatrzmy teraz co robią nasi wierzyciele z MFW i BŚ, którzy mają pełną świadomość sytuacji finansów naszego kraju. Żądają oni, nie wnikając w powody zaciągania długu prywatyzacji, czyli sprzedaży własności skarbu państwa, a to oznacza pozbycie się instrumentów niezbędnych do możliwości spłaty pożyczki. Następnie, żądają przeprowadzenia deregulacji, której efektem jest rezygnacja państwa z ingerencji w kluczowe decyzje dotyczące gospodarki państwa. To tak jak by bank udzielił komuś kredytu na działalność gospodarczą pod warunkiem że pozbędzie się swojej biznesu, ergo zarabiania pieniędzy, ergo możliwości spłaty zaciągniętego długu! Dokładnie te kwestie objaśnił J. Siglitz w swojej książce “Globalizacja” Z przeprowadzonej przez autora analizy wynika, że jedynie kraje typu Botswana mogą bez obaw o swoją suwerenność zaciągać pożyczki w MFW. Jest jednak mały problem, polega on na tym, że Botswana to jedyny kraj na świecie o takich możliwościach. Polska nie ma ułamka zasobności Botswany, zaś skutki szaleństwa MFW i BŚ na terenie Polski opisał prof. Z. Poznański w swych dwóch publikacjach poświęconych prywatyzacji. 1.) Wielki przekręt: klęska reform Polski (2000) 2.) Obłęd reform: wyprzedaż Polski (2001).

 

Widać z tego, że w odróżnieniu od normalnie działających banków, Bank Światowy zakłada a priori niewypłacalność podmiotu i zanim udzieli pożyczki, z góry żąda jej zwrotu w naturze wraz z odsetkami. Podobnym systemem drenów polskich finansów stanowiły Otwarte Fundusze Emerytalne.

 

Były, bo szczęśliwie już ich nie ma i w ten sposób jeden z generatorów długu publicznego został wyłączony. OFE - jak pamiętamy, również były wynalazkiem finansjery amerykańskiej skupionej w MFW i BŚ. Istotnym jest fakt, że obie te amerykańskie instytucję mają charakter monopolu a OFE do niego dążyło. W świetle powyższego rodzi się pytanie: w jaki sposób Polska będzie spłacała swoje zobowiązania, kiedy praktycznie pozbawiła się takiej możliwości. Czy te ważne instytucje finansowe nie wiedzą, że jak państwo nie będzie miało wpływu na decyzje gospodarcze to po prostu nie spłaci swoich zobowiązań? Jak w przypadku niewypłacalności państwa MFW realizować będzie swoje należności? `Nie będzie nic realizować, bo już w zasadzie jest właścicielem wszelkiego potencjału pożyczkobiorcy a struktura własności rozpłynie się w świecie globalnej gospodarki. Ale my, podobnie jak inne rozwijające się kraje UE musimy dokonać pewnych wyborów. Nie możemy przestać walczyć z patologiami typu OFE, podobnie jak próbują to robić Węgrzy. Musimy zrobić to zanim zrobi to za nas ulica tak jak w Bośni. Islandia już się wycofała z rozmów akcesyjnych, Brytyjczykom coraz bardziej nie podobają się zasady unijne. A dążąca do separacji Szkocja ani myśli w przyszłości być w strukturach UE. Jeżeli nie wykonamy wysiłku zrzucenia bagażu neoliberalizmu to kolonializm przestanie być zapomnianym zwrotem publicystycznym i stanie się faktem - boleśnie realnym, bo taka jest logika zdarzeń wynikająca z zasad szeroko rozumianej ekonomii.

 

Słuszność tych tez można opisać matematycznie, dokonując punktowej estymacji parametrycznej, a wtedy dowiemy się kiedy (bez podjęcia koniecznych zmian w polityce gospodarczej) ostatni z nas “zgasi światło”. Nie wolno dopuścić do realizacji tego scenariusza. Uważam, że to szeroko rozumiana lewica ma moralne prawo wynikające z wyznawanych zasad do przerwania tego zabójczego dla państwa eksperymentu gospodarczego, a z powodu wiedzy o szkodliwości tego systemu do próby podniesienia kraju z upadku który jest niewątpliwym skutkiem realizacji neoliberalnej paranoi. Jest jeszcze czas na odwrócenie tego trendu, ale wtedy i tylko wtedy kiedy rząd zacznie poważnie traktować problemy ekonomii i liczyć się jej matematyczną logiką i poszanowaniem własnej filozofii a na tę okoliczność przepyta prócz historyków, kostiumologów, kulturoznawców, psychiatrów, sportowców, politologów, nauczycieli, ekonomistów i prawników, może nie koniecznie dyżurnych lub zaprzyjaźnionych akademików, tylko takich którzy profesorski język naukowy przetłumaczą na język praktyk obowiązujących, akceptowanych i oczekiwanych przez RYNEK.

 

Jest jeszcze jeden kłopot - trzeba wiedzieć o co pytać, ponieważ polityka mówi co ma być a nauka odpowiada, jak to zrobić. Zanim zaczniemy głosić hasła programowe, wygłaszać płomienne oracje i podejmować strzeliste uchwały w sprawach ważnych dla gospodarki zapytajmy za prof. R. Bugajem (Salon 24) dlaczego Art. 20 naszej Konstytucji nie doczekał się wykładni prawnej, której to wykładni miał dokonać, ale nie dokonał Trybunał Konstytucyjny (w świetle tego eseju rzecz mocno niepokojąca). Bez tej wykładni wszelkie programy gospodarcze lewicy będą jedynie zbiorami haseł niemożliwymi do zrealizowania.

 

Po złączeniu wszystkich wątków tego artykułu można odnieść wrażenie, że następuje koniec pewnej koncepcji, że została wyczerpana pewna formuła. Formuła Unii Europejskiej, która w sposób ewolucyjny wykrystalizowała się w latach 50. ubiegłego wieku z ponadnarodowej organizacji gospodarczej, wspólnoty węgla i stali. Być może nadszedł czas na sformułowanie nowych zasad organizacji gospodarczych naszej części świata, albowiem bezradność Unii w kwestiach rozwiązywania problemów gospodarczych jest porażająca. Grecja, Hiszpania, Portugalia. Wszystkim aplikuje się tę samą mantrę deregulacji i prywatyzacji i konieczności oszczędzania. Nikt nie wyliczył, kiedy taka “naprawa” gospodarki przyniesie skutki. Jak wytłumaczyć bezrobotnym, których zakłady pracy w ramach tych środków naprawczych zostały zgodnie z doktryną zlikwidowane, że to dla ich dobra. Nic nie jest dla ich dobra, bo te kraje to nie jest Botswana, a o braku skuteczności aplikowanych przez MFW środków zaradczych (dla wszystkich jednakowych) świadczy fakt, że od czasów bankructwa Argentyny, stosowane metody nigdy nigdzie nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, mimo stosowania “kuracji” i pompowania w te kraje miliardów dolarów. Kolejnym dowodem bezsensu neoliberalnych metod może być osobliwy kontredans między Ukrainą i UE który, wykazuje że finansowanie amerykańskimi pieniędzmi interesów UE może nie dać oczekiwanych rezultatów. Dlaczego? Ponieważ Ukraińcy nie są gotowi również mentalnie do absorbcji metod Konsensusu Waszyngtońskiego. Być może finansjera amerykańska ma świadomość skutków gospodarczych jakie spowoduje swoimi działaniami, a także doszła do wniosku, że skutki mogą być nieobliczalne, a straty ogromne z powodu niemożliwych do przewidzenia reakcji efektu “ kuracji” samych Ukraińców, ale to są tylko dywagacje. Uważam ze udało się obnażyć wady neoliberalizmu, wykazać jego prymitywizm i pseudonaukowe podstawy, oraz szkody jakie przynosi gospodarce jego stosowanie. Te czynniki są dla Lewicy solidną podstawą do programowego przeciwstawiania się wszelkim odcieniom amerykańskiego neoliberalizmu.

 

Wnioski

 

Wniosek generalny jest taki że, Unia powinna zastanowić się nad zmianą lub korektą formuły U.E., albowiem daje o sobie znać rozbieżność interesów w skalo makro, gdzie Amerykanie średnio zainteresowani rozwojem gospodarczym Europy postanowili realizować politykę własnych interesów. Niestety nie są one spójne z interesami państw członkowskich UE. a Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy stały się narzędziami, za pomocą których Stany Zjednoczone narzucają neoliberalne rozwiązania krajom rozwijającym się, co jest częścią szerszej strategii mającej zapewnić Ameryce hegemonię globalną.

 

Uważam, że godną rozważenia jest deklaracja jaką złożył prezydent Rosji Władimir Putin. w sprawie utworzenie euroazjatyckiej strefy wolnego handlu. Niewątpliwie dało by to szanse odrodzenia gospodarek narodowych Europy, oraz eliminację kolejnego eksperymentu zwanego globalizacją – promowaną jako formę globalnego kołchozu pod nadzorem USA, eksperyment równie światły jak wcześniej opisana gloryfikacja leseferyzmu. Oczywiście spowodowało by to ogromne implikacje polityczne, ale byłoby twórczym posunięciem obejmującym i realizującym interesy gospodarcze państw zjednoczonych na kontynencie euroazjatyckim, kończąc jednocześnie raz na zawsze epokę antyrozwojowego amerykańskiego neoliberalizmu.

 

Adam Zbigniew Gusiew

Trójkąt Weimarski, kierunek - reindustrializacja

Podczas gospodarczego Trójkąta Weimarskiego, który miał miejsce w Krakowie w dniach 6-7 lutego 2014, przedstawiciele Polski, Francji i Niemiec zastanawiali się jak dokonać odbudowy przemysłu w Europie tak, by Unia Europejska mogła konkurować z największymi gospodarkami świata. Światowy kryzys systemu neoliberalnego dowiódł m.in, że gospodarka nie może się opierać głównie na usługach. Dlatego w założeniach na rok 2020 przyjętych przez UE 22 stycznia b.r., przemysł i produkcja stanowić mają 20% PKB Unii Europejskiej. Średnia w Unii wynosi obecnie 16% (bez budownictwa). W Polsce – 18%. W Niemczech - 23%, a we Francji ponad 10%. Okazuje się “teraz”, że przemysł zapewnia stabilne i dobrze płatne miejsca pracy i że tylko silny przemysł jest podstawą wzrostu gospodarki i rozwoju rynku pracy. A przecież tak niedawno jeszcze “wybitni” neoliberalni ekonomiści twierdzili, że “nie ma to jak usługi”. Polacy, Francuzi i Niemcy poruszali w Krakowie tematykę energetyki, infrastruktury, nowych technologii, produkcji broni, dyskutowano o przemyśle kosmicznym i o paliwach (m.in. o gazie i ropie). Nie pominięto też tematu innowacyjności. Poruszono kwestię polityki klimatycznej UE, która w bardzo istotny sposób wpływa na obniżenie konkurencyjności unijnych gospodarek (patrz: Paweł Pawlica, Trójkąt Weimarski w Krakowie: jak odbudować europejski przemysł, Polskie Radio, Internet, 07.02.2014).

Swoją drogą, nie trzeba byłoby odbudowywać europejskiego przemysłu, gdyby się go, tak jak w Polsce po 1989 roku, nie zniszczyło. Przygotowania do gospodarczego Trójkąta Weimarskiego, poświęconego europejskiej polityce przemysłowej trwały aż 3 lata. Patronat nad nim objął prezydent Bronisław Komorowski. Jak powiedział minister Olgierd Dziekoński z Kancelarii Prezydenta RP, widać wyraźnie, że wizja rozwoju gospodarki opartej wyłącznie na usługach, która była paradygmatem lat 90., gdy mówiło się, że przemysł zaniknie, będą wyłącznie usługi, doprowadziła do wielkich turbulencji, dlatego, że “usługi, to znaczy sektor finansowy, oznacza brak realnego kontentu, brak realnej zawartości działalności gospodarczej”. Minister Dziekoński powiedział też, że realną zawartością działalności gospodarczej, tym co podlega wymianie są po prostu rzeczy, a produkcja materialna jest tym wyzwaniem, które stoi przed każdym krajem, przed każdym społeczeństwem. W Stanach Zjednoczonych dyskusja o konieczności powrotu do przemysłu rozpoczęła się natychmiast po wybuchu kryzysu finansowego. Europa reaguje na tę sytuację z dużym opóźnieniem. (Chińczycy o przemyśle pamiętali, może dlatego, że nie zapomnieli zupełnie o Marksie. M.P.) Stany Zjednoczone i UE utraciły dużo przemysłu na rzecz gospodarek azjatyckich i południowo-amerykańskich, bo tam są niższe koszty produkcji. W wywiadzie udzielonym polskiemu radiu minister Dziekoński stwierdził, że aby unijna polityka przemysłowa mogła być skuteczna, UE potrzebuje dobrej infrastruktury transportowej i telekomunikacyjnej, dobrego powiązania badań i rozwoju z rezultatami realnej gospodarki, realnego przemysłu. A Europa jest w tym nadal słabsza od Amerykanów i niektórych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Podkreślił przy tym, że polityka klimatyczna nie może “być” przed polityką przemysłową, “to musi iść ręka w rękę”. (patrz: Sylwia Zadrożna, wywiad z ministrem Olgierdem Dziekońskim, Gospodarczy Trójkąt Weimarski: przemysł wraca do łask, Polskie Radio, Internet, 06.02.2014).

Miłym zaskoczeniem było, że politycy i przedsiębiorcy 3 państw rozmawiali w Krakowie o tym, jaką rolę w przywracaniu przemysłu w Europie mają odgrywać rządy państw, a jaką struktury unijne. Pachnie to, oby!, lekkim nawrotem do interwencjonizmu (na Węgrzech ucieszy się zapewne krytykowany przez lewicę premier Orban). Wątpliwości co do tego, że chodzi o nawrót do interwencjonizmu państwowego nie miał chyba socjalista, francuski minister odnowy produkcji (czyli reindustrializacji) Arnaud Montebourg, kiedy powiedział: “Gdy inne kontynenty mają do dyspozycji prawdziwy doping w postaci rządowych programów, my mamy kajdanki.” Stwierdził to porównując przemysł unijny z przemysłami USA, Brazylii, Japonii i Chin. (Europa potrzebuje zmiany polityki, PAP, Rzeczpospolita, 7.02.2014)

Kraje Trójkąta Weimarskiego reprezentują łącznie 40% PKB Unii. Dlatego nie dziwi i brzmi optymistycznie stwierdzenie socjaldemokraty, wicekanclerza oraz ministra gospodarki i energetyki Niemiec Sigmara Gabriela: “Kraje Trójkąta Weimarskiego powinny być centrum rozwoju przemysłu europejskiego.” Konferencja w Krakowie odbyła się miesiąc przed szczytem UE w Brukseli, który ma być poświęcony konkurencyjności europejskiego przemysłu. Intencją organizatorów konferencji było, aby spotkanie w Krakowie dało wspólny, uzgodniony punkt widzenia Trójkąta Weimarskiego na tym posiedzeniu Rady Europejskiej. Niezwykle ważnym wątkiem obrad była polityka klimatyczna UE, która w bardzo istotny sposób wpływa na obniżenie konkurencyjności gospodarek unijnych, w tym przemysłu. Polska przekonywała, że bez zmiany podejścia do redukcji emisji CO 2, Unia pogorszy swą pozycję konkurencyjną, zwłaszcza wobec USA, gdzie przemysł od kilku lat korzysta z boomu łupkowego. W tym kontekście doradca prezydenta ds. międzynarodowych, prof. Roman Kuźniar wyraził opinię, że negocjowana obecnie umowa o strefie wolnego handlu między UE a USA nie może wejść w życie bez uprzednich zmian dotyczących polityki energetycznej Unii. (Polska organizuje Trójkąt Weimarski nt. reindustrializacji Europy, PAP, Rzeczpospolita, 03.02.2014).

Trzeba przypomnieć, że wśród polskich polityków o potrzebie rozwoju przemysłu, o polityce energetycznej (m.in. chodzi o węgiel!) oraz o szkodliwości aktualnej unijnej polityki emisyjnej CO2, od dawna i najgłośniej pisze i mówi deputowany do Parlamentu Europejskiego prof. Adam Gierek. Cieszy więc to, że na liście SLD-UP jest on kandydatem nr 1 na Śląsku na kolejną kadencję parlamentu europejskiego. Z kolei sprawy transportu znane są doskonale b. ministrowi transportu, europosłowi Bogusławowi Liberadzkiemu, który w zachodniopomorskiem i lubuskiem też jest “jedynką” na liście SLD-UP. (patrz: Ewa Rosolak, Kurs na zmianę, Dziennik Trybuna, 12-13.02.2014). Przed wyborami do europarlamentu, jest bardzo ważne, przy braku odniesień do reindustrializacji w programie SLD, że wśród lewicowych kandydatów na europosłów są co najmniej 2 osoby, które mogą w sposób profesjonalny mówić o potrzebie ponownego uprzemysłowienia Europy. W zamierzeniach polskiej lewicy przed wyborami do parlamentu europejskiego sprawa odrodzenia europejskiej gospodarki odnotowana została dość słabo. Podkreślono natomiast – i dobrze! - potrzebę głębokiej reformy sektora finansowego.(patrz: Grzegorz Waliński, Europejski program, Dziennik Trybuna, 10-11.02.2014) Warto przy okazji przypomnieć, że w latach ubiegłych, kiedy zastanawiano się nad przyczynami wyraźnie zmniejszonego w Europie poparcia dla lewicy, wielu obserwatorów wskazywało słusznie na zjawisko przejmowania przez centroprawicę i prawicę haseł i celów lewicowych. Skoro realizację celów lewicy (przynajmniej niektórych) zapewnić może prawica, to część elektoratu zadaje sobie pytanie - “po co” głosować na lewicę? Oby tym razem takim straconym dla lewicy tematem nie była sprawa reindustrializacji Europy! Ważne, aby lewica nie dała się w tej problematyce nikomu zaskoczyć. Przy czym na lewicę czyha tu kilka pułapek; jak się znaleźć w sytuacji, gdy wszystkie partie polityczne w Polsce coraz częściej głoszą hasła lewicowe (może z wyjątkiem partii Korwina Mikke), co nie oznacza wcale, że mają zamiar je realizować. Poparcie dla reindustrializacji Europy, a w tym Polski, należy traktować jako zadanie ponadpartyjne. Odnotujmy więc, że w programie Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami do europarlamentu sprawa ponownego uprzemysłowienia zajmuje istotne miejsce. Odnotujmy też, że już 23 września 2013 roku ukazał się w prawicowym, solidarnościowym piśmie “Niepodległa” artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. “Reindustrializacja potrzebna od zaraz, aby Polska mogła nie tylko przetrwać, ale i się rozwijać”. Warto przeczytać! Temat reindustrializacji to nie populizm!

Nasze neoliberalne elity są słabe i uczą się bardzo powoli. Wielu miało nadzieję, że po przełomie 1989 roku nastąpi eksplozja talentów politycznych, bo przecież poprzednia elita rekrutowała się tylko z jednej opcji politycznej. Nic takiego nie nastąpiło. Wydaje się, że są słabsze niż odsunięte od władzy w okresie stanu wojennego elity z okresu późnego Edwarda Gierka. Pewnym wyjaśnieniem może być to, że najbardziej inteligentni ludzie trafiają u nas do biznesu (?) Do tego dochodzi jeszcze poważny upust krwi jakim jest nowa, ponad 2 milionowa emigracja. Młodzi i wykształceni ludzie wyemigrowali i emigrują nadal z Polski, bo nasze elity pozwoliły na likwidację polskiego przemysłu. Gdyby jednak tej emigracji nie było, moglibyśmy mieć w kraju wielkie “trzęsienie ziemi”, które nikomu nie wyszło by na zdrowie. Inteligentna i wykształcona młodzież nie ścierpiała by tych oczywistych indolencji neoliberalnego systemu, a sama nie potrafiła by prawdopodobnie znaleźć diagnozy i lekarstwa na nasze dolegliwości, na które z winy kilku tysięcy chciwych, niemoralnych i ślepych spekulantów finansowych cierpiał zresztą cały świat. Winą za biedę i ewentualne rozruchy w Polsce, nie odbiegające być może nawet wiele od tych na Ukrainie, obciążone zostały by “komuchy”, a w ich winę uwierzyłaby nasza “wspaniała i uświadomiona” wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Jej synowie i córki emigrują na Zachód i nikt nie ma z tego powodu większego wyrzutu sumienia, nikt się z tego nie spowiada, bo Polska jest “otwarta na świat”. Czy na tym jednak polegać ma demokracja i to “otwarcie”, dzięki któremu mamy względny spokój społeczny? Przy braku przemysłu końca nie widać sytuacji, w której nawet przy dalszej emigracji, ludzie nie mają pracy, a dzieci wielu z tych, którzy ją mają są niedożywione. Własnych oligarchów niby nie mamy, ale przepaść między bogatymi a biednymi nadal rośnie. (Swoją drogą nie mogę zrozumieć dlaczego oligarchowie w Rosji “to źle”, a oligarchowie na Ukrainie, te pijawki, “to dobrze”). Polska powinna się bronić przed dalszym rozwarstwieniem społecznym. Pomóc w tym mógłby większy niż dotąd udział w polityce młodych i wykształconych osób, w tym wrażliwych na niesprawiedliwość społeczną kobiet. Pomogła by też reemigracja z Zachodu ludzi obytych w świecie, którzy przynieśli by ze sobą do naszego zaścianka kapitał i doświadczenie. Nie należy przy tym lekceważyć doświadczenia i wiedzy nabytej z takim przecież trudem przez aktualne polskie elity.

Polityka uprzemysłowienia Trójkąta Weimarskiego jest dużą szansą dla Polski i całej Europy. Cieszy to, że Polska, rządzona obecnie przez koalicję PO-PSL, czerpiąca z przemyśleń socjalistów francuskich i socjaldemokratów niemieckich, bierze w niej aktywny udział. Obok przeważających pozytywów tej sytuacji, dostrzec można, jak zwykle, pewne zagrożenia. Jest nim słaby potencjał gospodarczy naszego kraju, a przede wszystkim słaby potencjał demograficzny w porównaniu z francusko-niemiecką machiną gospodarczą. Dojdzie do tego potrzeba uczestniczenie we francuskich ekspedycjach antyterrorystycznych, na które, nota bene, Ameryka patrzy przychylnym wzrokiem. (Nie musi to co prawda oznaczać rezygnacji ze strategicznego myślenia w Środkowej Europie). Polska, dzięki Trójkątowi Weimarskiemu staje się, jeszcze bardziej niż dotąd, współtwórcą polityki unijnej, w której nie powinna jednak zapominać o Grupie Wyszehradzkiej i Europie Środkowej. Przypomina się tu mądra koncepcja ministra sz Krzysztofa Skubiszewskiego o potrzebie kilku kotwic w polskiej polityce zagranicznej. Ktokolwiek będzie w Polsce rządził w przyszłości, potrzebna jest kontynuacja “polityki kotwic”. Zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej przydałoby się też więcej ponadpartyjnej, zespołowej współpracy. Co dotyczy reindustralizacji to powinna ona być przedmiotem ponadpartyjnej umowy politycznej. Jedna partia nie będzie w stanie podołać takiemu wysiłkowi. Aby zapobiec ewentualnym próbom przerzucenia ciężaru ponownego uprzemysłowienia Polski na barki najbiedniejszych, należałoby realizować zapisane w polskiej Konstytucji zasady społecznej gospodarki rynkowej. W Niemczech, dzięki obecności socjaldemokratów w Wielkiej Koalicji z CDU, realizacja tej zasady odrodzić ma koniunkturę i przyspieszyć wzrost gospodarczy.

Ostatnio polska klasa polityczna zadziwiła świat, a przede wszystkim samą siebie, popierając jednomyślnie politykę rządu w sprawie ukraińskiej. To pięknie! Trzeba przy okazji przypomnieć, że uprzemysłowienie Polski po II wojnie światowej nastąpiło dzięki niewyobrażalnemu wysiłkowi całego społeczeństwa, ubogiego zresztą. Obecną reindustrializację trzeba też ponadpartyjnie poprzeć, ale zapłacić za nią powinni przede wszystkim ci, którzy skorzystali z neoliberalnych dobrodziejstw III Rzeczpospolitej. Podobnie jest z poparciem dla polskiej polityki wobec Ukrainy. Poparcie tak, ale!...Nie może ona oznaczać najmniejszej nawet tolerancji dla ukraińskiej prawicy – Prawego Sektora i Swobody. Tak na marginesie, ale nie zupełnie, w osiągnięciu porozumienia na Ukrainie przyczynił się Trójkąt Weimarski (ministrowie spraw zagranicznych Francji, Niemiec i Polski). Domyślam się także, iż swoją pozytywną rolę odegrał także za kulisami negocjacji Trójkąt Królewiecki (Polska, Niemcy i Rosja). Gra polskiej dyplomacji na kilku fortepianach równocześnie, to duża sztuka. Co oczywiście nie przesądza jeszcze ostatecznego wyniku i końca ukraińskiej tragedii. Trójkąt Weimarski może być jeszcze nie raz przydatny zarówno w sprawie ukraińskiej, jak w sprawie industrializacji.

 

Warszawa, 21 lutego 2014

Maksymilian Podstawski

Pragmatyzm Romana Dmowskiego

w110 rocznicę wojny japońsko-rosyjskiej

Wojna japońsko-rosyjska wybuchła w nocy z 8 na 9 lutego 1904 r. Podczas walk m.in. o Port Artur, pod Czemulpo, Jinzhou, Ximucheng, Liaoyang, Mukden, Cuszima itd. śmierć poniosło 25 331 żołnierzy i oficerów wojsk rosyjskich, zranionych zaś zostało 146 032. Po stronie atakującej 47 387 japońskich żołnierzy i oficerów straciło życie , a rannych było 173 425. Ta wojna miała znaczący wpływ nie tylko na sytuację wewnętrzną w samej Rosji, radykalizację nastrojów, rewolucję w 1905 r., długotrwałe walki, wewnętrzne przemiany, ale także na wykrystalizowanie się ostateczne koncepcji ideologiczno-politycznej nowo powstałej formacji polskiego nowoczesnego ruchu narodowego. Od tamtych wydarzeń zaczęły się we wszystkich zaborach w polskich środowiskach politycznych wyłaniać dwie podstawowe orientacje polityczne, z których jedna będzie wiązała polski interes z państwami ententy - Francją, Rosją, Wielką Brytanią, a druga państwami centralnymi - Niemcami i Austro-Węgrami.

Wojna japońsko-rosyjska otworzy nie tylko nowy okres przed polskimi formacjami politycznymi, ale i wpłynie pośrednio na kwestię polską zwłaszcza w zaborze rosyjskim. Z wybuchem tej wojny i jej konsekwencjami polskie środowiska polityczne wiązały wiele nadziei. Oczekiwano na jej wybuch niecierpliwie, przewidywano negatywne jej skutki dla państwowości rosyjskiej w postaci zaostrzającego się wewnętrznego kryzysu polityczno-gospodarczego. Już na kilka lat przed rozpoczęciem tej wojny przywódcy Ligi Narodowej przekonani byli, że do niej na pewno dojdzie. Toteż bacznie obserwowali sytuację wewnętrzną w samej Rosji i jej politykę daleko-wschodnią. Stanowiska osobiste na ten temat w artykułach pisanych na łamach Przeglądu Wszechpolskiego prezentowali głównie J.L. Popławski, R. Dmowski i T. Grużewski. Tej problematyce Roman Dmowski m.in. poświęcił następujące artykuły: Wobec kryzysu rosyjskiego, Na progu nowej ery, Nasze stanowisko wobec Niemiec i Rosji, Nowy okres w dziejach Rosji. W artykułach swoich analizując ówczesną sytuacji wyprowadzał wnioski mówiące, że dokonywujące się w Rosji zmiany społeczno-gospodarcze doprowadzą do modernizacji istniejącego ustroju politycznego państwa, a ekspansja daleko-wschodnia do konfliktu z Japonią, który to konflikt będzie ciągnął się długo doprowadzając do zmiany orientacji polityki rosyjskiej - i to niezależnie od tego, kto Rosją będzie rządził. Znając zatem dobrze sytuację w samej Rosji Dmowski był przekonany, że zbliżająca się wojna wywoła wewnętrzne wstrząsy i przekształcenia.

S ł a b a z a s a d a a u t o k r a c j i w R o s j i

Już w liście z 1 stycznia 1903 r. wysłanym z Krakowa do St. Miłkowskiego w Szwajcarii , a więc jeszcze ponad rok przed wybuchem wojny japońsko-rosyjskiej Dmowski przewiduje nadciągające przemiany, pisząc: Zaczynam być optymistą- co prawda zawsze nim byłem - a dodaje mi w tym względzie ochoty stan rzeczy na zewnątrz, mianowicie w Rosji. Gorzej tam jest obecnie , niż to na zewnątrz wygląda. Według mnie, wielkimi krokami zbliża się tam jakiś wielki , wszelkie ogarniający stosunki kryzys. Finansowe bankructwo, bunt w masach, opozycja najbardziej oświeconych i wpływowych żywiołów, ogólne przekonanie , że tak dłużej być nie może , brak pewności siebie i konsekwencji u władz, wreszcie ani jednego człowieka sprężystego, zdolnego należycie reprezentować zasadę a u t o k r a t y c z n ą u steru rządu - oto dzisiejszy obraz Rosji. Coraz wyraźniej zjawia się we mnie przekonanie, że w bardzo bliskim czasie kwestia polska poważnie wypłynie w stosunkach międzynarodowych, jakkolwiek nie umiałbym tego uzasadnić. I rzeczywiście, po zakończonej wojnie japońsko-rosyjskiej Rosja stanie się miejscem krwawych walk rewolucyjnych i przemian społeczno-politycznych.

Moment wybuchu wojny japońsko-rosyjskiej zbliżał się szybkimi krokami. Dla Japonii ostatecznym terminem był rok 1904 , w którym to Rosja kończyła budowę w Mandżurii kolei wschodnio- chińskiej mającej ją połączyć z koleją transsyberyjską. Dzięki realizacji tego celu mogła Rosja uzyskać na Dalekim Wschodzie znaczące wpływy, czego obawiała się również Wielka Brytania, która zawarła z Japonią 30.01.1902 r. traktat zobowiązujący do udzielania jej pomocy w razie wybuchu wojny. Pozbawienie już wcześniej przez państwa francuskie, niemieckie i rosyjskie owoców zwycięstwa Japonii w jej wojnie (1894-5) z Chinami, w tym zajęcie przez Rosję w 1897 r. Portu Artura, półwyspu kwantuńskiego, Mandżurii, marsz jej ku Morzu Żółtemu groził Japonii zupełną klęską we współzawodnictwie w tej części Azji. Do takiej sytuacji Japonia za wszelką cenę nie zamierzała dopuścić.

J a p o ń s k a p r z e m i a n a

Po wewnętrznych reformach zapoczątkowanych wizytą eskadry amerykańskiej z komandorem Perry´m na czele, pod rządami cesarza Mutsu-Hito przekształcała się Japonia w państwo nowoczesne, przejawiające dążność do odegrania czołowej roli we wschodniej Azji. Szukała upustu dla nagromadzonej własnej energii, pożądliwie patrzyła na najbliższą sobie Koreę i obawiała się jej uzależnienia od Rosji. Toteż od 1897 r. podejmie intensywne przygotowania do wojny, której celem będzie odepchnięcie Rosji , mocne usadowienie się na kontynencie azjatyckim, uzyskanie zdecydowanej przewagi politycznej i ekonomicznej nad innymi państwami na terytorium Chin, zdobycie wysokiego prestiżu wśród społeczeństw Azji. Czynniki rządzące ówczesną Rosją, wierzące w potęgę swojego państwa lekceważyły przeciwnika, nie zdając sobie sprawy z kim rzeczywiście mają do czynienia. Liczyły, że ta wojna będzie podobna do wcześniejszych wojen, na przykład ze słabą, rozkładającą się Polską, Szwecją, Turcją, Persją itd. Carska Rosja nie została jednak ostatecznie wyeliminowania z Dalekiego Wschodu i pewien wpływ na to również miał prezydent USA Teodor Roosevelt, który wystąpił jako mediator na rzecz zakończenia tej wojny, próbując w ten sposób powstrzymać zwycięski marsz Japonii w obawie przed wzrastającą jej potęgą.

Przegrana wojna kosztowała Rosję ok. 2347 mln rubli, nie licząc strat na skutek utraty przejętych przez Japonię terenów i to właśnie przyspieszyło wewnętrzne wstrząsy, rewolucję w 1905 r., która jednakże nie zdołała jeszcze załamać władzy Romanowów. Rosja pozostała nadal liczącym się mocarstwem, istotnym podmiotem w polityce światowej. Taki właśnie scenariusz wydarzeń i ich skutków przewidywał już wcześniej Roman Dmowski. Jego cele taktyczne politycznego działania będą w tym okresie zmierzały w kierunku osiągnięcia w powstającej nowej sytuacji jak największych korzyści dla sprawy polskiej. Zatem w jego politycznym działaniu taktyka będzie miała istotne znaczenie.

Z j a z d w K o p e n h a d z e

Właśnie w sprawie omówienia taktyki politycznego działania wobec Rosji, wyjeżdża Dmowski wraz z Balickim 1 stycznia 1903 r. z Krakowa do Kopenhagi na zaproszenie Finów. Tam podczas obrad w dniach od 2 do 6 stycznia, w których stronę fińską reprezentowali przedstawiciele czterech stronnictw: staro-zwedzkiego - baron Born, młodoszwedzkiego - hr. Mannerheim, starofińskiego - adwokat Jonas Kastern i radykalnofińskiego - Konzi Zilliacus, Dmowski i Balicki oświadczyli Finom, że tak jak oni uważają wybuch wojny za nieunikniony i od tej wojny w połączeniu z wrzeniem w Rosji oczekują dużych zmian w państwie, zmian, które będą korzystne zarówno dla Polski, jak i Finlandii; że jednak uważają, iż obydwa narody powinny zachować stanowisko wyczekujące, a czas działania przyjdzie na nie dopiero wtedy, gdy walka wewnętrzna w Rosji da przewidywane rezultaty. Wtedy dopiero powinny wytężyć wszystkie siły, ażeby z tych przekształceń w państwie jak najwięcej dla siebie uzyskać. Finowie podzielili ich poglądy.

Konsekwencje nadchodzącej wojny, czyli wstrząsy wewnętrzne, zdaniem Dmowskiego, doprowadzą do stopniowej demokratyzacji ustroju politycznego Rosji i z tego względu dążył on w praktycznym działaniu do uruchomienia i zorganizowania politycznego głównej części narodu, wprowadzenia jej na widownię polityczną, zaprawienia w walce o prawa narodu…. Ustalona na zjeździe kopenhaskim taktyka politycznego działania została następnie zaakceptowana na krakowskim posiedzeniu Rady Głównej Ligi Narodowej obradującej w dniach 8 - 10 stycznia 1903 r. oraz ostatecznie zatwierdzona na zjeździe Ligi Narodowej w styczniu 1904 r.

O d e z w a L i g i N a r o d o w e j

To stanowisko wyrazi odezwa Komitetu Centralnego Ligi Narodowej, skierowana do społeczeństwa polskiego, a zredagowana przez Dmowskiego i ogłoszona w lutym 1904 r., czyli już po wybuchu wojny japońsko-rosyjskiej. Odezwa, ostrzegając przed nierozważnymi działaniami politycznymi mogącymi doprowadzić do zaprzepaszczenia korzystnej koniunktury, głosiła m.in.: Wojna obecna nie zapowiada zmian na karcie Europy, które by nas dotyczyć mogły. To wojna o planowanie i wpływy w Azji. Ale otwiera ona długi okres walk na Wschodzie, walk pochłaniających siły Rosji, która swobodnie się tam dotąd rozszerzała, a będzie zmuszona iść dalej w tym samym kierunku. Trzeźwy sąd nie pozwala oczekiwać od tej wojny zmiany granic Rosji na Zachodzie. Nie możemy też występować jako czynni sprzymierzeńcy dzisiejszych wrogów Rosji. Trzeba jasno zdać sobie z tego sprawę, ustrzec się złudzeń, bo one utrudniają nam tylko wyciągnięcie z obecnego położenia należytych korzyści(…) Wojna ta przyspieszyć musi przesilenie wewnętrzne i zbliżyć chwile przebudowy ustroju państwa, a otwierający się na Wschodzie okres walk ciężkich zniewoli je do zmiany polityki względem naszego narodu. Rosja będzie zmuszona liczyć się z nami. Wtedy od naszego zachowania się, od naszego rozumu politycznego, od naszej stanowczości i energii, od zgodności w naszych szeregach narodowych zależeć będzie los najbliższych polskich pokoleń.

Oczekując tej chwili, czuwać dziś musimy nad postępowaniem całego naszego społeczeństwa, strzec je od fałszywych kroków, od wszystkiego, co mogłoby wytrącić je z równowagi i zmniejszyć przez to jego siły. Taką rolę odgrywałyby w obecnym położeniu wszelkie tylko wystąpienia; nie krępując wielce swobody rządu w jego działaniach wojennych, wprowadziłyby tylko dezorganizację w nasze własne szeregi. Pierwsze próby agitacji w tym kierunku zjawiły się już i niewątpliwie ponawiane będą w miarę niepowodzeń wojennych Rosji. Przeciwdziałać im trzeba z całą siłą. Nie możemy pozwolić na to, żeby rządy obce przez swych agentów prowadziły nasz lud w kierunku dla nich korzystnym, ani na to, żeby choć kropla krwi polskiej przelała się w bezużytecznych próbach, wywołanych przez nasze własne niedojrzałe żywioły .

 

K o n s e k w e n c j e

Właśnie to stanowisko polityczne zawarte w powyższej odezwie skłoni Dmowskiego do bezpośrednich działań zarówno przeciwko formacjom obozu ugodowego, jak i próbom wywołania w Królestwie walk powstańczych skierowanych przeciwko Rosji i będzie jego głównym powodem podróży do Japonii. Już na początku wojny podczas spotkania arystokracji 22 lutego 1904 w Warszawie u księcia Włodzimierza Czetwertyńskiego podjęto decyzję w sprawie ufundowania pociągu sanitarnego dla wojsk rosyjskich na Dalekim Wschodzie. Komitet Arcybiskupi, pod przewodnictwem arcybiskupa Wincentego Popiela - metropolity warszawskiego- będzie się właśnie tymi sprawami się zajmował. Obok przyczyn politycznych trudna sytuacja socjalna znacznej części społeczeństwa spowodowała, że już w marcu 1904 r. Liga Narodowa wyda odezwę o nieskładanie dobrowolnych ofiar na cele wojenne. Akcję dobrowolnych darów popierała głównie grupa ugodowa ,,Kraj” w Petersburgu i ich zwolennicy w Królestwie. Jednakże znaczna część gmin bojkotowała składanie ofiar na cele wojny. Na przykład w Płońsku, gdzie prowadził działalność członek Ligi Narodowej dr Leon Rutkowski ,mimo nacisku naczelnika powiatu ludność miejscowa odmówiła składania ofiar ,a na zebraniu wybitniejszych obywateli Polacy głosowali za tym, by z racji wojny dać po 250 rubli na kartofle dla najbiedniejszych Polaków i Żydów.

Akcja ugodowa, polityka wiernopoddańcza wynikała, zdaniem Dmowskiego, z nakłanianiem liderów tej polityki w Polsce do porzucenia postawy wyczekującej, która była w owej chwili dla sprawy naszej najkorzystniejsza. Drugim kierunkiem, z którym Dmowski się nie zgadzał uważając, że nie ma najmniejszych szans powodzenia i jest wielce szkodliwy dla sprawy polskiej, to działania powstańcze przeciwko Rosji. Zauważał słusznie, że wywołane w ten sposób w Rosji silne nastroje antypolskie doprowadzą do krwawego stłumienia powstania i prawdopodobnie uzależnienia Rosji od Niemiec, odsunięcie się jej od Francji, a tym samym powstania nowego korzystnego dla Polski układu międzynarodowego, w którym główni zaborcy znajdą się po przeciwnej stronie barykady. W tej trudnej sytuacji Dmowski obawiał się powtórzenia konwencji Alvenslebena. W kilkanaście lat później napisze w tej sprawie: Rosja mając wojnę na Dalekim Wschodzie, wojnę jak się okazało bardzo ciężką przy fatalnym stanie organizacji rządu i armii oraz przy groźnym położeniu wewnętrznym, znajdowała się niejako w łasce swego zachodniego sąsiada. Dawano jej do zrozumienia, że Niemcy mogłyby z jej kłopotów skorzystać i zapłacić jej za przymierze z Francją. To zmuszało ją do zabiegów w Berlinie o przyjazną neutralność, którą gotowe były w każdej chwili ofiarować i tanim kosztem swój wpływ w Petersburgu wzmocnić. Skończyło się tym, że Berlin dał rządowi carskiemu zapewnienie co do bezpieczeństwa na zachodniej granicy i znów uzależnienie się Rosji od Niemiec zostało o kilka kroków cofnięte. Ma się rozumieć, dużym dla Niemiec ułatwieniem w tej operacji były początki ruchu powstańczego w Królestwie. Powtarzała się na mniejszą skalę historia konwencji Alvenslebena.

Znów dla Niemiec! Rok 63 pracował dla Prus… Teraz znów, podczas wojny japońskiej, korzyści z ruchawki w Królestwie wyciągną Niemcy. Więc wszelkie próby powstańcze, zaczynając od 63 r., były tylko z korzyścią dla Niemiec. Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy to może być tylko zbieg okoliczności – za wiele w tym prawidłowości, za wiele konsekwencji. A nie przychodziło mi wtedy jeszcze do głowy, że będę kiedyś patrzył na legiony polskie maszerujące obok pułków pruskich w braterstwie broni…

B e z e k s p e r y m e n t ó w

Polityka realnego interesu narodowego, dla dobra ojczyzny, rzeczywiście niepodległościowa, nie może być, zdaniem Dmowskiego, polityką ,,prób i błędów”, jak tego chcieli ugodowcy i zwolennicy powstania. Dlatego podczas wojny japońsko-rosyjskiej walkę zbrojną uzna przede wszystkim za kwestię taktyki, a nie kwestię zasadniczą, jak to było w polityce polskiej przed 1863 r. Jako kwestia taktyki pisze - powstanie nie może być dogmatycznie ani przyjmowaniem ani odrzucaniem(…) ale właśnie jako taktyczny środek walki, powstanie nie może nosić znamion odruchu, jak to było w znacznym stopniu w ostatnim naszym zbrojnym wystąpieniu, ale długiej i dobrze przygotowanej, planowej wojny, mającej widoki zwycięstwa. Jednakże w ówczesnym okresie Dmowski nie uznawał za słuszne wchodzenie polityki narodowej na drogę powstańczą. W istniejących uwarunkowaniach i sytuacji zręby polskiej państwowości należy, jego zdaniem, budować na drodze legalnej i nielegalnej, konsekwentnej, ale politycznej walki o polski samorząd, język, polską kulturę, prawa narodowe itd., walki zwiększającej stopniowo upodmiotowienie polityczne narodu polskiego.

Dogłębnej analizy polityki powstańczej (rewolucyjnej) i tzw. lojalnej dokona Dmowski w artykule Doktryna i realizm w Polsce z 1904 r. W artykule między innymi wykazuje, że antytezą drogi rewolucyjnej, czyli powstańczej stał się lojalizm wobec zaborców. W sumie te dwie drogi w istniejącej wówczas sytuacji są błędne i dla narodu szkodliwe. Dlatego też wskazuje na konieczność syntezy tych dwóch przeciwstawnych kierunków i metod politycznego działania, ponieważ myśl politycznego działania narodu zawsze biegnie po przekątnej miedzy tymi skrajnymi punktami. Proponuje dokonania syntezy tych dwóch skrajnych kierunków , których syntezą ale i zarazem antytezą powinna być polityka realna, pragmatyczna, którą mimo przeszkód i trudności stara się realizować polski ruch narodowy. Ta polityka realna to zarazem walka z myślą apolityczną, doktrynerstwem rewolucyjnym (powstańczym), ugodowym. W tej polityce każda taktyka, każdy środek będzie odpowiedni, jeżeli jest trafny w danych okolicznościach miejsca i czasu w danym układzie stosunków międzynarodowych i międzypaństwowych. Ta taktyka politycznego realizmu wiąże się ,według Dmowskiego, również z aspektami etycznymi.

P r z e c i w s k r a j n o ś c i o m

W pełni świadomy istniejącej sytuacji politycznej, przywódca ruchu narodowego odrzuca skrajność wyrażającą się w ugodowości i idealistyczną przejawiającą się w programach powstańczych. Doktryna rewolucyjna(powstańcza) - pisze Dmowski w 1904 r. - jest zwyrodnieniem niemal żywiołowego dążenia narodu, świadomego swej żywotności i sił, do odzyskania niepodległości państwowej. Doktryna ugodowa jest ujęciem w ciasną i suchą formułę również przyrodzonego instynktu zachowawczego, nakazującego organizmowi narodowemu przystosowanie się do warunków, w których istnieć musi, nie mogąc ich na razie zmienić wysiłkiem swej energii. Jeśli celem realnej polityki narodowej, syntetyzującej wartości zawarte w tych dwóch skrajnych tendencjach, będącej zarazem wyrazem instynktu samozachowawczego, umiarkowania, dążności do kompromisu, było odzyskanie niepodległego bytu narodowego, to polityka ta miała być w swej istocie jednolita, konsekwentna, ciągła, mimo zmian w jej taktyce. W różnych sytuacjach przy wyborze środków i sposobów działania polityka ta nie mogła być krępowana dogmatycznymi wskazaniami ugodowego czy rewolucyjnego doktrynerstwa.

Konsekwentna walka prowadzona przez Ligę Narodową pod kierunkiem Dmowskiego z ugodą, zwłaszcza ideą trójlojalizmu szerzącego się we wszystkich zaborach, pozostanie - jak zauważa historyk Wilhelm Feldman - zasługą prądu narodowo demokratycznego

Już zresztą pod koniec XIX w. wraz z krystalizowaniem się ideologii i fundamentów polityki narodowo-demokratycznej odrzuca Dmowski drogę powstania, jako aktualną metodę walki politycznej. Niewątpliwie na akceptowanie wcześniej przez Dmowskiego, w początkowym okresie jego działalności, metody powstańczej wpływ miały wartości znajdujące się w ideologii Ligi Polskiej, powodujące, że Narodowa Demokracja jeszcze do schyłku XIX w. była przesiąknięta tradycjami powstań choć do powstań nie dążyła. Już na progu XX wieku Dmowski uważa i głosi publicznie, że program powstańczy w ówczesnej sytuacji nie ma realnych podstaw dla urzeczywistnienia celów niepodległościowych. W artykule Listy do przyjaciół politycznych zamieszczonym na łamach Przeglądu Wszechpolskiego w 1901 r. pisze: powstanie byłoby niedorzecznością (…) ruch nasz oznacza w polityce narodowej zwrot stanowczy od programów powstaniowych. W następnym roku w artykule Nielegalność napisze: Dziś powstanie w stylu 63 r. jest absolutną niemożliwością, za to możliwą i konieczną jest stała walka ze szkodliwymi dla narodu prawami, a właściwie bezprawiem rządu.

S t o s u n e k d o m i n i o n y c h p o w s t a ń

W ewolucji swych poglądów Dmowski dochodzi do odrzucenia programu powstańczego oraz krytyki polskich przegranych powstań zwłaszcza XIX - wiecznych. Najbardziej krytycznie odnosił się do inspiratorów i przywódców powstań, natomiast hołd składał ofiarnie walczącym powstańcom. Nieco później będzie wskazywał, że powstania nie były w rzeczywistości walką o odbudowanie państwa polskiego, lecz raczej próbą zbrojnego protestu przeciwko uciskowi zaborcy. Przywódcy powstań nie mieli nawet koncepcji w sytuacji powodzenia - zwycięstwa powstania, nigdy nie liczyli się z położeniem międzynarodowym i na jego wybuch wybierali momenty politycznie najmniej korzystne, najbardziej nie odpowiednie. Powstania - będzie twierdził – wywoływano wbrew woli ogromnej większości społeczeństwa, któremu narzucane były przez garść młodzieży i w konsekwencji przynosiły naszym wielkim kosztem korzyści tylko innym - zaborcom. I tak, jego zdaniem, powstanie listopadowe ,,było dywersją”, które od zbrojnej interwencji prusko-rosyjskiej uchroniło rewolucyjny Zachód. Jedynie pozytywnym aspektem było to, że nie służyło bezpośrednio interesom wrogów Polski. Surowiej ocenia konsekwencje powstania styczniowego, ponieważ umożliwiło Prusom związanie z sobą Rosji poprzez konwencję Alvenslebena, oddalenie jej od Francji – i to na niekorzyść Polski, a w konsekwencji zjednoczenie Niemiec pod hegemonią Prus. Skutkiem powstań – pisze Dmowski- położenie polityczne ziem polskich pogorszyło się olbrzymimi krokami, więzy niewoli zacieśniały się z niemożliwą w innych warunkach szybkością. Po powstaniach następował spadek sił fizycznych i moralnych narodu, przychodziła apatia i bierność, ułatwiając wrogom zniszczenie Polski. Tak więc utrwalała się bierność jako polska cecha narodowa, a apatyczne zachowanie się narodu polskiego wobec obcych, zaborczych rządów, przy jednoczesnym braku konsekwentnej, rozsądnej reakcji na wyrządzane krzywdy, uniemożliwiało, blokowało wyzwalanie energii narodowej, nie otwierało również pola działania dla jednostek aktywnych. W istniejącej sytuacji powstania narodowe zdaniem Dmowskiego spełniały również rolę instytucji mającej na celu podtrzymywanie bierność narodową , gdyż zabierały co pewien czas jednostki najbardziej energiczne, niezdolne do wegetacji w niewoli, pozwalając reszcie wytrwać bez przeszkody w ustalonym systemie narodowego życia. Wchodzenie zatem w pełnię życia narodowego nowych roczników nie mogących znaleźć konstruktywnego ujścia swojej energii niosło z sobą niebezpieczeństwo wywołania powstania zbrojnego.

Twierdził również Dmowski, że powstania nie tylko zniszczyły wcześniejsze wpływy polskie na ziemiach wschodnich, zlikwidowały po 1864 r. sprawę polską w aspekcie międzynarodowym, ale i wytworzyły w świecie Polakom opinię narodu, dla którego nic zrobić nie można, bo on sam dla siebie zrobić nic nie umie. Ta surowa, aczkolwiek obiektywna, w opinii dmowskiego, ocena XIX-wiecznych powstań polskich wywoływała i wywołuje po dziś dzień wiele polemik i protestów w środowiskach ukształtowanych w kulcie wartości tradycji romantyzmu politycznego, w atmosferze apologii czynu powstańczego. Apologeci XIX-wiecznych powstań, a także powstania warszawskiego, wśród których jest wielu luminarzy polskiej nauki, twierdzą wbrew obiektywnej prawdzie historycznej, naginanej często do własnej koncepcji, że dzięki czynom powstańczym, przelewaniu krwi, naród polski mógł zachować swoją tożsamość i odzyskać własną państwowość. Tezy takie, jak i głoszona dawniej i dzisiaj propaganda na rzecz kultu powstańczego mają ściśle określone cele polityczne.

N a z a p r o s z e n i e J a p o n i i

Obawiając się w 1904 r. szkodliwego, tragicznego dla narodu polskiego postania , powtórzenia sytuacji z roku 1863 , konsekwencji negatywnych na kilkadziesiąt lat, postanowił Dmowski, gdy dowiedział się o planowanej podróży Józefa Piłsudskiego do Japonii, również się tam udać, w celu nakłonienia władz japońskich do niepopierania akcji powstańczej w zaborze rosyjskim. Tak więc po wybuchu wojny japońsko-rosyjskiej doszło do konfrontacji głównych kierunków politycznych nie tylko w kraju, ale i na Dalekim Wschodzie. Jednoczesną akcję o celach wzajemnie się znoszących przeprowadzili w Tokio Roman Dmowski - przywódca Ligi Narodowej, zwolennik metody konsekwentnej walki przede wszystkim politycznej oraz Józef Piłsudski - członek Polskiej Partii Socjalistycznej, zauroczony powstaniami, zwłaszcza styczniowym z 1863 r., zwolennik rewolucji i metod walk zbrojnych. Do Kraju Wschodzącego Słońca Józef Piłsudski udał się z ramienia Polskiej Partii Socjalistycznej inspirowanej politycznie oraz wspieranej finansowo przez socjaldemokrację niemiecką, na zaproszenie władz japońskich, które pokryły koszty jego podróży i pobytu w Japonii. Wybuch powstania w zaborze rosyjskim zwłaszcza korzystny był politycznie dla strony niemieckiej, planującej podporządkować sobie Rosję w celu realizacji planów Mitteleuropy, czyli zawładnięcia środkową Europą. Socjaldemokracja niemiecka wpływająca na politykę PPS nawiązywała również do wrogich wobec Rosji i narodów słowiańskich poglądów z połowy XIX w. swojego guru Karola Marksa, znajdujących się w Manuskripte über die polnische Frage,1863-64.

Cel polityczny swej podróży do Japonii Józef Piłsudski jasno przedstawił w swych Poprawkach historycznych pisząc: Zdecydowałem się od razu, że zgodzić się mogę na organizowanie pracy informacyjnej tylko w tym wypadku, jeśli Japonia zgodzi się na udzielenie mi pomocy technicznej w broni i nabojach. Głównego planowanego celu, o którym pisze w Poprawkach… jednakże nie zdołał Piłsudski osiągnąć, uzyskał jedynie pomoc finansową w postaci 20 tys. funtów na prowadzenie akcji dywersyjno-wywiadowczej na rzecz Japonii. Jednakże szybkie zakończenie wojny potwierdzone układem pokojowym zawartym w Portsmouth (USA) uniemożliwiło mu wywiązanie się z tych zobowiązań wywiadowczych wobec Japonii. Inicjatywę uzyskania wsparcia dla działań powstańczych ponawia dopiero dwa lata później w 1906 r., wchodząc w ścisłe wieloletnie kontakty z wywiadem państw centralnych, o czym mówił mi mój znajomy, szef sztabu Naczelnego Wodza gen. Sikorskiego pułkownik Aleksander Kędzior. O tym poinformował go szef sztabu wojskowego okręgu przemyskiego pułkownik Kanik, do którego zgłosił się Piłsudski z prośbą o umożliwienie mu nawiązania ścisłego kontaktu z austriackim wywiadem wojskowym. Jako współpracownik wywiadu państwa centralnego, przekazywał meldunki m.in. oficerowi II Oddziału Sztabu Generalnego w Wiedniu Włodzimierzowi Zagórskiemu, późniejszemu generałowi. Zagórski po zamachu majowym przetrzymywany był ponad rok w ciężkich warunkach w więzieniu w Wilnie, a po którym, gdy opuścił więzienie, wszelki ślad zaginął.

Piłsudski, będąc na usługach wojskowego wywiadu austriackiego na szczeblu korpusu (Hauptkundschaftstelle) przekazywał meldunki o sytuacji w zaborze rosyjskim, a za otrzymywane środki finansowe przygotowywał działania antyrosyjskie, w tym wywołanie powstania zbrojnego. Jako również przeciwnik państw ententy po wybuchu I wojny światowej wysłał - uzgadniając szczegóły z wywiadem austriackim - do zaboru rosyjskiego grupkę niedoświadczonych ,,chłopców”, tzw. strzelców i kilku skautów w celu wywołania tam powstania podobnego do styczniowego. Oddział ten próbował zmusić ludność kielecczyzny do akcji powstańczej, ale przeciwstawił się temu m.in. pisarz Henryk Sienkiewicz z Oblęborka, biskup kielecki ks. Augustyn Łosiński, przedstawiciele miasta Kielc, stwierdzając podczas spotkania w magistracie z dowódcą strzelców, że w zaborze rosyjskim Polacy idą z ,, Rosją i państwami sprzymierzonymi przeciwko Niemcom i Austrii” . Te różne działania przeciwko państwom ententy miały ten skutek, że Niemcy specjalnym pociągiem przywieźli 10 listopada 1918 r. z Magdeburga do Warszawy Piłsudskiego w celu objęcia władzy w ich interesie. W późniejszym okresie proniemiecką politykę Piłsudskiego doceniali przywódcy III Rzeszy. Po jego śmierci 13 maja 1935 r. i w dniu pogrzebu oddali mu hołd - na państwowych budynkach w Niemczech faszystowskich na znak żałoby flagi opuszczono do połowy. Sam Hitler i wielu innych faszystowskich dygnitarzy uczestniczyło we mszy za duszę zmarłego w berlińskiej katedrze katolickiej, przed którą dwie kompanie Wehrmachtu pełniło wartę honorową, co też było transmitowane przez radio na żywo. Na pogrzebie w Krakowie Adolfa Hitlera reprezentował z wielkim wieńcem m.in. Herman Göring. O przebiegu uroczystości pogrzebowych szczegółowo informowała prasa niemiecka, podkreślając dążenia Piłsudskiego do zbliżenia się do Niemiec, niechęć do parlamentaryzmu, Ligi Narodów oraz jego cechy wodzowsko-dyktatorskie.

W podróż na Daleki Wschód wyjechał Dmowski 27 marca 1904 r. z Krakowa, w którym wówczas mieszkał, planując dotrzeć do Japonii przed działaczami PPS, podróżującymi przez Suez w Egipcie. Wybrał szybszą drogę przez USA i Kanadę. Ten kierunek jego podróży był również związany z potrzebą odebrania w Chicago od członka Ligi Narodowej Stanisława Osada listów polecających do płk Smoleńskiego w Japonii, które załatwił korespondencyjnie płk Miłkowski ze Szwajcarii. Pewne kontakty z japońskimi sferami urzędowymi według Stanisława Kozickieg nawiązał Dmowski już w Europie za pośrednictwem Finów. Sam Dmowski podaje, że podczas pobytu w Londynie w latach 1898-9 osobiście zaprzyjaźnił się z młodym dyplomatą japońskim, który ze względu na swoje zdolności należał do potężnego klanu Choshu, sprawującego wraz z klanem Satsuma rządy w Japonii, i który był krewnym wieloletniego gubernatora Tajwanu, szefa sztabu generalnego, późniejszego ministra obrony gen. Kodamy. Z tym właśnie dyplomatą utrzymywał Dmowski jeszcze przed wybuchem wojny japońsko-rosyjskiej listowne kontakty i wspomina z wdzięcznością jego pomoc udzieloną mu podczas misji w Japonii.

P o d r ó ż w t a j e m n i c y

Zaopatrzony w listy polecające, wyjechał Dmowski do Japonii w tajemnicy. O tej podróży wiedziało raptem kilka najbliższych mu osób. Dla niewtajemniczonych miał podróżować do USA i Kanady w celu prowadzenia badań i studiów nad polskim osadnictwem w tych krajach. Ten cel podróży dla niezorientowanych wydawał się wiarygodny, jako że w lutym i marcu miał w Krakowie oraz Lwowie serię wykładów poświęconych tej problematyce. Podróż miała zatem mieć charakter wyłącznie badawczy, a nie polityczny. Jednakże tej tajemnicy nie udało się w pełni zachować. O celach podróży Dmowskiego dowiedziało się kierownictwo PPS poprzez Jamesa Douglasa, członka tej organizacji, a zarazem korespondenta i współpracownika lwowskiego narodowego Słowa Polskiego. James Douglas, korespondent Słowa Polskiego w Japonii, będzie informował listownie o każdym kroku Dmowskiego znanych działaczy socjalistycznych: Witolda Jodkę i Bolesława Jędrzejowskiego.

Prawie półroczną podróż Dmowskiego sfinansuje głównie Seweryn Jung z Warszawy, człowiek ofiarny, który już wielokrotnie wcześniej wspomagał finansowo Ligę Narodową. W drodze do Japonii odwiedzi Dmowski 28.III. 1904 r. płk Miłkowskiego w Zurychu , a w dwa dni później dotrze do Londynu, gdzie zaopatrzy się w obfitą już wówczas literaturę angielską o odległym kraju, celu swej podróży. Z Liverpoolu do Halifax w Nowej Szkocji wypłynął statkiem 7 kwietnia. Stamtąd udał się do Montrealu, gdzie 20 kwietnia prowadził rozmowy z miejscowymi urzędnikami na temat aktualnego osadnictwa polskiego i ruskiego (ukraińskiego) w Kanadzie. Przebywając w dniach 21-27 kwietnia w Chicago, odbył szereg spotkań i konferencji z tamtejszymi działaczami polonijnymi w sprawie programu pracy narodowej w USA. W dniu 27 kwietnia wyruszył z Chicago przez Manitobę ,,Canadian Pacific Railway” do Vancouveru, z którego wypłynął statkiem do Japonii 2 maja. Do Jokohamy dopłynął 15 maja, skąd udał się do Tokio, gdzie zamieszkał w hotelu ,,Metropole”. Korzystając z listów polecających oraz wcześniejszej znajomości z dyplomatą japońskim nawiązuje kontakt z japońskim sztabem generalnym, w pierwszej kolejności z gen. Fukushima, który to wcześniej konno przejechał przez całe państwo rosyjskie w tym tereny zaboru rosyjskiego .

M e m o r i a ł y i p r o p o z y c j e

Pertraktuje następnie z szefem sztabu gen. Kodamą, późniejszym ministrem obrony, na życzenie którego opracuje w języku angielskim dwa memoriały: o partiach politycznych w Rosji i o znaczeniu sprawy polskiej w polityce trzech mocarstw zaborczych oraz o głównych dążeniach narodu polskiego. Memoriały te po przetłumaczeniu na język japoński zostały rozesłane najwybitniejszym osobistościom japońskiego świata politycznego oraz ambasadom japońskim. Pierwszy memoriał przewidywał wybuch rewolucji w Rosji w przypadku zawarcia niepomyślnego dla niej pokoju. Drugi zaś akcentował, że nawet zwycięstwo Japonii nie będzie mogło wpłynąć na zmianę zachodnich granic Rosji.

Podczas czterogodzinnej rozmowy w prywatnej rezydencji Kodamy Dmowski zapoznawał generała z zawiłymi problemami Polski. Dyskusja miała serdeczny przebieg i dotyczyła również spraw toczącej się aktualnie wojny, przyszłości Japonii oraz Chin, różnic kulturowych między Dalekim Wschodem a Europą itd. Wszyscy czterej uczestnicy tej dyskusji uznali w konkluzji, że Japonia musi iść dalej własną drogą, stosując rozwiązania nowoczesne, zgodne z wymogami postępu, ale również i duchem narodu oraz jego tradycją.

Według danych japońskiego Sztabu Generalnego Sił Lądowych, wśród jeńców armii rosyjskiej znajdowało się 4658 pochodzenia polskiego i Dmowski podjął aktywne starania o poprawę ich warunków socjalnych. Cel ten był już ułatwiony ze względu na nawiązanie bliskich kontaktów z szefostwem sztabu generalnego. Na skutek jego starań polepszyły się warunki jeńców pochodzenia polskiego i postarano się o duchownego katolickiego, książki oraz materiały do pisania, powstał nawet rodzaj szkoły, w której jedni drugich uczyli. Ponadto obiecano Dmowskiemu, że Jeńcy Polacy, którzy po ukończeniu wojny nie będą chcieli wracać do Rosji, będą odesłani do Ameryki. Przyjmując propozycję rządu japońskiego udaje się Dmowski 16 czerwca 1904 r. w odwiedziny jeńców polskich do Matsujamy na wyspie Shikoku. W tej podróży towarzyszy mu konsul japoński we Władywostoku Kawakami, który później zostanie pierwszym posłem japońskim w Warszawie. Jego pobyt trwał tam dwa tygodnie. Upłynął głównie na rozmowach z rodakami.

N i e s p o d z i e w a n e s p o t k a n i e

Po powrocie z Matsujamy dotarła do Dmowskiego informacja, że w drodze do Japonii są już dwaj wysłannicy PPS, jadący pozyskać dla swych planów powstańczych w zaborze rosyjskim rząd japoński. Nad przybyszami - tj. Józefem Piłsudskim oraz Tytusem Filipowiczem, którzy skierowani zostali do Tokio za pośrednictwem ambasady japońskiej w Londynie - opiekę w Japonii sprawowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Pierwsze spotkanie Dmowskiego z przedstawicielami PPS nastąpiło 8 lipca 1904 r. podczas jego spaceru po mieście w towarzystwie korespondenta lwowskiego narodowego Słowa Polskiego oraz członka PPS Jamesa Douglasa. Po tym nieoczekiwanym spotkaniu, do którego nie chciał dopuścić Douglas, odwracając uwagę Dmowskiego, aby nie zauważył jadących w pchanej przez Japończyka rikszy Ziuka i Filipowicza, wszyscy wspólnie poszli do japońskiej herbaciarni. Tam właśnie Dmowski i Piłsudski umówili się na dłuższą ,,pogawędkę”. Groźba krwawego stłumienia ewentualnego powstania, gospodarczego zniszczenia Królestwa, moralnego osłabienia narodu w okresie kształtowania bardziej pomyślnej międzynarodowej koniunktury politycznej, rzutowała na rozumowanie Dmowskiego podczas jego dziewięciogodzinnej dyskusji z Piłsudskim, która odbyła się następnego dnia tj. 9 lipca. Próbowałem dowiedzieć się od kierowników PPS pisze Dmowski- co mają zamiar osiągnąć przez ruch powstańczy w Królestwie, jak się przedstawiają widoki jego powodzenia, jak sobie wyobrażają realne jego skutki. Usiłowałem ich przekonać, że to, co chcą zrobić, jest nonsensem i zbrodnią wobec Polski. Ani jedno, ani drugie mi się nie udało. W odpowiedzi dostałem porcję mętnych frazesów, wygłoszonych z ogromną pewnością siebie . Brak porozumienia w Tokio między tymi dwoma osobistościami o diametralnie przeciwstawnych koncepcjach i poglądach rzutować będzie na dzieje polityczne Polski przez następne dziesięciolecia. Tendencje, kierunki polityczne reprezentowane przez te dwie postacie z coraz większym natężeniem uwidocznią się w przededniu I wojny światowej oraz w okresie Polski międzywojennej. Wynikało to głównie z odmiennego pojmowania interesów polskich i metod rozwiązywania dziejowych problemów Polski. Dmowski i Piłsudski – jak ich charakteryzuje St. Kozicki - byli obok różnic czysto indywidualnych w myśli, uczuciach i charakterach produktem przeszłości dziejowej narodu, środowisk, z których pochodzili. Używając terminów ogólnych można powiedzieć, że Dmowski był przede wszystkim pragmatykiem, racjonalistą, a Piłsudski- idealistą, politycznym romantykiem, szkodzącym często Polsce.

O b a w y D m o w s k i e g o

Po dziewięciogodzinnej rozmowie Dmowski odniósł wrażenie, jakoby cele misji PPS były już załatwione. Zaniepokojony stara się za pośrednictwem Kawakamiego o audiencję u ministra spraw zagranicznych, barona Komury. Minister twierdzi, że prowadzone obecnie rozmowy z ambasadorem brytyjskim uniemożliwiają mu odbycie spotkania. Dmowski podejrzewa, że Komura pragnie rozmawiać wyłącznie z wysłannikami PPS i z nimi całą sprawę załatwić. Obawiał się, że minister Komura, będąc w złych stosunkach ze Sztabem Generalnym, opowie się za koncepcją Piłsudskiego. Nie mogąc odbyć bezpośredniej rozmowy z ministrem, przeprowadza rozmowę z wiceministrem spraw zagranicznych Chindą i dyrektorem departamentu spraw politycznych Yamazą. Następnie przesyła ministrowi Komurze notę wykazującą ujemne raczej następstwa dla Japonii powstania polskiego w zaborze rosyjskim. Obecnie Rosja - argumentował w nocie - w obawie przed powstaniem utrzymuje w Królestwie znaczne ilości wojska, wystarczające do stłumienia wszelkich rozruchów w ciągu kilku tygodni. Po ich stłumieniu może je bez większych obaw wycofać i skierować na Daleki Wschód. Korzystnym zatem dla Japonii jest stan niepokoju na zachodnich rubieżach Rosji, stan który ulegnie zmianie dopiero po stłumieniu powstania, jak to było po 1863 r.

Po wysłaniu tej noty szefowi dyplomacji japońskiej Dmowski udał się do sztabu generalnego, gdzie złożył jej kopie. Nie zastawszy gen. Kodamy i jego pomocnika generała Fukushimy, którzy przebywali wówczas na froncie w Mandżurii, odbył rozmowę z gen. Muratą, który twierdził, że podczas wojny rząd japoński w swych decyzjach politycznych związany jest ze stanowiskiem głównodowodzącego. Nie może zatem podejmować żadnych znaczących kroków bez zgody marszałka Oyamy. Gen. Murata zobowiązał się natychmiast przesłać kopie noty do Kwatery Głównej wraz z wiadomością o wizycie Dmowskiego w sztabie i jego komentarz do noty. Na stanowisko, jakie zajmie w przedmiotowej sprawie głównodowodzący marszałek Oyama, oczekiwał Dmowski z niecierpliwością. Po upływie dwóch tygodni generał Murata powiadomił go, że naczelne dowództwo odmówiło popierania polityki zmierzającej do wywołania wybuchu powstania w Królestwie, że może wracać spokojnie do Europy. Stanowisko zajęte przez dowództwo japońskie, zgodne ze staraniami Dmowskiego, zasługuje na uwagę. Prowadząc z Rosją wojnę nie skusiło się ono na ofertę Piłsudskiego odnośnie powstania w Królestwie. A przecież kłopoty Rosji na Zachodzie mogły być korzystne dla Japonii, co nie było bez znaczenia w okresie trudnych zmagań wojennych. To stanowisko japońskich czynników polityczno-wojskowych wypływające z długofalowych celów strategicznych zawierało również warstwę moralną sprowadzającą się do wysokiego poczucia odpowiedzialności nawet za innych, jakże rzadko występującą u jednostek pretendujących do odgrywania opatrznościowej roli w polskim życiu politycznym.

Tak więc Dmowski uratował naród polski przed tragedią, przygotowywaną przez uwielbianego dzisiaj powszechnie Piłsudskiego, zablokował również tym samym planowane przez Niemców uzależnienie od siebie Rosji, które doprowadziłoby podobnie jak po 1863 r. do klęski wojennej Francji i Zachodu podczas I wojny światowej. Polska wówczas nie odzyskałaby w 1918 r. niepodległości.

D o ś w i a d c z e n i a j a p o ń s k i e

O ile niebezpiecznym dla narodu polskiego było przebywanie Piłsudskiego w Japonii jako szkodliwy epizod polityczny, o tyle na Dmowskim Japonia wywrze duże wrażenie, jak żaden z wielu innych wcześniej i później poznanych krajów. Jej poznanie podczas dziewięciotygodniowego pobytu, wywołało w nim głęboką refleksję o charakterze społeczno-politycznym i ideologicznym. Refleksja ta w pierwszej fazie zachwieje systemem jego myślenia, lecz nieco później utwierdzi go w słuszności dotychczasowego ujmowania problemów i obranej drogi. Doświadczenia japońskie ułatwią mu zrozumienie istoty społeczeństw europejskich, otworzą oczy na potęgę ducha ludzkiego, olbrzymią rolę czynników moralnych i duchowych w życiu człowieka, społeczeństw i narodów. Dmowski dostrzega, że Japonia, która niedawno jeszcze była upokorzona przez USA, a także przez państwa europejskie, odnosi swe zwycięstwo w wojnie z Rosją głównie zwłaszcza dzięki patriotyzmowi, wierze we własne siły i niesłychanie głębokiemu poczuciu odpowiedzialności jednostki wobec ojczyzny.

Pobyt w Japonii potwierdził u Dmowskiego już wcześniejsze jego poglądy o wyższości wartości zbiorowego wysiłku narodu czerpiącego soki odżywcze z właściwie pojmowanej własnej tradycji i wiary religijnej, a także czynu wspólnoty narodowej nad czynem jednostkowym. Pogłębiła się jego wiedza z zakresu psychologii i etyki społecznej, umożliwiając głębsze spojrzenie na problemy człowieka i społeczeństw ludzkich. Zmienił się również jego pogląd na układ sił politycznych świata, Europy, a zwłaszcza na położenie Rosji i w tym aspekcie na kwestię polską.

Heroizm i poświęcenie narodu japońskiego, jego spójność, jedność duchowa, pracowitość, systematyczność, wytrwałość, poczucie obowiązku i odpowiedzialności to były wartości, cechy, których brak dostrzegał Dmowski w polskim społeczeństwie i o tym pisał już wcześniej, m.in. w Myślach nowoczesnego Polaka. W życiu narodu japońskiego zauważył wiele pozytywnych wartości niezbędnych do unowocześnienia polskiego narodu, mogących uczynić go podmiotem o wyższej niż dotychczas jakości, zdolnym do bardziej konstruktywnej, efektywnej walki o swe prawa, o suwerenność i pomyślny rozwój w przyszłości. Obserwując życie japońskie, rolę w nim jednostki, poświęcającej tak wiele ze swojego życia osobistego dla dobra wspólnego, dobra narodu, odnoszącego dzięki temu wiele sukcesów, utwierdził się Dmowski w przekonaniu, że program wszechpolski mówiący o jedności wszystkich Polaków niezależnie od miejsca zamieszkania i przynależności społeczno-klasowej, w polityce ogólnopolskiej jest jak najbardziej trafny, słuszny i pozytywny dla polskiego narodu. Dlatego zarazem postuluje w działalności wychowawczej położenie większego nacisku na uświadamianie obowiązków naturalnych, jakie jednostka ma wobec swojego narodu, na trwałe jej związanie ze wspólnotą narodową.

Wspominając rok później w 1905 r. w Podstawach polityki polskiej przeżycia w Japonii pisze o ścisłym związku jednostki, człowieka ze wspólnotą narodową: I nie przeczuwałem, że jedna wycieczka na Daleki Wschód więcej mi powie niż najwięksi myśliciele Europy (…) Na chwilę zdawało mi się, że na wiele rzeczy patrzę z zupełnie przeciwnego niż dotychczas stanowiska(…).Dowiedziałem się co najważniejsze, że w mej własnej duszy działają potężne instynkty, stanowiące główną dźwignię tego co u nas w Europie nazywamy patriotyzmem. Dowiedziałem się, że posiadam odziedziczoną w najtajniejszych głębiach duszy, mającą swe korzenie etykę narodową, niezależną od przykazań ani od altruizmu, a tym niemniej od egoizmu(…) Jego główną podstawą (związku jednostka - naród- dop. J.S) jest niezależny od woli jednostki związek moralny z narodem, związek sprawiający, że jednostka zrośnięta przez pokolenia ze swym narodem , w pewnej szerokiej sferze czynów nie ma wolnej woli , ale musi być posłuszną woli zbiorowej narodu, wszystkich jego pokoleń, wyrażającej się w odziedziczonych instynktach. Instynkty te są silniejsze nad wszelkie rozumowania i panujące częstokroć nad osobistym instynktem samozachowawczym, gdy nie są znieprawione lub wyrwane z korzeniami, zmuszają człowieka do działania(…) wbrew sobie samemu, bo do oddania życia, do poświęcenia droższych od niego rzeczy, gdy idzie o dobro narodowej całości. Tak więc ścisła jedność moralno-duchowa jednostki z narodem uzależniona jest w znacznym stopniu od nawiązywania przez pokolenia do minionej przeszłości i tradycji. W narodach, u których przeszłość i tradycja jest mocno gloryfikowana, o historii sięgającej kilku tysięcy lat, patriotyzm jest najgłębiej zakotwiczony w świadomości jednostki, wiążąc ją silnie z własnym narodem. I dlatego do najbardziej patriotycznych dzisiaj w XXI w. narodów, czyli o silnej jedności narodowej należą głównie narody azjatyckie o długiej własnej historii, takie na przykład, jak chiński, perski, żydowski itd. Narody te przede wszystkim dbają głównie o swoje narodowe interesy i niekiedy wykorzystują inne młodsze, mniej doświadczone, naiwne społeczeństwa. W stosunku do tych narodów o długiej tradycji, silnej tożsamości, u innych młodszych narodów zwłaszcza współczesnej Europy, jedność narodowa i patriotyzm gwałtownie się osłabia. To prowadzi do ich rozpadu na skutek eliminowania celowo przez rządzących- kształtujących kulturę, oświatę i media ze świadomości młodych pokoleń własnej przeszłości i tradycji, a zarazem lansowanie m.in. wyłącznie nie rodzimej kultury w tym polskiej ludowej, lecz pseudo kultury oraz wielokulturowości. Zmiana charakteru, a przede wszystkim rozpad narodów europejskich w XXI w., czyli całkowite wyodrębnienie, podporządkowanie sobie, zniewolenie człowieka-jednostki to planowa już od dłuższego czasu polityka różnych grup interesów pragnących zawładnąć i rządzić współczesnym światem.

I d e a n a r o d o w a

W nowej sytuacji roku 1905 , kiedy to wydarzenia w Rosji otwierały przed polityką polską nowe możliwości i perspektywy, doświadczenia japońskie wpłynęły na akcentowanie ściślejszego związku jednostki z narodem, jej heroizmu oraz nadrzędności interesu ogólnonarodowego. Wykrystalizowała się ostatecznie ideologia ruchu wszechpolskiego i dążono szczególnie do konsolidacji narodu pozbawionego własnej państwowości, a także jedności poglądów i działań. Przytoczona powyżej wypowiedź w Podstawach polityki polskiej wskazuje, że Dmowski nie zmienił zasadniczo swoich poglądów na naród, a jedynie położył- w oparciu o doświadczenia japońskie i aktualną sytuację polityczną - nacisk na inną niż dotychczas stronę zagadnienia. Wcześniej w swoich koncepcjach uwypuklał szczególnie czynniki wiążące jednostkę z narodem, zależne głównie od indywidualnej woli człowieka, później natomiast położył większy nacisk na te, które przyjmuje z zewnątrz od społeczeństwa- narodu. I są to głównie podstawowe zasady postępowania społecznego, politycznego, cechy charakteru wytworzone przez instytucje, tradycje, przeszłość itd. Położenie znacznego nacisku na ten aspekt więzi między jednostką a narodem, wynikający z tradycji i przeszłości, spowoduje nieco później, że publicyści liberalni będą starali wykazać , że Dmowski jakoby w swych poglądach całkowicie pozbawiał jednostkę praw i wolnej woli. Publicyści ówcześni i dzisiejsi nie próbowali dostrzec, że faktycznie praw jednostki - człowieka na ziemiach polskich pozbawiał ten, kto miał władzę - zaborca, a także wpływowy zamożny właściciel oraz biznesmen i dlatego właśnie jedynie wspólna, konsekwentna walka całego zintegrowanego narodu, należyte wypełnianie obowiązków narodowych przez wszystkie jednostki, mogło rozszerzyć realny zakres podmiotowych praw nie tylko wspólnoty narodowej, ale i człowieka do niej należącego. Prawa osobiste mogła tutaj rozszerzać jednostka wyłącznie poprzez swój naród, o ile wobec niego wywiązywała się ze swych obowiązków. Wiązało się to często z dobrowolnym, świadomym, własnym ograniczeniem praw i wolności osobistych na rzecz celów ogólnonarodowych, poprzez wewnętrzną dyscyplinę wynikającą z poczucia odpowiedzialności. Tej niezaprzeczalnej prawdy, starej jak gatunek ludzki nie dostrzegają jednak zwolennicy liberalizmu. Nie rozumieją, że w czasach antypolskiej polityki prowadzonej przez zaborców, rozwój liberalizmu był pożądany, ale w państwach zaborczych, ponieważ osłabiał represyjne funkcje struktur administracyjno-politycznych tych państw. Natomiast rozwijający się w społeczeństwie polskim liberalizm, spełniał i spełnia dzisiaj destruktywną rolę, osłabiając jedność moralno-duchową narodu walczącego z obcym i wielce szkodliwym zagrożeniem . I dlatego inna droga realna wówczas i dzisiaj nie istnieje, jak tylko wskazywana, nakreślona przez Dmowskiego, podkreślająca zwłaszcza zwiększone obowiązki człowieka - jednostki wobec swojego narodu znajdującego się w poważnym zagrożeniu.

Jeśli zaś chodzi o samą wolność jednostki- to zarzuty stawiane Dmowskiemu można byłoby uznać jedynie wtedy za słuszne, gdyby rzeczywiście istniała w konkretnym życiu ludzkim realna wolność absolutna. Wolność, o której się mówi, to na ogół fikcja zwłaszcza w dzisiejszych czasach, wykorzystywana przez zdegenerowaną już demokrację w celu przejęcia najczęściej władzy, dóbr materialnych i zniewolenie głównie za pośrednictwem mediów oraz systemu wychowawczo-prawnego nieświadomego współczesnego człowieka. I dlatego jej głosiciele, adwersarze Dmowskiego posuwają się tutaj do granic absurdu, atakując go celowo właśnie z pozycji wolnościowych, skrajnie indywidualistycznych, wypaczając jego rozumienie wolności. W koncepcji Dmowskiego wolność jednostki polega na realizacji celu wynikającego z potrzeby wewnętrznej m.in. z tzw. instynktu wspólnego, społecznego i narodowego, formującego zarazem pole duchowo-magnetyczne całego narodu, chroniące człowieka. A zatem w aspekcie subiektywnym jednostka ma możliwość realizacji swojej woli, gdy postępuje zgodnie ze swoim wewnętrznym duchowym głosem, instynktem-sumieniem. Jest to więc wolność człowieka ukształtowana w ramach określonej tradycji narodu ze znamionami wolności obiektywnej, realnej, a nie fałszywej, utopijnej lansowanej przez czynniki liberalno-lewackie i właśnie tego typu wolność nie poniża godności człowieka.

Natomiast samo pojęcie instynktu stosowane przez Dmowskiego po powrocie z Japonii nie miało charakteru biologicznego, jak się nieraz twierdzi, lecz psychiczno-duchowy. Instynkty, o których mówi, powstały, jego zdaniem, na skutek działania tzw. prawa automatyzacji, utrwalającego w świadomości ludzkiej dziedzictwo kulturowe, tradycje, historię itd. Są zatem wytworem życia społecznego i łączą teraźniejszość z przeszłością i przyszłością. Decydującą rolę w ich kształtowaniu i rozwijaniu przypisze państwu, pisząc: byt państwowy buduje na nich (instynktach) właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych, plemiennych; on ją też rodzi w całości tam gdzie nawet jej podstaw nie było. Tak więc źródła instynktów narodowych o charakterze psychiczno-duchowym tkwią już w odległej przeszłości i u ludności polskiej w okresie przed państwowym, przedchrześcijańskim, słowiańskim, ale jeżeli nie istniały wówczas – tworzyły je wpływy później powstałego państwa. W XXI wieku wszystko się zmieniło - w Europie, a zwłaszcza Unii Europejskiej, instytucje zwane państwem, zmieniając często ukierunkowanie psychiki człowieka, niszczą właśnie tożsamość narodową. Jedynie instynkty narodowe, dziedzictwo przeszłości mocno są zakotwiczone, jak wspomniano wcześniej zwłaszcza w świadomości starych narodów istniejących w dzisiejszych czasach. W koncepcji Dmowskiego instynkty będące wytworem przeszłości, tradycji i państwa, zmieniają się również historycznie, terytorialnie i dotyczą podstawowych zagadnień życia narodu. Interpretacja tego pojęcia – instynktu wywołuje wiele nieporozumień co do poglądów Dmowskiego na relację jednostka - naród, a wynika to również z odmiennej treści tego pojęcia w 1905 r. i okresie późniejszym. Pojęcie to, kiedy je stosował, miało charakter, jak już wspomniano wcześniej, psychologiczno-duchowy, a dopiero później po I wojnie światowej uczeni nadali mu zabarwienie typowo biologiczne. Słowo instynkt, jak słusznie zauważa Zygmunt Stermiński, zawierało różne treści w różnych okresach historycznych. Występowało już w starożytności i przejęła go filozofia nowożytna, rozumiejąc pod tym pojęciem pewną formę prawa naturalnego. Pod koniec XIX wieku to pojęcie definiowano m.in. w następujący sposób:

- Instynkt to rodzaj zorganizowanej pamięci (Spencer) - Instynkt to odziedziczona pamięć (Butler) - Instynkt to suma odziedziczonych zwyczajów (J.J. Murpi) - Instynkt to odziedziczona zdolność, a specjalnie- odziedziczony zwyczaj (Einer)

Tak więc pojęcie instynktu w okresie, kiedy Dmowski je stosował, było bardziej bogate, oznaczało znacznie więcej niż dzisiaj i nieporozumieniem są próby interpretowania go według współczesnej nomenklatury, jeżeli nie dąży się celowo do świadomego deformowania omawianej koncepcji.

Niewątpliwie podróż do Japonii wpłynęła na ostateczne ukształtowanie polityczne 40-letniego Dmowskiego, na wzrost jego politycznej dojrzałości, ale nie zmieniła zasadniczo jego poglądów na istotę narodu, nie zrobiła z niego jak się dzisiaj często mówi totalitarysty. Te poglądy wyrażają jedynie przeciwnicy idei patriotyczno-narodowej w sposób wypaczony, z wielką ignorancją interpretując jego myśli, wypowiadając na ogół zgoła fałszywe opinie.

Jacek Smolarek

Spółdzielczość - zagadnienie teoretyczne - pro memoria

Dziś tematem naszych dywagacji będzie spółdzielczość. Spółdzielczość jako zagadnienie teoretyczne w szeroko rozumianej formule dziedzin gospodarczych. Skąd taki teoretyczny wtręt w opisie rodzaju systemu gospodarczego? Otóż jest kilka fundamentalnych kwestii dotyczących proweniencji spółdzielczości bez rozstrzygnięcia których temat mógłby być odebrany, jako nie merytoryczna retrospektywa sentymentalna, wskazująca na tendencyjnie lewicowe zabarwienie moich doświadczeń zdobytych w czasie lat aktywności zawodowej. Choć mówi się, że kto za młodu nie był socjalistą ten na starość nie będzie porządnym człowiekiem.

Tę mądrość nie całkiem przypadkowo przytaczam w tym miejscu. Socjalizm, nie będzie tu podstawą rozważań ideologicznych, ponieważ biznes to biznes i jako taki przymiotników nie potrzebuje, nie mniej jednak nie da się rozdzielić socjalizmu od spółdzielczości, bo podstawową kwestią jest fakt, że spółdzielczość nie jest wynikiem wysiłku intelektualnego myśli komunistycznej. To nie jest - jak twierdzą niektórzy - ideologia rodem z radzieckiego czy bolszewickiego systemu wartości.

System gospodarki radzieckiej w ogóle nie ma nic wspólnego z zasadami spółdzielczości. Spółdzielczość bowiem zaistniała dużo wcześniej niż zaistniał Związek Radziecki. Wcześniej nawet niż powołano Pierwszą Międzynarodówkę. Nie mniej jednak wypreparowanie ze znanych już w ów czas zasad spółdzielczości niektórych jej elementów, pozwoliło bolszewikom na wykoślawienie jej filozofii i stworzenie na własny użytek ideologii, na której oparte zostały zasady funkcjonowania sowchozów i kołchozów.

Tak więc spółdzielczość to zdecydowanie filozofia niż ideologia. To co odróżnia filozofię od ideologii to kwestia indywidualizmu w spółdzielczości. Indywidualizm był niezgodny z doktryną komunistyczną. Chociaż organizacja spółdzielczości ma charakter kooperacji i współpracy, to oparta jest wyłącznie na wspólnocie celów gospodarczych i tezauryzacji (skromnych) środków do realizacji wspólnie podjętych zamierzeń gospodarczych przez ich właścicieli. Mają one charakter prywatny i indywidualny – czyli, są rodzajem asocjacji - rozumianej jako kooperacja lub spółdzielczość.

Istnieje spór o “ojcostwo” socjalizmu i spółdzielczości. Jedni twierdzą że prekursorem ideologii socjalistycznej jest Tomasz Morus. Inni że T. Morus był prekursorem spółdzielczości. W dziele pod tytułem UTOPIA” (rok 1516) Tomasz Morus na swojej wyspie Utopii stworzył fikcyjne królestwo. Przedstawił tam wizję idealnego państwa i systemu społecznego, gdzie ustrój to właśnie socjalizm oparty na asocjacjach drobnych producentów, rolników i rzemieślników. Rozwój przemysłu T.M. uważał za zło. Wszyscy tam (na Utopi) mieli pracować, ale tylko 6 godzin dziennie i żyć skromnie.

Utopia była zapewne odpowiedzią T. Morusa dla napisanej w 1509 roku. Pochwały głupoty”, rozprawy filozoficznej Erazma z Rotterdamu (przyjaciela T.M.), będącej krytyczną satyrą społeczeństwa renesansu. Erazm z Rotterdamu skrytykował tam przekupstwo, hipokryzję oraz rozwiązłe obyczaje kleru. Należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że T. Morus żyje w XVI wieku, jest kanclerzem koronnym na dworze Henryka VIII. W historii myśli ekonomicznej XVI wiek określa się jako koniec okresu śródziemnomorskiego a początek okresu atlantyckiego, więc jako początek ery kapitalizmu. Z tego wynika, że teoria socjalizmu sformułowana została na początku ery kapitalizmu. Ta wiedza pozwoli nam walnie rozprawić się ze wszystkimi “uczonymi” styropianowcami, którzy i socjalizm i spółdzielczość uważają za wymysł ludzi radzieckich zaimportowany przez nierozgarniętych Polaków. Niestety w innych dziedzinach nauki prawicowcy mają podobny potencjał intelektualny. Ale do rzeczy.

Przemyślenia T. Morusa “leżakowały” przeszło 300 lat aż do 1844 roku. Celowo pomijam tu cały okres XVII i XVIII wieku, kiedy podejmowano próby różnorodnych zmian i modernizacji kierunków socjalizmu utopijnego. Niewątpliwie jednak przyczyną powstałego systemu była reakcja na procesy industrializacyjne i mechanizacyjne zachodzące najpierw w Anglii, Francji, Niemczech, potem w Europie Środkowej. Spośród wszystkich ruchów robotniczych, spółdzielczość jest rewolucją ponieważ zmierza do całkowitego i fundamentalnego przekształcenia ustroju społeczno-gospodarczego. Motyw zysku, wśród teoretyków spółdzielczości jest zjawiskiem wtórnym, choć nie marginalnym, ponieważ według nich to spożycie a nie wytwórczość jest sprawdzianem dobrobytu społecznego.

Spółdzielczość wprowadza nową zasadę podziału bogactw świata, zasadę uwzględniającą potrzeby ludzkie, a posiadany kapitał jest problemem wtórnym. A więc spółdzielczość jest efektem myśli socjalizmu utopijnego, która w procesie ewolucji ogromnej ilości realizowanych przeróżnych koncepcji wykrystalizowała podstawy współczesnej spółdzielczości.

Jako twórcę spółdzielczości zwykło się wskazywać Roberta Owena i o nim słów kilka. Owen pochodził z bardzo biednej rodziny. Jako dziesięcioletni chłopiec rozpoczął pracę zarobkową i własną pracą osiągnął status przemysłowca. Mimo to walczył z ustrojem, którego był przedstawicielem, z ustrojem który generował biedę i poniżenie człowieka. Całe życie R. Owen był owładnięty myślą o przyczynach krzywdy ludzkiej i cały swój majątek poświęcił na planowanie i próby urzeczywistniania nowego ładu społecznego. Uświadomił sobie, iż nędza społeczna i wszelkie związane z nią nieszczęścia są wynikiem panującego systemu gospodarczego. System ten pozwalał kapitałowi wyzyskiwać tysiące mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci w imię swego zysku. Sama realizacja zysków - w cenie miejscowej (detalicznej) uzależniała masy spożywców od kupców i przemysłowców prywatnych, ponieważ płace (podobnie jak dziś) nie były w żadnym stosunku ani do włożonego wysiłku, ani też do potrzeb wytwórcy.

R. Owen krytykował współzawodnictwo kapitału o zyski, a robotników o pracę. W takim ustroju (wg. R.O.) zło bierze górę zawsze i wszędzie. Jednak jego konstrukcje asocjacyjne stawiały sobie zbyt idealne i zbyt rozległe cele, miały być wszechstronne i dlatego wkrótce upadały. Faktycznymi twórcami pierwszego przedsiębiorstwa spółdzielczego stanowiącego wąską kooperację spożywczą byli skromni angielscy tkacze z Rochdale. To oni w 1844r założyli w 28 osób spółkę spożywczą, która rozwinęła się niezwykle pomyślnie. Ci rozsądni robotnicy skupili całą uwagę na prowadzeniu swego sklepu, który miał na celu zaopatrywanie członków w produkty dobrego gatunku i po rzetelnych cenach. Każdy z dwudziestu ośmiu założycieli wniósł udział wysokości jednego funta szterlinga, każdy na zebraniach spółdzielni rozporządzał jednym głosem, a w swoim sklepiku, każdy z nich kolejno wykonywał funkcję sprzedawcy.

Ta organizacja stała się dla Anglików wzorcem do naśladowania, do tworzenia całego szeregu spółek o charakterze spożywczym. Rochdalscy tkacze znani są też jako “Sprawiedliwi Pionierzy”, którzy działali zgodnie z zasadami teorii Roberta Owena. Przewodzili temu przedsięwzięciu zwykli tkacze Howarth i Cooper. Skupiają się jednak (odmiennie niż R. Owen) jedynie na handlu artykułami spożywczymi. Opracowali metody działania, których założenia obowiązują w spółdzielczości do dziś.

A oto zbiór obowiązujących w spółdzielczości spożywczej zasad. Sprzedaż towarów wyłącznie za gotówkę i po cenach detalicznych. – miejscowych. Możliwość udziału w asocjacji wszystkich chętnych. Równość głosów stowarzyszonych. Podział czystych zysków między członków w zależności od stopnia korzystania z oferty przedsiębiorstwa, tj. od wielkości dokonanych przez nich zakupów. Obowiązuje też zasada sprzedaży towarów wszystkim chętnym nie będącym członkami kooperatywy, przy czym zysk z tej sprzedaży ma być przynajmniej w połowie socjalizowany w formie funduszu rezerwowego, z przeznaczeniem na rozwój przedsiębiorstwa lub na cele społeczne. (czyli dzisiejsze fundusze udziałowe i zasobowe) Dopuszcza się też inny podział nadwyżki zgodnie z wolą i potrzebami spółdzielców (dziś Walnego Zgromadzenia). W organizacji obowiązuje zasada neutralności politycznej. W ten sposób rozpoczął się głównie w Europie ruch kooperacji (spółdzielczości) spożywczej. Pamiętajmy, że wszystkie pomysły i projekty rozwiązywania problemów egzystencjalnych społeczeństwa, mające na celu doprowadzenie do względnego egalitaryzmu, formułowane były w XVIII i XIX wieku.

Następnie asocjacje rozszerzyły swą działalność na sferę produkcji, dostarczając swoim członkom możliwość podjęcia pracy. Możliwa stała się kolektywizacja zysków z produkcji, do chwili, w której nastąpi całkowite zaspokojenie zapotrzebowania swoich członków co do pracy, wyżywienia, ubrania i mieszkania. Wtedy takie stowarzyszenia miały nazywać się wspólnotą. To kolejna ważna uwaga w kwestii nazewnictwa. Współczesna nomenklatura post solidarnościowa zawłaszczając termin wspólnota sprowadziła go do roli bezideowego, prymitywnego modelu polegającego na tworzeniu niezdefiniowanych w życiu gospodarczym podmiotów na bazie zawłaszczonego majątku spółdzielczego, bez liczenia się z realiami i powodami ich istnienia, twierdząc, że spółdzielczość gwałci podstawowe prawo kapitalizmu, czyli prawo własności. Formułowanie takiego stanowiska świadczy o kompletnym braku elementarnej wiedzy, ponieważ jak wspominałem, spółdzielnie - asocjacje powstające ze wspólnoty celów i dla gromadzenia wspólnie środków na realizacje wyznaczonego celu ergo - nominalnymi właścicielami majątku spółdzielczego są sami spółdzielcy.

Owe zrzeszenia były wyrazem protestu przeciwko temu iż cały zysk z produkcji przypadał kapitałowi. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z kapitalizmem korporacyjnym, bo spółdzielczość jest zrzeszeniem rozdrobnionego acz znaczącego kapitału, w którym z dóbr jakie są efektem pracy, korzystają wszyscy członkowie tego zrzeszenia. Zaś wspólnota może powstać na bazie istniejących i niezrzeszonych podmiotów w celu uproszczenia procedur związanych np. z administrowaniem nieruchomościami. Tak więc spółdzielczość to rodzaj wysoko rozwiniętej organizacji społeczno gospodarczej, która przede wszystkim wytwarza różne dobra ku pożytkowi ich licznych współwłaścicieli, charakteryzująca się jednak bardzo rozdrobnionym kapitałem. I choć nie daje się związać tej organizacji z żadną konstrukcją teoretyczną, to można sformułować następującą definicję kooperacji.

“(…)Kooperacją, czyli spółdzielczością jest sposób (metoda) prowadzenia przedsiębiorstwa zbiorowego, w którym podmiotem jest dobrowolny związek osób o nieokreślonej liczbie równouprawnionych członków, mających na celu prowadzenie przedsiębiorstwa ograniczającego swą działalność tylko do członków, przy czym zyski z przedsiębiorstwa rozdziela się między członków w stosunku do stopnia korzystania z niego, albo też zbiera się je na specjalnym funduszu w celu powiększenia przedsiębiorstwa lub na cele społeczne i w tym przypadku członkowie do takiego funduszu nie mają żadnych roszczeń.” (def. wg Edwarda Taylora prof. Uniwersytetu Poznańskiego zawarta w publikacji “O istocie spółdzielczości” str.36 wydanie II Poznań 1946).

To w zasadzie koniec opisu niesłychanie skróconej niemal encyklopedycznej teorii spółdzielczości. Ale już bez wydawania się w rozmaite teorie bez rozstrzygania o słuszności poglądów różnych ważnych postaci z zakresu teoretycznego rozwoju myśli gospodarki stosowanej możemy stwierdzić, że ta forma przedsiębiorstw ma swój niezaprzeczalny sens. Dowodem dla tej tezy jest wcześniej wspominana mnogość rozwiązań, zastosowanych w rozmaitych dziedzinach życia gospodarczego. Formy spółdzielczości stosowane były także w różnych dziedzinach przemysłu, handlu i usług. Z doświadczeń minionych lat wynika, że w relacjach handel - produkcja sama produkcja rozwijała się pomyślnie tylko wtedy kiedy sprzedażą wytworzonych przez spółdzielczość dóbr zajmowały się te same spółdzielnie rozszerzając zakres swojej działalności gospodarczej. Dlatego wszelkie asocjacje zajmowały się przede i wszystkim handlem, natomiast cała sfera usług, podobnie jak handel miał się dobrze we wszystkich dostępnych jej obszarach gospodarczych.

To dobra wiadomość w świetle wiedzy, że usługi i handel w rozwiniętych gospodarczo krajach dają zatrudnienie dla 70% pracujących. Owe 70% jest niezbędne dla funkcjonowania sektora wytwórczego w całości. Celowo nie rozwijam tematu możliwości jakie niesie ze sobą spółdzielczość. Myślę, że wyobraźnia czytelników podpowie wiele więcej możliwych rozwiązań niż sam mógłbym sobie wyobrazić, zresztą bardzo na to liczę, albowiem wszelkie przemyślenia zawsze są zaczynem koncepcji gospodarczych, dotyczy to również rolnictwa, które jako producent świetnie i korzystnie mogłoby funkcjonować w takiej asocjacji, albowiem pomijałyby “instytucję” pośrednika, co mogłoby obniżyć ceny detaliczne a zwiększyć zyski z produkcji.

Możliwości jest tyle ile istnieje tematów związanych z gospodarką – również rynkową. W ogóle spółdzielczość jest wspaniałym i komplementarnym suplementem gospodarki. Czemu w Polsce zapominany? Obawiam się, że dochodzę do smutnych wniosków. W Polsce nie istnieje żaden system gospodarczy. Brak nam rozwiązań strukturalnych determinujących charakter i kierunek rozwój gospodarki - tu produkcji. Nasz potencjał ekonomiczny ma charakter wczesno kapitalistycznych drapieżnych manufaktur, miast porządnego aspirującego do rodziny krajów europejskich cywilizowanego ustroju społeczno gospodarczego. Nie chcę być monotematyczny, ale po raz kolejny wychodzi, że nie realizujemy konstytucyjnej zasady Społecznej Gospodarki Rynkowej.

Niemożliwe żeby prezentowanej wiedzy nie mieli nasi rządzący. Wobec tego uprawnionym, jak sądzę jest domniemanie na granicy pewności, że przyczyną dla której mimo własnej woli musi działać wbrew interesom narodowym i nie realizuje tej zasady, jest kosztem jaki musi ponieść solidarność w związku z zaciągniętymi przed laty zobowiązaniami wobec zachodu. Współczesna lewica nie ma nic wspólnego z tymi zobowiązaniami, dlatego należy zrobić wszystko aby przejąć władzę, bez układów koalicyjnych. Nie wiemy kto będzie tym mężem opatrznościowym który zacznie realizować ww. zasady. Na polityce się nie znam i nie aspiruję do pozycji doradcy politycznego, choć chciałbym, żeby to lewica była tą siłą która uporządkuje gospodarkę w naszym kraju, dlatego przestrzegam przed aliansem z PO.

Adam Zbigniew Gusiew

Sekretarz Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową

* * *

"Artykuł Pana Gusiewa dot. spółdzielczości jest "na czasie". Autor, chyba dlatego by nie znęcać się nad ciasnotą umysłową projektantów ustawy w sprawie spółdzielczości, nic nie wspomina o tym, że spółdzielczość stanowi bardzo istotny składnik systemu gospodarczego i społecznego Unii Europejskiej. Przyjmowanie, a nawet sama dyskusja nad takim projektem w naszym Sejmie spotkać się może ze strony stolic europejskich z zapytaniem, jak to się stało, że Polska jakimś dziwnym trafem znalazła się w Unii Europejskiej. Nie chcąc rozwodzić się dłużej nad poziomem naszych niektórych polityków, zwracam uwagę, że polska spółdzielczość się broni. Tak np. Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP zbiera podpisy pod protestem członków spółdzielni mieszkaniowych do Parlamentu Europejskiego przeciwko naruszaniu celów, zasad i postanowień prawa unijnego obowiązującego na terytorium Polski w stosunku do 8 mln członków polskiej spółdzielczości i 300 tysięcy osób zatrudnionych w spółdzielniach. Ja już tę petycję zdążyłem podpisać".

Ze spółdzielczym pozdrowieniem,

Maksymilian Podstawski

Grupa Wyszehradzka, niektóre praktyczne kwestie językowe

(uwagi życzliwego, choć nieprofesjonalnego obserwatora)

Problematyka Europy Środkowej (obszar między Niemcami, Rosją, Turcją i Włochami) nie jest – wbrew pozorom - ulubionym tematem naszych dziennikarzy, publicystów i polityków. W dyskusjach poruszana jest obecnie najczęściej sytuacja na Ukrainie. Poważnym błędem byłoby umniejszanie znaczenia Ukrainy w naszym regionie, zresztą też poświęciłem jej kilka artykułów, ale – o ile specjalistów od Ukrainy wydaje się być u nas wielu – to osoby, które mogłyby w sposób całościowy ogarnąć tematykę środkowoeuropejską na ogół milczą. Pojawiają się co prawda informacje i próby analiz sytuacji w poszczególnych krajach, ale zbyt jeszcze rzadko ma to związek z sytuacją w całym regionie, który jakkolwiek sam jest zróżnicowany, posiada własne interesy i różni się znacznie zarówno od zachodu, jak i od wschodu Europy. Brak w Polsce periodyków poświęconych całościowo sprawom Europy Środkowej. Tematykę tę porusza częściowo “Nowa Europa Wschodnia” (kraje na Wschód od Polski) oraz “Insight Vishehrad Group”. Pojawiają się też u nas opracowania (publikacje i książki) poświęcone wyłącznie specyfice Bałkanów. Tematyka całego obszaru poruszana jest natomiast najczęściej w kontekście Unii Europejskiej i wtedy, gdy mowa o wspólnych, środkowoeuropejskich “akcjach” na forum Unii. Całościowo problematyka środkowoeuropejska analizowana jest też na portalu Grupy Wyszehradzkiej oraz w związku z funkcjonowaniem w Bratysławie Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Językiem Grupy Wyszehradzkiej i środkowoeuropejskiego regionu staje się język angielski. W tym więc języku powinien ukazywać się periodyk poświęcony Europie Środkowej. Dobrze, gdyby ukazał się on w Polsce, w dwóch językach: angielskim i polskim, a w swym angielskim wydaniu kolportowany był w krajach Europy Środkowej. W “Periodyku Środkowoeuropejskim” zamieszczane byłyby też co celniejsze artykuły (przedruki) dotyczące Europy Wschodniej, Grupy Wyszehradzkiej i Bałkanów.

Milan Hodża (1878-1944), czecho-słowacki federalista, którego często przywołuję, w żadnym swym tekście, jak mi się wydaje, nie zastanawiał się w jakim wspólnym języku porozumiewać się będzie w przyszłości zjednoczona Europa Środkowa, której zarysował zręby konstytucji. Sam Hodża uważany był za frankofila, ale swą pracę poświęconą federalizmowi w Środkowej Europie wydał w języku angielskim. Zresztą realia w owym czasie były takie, że Francja znajdowała się pod niemiecką okupacją, a Hodża opublikował swą pracę w Wielkiej Brytanii. Później przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie także propagował swoje idee. (M. Hodża, Federation in Central Europe, Jarrolds Publishers Limited, London, 1942). Dla Hodży wybór języka nie stanowił zresztą większego kłopotu; znał ich 8, w tym język polski. Odpowiedzi na pytanie w jakim wspólnym języku powinna porozumiewać się sfederalizowana Środkowa Europa nie znalazłem ani w tekstach Oskara Haleckiego (1891-1973), (będę wdzięczny za ewentualne sprostowanie), ani u Jerzego Brauna (1901-1975). Podczas II wojny światowej nie była to najważniejsza sprawa, w dodatku bardzo trudna do rozstrzygnięcia. Ponieważ ówcześni federaliści starali się jednoczyć nasz region w obawie przed Związkiem Radzieckim (Rosją) i Niemcami, więc domyślać się można, że takim językiem nie miał być ani rosyjski, ani niemiecki. Takim językiem nie mógł być też żaden z języków środkowoeuropejskich, w regionie o wspólnej co prawda przeszłości, ale tak bardzo pod wieloma względami zróżnicowanym i pełnym rywalizacji. Wszyscy federaliści środkowoeuropejscy, nie tylko ci przeze mnie wymienieni, przewidywali zresztą, że sfederalizowana Europa Środkowa dołączy w przyszłości do zjednoczonej Europy, w której prym, jak się później okazało, wiodą języki - angielski i francuski. Gdyby Niemcy hitlerowskie nie rozpętały II wojny, mógłby to być równie dobrze język niemiecki. Warto bowiem przypomnieć, że do II wojny światowej w Skandynawii na przykład “panował” niemiecki, a już po wojnie, do chwili obecnej “króluje” tam powszechnie angielski. Po II wojnie światowej Związek Radziecki wprowadzał do swej strefy wpływów w Europie Środkowej język rosyjski, który z różnym skutkiem wypierał, przede wszystkim, niemiecki. Obecnie ważnym językiem w Środkowej Europie, nie tylko dla elit, staje się angielski. Ma on tę podstawowa zaletę, że nie kojarzy się z żadnym państwem, które w przeszłości dokonywało na tym obszarze agresji; ani z Rosją, ani z Niemcami, ani z Turcją, ani z Włochami. Nie jest też angielski językiem któregoś z narodów Środkowej Europy, a więc nie jest językiem kraju, który potencjalnie mógłby pretendować do miana hegemona. Trzeba więc przyznać, że – obiektywnie rzecz biorąc - język angielski ułatwia integrację Środkowej Europy. Federacja w naszym regionie (dotyczy to także Bałkanów) miała przede wszystkim, jak sformułował to już książę Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861), chronić małe państwa przed zachłannością wielkich i pozwolić na ochronę ich narodowych interesów oraz narodowej tożsamości. (Maksymilian Podstawski, Milan Hodża i plany utworzenia Federacji Środkowej Europy, Przegląd Dyplomatyczny, t.2, nr 4(8) 2002, str.172). Stąd wynikała, co jest aktualne także obecnie, naturalna konieczność pielęgnacji w regionie kultur narodowych, w tym narodowych języków. Idea środkowoeuropejska nie ma bowiem na celu ujednolicenie regionu i nie ma nic wspólnego z kosmopolityzmem. Idea ta wyraża szacunek dla tradycji, kultury i żywotnych interesów środkowoeuropejskich narodów. Ewentualne próby rezygnacji z utrzymania tożsamości narodów w Grupie Wyszehradzkiej i Środkowej Europie, czy szerzej, w Unii Europejskiej, w sposób nawet niezamierzony powodować mogą tendencje odśrodkowe zarówno w Grupie, jak i w Unii. Oznacza to potrzebę trwałego uznania faktu, że Europa Środkowa jest i pozostanie wielojęzyczna. Przy czym bliskość językowa wielu narodów w regionie pozwala często, na poziomie kontaktów międzyludzkich, na porozumiewanie się we własnych językach. Tak już jest między Polakami, Słowakami i Czechami. Polakami a Ukraińcami i Białorusinami. Jeszcze większa bliskość językowa istnieje na Bałkanach, gdzie między serbskim, chorwackim. czarnogórskim i bośniackim różnice są minimalne. Podobnie między macedońskim a bułgarskim. Inna sprawa, że bliskość językowa nie przekłada się na sympatię między tymi nacjami. Węgrzy są często dwujęzyczni; ci zamieszkujący Serbię (Wojwodina), południową Słowację, Rumunię (Transylwania) i Ukrainę (Zakarpacie), ze swą znajomością języków słowiańskich stanowią naturalny pomost między światem węgierskim a słowiańskim. Wielu Albańczyków (a przede wszystkim Kosowarów) zna serbski, a w języku rumuńskim (nie literackim lecz tym mówionym na co dzień) ponad 20% słów to słowa słowiańskie. Profesjonalni językoznawcy obserwują zapewne ciekawe zjawiska jakie zachodzą na językowych pograniczach; np. język polski bliski jest dialektom słowackim, ukraińskim i białoruskim po drugiej stronie granicy (proces ten działa oczywiście i w drugą stronę). Z upływem czasu także na pograniczu polsko-czeskim wyłoni się prawdopodobnie “narzecze”, przejściowe między obydwoma językami. Mimo tych możliwości porozumiewania się na poziomie lokalnym i prywatnym osób różnych narodowości, w Środkowej Europie brak jednego, regionalnego języka, którym posługiwał by się cały region.

W internecie spotkać się można z pytaniami dotyczącymi statusu języka niemieckiego w Środkowej Europie, które sprowadzają się właściwie do kwestii, czy język niemiecki może w przyszłości okazać się językiem tego regionu. Wydaje, że niezależnie od znaczenia języka niemieckiego w całej Europie, nie tylko w Europie Środkowej, język niemiecki ma małe szanse, aby stać się, w najbliższej przynajmniej przyszłości językiem, który zastąpić mógłby język angielski. Znaczenie języka niemieckiego będzie oczywiście rosło (przemawia za tym siła niemieckiej gospodarki i rola Niemiec w UE), ale raczej nie osiągnie on światowego zasięgu porównywalnego do języka angielskiego, co nie wyklucza zupełnie tego, że może pretendować do pozycji jednego z języków regionu. Europa Środkowa, w tym Grupa Wyszehradzka, porozumiewa się z całym światem (np. w ciągu ostatnich lat z Chinami, Indiami i Japonią) w języku angielskim i nic nie wskazuje na to, aby nastąpiły tu jakieś zmiany. Wręcz przeciwnie; mające ostatnio miejsce ponowne, wyraźne zbliżenie między Stanami a Unią Europejską. (patrz: Maksymilian Podstawski, Nowa polityka Stanów Zjednoczonych wobec Europy, Nowe Perspektywy, kwartalnik, Nr 2-3 (9-10, czerwiec-wrzesień 2013) spowoduje dalsze podniesienie znajomości języka w angielskiego w Europie, w tym w Europie Środkowej. Tak więc mimo wyzwań jakim sprostać musi Ameryka na Pacyfiku, a może właśnie dlatego, Stany obecne będą nadal w przyjaznej sobie Europie. Stany pozostaną – już nie tak potężnym jak dotąd - ale w dalszym ciągu najważniejszym państwem Zachodu. Z kolei na zmniejszenie znaczenia języka angielskiego w naszym regionie i w całej Europie wpływ mieć mogą tendencje w Wielkiej Brytanii do osłabiania więzi z Unią Europejską. Równocześnie znaczenie Niemiec i języka niemieckiego rośnie, a Instytuty Goethego rozpowszechniają go na całym świecie, nie zapominając o Europie Środkowowschodniej. Ponieważ językiem Unii Europejskiej jest, obok angielskiego, francuski, ten ostatni ma też spore szanse w Europie Środkowej na “upowszechnienie”. Tym bardziej, że także Francuzi “nie zasypiają gruszek w popiele”. W Europie Środkowej członkami Frankofonii, organizacji skupiającej się na promocji języka i kultury francuskiej są – Rumunia i Mołdawia (co jest poniekąd naturalne), ale i Bułgaria. Członkami stowarzyszonymi: Albania, Chorwacja (to ostatnie też dość zrozumiałe), Grecja, Macedonia i Węgry. Obserwatorami: Czechy, Litwa, Łotwa, Polska, Słowacja i Słowenia. Wydaje się, że francuski powinien być częściej niż dotychczas nauczany w polskich szkołach równolegle z językiem angielskim (oba języki są językami unijnymi), co dotychczas jest rzadkością. Pewną szansą na większe niż dotąd stosowanie języka francuskiego w praktyce politycznej (ale także szansą dla niemieckiego, a nawet... polskiego) w Środkowej Europie może się okazać funkcjonowanie Trójkąta Weimarskiego (Francja, Niemcy, Polska), na forum którego omawiana jest często problematyka środkowoeuropejska. Domniemywać przy tym można, że obrady Trójkąta Weimarskiego nie odbywają się w języku angielskim. Miejsce polskiego w tej językowej konkurencji w Europie Środkowej jest, przynajmniej na razie, dość skromne. Poza granicami kraju znają język polski dość dobrze przede wszystkim osoby polskiego pochodzenia zamieszkujące Zachodnią Ukrainę, Zachodnią Białoruś, Litwę oraz Zaolzie. Ranga języka w relacjach międzynarodowych zależy od bardzo wielu czynników, a wśród nich bodaj najważniejsza jest pozycja gospodarcza danego kraju (w handlu światowym najbardziej liczą się kolejno: angielski, francuski i chiński). Miejsce Polski na mapie gospodarczej Środkowej Europy jest co prawda dość znaczące, a jej potencjał stale rośnie, ale problemy demograficzne naszego kraju nie wróżą językowi polskiemu świetlanej przyszłości. Mimo, że zarówno rząd, jak i opozycja pochylają się ostatnio nad tym problemem (lepiej późno niż wcale), to przyrost naturalny w Polsce jest wciąż niski. Z powodu bezrobocia, dochodzi do tego znaczna emigracja. Polaków w Polsce jest coraz mniej. Dlatego też językiem polskim, jeśli nic się nie zmieni, mówić będzie, po prostu, coraz mniej ludzi. Kluczem do naprawy tej sytuacji byłoby przede wszystkim znaczne przyspieszenie rozwoju gospodarczego Polski i wykorzystanie go do zlikwidowania tak drastycznego jak obecnie rozwarstwienia społecznego. Brak pracy i bieda dużej części społeczeństwa są przyczyną emigracji i niskiego przyrostu naturalnego. Jeżeli chodzi natomiast o cały region środkowoeuropejski, to wśród wielu wysiłków, jakie należałoby tu podjąć dla poprawy poziomu znajomości języka polskiego, powinien być jeszcze większy niż dotąd nacisk na dalsze zwiększanie liczby młodzieży ze Środkowej Europy studiującej w Polsce. Język polski raczej nie będzie w regionie językiem powszechnie znanym, (ta uwaga dotyczy przede wszystkim krajów na południe od Grupy Wyszehradzkiej), ale poważna część środkowoeuropejskich elit może i powinna go znać Także młodzież polska podejmować powinna w większym niż dotąd stopniu studia na środkowoeuropejskich uczelniach. Pozwoli to na łatwiejszą integrację Środkowej Europy w ramach całej Unii Europejskiej. Ten postulat, kształcenia młodzieży w sąsiednich krajach dotyczy także 3 krajów bałtyckich oraz Skandynawii.

W przyszłości przeciętny mieszkaniec Europy Środkowej będzie zmuszony do poznania kilku języków, przypuszczalnie znał ich będzie znacznie więcej niż mieszkaniec Europy Zachodniej. Proces ten przyspieszyć może ewentualna reemigracja z krajów zachodnich. Osoby z wyższym wykształceniem stanowić będą w naszym regionie przynajmniej 30% społeczeństwa (do tego poziomu Polska się już zbliża). Powszechna będzie znajomość języka angielskiego (tak jak to już jest w Skandynawii), przy znajomości (przynajmniej biernej) jednego z języków środkowoeuropejskich sąsiadów. Obok znajomości angielskiego, coraz więcej osób posługiwać się będzie językiem francuskim, niemieckim, a na wschodnich obrzeżach Europy Środkowej i Unii Europejskiej – rosyjskim. Na ponad czterdziestomilionowej Ukrainie język ukraiński wypiera stopniowo język rosyjski. Językiem ukraińskim posługiwać się będzie prawdopodobnie w przyszłości w naszym regionie największa liczba osób. Dla tożsamości Europy Środkowej i narodów w niej żyjących dramatem byłaby przeprowadzana siłą dominacja jednego obcego języka. Natomiast różnorodność wpływów językowych (i kulturowych) tożsamości środkowoeuropejskich narodów nie zagraża, a wręcz przeciwnie chroni. W globalnym świecie, rośnie znaczenie języków rzadkich i tych także należy się uczyć. Do języków rzadkich nie powinien w Polsce i Europie Środkowej należeć język chiński, którego znaczenie jest coraz większe, a dla krajów troszczących się o wzrost gospodarczy i wymianę handlową z Chinami, znajomość chińskiego wśród części elit powinna być priorytetem.

Powróćmy jednak do angielskiego. Oto kilka tylko przykładów jego stosowania w Grupie Wyszehradzkiej, zaczerpniętych z internetu. Podobnych przykładów znaleźć można w internecie kilkakrotnie więcej.

-Pełna wersja portalu Grupy Wyszehradzkiej w internecie istnieje tylko w języku angielskim. Inne wersje: polska, czeska, węgierska i słowacka są niepełne. Na portalu Grupy skorzystać można z unikalnego, pięciojęzycznego słownika czesko-węgiersko-polsko–słowacko-angielskiego, zawierającego 10 tysięcy słów. W Międzynarodowym Funduszu Wyszehradzkim, z siedzibą w Bratysławie, językiem oficjalnym jest język angielski. Tak np. osoby starające się o stypendia Funduszu Wyszehradzkiego wypełniają formularze w języku angielskim.

-Angielski używany jest nie tylko jako język porozumiewania się wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej, ale także w relacjach międzynarodowych Grupy i całej Europy Środkowej, w kontaktach regionu ze światem zewnętrznym. Przykład – w ostatnich latach miały miejsce rozmowy gospodarcze całej Europy Środkowej z Chinami, najpierw w Warszawie, a później w Bukareszcie, czy podobne rozmowy z Indiami i Japonią.

-We współpracy międzyparlamentarnej w ramach Grupy Wyszehradzkiej dokumenty przyjmowane są w języku angielskim, a następnie, w razie potrzeby, tłumaczone na języki krajów Grupy. Raporty z przewodnictwa w Grupie publikowane są w języku państwa, które aktualnie przewodniczy Grupie, a następnie tłumaczone na język angielski. Tak więc także we współpracy międzyparlamentarnej językiem oficjalnym jest język angielski, a językami roboczymi: czeski, polski, słowacki, węgierski.

-We współpracy wojskowej państw Grupy Wyszehradzkiej językiem oficjalnym jest oczywiście język angielski. Należy się domyślać, że najczęściej “oficjalność” języka angielskiego nie jest zatwierdzana w ustawodawstwie państw członkowskich, niemniej życie i praktyka dnia codziennego kierują się własnymi prawami. Ze znajomością języka angielskiego są jednak niekiedy pewne trudności. Czytamy o nich na portalu Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu: “Podchorążowie uczestniczyli w ćwiczeniu w charakterze dowódców plutonów i drużyn. Mieli oni do zrealizowania cztery zadania w ramach kompanii międzynarodowej: eskortowanie, konwojowanie oraz “cordon&search”. Z uwagi na konstrukcję struktury kompanii ćwiczącej – cztery plutony po trzy drużyny – 16 podchorążych z 4 uczelni musiało porozumiewać się w języku angielskim, co dodatkowo utrudniało wykonanie zadania”. Chodzi tu o wyższe uczelnie wojskowe z Czech, Polski, Słowacji i Węgier. Ćwiczenia były częścią projektu “Better cooperation for better operation of the future Visehrad UE Battlegroup, częściowo finansowanego przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. (Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Lądowych we Wrocławiu, Podchorążowie na ćwiczeniach Grupy Wyszehradzkiej, 07.10.2013, portal uczelni). Jedną z barier utrudniających współpracę wojskową w Grupie Wyszehradzkiej jest zapewne niewystarczająca, na wielu poziomach współpracy, znajomość języka angielskiego.

-Dla ułatwienia współpracy wyszehradzkich sił policyjnych opracowano glosarium terminów policyjnych w 4 językach. Glosarium opracowane zostało podczas przedsięwzięcia pod nazwą Tydzień Języków Krajów Grupy Wyszehradzkiej, w którym uczestniczyli policjanci i strażnicy graniczni z 4 krajów. Zbiór zawiera wyjaśnienia blisko 700 zwrotów w 4 językach (Wydział Szkolenia Zawodowego Komendy Stołecznej Policji, Internet, data aktualizacji serwisu – 11.12.2013). (Być może opracowanie podobnych glosariów w wielu innych dziedzinach, niezależnie od podnoszenia znajomości angielskiego, ułatwiło by współpracę. Innym krokiem we właściwym kierunku, byłoby zwiększenie w krajach wyszehradzkich liczby godzin języka angielskiego w publicznych szkołach podstawowych. Warto zauważyć, że w krajach skandynawskich absolwent szkoły podstawowej zna już angielski dobrze. Z tym, że w Norwegii np. szkoła podstawowa trwa 9 lat, a nie 6 lat jak u nas. M.P.).

-W Grupie Wyszehradzkiej, język angielski używany jest powszechnie w relacjach między ministerstwami państw Grupy, przy czym nie oznacza to wcale, że narodowe języki wychodzą zupełnie z użycia. W wielu przypadkach panuje tu duża dowolność i bardzo często obrady tłumaczone są symultanicznie w kilku językach, na co pozwalają osiągnięcia współczesnej techniki. Stosowane być może także tłumaczenie konsekutywne. Spotkania bilateralne w ramach Grupy też odbywać się mogą w językach narodowych, przy wykorzystaniu tłumaczy. Łatwo można sobie wyobrazić przy tym sytuację, gdy na gruncie towarzyskim Polak, Czech i Słowak rozmawiają – każdy w swoim języku i doskonale się rozumieją. Jeżeli nie znają jakiegoś słowa, poszukują go np. w języku angielskim. Gdy do takiej grupy słowiańskiej podchodzi Węgier, wszyscy przechodzą na angielski.

W oficjalnych publikacjach Grupy, na wielu poziomach, stosowany jest powszechnie angielski. Na pokazach filmowych w ramach Grupy (i poza Grupą), napisy na filmach umieszczane są w języku angielskim. Język angielski obecny jest wszędzie. Język angielski sprzyja co prawda integracji naszego regionu, ale nie wolno zapominać o innych czynnikach integracji – przede wszystkim o bogactwie środkowoeuropejskich kultur narodowych, o ich wzajemnym przenikaniu, o potrzebie regionalnej wymiany kulturalno-naukowej. Mimo wszechobecności języka angielskiego, nie ma powodów do obaw, że kultura anglosaska stanie się podstawą środkowoeuropejskiej tożsamości. Tę tożsamość Środkowa Europa kształtować będzie zresztą w nowych okolicznościach. Przy prawdopodobnym utrzymaniu przez Zachód wiodącej pozycji w świecie, ale z istotną różnicą; w aliansie Unia Europejska – Stany Zjednoczone partnerzy będą sobie równi. Miejsce Grupy Wyszehradzkiej i całej Europy Środkowej jest zdecydowanie w Unii Europejskiej, ale Stany Zjednoczone są i pozostaną zwolennikiem integracji Europy Środkowej. Środkowoeuropejscy federaliści planowali niegdyś, że w skład zjednoczonej Europy wejdzie sfederalizowana uprzednio Europa Środkowa. Stało się inaczej; do zjednoczenia Europy Środkowej wcześniej nie doszło. To poszczególne państwa środkowoeuropejskie wstępują obecnie do Unii. Narody środkowoeuropejskie rozumieją jednak nadal potrzebę regionalnej współpracy, oczywiście w ramach Unii. Środkowa Europa odwołuje się do wspólnych interesów i poczucia odrębności. Procesy integracyjne mają długotrwały charakter, o czym świadczy powolna ewolucja Grupy Wyszehradzkiej w kierunku bardziej formalnego niż dotychczas ugrupowania. (Maksymilian Podstawski, O bardziej “formalną” Grupę Wyszehradzką, Warszawa, 1 grudnia 2013, portal ROG-u). Ważne, aby w procesie integracji Grupy Wyszehradzkiej, Europy Środkowej i całej Unii Europejskiej nie zatracić wartości związanych z kulturami narodowymi, w tym narodowych języków. Unia Europejska jako całość musi być sprawnym organizmem i jako całość ma oczywiście swoje interesy. Interesy te mogą niekiedy kolidować z interesami poszczególnych narodów czy regionów. Musi jednak być poszukiwana i znajdowana płaszczyzna porozumienia z interesami narodowymi poszczególnych członków oraz z regionami. Zarówno UE, jak i będąca jej częścią Grupa Wyszehradzka, powstały (powstają) na zasadzie dobrowolności. Tylko na tej zasadzie i w drodze spokojnego procesu oraz poszanowaniu różnorodności (co dotyczy także kwestii językowych), rodzić się może i umacniać poczucie europejskości.

Kwestie językowe wiążą się ściśle z prawami mniejszości narodowych. Posługiwanie się językami narodowymi i językami mniejszości nie napotyka na większe trudności w krajach Unii Europejskiej. Niechlubnym wyjątkiem jest tu Litwa, ale sądzić można, że są to trudności przejściowe. Przykład Litwy wskazuje jednak, że w Europie Środkowej (Środkowowschodniej) wyjątkowej pielęgnacji wymaga sprawa szacunku dla odrębności etnicznej. Nie ma wątpliwości, że nacjonalistyczne upiory przeszłości będą się w naszym regionie pojawiać. Wydaje się, że Unia Europejska radzi sobie z nimi nie najgorzej dzięki ponadpartyjnej zgodzie większości sił politycznych. Taka zgoda powinna zaistnieć także w integrującej się Europie Środkowej. Zagrożenie istnieje ze strony skrajnej prawicy.

Warszawa, 27 stycznia 2014

Rolnictwo jako lokomotywa gospodarcza - pro memoria

Rolnictwo to dziedzina gospodarki, bez której nie może obejść się żadne cywilizowane państwo świata. Są państwa, które ze względów klimatycznych, lub braku odpowiednich warunków, czyli ziemi do produkcji rolnej nie powinny zajmować się rolnictwem. Wydawać by się mogło, że przyczyny zaniechania są obiektywne a decyzje ekonomicznie uzasadnione. Takie przykładowe ekstrema stanowią dwa państwa o najwyższym stopniu uprzemysłowienia. Z tej racji, jak by się mogło wydawać, państwa te stać było by na realizację neoliberalnego postulatu głoszonego przez rodzimych speców od neoliberalizmu - że wszelka produkcja. która będzie zbyt droga zostanie zaniechana, a produkty tańsze kupimy sobie u tych, co produkują taniej. Wszak nie mieściło się w głowach (przynajmniej niektórych), że państwa te mogą uzyskać mniejsze koszty produkcji, niż kraje z odpowiednimi warunkami do tej produkcji.

Z tą tezą nigdy nie zgadzaliśmy się, podobnie jak z zaaplikowanymi zasadami gospodarki. Po latach okazało się, że mamy rację. I dalibóg mówię to bez żadnej satysfakcji, albowiem bezpowrotnie zmarnowaliśmy cenny czas na bezsensowne udowodnienie rzeczy oczywistych, ale wracając do wspomnianych państw. Dwie gospodarki: japońska i holenderska to organizmy funkcjonujące pod rygorami krańcowo różnych systemów gospodarczych. System japoński to Keiretsu, zaś holenderski to system kontynentalny - holenderska wersja niemieckiej Społecznej Gospodarki Rynkowej. Ziemię Japończyków Pan Bóg obdarował skalistym obliczem, a Holendrzy mieli więcej wody niż lądu. Gdyby w tych krajach obowiązywała polska wersja kapitalizmu to Japonia była by jednym wielkim kamieniołomem, a Holandia - aż strach myśleć, ale na pewno pod rządami ekonomii Balcerowicza nie była by potęgą rolniczą. Tymczasem w skalistej Japonii szczupłość dóbr rzadkich (ziemi uprawnej) spowodowała, że intensywne prace nad rozwiązaniem problemów wyżywienia społeczeństwa zaowocowało opracowaniem technologii zwanej hydroponiką. Hydroponika to kultura wodna – bezglebowa uprawa roślin na pożywkach wodnych, umożliwiająca produkcję roślinną w sztucznych warunkach na skalę przemysłową, głównie w szklarniach, szczególnie przydatna do uprawy warzyw i kwiatów. Natomiast składająca się z kawałka lądu i Bóg wie z ilu wysepek maleńka Holandia jest trzecim światowym (po Stanach Zjednoczonych i Francji) eksporterem żywności!

O ile dokonania Japończyków czy Holendrów budzą podziw i szacunek na całym świecie, o tyle poglądy naszych niedouczonych neoliberałów są nie tylko z gruntu fałszywe, ale śmiertelnie niebezpieczne dla gospodarki, albowiem za pomocą arbitralnie głoszonej doktryny zabijają w społeczeństwie aktywność inicjatywną. To prosta droga do społecznego skrzywienia nazywanego konsumpcjonizmem, jak słusznie określiła pani prof. L. Oręziak, która prowadzi do formy ekonomicznego niewolnictwa, zaś twórca zasad gospodarki kapitalistycznej A. Smith w swoim dziele Bogactwo narodów, konsumpcjonizm uważał za najpotężniejszego wroga stabilnego wzrostu gospodarczego. Z tego wynika, że opowieści naszych dyżurnych naukowców o bezsensie naszej produkcji rolnej są powiedzmy delikatnie grubym nieporozumieniem, albo głupcami są Japończycy, Holendrzy, A. Smith, pani prof. L Oręziak, że o innych nie wspomnę.

Niestety, owoce fatalnej demoralizacji społeczeństwa wiejskiego spowodowane tzw. dopłatami unijnymi są już faktem. Rolnik który zawsze był ikoną pracowitości, dziś nie robi bo nic, bo się nie opłaci. Egzystuje i narzeka, że mu mało płacą. Niestety polskie gospodarstwa rolne w ogromnej większości to gospodarstwa gospodarki ekstensywnej. Jeżeli do tego dołożymy wsie popegeerowskie, otrzymamy pełny obraz zdemoralizowanej wsi. Wszak słuchać było głupawe gadanie w TV dyżurnych speców od wszystkiego, oskarżających byłych pracowników PGR-ów o indolencję i brak inicjatywności. Tej inicjatywności, która wcześniej została przez władze unicestwiona. Po drugie, skąd robotnik rolny, który całe życie przepracował w PGR, miał mieć pojęcie o możliwościach potencjału, jakim był ów PGR. Kto mu pomógł wyjść z zaklętego kręgu niemożności? Nikt! Skutek: kolejne pokolenie bezrobotnych – trwale bezrobotnych przyzwyczajonych do roszczeń i odwykłych od pracy. Oto Polska odmiana konsumpcjonizmu.

Przygotowując poprzedni materiał o budżecie państwa nie odniosłem się do problemów rolnictwa, które w Polsce generuje straty! To kolejny fenomen nieznany w cywilizowanym świecie. Państwo woli płacić za rezygnację z produkcji niż dążyć do jej intensyfikacji. Nie słyszałem we współcześnie obwiązujących zasadach ekonomii o takich praktykach. Dlaczego państwo rezygnuje z ogromnego własnego potencjału ekonomicznego? Dlaczego zezwala na marginalizację ważnej gałęzi gospodarki narodowej, skazując ludzi na demotywujące bezrobocie? Wszak szeroko rozumiane rolnictwo w każdym kraju jest jedną z lokomotyw napędzających gospodarkę. Nasza lokomotywa gospodarcza bezużytecznie stoi i rdzewieje na bocznym torze, bo po okrągłym stole rządzącym bardziej śpieszyło się do przywilejów władzy niż do zajmowania się jakimiś rolnictwem, o którym choć wielu było ze wsi, nie miało zielonego pojęcia. Podobnie jak o innych dziedzinach gospodarki, której potencjał udało im się zmarnować.

Mówiąc o “NICH” nie mówię dlatego, że przyszedł czas rozliczenia balcerowiczopodobnych “ekonomistów”. To efekt własnych praktycznych doświadczeń w życiu gospodarczym. Nie kontestowałem minionego systemu, owszem z podziwiałem i uznaniem kwitowałem niewątpliwe osiągnięcia polskiej gospodarki szczególnie w okresie rządów Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Nie byłem członkiem PZPR ani przedstawicielem wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, ani “solidarności” Uważałem że biznesowi klasy średniej polityka do niczego nie jest potrzebna. Budowałem swój własny kapitalizm w zakładach spółdzielczych lub instytucjach dopuszczających formę ajencji. Skutek tych praktyk gospodarczych był taki, że kupiłem (po zdobyciu stosownych uprawnień) niewielki 2 hektarowy mająteczek nieopodal Warszawy i w myśl tamtych przepisów uzyskałem status rolnika. Założyłem kontraktowaną plantację truskawek i malin, bo właśnie w Skierniewicach otwarto ogromną przetwórnię owoców i warzyw. Po dwóch latach, w celu powiększeniach plantacji dodatkowo wydzierżawiłem od gminy 5 ha. Kiedyś nie było agencji nieruchomości rolnych. Nikt rolnikowi nie kazał stawać do przetargu. Nikt nie handlował ziemią ani nie oddawał jej kościołowi, to współczesny wynalazek. Rolnik tej gromady dostawał ziemię w dzierżawę z możliwością pierwokupu. Niestety moja przygoda z Hortex-em była dość krótka, bo była to druga połowa lat siedemdziesiątych, końcówka prawdziwego gierkowskiego Klondike na polskiej wsi.

Potem, ktoś to wszystko zniszczył… Na wsi zawrzało. Na gruncie protestu środowisk wiejskich wobec polityki państwa dotyczącej rolnictwa, powstał ruch “Samoobrona”, prowadzona przez Andrzeja Leppera. O horrorze rolników za pierwszego Balcerowicza wspominać nie będę, znamy go wszyscy. Osobiście na całe dziesięciolecia pożegnałem się z produkcją rolną. Na wieś wyprowadziłem się już po przejściu na emeryturę. Przeraża widok nieuprawianych pól, przeraża marnowany potencjał. Przeraża brak chęci już nawet nie znalezienia, ale podjęcia dochodowych tematów produkcji. Chłopi po prostu nie są, jak dawniej, zainteresowani pracą, zyskiem, rozwojem. Wszechogarniający marazm, niechęć do wszelkich inicjatyw, brak inwestycji w sprzęt i osprzęt. Ten używany dawno powinien być na złomie, ale jeszcze… I co najgorsze ludzie ci nie mają żadnych oczekiwań. Zostawieni sami sobie, trwają, po prostu trwają, z dnia na dzień, wyprani z naturalnego przecież dążenia do lepszego bytu. Pozbawieni nadziei, wszak nikt nie chciał ich pomysłowości, zaradności, przedsiębiorczości i inicjatywności. Udało się propagandzie wpoić im, że nic się nie opłaca.

Zostało popełnione morderstwo, zamordowano mentalność, złamany został moralny kręgosłup i sponiewierany etos rolnika. Dzieje się to w czasach, w których ludzie zaczynają odchodzić od zakupu świństw produkowanych m.in. przez zagraniczne koncerny. Wiadomo, że nikt na świecie nie wyprodukuje nic tańszego i nic gorszego niż właśnie oni. Dowcip polega na tym że polskie rolnictwo może być nie tylko konkurencyjne, ale może być śmiertelnym zagrożeniem dla tych ancymonków, którzy potrafią np. wyprodukować i sprzedać coś z niczego. Europa, a coraz częściej średnio zamożni Polacy zaczynają sięgać po relatywnie drogie, ale o wspaniałym smaku i najwyższej jakości wyroby polskie, tradycyjne - wiejskie. W tradycyjnej produkcji wiejskiej masy mięsnej ubywa nawet do 30% . Wyroby wiejskie tym się różnią od wyrobów “przemysłowych”, że w produkcji przemysłowej z 1kg mięsa produkuje się 2 kg np. szynki, czy baleronu!!! Szynka “nowoczesna” prócz swojej szkodliwości nie przetrwa w lodówce do następnego dnia. Dobrze zrobiony wyrób wiejski uschnie w lodówce na wiór, ale da się zjeść i nie wypłynie z niego woda z jakimiś śmierdzącym świństwami, i nie stanie się obrzydliwie obślizgła. Rozpoczęcie działalności w tym kierunku umożliwia ROZPORZĄDZENIE MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI z dnia 8 czerwca 2010 r. w sprawie szczegółowych warunków uznania działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej (Dz. U. z dnia 25 czerwca 2010 r.)

Rozważyć należy możliwość produkcji półproduktów procesów fermentacyjnych (półproduktów do produkcji alkoholu, czyli w gwarze pospolitego bimbru) To powinna być propozycja państwa dla gospodarstw rolnych i wzorem naszych południowych sąsiadów upowszechniona w całej Polsce. Ta domena państwa może mieć formę monopolu państwowego produkcji np. spirytusu technicznego . Dalej produkcja jaj od kur rasy polskiej, czyli “ zielononóżki kuropatwianej”, jej niezaprzeczalne walory, jak brak tłuszczów wykazujących cechy tłuszczów zwierzęcych i jajka o zmniejszonej o 40% zawartości złego cholesterolu. To są atuty współczesnej wsi, których wprowadzenie niewątpliwie przyniosłyby miliardowe dochody dla budżetu. Jest wszak jeden szczegół. Ja potrafię zdobyć rynek zbytu dla wyrobów, które produkuję. Rolnik wyprodukuje, ale już całego procesu marketingowego i reklamowego na pewno nie przeprowadzi, ergo zostanie sam ze swoim towarem. I tu jest miejsce dla instytucji państwowych, które powinny na bazie urzędów gmin stworzyć infrastrukturę dla możliwości pozyskiwania i zbytu płodów rolnych oraz kontroli nad procesem ich produkcji (oczywiście w ściśle określonym zakresie). Czyli zastosować starą gierkowską metodę kontraktacji.

Powyższe propozycje to jedynie maleńki wyimek nieogarniętych możliwości regionalnych. Państwo po zidentyfikowaniu wachlarza produktów powinno zająć się wsparciem dla ich produkcji, marketingiem i reklamą, również międzynarodową. Premier powinien na oficjalne wizyty wozić ze sobą przede wszystkim swoich – rządowych speców od handlu zagranicznego i dbać o sprzedaż polskich towarów, też pochodzenia rolniczego na wszelkich możliwych rynkach świata a przy okazji promować prywatnych biznesmenów innych branż. Wnioski z powyższych obserwacji mają tę cechę, że odpowiadają zapotrzebowaniu społeczności wiejskiej na gospodarczy mecenat państwa. Dodajmy, społeczności, do której państwo z niezidentyfikowanych przyczyn odwróciło się plecami. Tu znowu następuje konflikt z ideologią stosowaną. Aktualnie stosowana polityka gospodarcza państwa obraża, co już wiemy, Art. 20 Konstytucji RP. Rezygnując z rolniczej gałęzi gospodarki, rząd świadomie pozbawia się możliwości zwiększenia stanu konta własnego budżetu. Takie postępowanie, by nie używać mocnych słów jest działaniem samobójczym. A przecież faktyczny rozwój obszarów wiejskich spowoduje w sposób naturalny rozwój okołorolnego drobnego przemysłu, handlu oraz różnorodnych usług. Przyniesie zbawienne skutki dla budżetu, niemożliwe nawet do oszacowania, bowiem rzesza drobnych producentów liczona w milionach gospodarstw przyniesie do budżetu miliardy złotówek czystego przychodu. Nastąpi rozwój wielu branż a nade wszystko spowoduje likwidację bezrobocia. W tej sytuacji nie trzeb będzie likwidować KRUS-u. KRUS automatycznie stanie się zmarginalizowaną instytucją dla ubogich rolników, którzy z różnych przyczyn nie podejmą działań w kierunku intensyfikacji produkcji. Natomiast ZUS otrzyma dodatkowe źródła nieustających przychodów.

Należałoby też dokonać pewnych modyfikacji w systemie samorządowym, mianowicie, powołać przy staroście powiatu radę wójtów, w celu polepszenia komunikacji międzyurzędowej a i koordynacji rozmaitych przedsięwziąć, przede wszystkim gospodarczych. Oraz przenieść z powiatu do urzędów gmin obowiązki prawne dotyczące, budowy, rozbudowy i przebudowy wszelkich obiektów budowlanych. Półroczny okres oczekiwania na akceptację powiatu na wybudowanie (zgodnie z zatwierdzonym projektem oraz wydanymi przez stosowny urząd szczegółowymi warunkami zabudowy dla wszelakich obiektów w gospodarstwie) obiektu budowlanego, jak i wymóg akceptacji ww. dokumentów przez starostwo powiatowe to bolszewicki archaizm, ignorujący kompetencję gmin i zespołów architektonicznych. To ewidentne kwestionowanie i ograniczanie demokratycznego prawa właściciela co do decyzji o przeznaczeniu i korzystaniu z własności, powoduje rozbudowę zbędnej biurokracji i ogranicza przedsiębiorczość i marnotrawi czas przedsiębiorcy. Propozycje zmian nie wymagają ekspensu finansowego państwa. Wystarczy przekierować na wsparcie tych działań środki marnowane przez urzędy pracy na “aktywizację zawodową”, a wskaźniki bezrobocia spadną do oczekiwanego poziomu bezrobocia frykcyjnego.

Należy też zauważyć że propozycje te realizują zasadę subsydiarności, która jest jedną z podstawowych zasad ustrojowych Unii Europejskiej, a w treści tej zasady czytamy, że w państwie powinno być "tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe" oraz "tyle państwa, na ile to konieczne, tyle społeczeństwa, na ile to możliwe" co powyżej postulujemy. Rozeznanie potrzeb rynku europejskiego powinno zaowocować propozycją produkcji dla wielkoobszarowych gospodarstw rolnych. Uważam, że zainicjowanie przez państwo programu rozwoju spółdzielczości wiejskiej nawet na bazie ww. PGR-ów byłoby wartym podjęcia eksperymentem, albowiem we Włoszech, Francji czy Szwecji wkład spółdzielczości w PKB wynosi od 3 do 7% . a to już jest powód do podjęcia prób realizacji tego przedsięwzięcia. Pomysł sprzedaży ziemi, tego najrzadziej dostępnego na świecie dobra jest pomysłem godnym władców trzeciego świata. Choć jak sądzę w Bantustanie też już są świadomi wartości własności i nie da się od nich kupić ziemi. Inaczej niż w Polsce. O ile można przyjąć czyjeś chore rojenia o bezwartościowych polskich środkach produkcji przemysłowej, o tyle ziemia musi pozostać w polskich rękach mimo twierdzeń niektórych “polityków” o braku opłacalności produkcji rolnej!

P.S. Wszystkie wnioski artykułów katalogu pro memoria nie są mrzonkami, choć ewidentnie burzą obowiązujący toksyczny układ gospodarczy. Nie obrażają umów międzynarodowych. Respektują konstytucyjną zasadę Społecznej Gospodarki Rynkowej(SGR) albowiem ich konstrukcja opiera się na podstawach zasad filozofii polityki gospodarczej SGR sformułowanych przez Waltera Euckena, uwzględnia postulowaną w tych zasadach konieczność uwzględnienia, obyczaju, kultury i doświadczeń kraju, dla którego zasady mają być formułowane. Stąd pojawia się tekście passus o np.“ Holenderskiej wersji SGR”. Ogólnie w krajach europejskich stosującą zasady SGR przyjęto nazwę – system KONTYNENTALNY.

Adam Zbigniew Gusiew

Sekretarz Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową

Równoważenie budżetu i mnożenie jego środków. Pro memoria

To jeden z trudniejszych tematów, albowiem już z założenia wynika, że musimy równoważyć a więc dokonywać pewnych wyborów. Wyborów tych, każdy rząd pewnie chętnie by uniknął, ale instytucja państwa wymaga koniecznych wydatków zdefiniowanych już w XVII wieku przez Adama Smitha w tomie II rozdziale V dzieła pt. “Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Naturalnie wachlarz potrzeb od tego czasu zwiększył się niebotycznie, zresztą tak jak i wydatki. Wszystkie składniki budżetu stanowią przychód państwa gromadzony w celu wypełnienia katalogu nieograniczonych potrzeb społecznych i gospodarczych przy ograniczonych środkach budżetowych właśnie. Budżet państwa realizuje trzy podstawowe funkcje:

1) fiskalna – jest to gromadzenie dochodów budżetowych. Podstawowym źródłem dochodów państwa są podatki (CIT, PIT, VAT, akcyza) oraz, dochody z prywatyzacji, opłaty skarbowe, notarialne. Te, ogólnie rzecz biorąc elementy, tworzą dochody państwa.

2) stymulacyjna – państwo pobudza aktywność życia gospodarczego, ukierunkowuje je na realizacje zamierzonych celów makroekonomicznych i ma za zadanie wywołać pozytywne efekty w gospodarce.

3) redystrybucji - poprzez budżet odbywa się redystrybucja pozyskanych dochodów niezbędnych do finansowania wydatków państwa.

Tyle w ogromnym skrócie o współcześnie obowiązującej teorii budżetu. Choć z pewnością wyczerpuje ona prerogatywy założone w definicji państwa, to z pewnością katalog elementów składowych budżetu nie jest i nie powinien być zamknięty. Moim zdaniem, obfitość takiego katalogu zależy wyłącznie od decyzji, realizacji koncepcji polityki gospodarczej państwa, przyjętej przez ekipy rządzące. Taka perspektywa z całą pewnością jest do przyjęcia i nie koliduje z przepisami UE. Dochody państwa można zwiększyć na dwa sposoby:

  1. realizując politykę racjonalnych wydatków

2) powiększając zakres aktywności gospodarczej państwa w celu zwiększenia jego dochodów.

W naszym neoliberalnym systemie gospodarczym realizacja pkt. 2 jest praktycznie niemożliwa - z powodów wcześniej opisywanych, wobec tego nie ma innej możliwości zwiększenia dochodów budżetu jak poprawa koniunktury lub zwiększenie podatków. Jedna metoda, to wygodne bezwysiłkowe czekanie przez władze na dobrobyt, zaś metoda druga jest niezwykle bolesna dla społeczeństwa. A przecież nie wybieramy rządzących po to, żeby nam uprzykrzali życie. Niestety, rządzący przyjęli do realizacji metodę drugą, która jest i bolesną i mało skuteczną, a jak się za raz przekonamy, zwiększanie dochodów budżetowych bolesne wcale być nie musi. Tak więc w zwiększaniu dochodów budżetowych należałoby oczekiwać ogromnej aktywności rządu.

O racjonalizacji wydatków

Racjonalizacja wydatków musi nastąpić, albowiem zawsze możliwości finansowe państwa będą ograniczone, zaś potrzeby wydatkowania nieskończenie duże. Właśnie dla tego nie można uniknąć weryfikacji wydatków budżetowych, a więc należy ustalić priorytety i ich gradację. Weryfikacji można dokonywać wtedy, kiedy jesteśmy pewni, że znamy już wartość przychodów ze wszelkich źródeł wskazanych przez ustawę i starać się utrzymywać wydatki w równowadze i jeszcze działać zgodnie ze złotą regułą budżetową, czyli deficytem - realizować inwestycje długo okresowe majątkowe, które w przewidzianym terminie mogą dać oczekiwany zwrot z inwestycji. Poza dyskusją zostają kwestie wydatków na obronę i bezpieczeństwo. Reszta jest dyskusyjna. Zawsze jest dyskusyjna i szczególnie delikatna staje się wtedy, kiedy dochody państwa są na dramatycznie niskim poziomie. To jest moment w którym decydujemy o tym komu dostanie się mało, a komu jeszcze mniej. Tak czy inaczej uwaga władz finansowych państwa powinna być skoncentrowana na racjonalności wydatków z kasy państwowej, inaczej nic nie zmieni oddłużanie firm, prywatyzacja czy “komercjalizacja”. To typowe mieszanie herbaty, w której brakuje cukru.

Oto kilka propozycji naszego Instytutu, które dały oczekiwane efekty w … czeskiej służbie zdrowia. Pierwszy etap to zwiększenie środków poprzez wprowadzenie opłat za pobyt w szpitalu. Opłaty dotyczyły funkcji hotelowych szpitala, a więc pobytu i wyżywienia, jak i opłat administracyjnych. W tej części płatnik nie jest identyfikowany i kwesta płatnika zostaje do dyskusji, zaś wyliczenia są w dyspozycji naszego Instytutu.

Uzasadnienie do wprowadzenia opłat

Opłaty, jak oszacowaliśmy, kształtowałyby się na poziomie 7zł (wyżywienie i spanie) za dobę, albowiem o taką kwotę zmniejszyły się koszty zamieszkiwania i wyżywienia w domu chorego, oraz 2 zł. na koszty obsługi administracji medycznej (np. energii elektrycznej, recept, papieru do EKG itp). Koszty te obecnie finansuje się składką zdrowotną. Racjonalność musi mieć obudowę prawną, aby pieniądze nie zostały marnowane, np. na rozbudowę administracji. Wizyty u lekarzy w przychodniach też mają być obarczone opłatą (sugerowane 5 zł za wizytę). Pierwszy powód wprowadzenia opłaty jest raczej psychologiczny. Spowodować miałyby zmniejszenie kolejek do lekarza, gdzie wizyta w znacznej części przypadków (wg. lekarzy) ma wymiar raczej towarzyski niż medyczny. Drugi powód to powód merkantylny, bo w znacznym stopniu poprawia stan finansów ochrony zdrowia, znów zwalniając część składki zdrowotnej obciążonej kosztami administracyjnymi.

Taka zmiana powoduje że ochrona zdrowia otrzymuje dodatkowo ok. 1 miliarda złotych. Wyliczenia j.w. W ramach racjonalizacji wydatków istnieje potrzeba zakończenia finansowania z budżetu leczenia skutków następstw wypadków drogowych (komunikacyjnych). Ponieważ wydatki ponoszone z tego powodu przez budżet nie są możliwe do oszacowania proponowaliśmy, aby kosztami ratownictwa medycznego nie obciążać składek na ubezpieczenie tylko wprowadzić powszechne obowiązkowe ubezpieczenie od leczenia skutków wypadków komunikacyjnych. Wysokość - z powodu powszechności tego ubezpieczenia - nie byłaby wielkim obciążeniem dla właścicieli wszelkich pojazdów, głównie krajowych, zaś opcjonalnie dla UE i zagranicy. (wysokość proponowanej rocznej składki to 50 zł rocznie). Obowiązek realizacji tych ubezpieczeń miałby wyłącznie polski ubezpieczyciel. Dochodzenie roszczeń ubezpieczyciela od osoby powodującej wypadek byłaby naturalną konsekwencją. To kolejne miliardy (obliczenia jw.), które niewątpliwie poprawiłyby kondycję polskiej służby zdrowia, usprawniły jej działania i poprawiły jakość usług medycznych.

W końcu ostatnia wyjątkowo ważna kwestia w racjonalizacji wydatków budżetowych, budząca zresztą największe kontrowersje, albowiem dotyczy ogromnych pieniędzy (w skali budżetu), ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Jak wcześniej skonstatowaliśmy, rząd musi przeciwstawić się każdej formie marnotrawstwa pieniędzy podatników, ergo państwo świeckie musi zlikwidować etaty księży w absolutnie wszystkich placówkach ochrony zdrowia oraz instytucji państwowych, bez względu na ich charakter. To kolejne miliardy w skali kraju, dokładnie wyliczane i wielokrotnie podawane przez różne organizację do publicznej wiadomości. Kościół rzymskokatolicki finansowany z budżetu państwa, to w UE kuriozum szczególnego rodzaju. Efemeryczna hybryda pozaprawnej konstrukcji (stale podpierana zapisami konkordatu) stała się w Polsce z powodu tegoż kościoła podmiotem gospodarczym, ale takim, którego nie dotyczą żadne uregulowania prawne, dotyczące wszelkich innych podmiotów gospodarczych w Polsce. O ile dopuszcza się, że kościół ze swojej natury zajmujący się duchowym pasterstwem narodu, i z tego powodu - jak i tradycji nie ma środków na funkcjonowanie, to w takim przypadku jego potrzeby egzystencjalne finansuje państwo świeckie. Jest to działanie niemal woluntarystyczne, tolerowanie złotego biznesu, jaki z posługi kapłańskiej zrobił sobie kościół.

Kościół jest nie tylko zwolniony z wszelkich możliwych opłat, ale i dolegliwości podatkowych (od swoich rozległych działań biznesowych, z natury rzeczy merkantylnych, czyli handlowych, kupieckich, usługowych, nastawionych na zysk), zwolniony jest również z podatków lokalnych, a do ZUS wpłacają minimalną stawkę. Sami handlują, sami prowadzą usługi, sami produkują, ale tych nieopodatkowanych podmiotów jest tysiące i budżet traci niepoliczalne miliardy, a CBA ściga posłów za niezapłacenie 1000 zł podatku. Słusznie że ściga, ale gdzie jest miara! Jeżeli do tej szczególnej pozycji Kościoła w biznesie dodamy fakt że jest monopolistą, no to już mamy kapłański raj gospodarczy. O dobrach, jakie na mocy ustawy dostają za 1% wartości od gmin nie wspomnę. Nie będę tu rozważał kwestii słynnej Komisji Majątkowej na mocy działań której powstały w Polsce kościelne nieopodatkowane latyfundia wspomagane dotacjami UE.

To wszystko Kościół rzymskokatolicki nie tylko dostał za darmo, znaczy w majestacie “prawa” mocno nadwyrężył skarb państwa, to jeszcze i z powodu użytkowania tego majątku nie płaci żadnych podatków. Zaś handel “otrzymanym” jako odszkodowanie majątkiem trwa i rozwija się w najlepsze, a rząd zmniejsza waloryzację emerytur, tłumacząc się kryzysem, jednocześnie finansując najbogatszą monopolistyczną instytucję świata. Każde państwo musiałoby zbankrutować nawet gdyby w Polsce rosły same najpłodniejsze szczepy z hesperyjskich sadów. O mnożeniu roszczeń przez hierarchów wspominać nie będę, ale złotem szamerowani biskupi zaczynają jeździć suwami z rozsuwanymi bocznymi drzwiami, bo z powodu tuszy do limuzyn się nie mieszczą a cena większości z tych aut jest równa cenie połowy mojego domu, na którego wybudowanie pracowałem i oszczędzałem z żoną przez całe życie. Ten wymarzony mój dom wygląda jak marny kurnik przy pałacach (plebaniach) zamieszkiwanych przez proboszczów i ich flamy.

W tej sytuacji pan Boni z polecenia rady ministrów negocjuje z hierarchią, ile jeszcze do tego kościelnego Klondike rząd ma jeszcze dołożyć z budżetu. To skandal i lewica musi podjąć w sposób cywilizowany ten temat, bez względu na stanowisko Watykańczyków. Na fali niechęci do Kościoła J. Palikot wszedł do parlamentu na trzecim miejscu. Postawa rządu tolerującego tę patologię jest niezrozumiała, albowiem kościół podobnie jak OFE demoluje budżet państwa i żadną miarą takiego stanu rzeczy nie można tolerować. Dalsze tolerowanie to sprzeniewierzenie się racji stanu! Koniecznie należy pamiętać, że Kościół stanowi jedną z wielu instytucji obecnych w przestrzeni publicznej. Myślę, że żadna rozsądna polityka gospodarcza nie odniesie oczekiwanego skutku, jeżeli władcy budżetu będą bezrozumnie marnotrawili wysiłek całego społeczeństwa.

O zwiększaniu dochodów budżetowych

Pewnie nie znalazłem recepty na kamień filozoficzny i pewnie dlatego dalej będziemy musieli pracować, ale jak kiedyś załatamy dziury w budżecie i nie będą z niego bezsensownie wyciekać pieniądze, to może przy odrobinie wysiłku i dobrej woli zrównoważymy w końcu budżet, a może zmniejszymy jego niedobór. To nie jest jednak prosta sprawa, ponieważ należałoby w tej sprawie uruchomić ogromny potencjał państwa unieruchomiony przez neoliberałów. To spowodować może jeszcze większy krzyk niż odsunięcie od budżetowych pieniędzy Kościoła. Powód jest oczywisty. Na rynku pojawił by się omnipotentny gracz rynkowy o ogromnym potencjale ekonomicznym, który miał by wpływ na bardzo wiele wskaźników makroekonomicznych, a co gorsze stałby się potężną konkurencją dla drobnego cwaniactwa gospodarczego generującego, biedę i bezrobocie w skali niespotykanej. Gracz, z którym wszyscy na rynku musieliby się liczyć. Tak naprawdę nie rozumiem dlaczego nikt nie chce wprowadzić potencjału państwa do uczestniczenia w gospodarce. Dlaczego? Bo sobie nie poradzi na rynku? A czy ktoś to sprawdził?

O tym kto lepiej poradzi sobie na rynku zadecyduje sam rynek, bez pomocy dyżurnych speców od wszystkiego. I na to, że sobie poradzi, stawiam czapkę złota przeciw czapce orzechów. Gra vabank tylko wtedy przynosi 100% sukces, kiedy znamy karty przeciwnika, a znamy je od dawna. Co to konkretnie oznacza. Oznacza to, że w przestrzeni gospodarczej zaczynają pojawiać się przedsiębiorstwa będące własnością skarbu państwa, ergo obywateli. Powstają one w dowolnie wybranych przez państwo dziedzinach i gałęziach gospodarki narodowej. Przypomnieć też warto o zapomnianej instytucji monopolu państwowego. Ta struktura gospodarcza charakteryzuje się występowaniem na rynku tylko jednego dostawcy, lub producenta danego towaru - usługi, który kontroluje podaż i ceny, oraz co najważniejsze ma bardzo wielu odbiorców. Dziwne bo instytucja monopolu istnieje w krajach należących do UE.

Władza nie może zapominać, że odpowiada za komfort życia obywateli w kraju i nie może cofać się przed żadnym dopuszczonym prawem działaniem, które zapewni spokój społeczny i względny dostatek społeczeństwa. W tym kierunku winny zmierzać wszelkie działania władz. Powinny być nieustanną troską każdej władzy wykonawczej przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych metod i zastosowaniu wyżej wspomnianych środków. Przy urnach nikt z wyborców nie będzie się zastanawiał, czy biznesowi lub obcym lobbystom działania rządu podobały się czy nie, władza zostanie oceniana przez pryzmat dokonań i zadowolenia z pracy rządu przez każdego wyborcę. Pytałem wcześniej dlaczego nikt nie postępuje zdroworozsądkowo w stosunku do potencjalnego uczestnika gry rynkowej jakim jest państwo? Przyczyn jest wiele i mają dość złożoną konstrukcję.

Zapewne wiele osób pamięta Andrzeja Leppera i jego wystąpienie w sejmie, które dotyczyło właśnie problemu braku w przestrzeni biznesu przedsiębiorstw państwowych. A. Lepper zaproponował wtedy zastosowanie w gospodarce formuły socjalliberalizmu. Formuła ta miała być sensownym kompromisem między sztywnym neoliberalizmem a interwencjonizmem państwowym. Wtedy to właśnie pan Belka wpadł w szał i nie przebierając w słowach nakrzyczał z mównicy sejmowej na zdumionego Leppera, że marzy mu się powrót do PRL-u i systemu etatystycznego. Zakrzyczał biednego Leppera, który nie umiał obronić swego postulatu z gruntu prawidłowego, choć moim zdaniem zbyt ostrożnego.

O ile można dyskutować o tym jaki system społeczno-gospodarczy przyjmiemy aby realizować przyjęte cele, to poza dyskusją pozostaje fakt, konieczności zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu gospodarczego, który, jak wspomniałem definicyjnie wyklucza państwo jako uczestnika gry rynkowej. Nie może być mowy o zgodzie na takie postępowanie, wszak niepodobieństwem jest aby nie czerpać z przebogatej skarbnicy znanych systemów gospodarczych. Ale tylko państwo może prowadzić prospołeczną politykę pełnego zatrudnienia i doprowadzić do likwidacji bezrobocia. To dobra droga rozwoju, przede wszystkim oczekiwane i zbawienne skutki takiej polityki na pewno znajdą poparcie u co najmniej 60% niegłosujących. Tchnie do zatęchłej i skostniałej w rutyniarstwie polityki ducha odnowy społecznej również oczekiwanej. Wydobycie się z marazmu postsolidarnościowej bezradności wobec problemów gospodarczych, nowe otwarcie wraz z atrakcyjną ofertą dla społeczeństwa, to przecież elementarz odniesienia sukcesu!

Doktrynalne używanie jednego tylko systemu (jak w Polsce) jest sprzeczne z filozofią natury, a przecież człowiek jest niewątpliwie elementem natury, zaś ekonomia dotyczy właśnie człowieka i jemu ma służyć. Dla obrony tej tezy użyję mojego ulubionego argumentu. Natura dała nam, tlen, azot i wiele innych pierwiastków gazowych. Człowiek żyje i oddycha powietrzem, które jest mieszaniną wielu składników: głównie tlenu, azotu i całej reszty istniejących substancji gazowych. Co więcej, tlen, jako pierwiastek jest śmiertelnie niebezpieczny, a przecież życiodajny. Z drugiej strony, natura uznała, że w powietrzu, którym oddychają żywe organizmy, tego życiodajnego tlenu jest jedynie 35%, a główny składnik to azot. To znakomita analogia potwierdzająca tezę, że do prawidłowego działania gospodarki należy stosować jednocześnie wiele możliwych systemów . Stosowanie jednego pierwiastka to śmierć dla biologii, a jednego systemu to śmierć dla gospodarki.

Adam Zbigniew Giusiew

Sekretarz instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową

O emerytach, pro memoria…

Emeryci to ważna grupa społeczna, ważna i liczna. Bez mała 7,500,000 luda. Luda dorosłego doświadczonego, świadomego, solidnego i uczciwego. Do użycia tych ostatnich przymiotników upoważnia mnie wiedza o tym, że emeryt (nie rencista) ma swoje lata a większość z tych lat była przepracowana i udokumentowana opłacanymi ZUS-owskimi składkami . No właśnie składki. Bałagan panujący w systemie emerytalnym dał asumpt do powstania oszukańczej machiny zwanej OFE. Z ubezpieczeniami nie był w stanie poradzić sobie nawet nasz patron, Edward Gierek - prawda, ale On żył w innej rzeczywistości społeczno-gospodarczej i w tej materii zmian dokonać nie mógł. My, współczesna lewica mamy otwarte zupełnie inne, nowe przestrzenie. To nie znaczy, że z powodu rynku mamy odejść od lewicowych pryncypiów. Edward Gierek mówił o równych żołądkach, my definiujemy je, jako względny egalitaryzm. To wszystko przy założeniu, że za warunki życia obywateli w kraju odpowiadają rządzący - choć polscy rządzący bardzo tego nie lubią. I to jest pole do zagospodarowania dla przyszłych rządów lewicy.

Do oczekiwanych przez społeczeństwo zmian, doprowadzić można jedynie, stosując konstytucyjne zasady Społecznej Gospodarki Rynkowej (SGR) a więc realizując zapis Art. 20 naszej Konstytucji. Całkiem świadomie w każdym swoim wystąpieniu podkreślam tę kwestię, albowiem jest to kwestia fundamentu, na którym lewica powinna zbudować i realizować własną koncepcję gospodarki kraju.

Obecny system ubezpieczeń społecznych to karykatura ważnego działu finansów publicznych, urzędu, który z założenia miał służyć emerytom, jednocześnie wspierać budżet, a z mocy niekompetencji władczych urzędników państwowych ( z nadania partyjnego) zamienił się w instytucję okradającą emerytów. Stał się kpiną ze zdrowego rozsądku. Systemem patologicznym, rodzącym same konflikty i nieporozumienia, systemem kwitującym niegospodarność i ewidentne oszustwa. Emeryt dla władz, jest piątym kołem u wozu. Emeryt tak , ale nie jego pieniądze... Państwo którego władze tak chętnie odżegnują się od wszelkich ingerencji w instytucje nawet państwowe, bez zmrużenia oka sięga po pieniądze składane do ZUS przez ludzi pracujących we wszystkich sektorach gospodarki. – I to jest w porządku. Ale już nie jest w porządku to, że władza korzysta z tych pieniędzy bezpłatnie. Chcesz pożyczyć pieniądze – bardzo proszę, ale za pożyczany kapitał trzeba płacić odsetki! Tymczasem w Polsce korzystanie z kapitału obywateli odbywa się bezpłatnie!

To dziwne zachowanie wyznawców systemu neoliberalnego, gdzie pieniądz jest bogiem. Okazuje się jednak, że w Polsce cześć oddaje się tylko własnemu bóstwu . To pierwsze odstępstwo od zasad sprawiedliwości społecznej. Następne odstępstwo jest już jawną kradzieżą odbywającą się w majestacie polskiego prawa. Otóż wartość wpłaconych składek do ZUS ma się nijak do wypłacanych świadczeń. Nie jest ważne, że przez lata opłacałeś składki na poziomie kilku tysięcy nowych złotych a wyliczony kapitał stanowi piękną sumkę gwarantującą wakacje pod palmami. Władza na tę okoliczność wprowadziła sobie wskaźniki, które informują, że dostaniesz tylko np. 55% należnych ci świadczeń. Jesteś stary, zmęczony, machasz ręką, mówisz dobra i tak starczy na spokojne życie. Nic z tego, bo następna zła wiadomość jest taka, że co prawda ze wskaźników wynika, że otrzymasz solidne świadczenie, ale… rozporządzeniem ministra finansów (które jak wiemy ma rangę ustawy sejmowej) wypłata nie może być większa niż… To już duże “odstępstwo” od zasad demokratycznego państwa prawa, ale to nie koniec radosnej twórczości zawiadujących ZUS-em, zresztą na polecenie Ministerstwa Finansów. Otóż w tym śmiesznym naszym polskim kraju, prawo tworzone jest do przestrzegania jedynie przez maluczkich i sięga tylko do drzwi parlamentu na Wiejskiej.

W śmiesznym kraju, powołano - pewnie dla śmiechu, pełnomocnika rządu do przestrzegania równego traktowania kobiet i mężczyzn. Ten fantastyczny zapis jak piłka, odbija się od przepisów ZUS, którego prawo stanowione - jak się zaraz przekonamy, na pewno nie dotyczy. Dowcip polega na tym, że kobiety “liczone” są zupełnie innym (niższym) wskaźnikiem niż mężczyźni! W jednym roku przechodziłem wraz z żoną na emeryturę. Ja byłem “liczony” wskaźnikiem 55% - nie więcej niż… a żona wskaźnikiem 48% nie więcej niż… Sztuczka z owym “nie więcej niż…” polega na tym, że jeżeli ze wskaźnika 55% wyszła ci kwota świadczenia np. 3800 zł to wysokość świadczenia nie może być wyższa niż 2100 zł. czyli do wypłaty zostanie 1700 zł . O ile pierwsze czynności rządzących nazywałem kradzieżą to jak nazwać pozostałe? W końcu poobijany emeryt dostaje decyzję i “wyliczoną” emeryturę wraz z zapisem, że pobrano podatek od dochodu w wysokości 19% … Podsumowując: po dokonaniu stosownych obliczeń dowiadujemy się, że wypłata naszego świadczenia emerytalnego jest dokładnie na poziomie 24,6% świadczenia należnego…

Jeżeli po tych emocji emeryt myśli, że to już wszystkie sztuczki na jakie państwo stać, to z błędu wyprowadzi go komunikat o waloryzacji emerytur. W tym roku wskaźnik waloryzacji wyniesie 2,13% a prognoza inflacji na ten rok wg GUS nie powinna przekroczyć 3%. Na pewno przekroczy, a wtedy kwota realnie będzie waloryzowana na poziomie 1,5 -1,7, % czyli moja podwyżka brutto wyniesie 26 zł. Jak chodziłem do kościoła to miesięcznie więcej dawałem na tacę, a przecież to nie jest jałmużna tylko wypłata świadczeń. Każdy pewnie sam skomentuje te fakty. Ja jednak ciekaw jestem komentarza w tej sprawie przywództwa lewicy. No bo jeżeli to jest egalitaryzm, lub sprawiedliwość społeczna, to trzeba będzie koniecznie zapoznać się z nową definicją tych określeń. Kpiny z prawa przez siebie ustanowionego to już norma w naszym kraju. Lewica i w tej sprawie nie zajmuje wyrazistego stanowiska. Pytam dlaczego? Jaki jest powód braku krzyku czy wręcz awantury politycznej, jaką winna wywołać w kraju każda opozycyjna partia lewicy, jako wyraz protestu przeciwko jawnemu gwałceniu fundamentalnych zasad socjaldemokratycznych. Mało tego! W tej sprawie powinien być zatrudniony Trybunał Konstytucyjny. Wreszcie kiedy polska lewica nie tylko werbalnie, ale programowo zacznie działać na rzecz wyzyskiwanych i oszukiwanych obywateli - bezradnych wobec potężnej machiny państwowej? Kiedy lewica zamierza, w kontekście przytoczonych faktów, upomnieć się o równe traktowanie praw kobiet? Przecież to jest niezbywalne prawo partii lewicowych.

Wracając do meritum. ZUS oszukuje “jedynie” obywateli. Ale jakaś grupa dopuściła do tego, aby OFE oszukiwało tych obywateli i jeszcze pustoszyło budżet państwa – państwa polskiego! Czyli ZUS jest zdecydowanie mniejszym złem, bo jest do naprawienia, zaś OFE zreformować się nie da. O tym na lewicy też cicho. Czy alarmistyczne sygnały płynące z ZUS o dramatycznie niskich i systematycznie zaniżanych świadczeniach nie są wystarczającym powodem do podniesieni larum w tej sprawie? Dlaczego partia nie dość głośno i nie dość wyraziście akcentuje swoją niezgodę dotyczącą niegodnych czy wręcz przestępczych działań organów władzy? SLD nie proponuje żadnych zmian w tej materii ergo, nie zdobywa sobie nowych zwolenników. Mam obawy, czy lewica jest gotowa do zainicjowania merytorycznych rozwiązań w tej kwestii. Za dawnych czasów nie była gotowa z powodu ograniczeń zewnętrznych i braku działań rynku. Dziś kiedy przeszkody zniknęły, kłopotem jak sądzę stał się brak znajomości instrumentów inżynierii ekonomicznej w tej materii. To nie byłoby dziwne, bo nie wszyscy muszą być matematykami czy ekonomistami. Ale władze partii muszą umieć korzystać z wiedzy ludzi o takich właśnie umiejętnościach. Tymczasem choćby w naszym Instytucie są opracowania, po które nikt z lewicy nie sięga. Może dlatego, że nie są sygnowane przez instytucje Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego. Może dlatego że nie są wymysłem prawicowych neoliberalnych nurtów, ale opracowane przez ludzi lewicy. Prawda - to trudne tematy, ale one są i muszą być rozwiązane. Przedwyborczych populistycznych obiecanek dziś już nikt nie traktuje poważnie. Dyskusje i pracę nad takimi tematami należy rozpocząć już, inaczej stracą one walor autentyczności i akceptacji społecznej.

Zarys projektu nowego systemu emerytalnego szanującego neoliberalny, obowiązujący kult pieniądza, bez szumnych rewolucji, jest dostępny w naszym Instytucie. Postanowiłem, jako jego autor, nie publikować tej pracy w otwartej przestrzeni wirtualnej, ponieważ trzy lata temu PiS ukradł nam i zniszczył projekt 3 000 000 mieszkań - autorstwa Pana Prof. Pawła Bożyka, zaś dwa lata wstecz bracia Czesi, bez słowa “przyjęli” i zastosowali, jako własne, założenia do projektu reformy służby zdrowia będącą własnością intelektualną naszego Instytutu. Efekt, całe pogranicze polsko czeskie (Dolny Śląsk) leczy się w Czechach. To też zysk, tyle że platoniczny, albowiem w Polsce nikt z otoczenia ówczesnej minister zdrowia pani E. Kopacz nawet nie pochylił się tym projektem, więc tyle naszego.

Wracając do rzeczy. Istotą projektu jest: respektowanie interesów budżetu skarbu państwa, gwarantowane dożywotnie emerytury na poziomie średnio 1700 zł. lub natychmiastowa wypłata zgromadzonego kapitału. Natomiast po śmierci rodzina zmarłego otrzymuje jego zgromadzony kapitał ok. 400,000 - 500,000 zł. Chyba, że został on wcześniej wypłacony. Zwrot kapitału następuje (wg projektu) na zasadach ogólnych, wynikających z Kodeksu Cywilnego. To żaden populizm, żadna loteria. To rzecz klarowna, solidna i nie do obalenia - efekt znajomości ekonomii, matematyki i reagująca na potrzeby otoczenia, oraz świadomości tego, że Bismarckowska formuła ubezpieczeń właśnie się wyczerpała. Dalsze stosowanie tej metody doprowadzi do skandalicznych, upokarzających, nierealnie niskich świadczeń. Na koniec uwaga, lekko filozoficzna z gatunku oczywistej oczywistości. Herbata będzie słodka nawet bez mieszania, ale wtedy i tylko wtedy, kiedy wsypiemy do niej cukier…

Adam Zbigniew Gusiew

Sekretarz Instytutu Badan nad Społeczną Gospodarką Rynkową

O bardziej “formalną” Grupę Wyszehradzką!

Edvard Lucas (korespondent brytyjskiego tygodnika “the Economist” w Europie Środkowej i Wschodniej) uważa, że niewielkie są szanse, by kraje Grupy Wyszehradzkiej (GW) miały realny wpływ na tematy o strategicznej wadze dla polityki europejskiej – przede wszystkim dlatego, że łącząca je więź jest za słaba i nie mają one wypracowanej wspólnej polityki oraz planu działania. Mimo, że łączy je wspólna historia i spuścizna kulturalna, GW jest, jego zdaniem, delikatnym tworem i “jeśli zbyt się go obciąży, popęka”. Wartość Grupy, sądzi Lucas, zależeć będzie od stosunku do niej Polski: “ze wsparciem Polski, Wyszehrad może mieć znaczenie. Jeśli Polska Grupę zaniedba, stanie się ona nieistotna”. Lucas podkreślił, z czym należy się zgodzić, że ważnym krokiem ze strony Polski było zorganizowanie w Warszawie, stosunkowo niedawno, wspólnego spotkania GW (Czechy, Polska, Słowacja, Węgry) z Trójkątem Weimarskim (Polska, Niemcy, Francja) 6 marca 2013, a także, wcześniej, zorganizowanie szczytu Wyszehrad – kraje nordyckie – kraje bałtyckie 20 lutego 2013 w Gdańsku, gdzie dyskutowano m.in o kryzysie gospodarczym i Partnerstwie Wschodnim. (Edvard Lucas, Visehrad Group, Central European Digest, Center for European Policy Analysis oraz Grupa Wyszehradzka potrzebuje przywództwa Polski, Salon 24 Internet, 05.04.2013). Po spotkaniu w Gdańsku minister Radosław Sikorski zauważył, że kraje w nim uczestniczące są bardzo zróżnicowaną grupą, ale “mamy wspólne interesy”. (Portal MSZ). Na spotkaniu GW i Trójkąta Weimarskiego omawiano m.in. sprawy gospodarcze i obronne. W komunikacie wydanym na zakończenie spotkania potwierdzono postanowienie o prowadzeniu aktywnych działań na rzecz europejskich zdolności obronnych, wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony (WPBiO) oraz współpracy z NATO. Jeśli spotkania GW i Trójkąta Weimarskiego odbywać się będą w przyszłości regularnie, lub Polska na forum Trójkąta upoważniona zostanie do prezentowania poglądów Grupy, będzie to oznaczało kolejny etap w procesie formułowania i realizacji wspólnej polityki zagranicznej GW i wspólnego planu działania Grupy w ramach Unii Europejskiej. Na potencjał GW zwracają uwagę środkowoeuropejscy autorzy raportu “Voices from Vishehrad” przygotowanego dla amerykańskiego ośrodka badawczego – Center for European Policy Analysis (CEPA). Ich zdaniem, upłynie jeszcze wiele lat, zanim kraje V4 jako grupa zaczną mieć znaczenie w polityce światowej, niemniej jednak jest to wizja realna. By tak się stało, region potrzebuje mocnych impulsów, by się zmieniać i podnosić swoją rangę. Już w tej chwili działająca wspólnie grupa krajów wyszehradzkich jest w stanie bronić i promować swoje prawa i racje w Unii Europejskiej. Autorzy raportu mają nadzieję, że długoterminowe inwestowanie w potencjał Grupy Wyszehradzkiej spowodować może, iż kraje te nie będą tak bardzo zależne od dużych państw europejskich, a ich polityka zagraniczna będzie mogła być wielowymiarowa, wymierzona w różne kierunki. Pozwoli ona też aktywnie tworzyć euroatlantycką agendę. Mocna GW będzie także zjawiskiem korzystnym dla USA – ten region Europy uznawany będzie za bardziej stabilny i bezpieczny, a dzięki temu zdolny do wyciszania sporów w innych częściach Europy. Stanie się także kulturalnym, politycznym i ekonomicznym pomostem pomiędzy Niemcami i UE a Rosją i byłymi krajami ZSRR. Autorzy raportu zachęcają, aby USA i kraje V4 rozpoczęły prace nad nowymi projektami współpracy. Jakkolwiek USA zainteresowane są taką współpracą, to ciężar tworzenia projektów i pomysłów na tę współpracę leży, zdaniem specjalizujących się w problematyce Europy Środkowej ekspertów, po stronie krajów wyszehradzkich. Ich zdaniem, warunkiem stworzenia silnej, odnoszącej sukcesy GW jest zaakceptowanie przez wszystkich jej członków przywództwa Polski, a w relacjach Grupy powinna przebijać formuła “zaufania opartego na zaangażowaniu i zaangażowania opartego na zaufaniu”. Zarówno raport, jak i inne opracowania zamieszczone na portalu CEPA zachęcają Stany Zjednoczone do większego zaangażowania w politykę środkowoeuropejską. (Voices from Visehrad, A Report of the Visehrad Initiative, CEPA, 29.01.2013, Internet). Do niedawna spotkać się można było z poglądem, że jeśli nie uczynią tego Stany Zjednoczone, to zrobią to Niemcy i Francja. I tu powstałby wielki problem! Bo Grupa Wyszehradzka istnieć może jako znaczące ugrupowanie tylko i wyłącznie w ramach Unii Europejskiej, przy akceptacji ze strony całej Unii, w tym Niemiec i Francji, ale przy istotnym wsparciu ze strony USA. Doświadczenia niezrealizowanej podczas II wojny światowej konfederacji polsko-czechosłowackiej wskazują, że bez poparcia Zachodu, w tym Stanów Zjednoczonych, koncepcja pełnej współpracy środkowoeuropejskiej jest niemożliwa do zrealizowania. Dlatego przeciwstawianie sobie Unii Europejskiej Stanom Zjednoczonym, w sytuacji, gdy pozycja Zachodu w świecie jest coraz słabsza, do niczego dobrego nie prowadzi. Na szczęście jednak, chociażby w sferze obronności, zarówno polityka Unii Europejskiej (wspólna europejska polityka obronna, ale we współpracy z NATO), jak i nowa polityka prezydenta Baracka Obamy wobec Europy, świadczą o tym, że współpraca transatlantycka nabiera nowego rozpędu. (Maksymilian Podstawski, Nowa polityka Stanów Zjednoczonych wobec Europy, Nowe Perspektywy, kwartalnik, Nr 2-3 (9-10), czerwiec-wrzesień 2013) I niewiele tu zmieni niedawna afera podsłuchowa, wręcz przeciwnie, po przejściowych trudnościach doprowadzi do jeszcze bardziej wzmocnionej współpracy UE ze Stanami Zjednoczonymi. Unia Europejska i Stany Zjednoczone “skazane” są na współpracę. Współpraca transatlantycka sprzyjać powinna wzmocnieniu znaczenia Grupy Wyszehradzkiej. Już w tej chwili wiele ważnych na arenie międzynarodowej państw postrzega Grupę Wyszehradzką i Europę Środkową jako wyłaniającą się polityczną całość. Mam tu np. na myśli Chiny i Japonię - państwa, które przy tym dostrzegają w Polsce lidera regionu. Warto pomyśleć, niezależnie od starań na rzecz pomyślnych dla Grupy Wyszehradzkiej uwarunkowań międzynarodowych, nad stworzeniem dla Grupy nowych, instytucjonalnych form współpracy. Myśleli o nich wizjonerzy środkowoeuropejscy podczas II wojny światowej. W zapowiedziach niedoszłej do skutku konfederacji polsko-czechosłowackiej przewidywano powołanie organów ustawodawczych i wykonawczych konfederacji, w tym m.in. prowadzenie wspólnej polityki gospodarczej, zagranicznej i obronnej. Zamysły czechosłowackiego premiera Edvarda Beneša, dotyczące przyszłego kształtu politycznego Europy Środkowej nie różniły się wiele od planów jego adwersarza politycznego Słowaka Milana Hodžy, jakkolwiek ten ostatni szedł w nich dalej. W planach Beneša i Sikorskiego konfederacja polsko – czechosłowacka współpracować miała z konfederacją grecko-jugosłowiańską, a w przyszłości obie konfederacje miały się połączyć. Zawarta w Londynie 23 stycznia 1942 roku umowa polsko-czechosłowacka przewidywała m.in. powołanie wspólnych ministerstw: spraw zagranicznych, obrony, gospodarki i finansów, spraw socjalnych i transportu. Konfederacja miała mieć wspólny Sztab Generalny, a w przypadku wojny mianowany miał być Wódz Naczelny. Koordynacja polityki handlowej i celnej doprowadzić miała w przyszłości do powstania unii celnej. Polityka monetarna miała być ściśle koordynowana, przy zachowaniu odrębnych walut narodowych. W tym samym dniu rządy obu państw przyjęły rezolucję witającą z zadowoleniem zawarcie grecko-jugosłowiańskiej umowy konfederacyjnej (15 stycznia 1942). Rezolucja zapowiadała przyszłą współpracę między dwiema konfederacjami. Hodža w swych planach szedł zdecydowanie dalej. On także uważał, że jednoczenie się Europy Środkowej rozpocząć się powinno od Polski i Czecho-Słowacji (w “jego” federacji Słowacja miała być niezależnym podmiotem). Jego zdaniem wydarzenia II wojny uzasadniały ścisłą współpracę ośmiu państw znajdujących się między Rosją, Niemcami a Włochami (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Austria, Rumunia, Bułgaria, Jugosławia, Grecja). Wśród najważniejszych ośrodków kulturalnych nowego federalnego państwa Hodža wymieniał w kolejności miasta: Warszawę, Poznań, Kraków, Wiedeń, Pragę, Budapeszt, Bukareszt, Belgrad, Zagrzeb i Sofię. W jego koncepcji pierwszy Prezydent Federacji wybrany miał zostać przez premierów państw członkowskich. Natomiast kolejni prezydenci wybierani przez Parlament Federalny na okres 1 roku. Do kompetencji Prezydenta należeć miało mianowanie Kanclerza Federalnego i członków rządu oraz mianowanie (Prezydent jako Wódz Naczelny) dowódców armii. Pozycja Prezydenta miała być silna (co przy jednorocznej kadencji byłoby jednak raczej niemożliwe, M.P.). W przypadku podważenia przez rząd federalny lub większość jednego z parlamentów narodowych uchwał parlamentu federalnego, głos Prezydenta miał być rozstrzygający. Hodža zdawał sobie sprawę z tego, że jego projekt ustroju federalnego państwa wymaga przedyskutowania. Zauważył np., że gdyby w skład federacji wejść miały monarchie (w tym czasie cztery środkowoeuropejskie państwa były wcześniej lub aktualnie monarchiami), to kwestia głowy federalnego państwa musiałaby zostać poddana dodatkowej dyskusji. W gestii rządu federalnego znajdować się miały sprawy: celne (unia celna), finansowe (wspólna waluta), handlu międzynarodowego i polityki zagranicznej oraz obrony. Powołane miały być federalne ministerstwa ds. łączności i poczty, lotnictwa i żeglugi, prawa federalnego. W państwie federalnym przewidywał Hodža działalność związków zawodowych i stowarzyszeń profesjonalnych. Każde państwo narodowe wchodzące w skład federacji posiadać miało w rządzie federalnym jednego ministra bez teki. Deputowani do Parlamentu Federalnego mianowani mieli być przez parlamenty narodowe większością 2/3 głosów, w proporcji 1 poseł federalny na 1 milion mieszkańców. Podczas II wojny środkowoeuropejscy wizjonerzy w sfederalizowaniu naszego regionu widzieli wyjście z powersalskiego systemu małych państw. (Maksymilian Podstawski, Milan Hodža i plany utworzenia Federacji Środkowej Europy, Polski Przegląd Dyplomatyczny, t.2, nr 4 (8), 2002). Tak sfederalizowana Europa Środkowa miała następnie wejść w skład zjednoczonej Europy. Nietrudno zauważyć, że także obecnie, w rezultacie II wojny światowej i ustaleń wielkich mocarstw (oraz mimo zmian, jakie tu nastąpiły po 1989 roku), Europa Środkowa to nadal system małych państw. Niewiele tu zmienia fakt, że większość państw środkowoeuropejskich należy, lub wkrótce wejdzie, do Unii Europejskiej. Ich pokaźna liczba stanowić może dla Unii Europejskiej poważne obciążenie i źródło kłopotów, np. administracyjnych. Dlatego wydaje się celowe rozważenie form jeszcze ściślejszej niż dotąd współpracy w Grupie Wyszehradzkiej i w całej Europie Środkowej. Podczas II wojny światowej stanowisko USA i Wielkiej Brytanii, początkowo pozytywne, okazało się ostatecznie nieprzychylne idei współpracy środkowoeuropejskiej, a Związku Radzieckiego od początku wrogie. Obecnie sytuację mamy inną; Stany Zjednoczone i Unia Europejska powinny być, obiektywnie rzecz biorąc, zainteresowane środkowoeuropejską współpracą, gdyż sprzyja ona konsolidacji całego Zachodu, w sytuacji, gdy Stany czy Unia oddzielnie znaczą o wiele mniej niż razem. Widoczne są tendencje do zacieśniania współpracy między Stanami a Unią. Są one w także w interesie Europy Środkowej. Możliwości Rosji przeciwstawienia się współpracy środkowoeuropejskiej są aktualnie nieporównywalnie mniejsze niż podczas i po II wojnie (jakkolwiek wpływy Rosji na Białorusi, na Ukrainy i w Naddniestrzu są widoczne). Pewną niewiadomą stanowi Turcja (stowarzyszony z UE sojusznik w NATO), która na Bałkanach może, ale nie musi, przeciwstawiać się regionalnej współpracy. Zresztą, wszystkie kraje bałkańskie znajdą się wkrótce w Unii Europejskiej, a to zapewni im znaczną stabilność. Podczas II wojny światowej zarówno środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie, jak i społeczeństwa naszego regionu miały świadomość konieczności ścisłej współpracy w obliczu ówczesnych zagrożeń ze strony Niemiec i Związku Radzieckiego. Obecnie sytuację międzynarodową mamy inną, a rodzaj zagrożeń jest zupełnie inny. Mają one charakter raczej wewnętrzny, w każdym środkowoeuropejskim kraju. Neoliberalny system ekonomiczny, przyjęty w Polsce i w innych krajach regionu okazał się niewypałem. Jego niewydolność (podobnie jak wcześniej niewydolność tego rodzaju socjalizmu, jaki tu zainstalowano) nie pozwala krajom środkowoeuropejskim na doścignięcie rozwiniętych krajów Zachodu. Stwarza to warunki do niepokojów społecznych. Kraje regionu, a wśród nich Polska, oddalają się od dobrze rządzonego wzorca socjalnego, jakim są np. kraje skandynawskie, czy choćby Niemcy. Słaba ekonomicznie Polska, narażona w związku z tym na wstrząsy społeczne, może nie być w stanie odgrywać w Grupie Wyszehradzkiej i w Europie Środkowej wiodącej roli, nawet jeśli kraje regionu zechcą w niej widzieć lidera. Jeśli ten stan zastoju gospodarczego (czy zbyt powolnego rozwoju) się dłużej utrzyma, to Polska nie stanie się w regionie politycznie silnym i stabilnym państwem, atrakcyjnym dla środkowoeuropejskich sąsiadów. Będzie też mało atrakcyjna dla wartościowych imigrantów (posiadających kapitał, wiedzę lub potrzebne Polsce zawody). Będą oni nasz kraj omijać. Przy niskim w Polsce przyroście naturalnym, imigranci w Polsce odegrać mogą bardzo potrzebną rolę, pod warunkiem, że grupki poszczególnych nacji składających się na imigrację nie będą zbyt liczne i przy nędzy jakiej doświadcza znaczna część naszego społeczeństwa nie staną się powodem do ataków ze strony skrajnych nacjonalistów. Okres po 1989 roku, to w przeciwieństwie do PRL-u, stracona szansa dalszego rozwoju potencjału demograficznego Polski. Utrzymująca się nadal fala emigracji wykształconych i młodych ludzi z Polski na Zachód, przy niskim przyroście naturalnym, to może być zapowiedź klęski gospodarczej i politycznej. Największy nasz wróg miałby kłopoty z napisaniem lepszego dla siebie scenariusza. Do tak licznej emigracji z Polski przyczyniła się polityka kolejnych neoliberalnych rządów po 1989 roku; przede wszystkim powodująca bezrobocie polityka likwidacji dużej części polskiego przemysłu. Można mieć jednak nadzieję, że Polacy wychodzili w przeszłości nie z takich opresji, więc i tym razem instynkt samozachowawczy podpowie, być może, odpowiednie rozwiązania, a do nich należy, moim zdaniem, m.in powrót do industrializacji kraju. W przypadku, gdy szwankują rozwiązania systemowe wewnątrz państwa, bardzo ważnym dla państwa wsparciem okazać się może mądra polityka zagraniczna. Takiego wsparcia potrzebują wszystkie państwa środkowoeuropejskie, gdyż w pojedynkę są zbyt słabe, by artykułować i bronić swoich indywidualnych i wspólnych interesów. Dobrze więc, że w polskiej dyplomacji priorytetowe miejsce zajmuje polityka regionalna, a w niej Grupa Wyszehradzka.

 

 

Do priorytetów polskiej Prezydencji w Grupie Wyszehradzkiej (lipiec 2012-czerwiec 2013) należało m.in. wypracowanie spójnego stanowiska państw V4 w unijnych negocjacjach nad WRF (Wieloletnie Ramy Finansowe) na lata 2014-2020, pogłębianie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, niwelowanie transgranicznych braków ciągłości w przebiegu osi rozwojowych w regionie (w tym gotowość na rozszerzenie współpracy w dziedzinie integracji rynku gazu na inne państwa w regionie, a w szczególności kraje nadbałtyckie, Rumunię, Ukrainę, Mołdawię i Chorwację). Wspomaganie rozwoju kontaktów szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego oraz wspieranie prointegracyjnych aspiracji państw Bałkanów Zachodnich, a także rozwój i implementacja Partnerstwa Wschodniego. Ponadto, polityka klimatyczna w ramach UE oraz budżet unijny na lata 2014-2020. Celem polskiego przewodnictwa w GW było dalsze umacnianie pozycji naszych krajów i Grupy na forum międzynarodowym. Nacisk położono na poprawę w regionie infrastrukturalnego deficytu (gaz, transport) co ma ułatwić kontakt między społeczeństwami naszych krajów, a także dalszy rozwój stosunków gospodarczych, kulturalnych i naukowych. W Programie polskiej prezydencji stwierdzono, że stworzenie szlaków komunikacyjnych na osi Północ-Południe, wzdłuż wschodniej granicy unijnej jest dla Grupy Wyszehradzkiej wielką szansą. (polskiej prezydencji nie udało się wiele w tym zakresie dokonać, M.P.) Podkreślono w Programie, że istotne jest, aby rozwój współpracy wyszehradzkiej ugruntował w Unii Europejskiej przekonanie, że przynosi ona wartość dodaną dla spójności i stabilności regionu i jest zarazem korzystna dla UE jako całości. Bowiem silna, skuteczna i zdeterminowana Grupa Wyszehradzka wzmacnia UE. Grupa Wyszehradzka z rosnącą tożsamością regionalną jest wzorem współpracy regionalnej. Intencją polskiej prezydencji było, aby Grupa Wyszehradzka była coraz skuteczniejszym rzecznikiem interesów środkowoeuropejskich państw członkowskich UE, a także aby umożliwiała artykułowanie stanowisk ważnych z punktu widzenia regionu i całej Unii. Polskiej prezydencji zależało na tym, aby możliwie szeroko włączyć innych partnerów do współpracy na bazie V4+. Polska prezydencja, w ramach polityki zagranicznej Grupy Wyszehradzkiej koncentrowała się na bieżących sprawach, ważnych dla polityki europejskiej. Współpraca w łonie Grupy Wyszehradzkiej służyć powinna - czytaliśmy w Programie - większej koordynacji stanowisk państw V4 w zakresie polityki UE wobec państw Partnerstwa Wschodniego, zwłaszcza Ukrainy i Białorusi, a także wobec Bałkanów Zachodnich. Podczas polskiej prezydencji kontynuowana była bliska współpraca przy uzgadnianiu stanowisk państw V4 w obszarze wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Kontynuowany był dialog z USA dotyczący m.in. bezpieczeństwa międzynarodowego. Współpraca państw V4 w formule państw V4+ oznaczała współpracę nie tylko z państwami Europy Środkowej (Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej), ale także z Japonią, Izraelem, Egiptem, Chinami, Tajwanem i Republiką Korei. Skutecznie analizowane były możliwości rozwijania dialogu V4 z ugrupowaniami regionalnymi: Nordycką Radą Ministrów, Beneluksem i państwami bałtyckimi. Zamierzano także zintensyfikować współdziałanie w formacie V4 na forum ONZ. Polska prezydencja kontynuowała także działania mające na celu intensyfikację i rozszerzenie współpracy konsularnej, np. poprzez wynajmowanie budynków dla celów dyplomatyczno-konsularnych. Bardzo ciekawym i ważnym dla sprawności polityki zagranicznej Grupy Wyszehradzkiej był pomysł, aby we wszystkich ministerstwach spraw zagranicznych państwa V4 wyznaczyć analogiczny poziom wykonawczy dla zapewnienia ciągłości współpracy roboczej (np. dla biur Dyrektorów/Sekretarzy Generalnych, ewentualnie dla departamentów konsularnych). (Program Polskiej Prezydencji w Grupie Wyszehradzkiej (lipiec 2012 -czerwiec 2013, portal MSZ) Nie wiemy, na ile pomysł ten udało się wcielić w życie.

 

 

Minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski przekazując Węgrom prezydencję Grupy Wyszehradzkiej w czerwcu 2013 roku podkreślił, że podczas polskiej prezydencji udało się podnieść widzialność Grupy Wyszehradzkiej zarówno na forum europejskim, jak i w oczach społeczeństw tworzących ją krajów. Stało się tak, dzięki inicjatywom takim jak mapa drogowa wspólnego rynku gazowego, szczyty z udziałem przywódców Francji i Niemiec oraz Japonii, a także wspólne narady z udziałem ministrów spraw zagranicznych państw Bałkanów Zachodnich oraz Partnerstwa Wschodniego. (Radosław Sikorski przekazał Węgrom prezydencję Grupy Wyszehradzkiej, Onet, Wiadomości, 26.06.2013) Efekty polskiej prezydencji widoczne były w obszarze polityki energetycznej, bezpieczeństwa i obrony, a także w zwiększeniu obecności V4 na arenie międzynarodowej. Po przekazaniu 1 lipca prezydencji Węgrom, Polska powinna pozostać aktywna w dotychczasowych dziedzinach. Natomiast Węgry powinny obrać za priorytet kwestię transportu wewnątrzregionalnego, którym niewystarczająco zajęła się Polska. Zaniedbania dotyczące dróg i linii kolejowych wzdłuż wschodniej granicy Unii Europejskiej nie są oczywiście wyłącznie winą Polski, lecz świadczą także o pewnej niewydolności całej Grupy Wyszehradzkiej. Traci na tym skuteczność działania także Unii Europejskiej, dla której poprawa w funkcjonowaniu transportu w naszym regionie, na osi Północ-Południe jest priorytetem. Grupa Wyszehradzka znajduje się już na etapie, gdy jej nieformalny kształt nie odpowiada jej aktualnym potrzebom. Dość oględnie ujęła to Anita Sobják w lipcowym numerze Biuletynu Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Zauważyła ona, że zasięg oraz intensywność współpracy wyszehradzkiej wzrastają, w związku z tym niezbędne staje się unowocześnienie form i mechanizmów działania Grupy Wyszehradzkiej. I tak np. zarządzanie szybko rozwijającą się siecią powiązań z państwami trzecimi będzie wymagało w przyszłości sposobu komunikacji bardziej usystematyzowanego, niż ten obecnie zapewniany przez prezydencję. (Anita Sobják, Wnioski z polskiej prezydencji w Grupie Wyszehradzkiej, Biuletyn PISM nr 70, 2 lipca 2013) Dotychczasowe wysiłki zmierzające do poprawy funkcjonowania transportu na osi Północ-Południe przyniosły by zapewne bardziej widoczne rezultaty, gdyby zarządzanie wyszehradzkimi projektami było bardziej “scentralizowane” i usystematyzowane. Zadania jaki stawiała przed sobą Grupa Wyszehradzka odnośnie transportu były (i są na szczęście nadal) bardzo ambitne. Obok korytarza gazowego, korzystnego dla integracji Bałkanów z resztą Europy Środkowej oraz z całą Unią Europejską, planowany jest Korytarz Transportowy Bałtyk – Adriatyk (BAC, Baltic – Adriatic Corridor). BAC ma na celu wzmocnienie powiązań strategicznych krajów i regionów na osi północ-południe. 6 października 2009 roku 14 regionów reprezentujących Polskę, Czechy, Słowację, Austrię i Włochy podpisało porozumienie na rzecz realizacji korytarza kolejowego Północ-Południe (Gdańsk/Gdynia-Warszawa-Brno/Bratysława-Wiedeń-Bolonia). Natomiast 3 grudnia 2009 roku 9 regionów z Polski, Czech i Austrii podpisało wspólną deklarację potwierdzającą znaczenie dla regionu i całej Europy osi autostrady Gdańsk - Brno – Wiedeń. Korytarz transportowy zaczyna się w Skandynawii, od Oslo do Karlskrony, a następna, szwedzka część korytarza Karlskrona-Gdynia, objęta została statusem autostrady morskiej. Korytarz transportowy Bałtyk-Adriatyk obejmuje obszar od portów w Gdyni i w Gdańsku do portów północnego Adriatyku Włoch i Słowenii, a jego odgałęzienia sięgają także basenów Morza Egejskiego i Morza Czarnego. W Polsce częścią korytarza transportowego jest linia kolejowa E-65 oraz autostrada A-1.Obydwa projekty znajdują się bardzo wysoko na liście priorytetowych inwestycji zarówno w Polsce, jak i w UE. Wpisane zostały na listę 30 priorytetowych osi transportowych Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T. Korytarz transportowy Północ-Południe powinien ułatwić przepływ towarów między Skandynawią a krajami basenu Morza Śródziemnego. Aktywizacja korytarza Transportowego B-A (Bałtyk-Adriatyk) wzmocni potencjał ekonomiczny i znaczenie polityczne w UE całej Europy Środkowej. (BAC – Baltic – Adriatic Corridor – Korytarz Transportowy Bałtyk – Adriatyk, Mazowieckie Biuro Planowania Regionalnego w Warszawie, 2010, Internet)

 

 

Grupa Wyszehradzka powołana została do życia jako grupa nieformalna w celu podejmowania wspólnych działań na rzecz integracji z Unią Europejską i rolę tę doskonale spełnia i spełniać nadal powinna, ale już jako Grupa bardziej sformalizowana. Być może nie wszyscy uczestnicy tego procesu zdawali sobie początkowo sprawę z tego, że wspólne działania na rzecz integracji z Unią Europejską doprowadzą też, w sposób naturalny, do wewnętrznej integracji samej Grupy, która “wyrasta” już ze swego początkowego kształtu grupy nieformalnej. Jak dotąd jedyną instytucją Grupy jest założony w roku 1999 Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki z siedzibą w Bratysławie, a jej jedyną formalną strukturą – Sekretariat Funduszu. Do usprawnienia współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej przyczyniło się już ustanowienie rocznych prezydencji. Jej zakończenie w czerwcu każdego roku pozwala na podsumowanie działań i wyznaczenie nowych celów i zadań na przyszłość. Stopniowa integracja GW pozwala na coraz lepsze artykułowanie interesów narodowych zarówno jej członków, jak i interesów całej Grupy. W tym kierunku zmierzała polska prezydencja i w tym samym kierunku zmierza prezydencja węgierska na lata 2013-2014. Program prezydencji węgierskiej przewiduje dalsze działania na rzecz zmniejszenia zależności od dostaw energii i osiągnięcia energetycznej niezależności. Węgrzy kontynuować będą politykę polskiej prezydencji odnośnie energetyki w regionie. Zmierzać będą do integracji regionalnych rynków gazu w ramach jednego, szerokiego rynku europejskiego oraz do integracji rynku elektryczności. Węgierska prezydencja kontynuować będzie także prace nad energią nuklearną rozpoczętą przez prezydencję polską. Główną sprawą w zakresie energetyki jest zbudowanie brakującego połączenia energetycznego Północ-Południe. Ważne jest także zwrócenie większej niż dotąd uwagi na poprawę zaniedbanych połączeń drogowych i kolejowych na linii Północ-Południe. Z myślą o lepszych wynikach gospodarczych poszczególnych członków i całej Grupy, Węgrzy planują wzmożone wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Przewidziany jest dalszy wysiłek na rzecz współpracy V4 w obszarze Bezpieczeństwa i Obrony. Wokół tych i innych zadań Grupy następować będzie jej dalsza wewnętrzna integracja. Integracji tej sprzyja też współpraca w zakresie kultury i wspólnego dziedzictwa kulturalnego, a także w dziedzinie edukacji i polityki młodzieżowej.

 

 

Rodzi się więc potrzeba powoływania mniej lub bardziej formalnych instytucji oraz mechanizmów współpracy. Warto w tym kontekście wspomnieć o procesie, który ma miejsce na wyszehradzkim forum parlamentarnym. Spotkania przewodniczących parlamentów GW odbywają się od 2003 roku. Po przystąpieniu w roku 2004 Polski i pozostałych państw Grupy do Unii Europejskiej współpraca parlamentów państw GW przybrała 2 formy. Są to spotkania przewodniczących parlamentów i spotkania komisji ds. Europejskich, a od roku 2012 spotkania komisji administracji publicznej oraz rozwoju regionalnego. (oide.sejm.gov.pl) Wcześniej, bo 18 kwietnia 2007 roku w Pradze przewodniczący parlamentów GW przyjęli porozumienie w sprawie instytucjonalizacji współpracy państw Grupy (podkreślenie moje, M.P.). Postanowiono, że regularne spotkania przewodniczących parlamentów państw GW odbywać się będą raz w roku, zazwyczaj na jesieni, w państwie sprawującym prezydencję. W przypadku, gdy powstanie pilna kwestia dotycząca wszystkich państw Grupy, każdy z przewodniczących ma prawo zwołać spotkanie nadzwyczajne. Przewidziano też kontynuację współpracy komisji parlamentarnych ad hoc. Parlamenty państw Grupy wspierają współpracę z parlamentami innych państw zgodnie z programem V4+ oraz europejską politykę sąsiedztwa. (Porozumienie państw Grupy Wyszehradzkiej w sprawie instytucjonalizacji współpracy na poziomie parlamentarnym, oide.sejm.gov,pl) Kolejne, dziesiąte spotkanie przewodniczących parlamentów odbyło się w Warszawie 12-13 kwietnia 2013 roku. Było ono niezwykle ważne, bo odbyło się pod koniec polskiej prezydencji i stanowiło zapewne inspirację dla propozycji prezydencji węgierskiej przewidujących dalszą instytucjonalizację pracy parlamentów wyszehradzkich. Na spotkaniu w Warszawie Marszałek Sejmu Ewa Kopacz powiedziała: “Nasza współpraca jest wielką wartością szczególnie dziś, kiedy jesteśmy w okresie zmian. Zmienia się kształt Unii Europejskiej i jej wewnętrzne uwarunkowania. Po blisko dziesięcioletniej obecności w Unii Europejskiej powinniśmy poświęcić więcej uwagi budowaniu silnego, spójnego regionu, by stać się aktywną i odpowiedzialną grupą państw wewnątrz UE, mogącą aktywnie oddziaływać na jej rozwój”. Marszałek Kopacz wyraziła przekonanie, że silna i solidarna Europa Środkowa to także silniejsza Unia Europejska. We wspólnym stanowisku przewodniczący parlamentów GW podkreślili rolę, jaką odgrywa współpraca parlamentarna krajów V4 i zadeklarowali wsparcie dla rozwoju tej współpracy także na forum komisji. (Dziesiąte spotkanie przewodniczących parlamentów GW w Warszawie, 12-13 kwietnia 2013, www.sejm.gov.pl)

 

 

Należy zauważyć, że to już podczas polskiej prezydencji trwał wzmożony dialog GW z ważnymi w Europie ugrupowaniami regionalnymi: Nordycką Radą Ministrów, Beneluksem i państwami bałtyckimi. Węgierska prezydencja kontynuuje ten dialog. Nie tracąc swego naturalnego zainteresowania Bałkanami, Węgry zwracają się wyraźnie ku Północy. Nie wynika to zapewne wyłącznie z potrzeby budowy powiązań energetycznych i transportowych na osi Północ-Południe. Chodzi o jeszcze coś innego, niemniej ważnego. Węgrzy interesują się skandynawskimi rozwiązaniami ustrojowymi. Węgierska prezydencja korzystając z wzorów nordyckich proponuje ściślejszą współpracę parlamentów państw V4. Propozycja dotyczy powołania parlamentu państw Grupy Wyszehradzkiej: z każdego kraju Grupy mianowana byłaby do parlamentu wyszehradzkiego jednakowa liczba przedstawicieli, którzy działać będą na zasadzie rotacyjnej, bez “grup politycznych” (without political groups). Propozycja nie jest do końca sprecyzowana i wymaga dalszego rozwinięcia, ale chodzi zapewne o obecność w tym parlamencie bardziej fachowców niż związanych z partiami zawodowych polityków. Ważną rolę w tej koncepcji odgrywać mają mianowane ad hoc komitety powoływane do rozwiązywania konkretnych problemów. Każdego roku parlament ten spotykał by się dwukrotnie, na wiosnę i jesienią. Powołanie parlamentu wyszehradzkiego będzie miało znaczenie zarówno dla koordynacji polityki wewnątrz GW, jak i dla prowadzonej przez Grupę polityki zagranicznej. Pomysł ten spotka się niewątpliwie z zainteresowaniem zarówno konstytucjonalistów, jak i społeczeństw Grupy. Wzory rozwiązań ustrojowych Grupa Wyszehradzka czerpać także może z innego regionalnego ugrupowania -. z Beneluksu, z którym od dawna współpracuje. Prezydencja węgierska dążyć będzie do dalszej ścisłej współpracy z Nordycką Radą Ministrów i Radą Państw Bałtyckich w zakresie polityki wschodniej, bezpieczeństwa, stymulacji wzrostu gospodarczego w Europie. Chodzi też w tej współpracy o połączenia energetyczne i transportowe na osi Północ-Południe, ochronę przed powodziami i ochronę zasobów wody pitnej. Węgry pragną ustanowić grupę roboczą, która przestudiuje możliwości współpracy z krajami nordyckimi w celu ustanowienia wspólnych przedstawicielstw dyplomatycznych. Wzorem, jedynego jak dotąd, Wyszehradzkiego Domu w RPA (Kapsztad), węgierska prezydencja zamierza otworzyć taki Dom w Wietnamie (w mieście Ho Chi Min). Grupa Wyszehradzka, wchodząc w skład Unii Europejskiej, prowadzi coraz aktywniej swą politykę zagraniczną; jej większa “widzialność” na arenie międzynarodowej, to nic innego jak skutek procesu, w którym Grupa staje się w oczach świata stopniowo “podmiotem”. Prezydencja węgierska kontynuuje polskie priorytety i dodaje do nich swoje. Wewnątrz UE Grupa prowadzić będzie nadal dialog i współpracę z Niemcami oraz konsultować z nimi tematy unijne. Zauważalny w programie węgierskim jest brak odniesień do Trójkąta Weimarskiego, w którym oprócz Polski i Niemiec, istotną rolę odgrywa Francja. Niemniej jednak, w jednej ze swych wypowiedzi minister spraw zagranicznych Węgier János Martonyi podkreślił znaczenie, jakie ma dla Grupy Wyszehradzkiej funkcjonowanie Trójkąta Weimarskiego. Wśród wielu innych spraw, na które prezydencja węgierska zwróci uwagę, ważna jest problematyka celna. Chodzi w niej o harmonizację i uproszczanie przepisów celnych w samej Grupie oraz o ich koordynację z przepisami celnymi w całej Unii Europejskiej. Budując na dotychczasowych osiągnięciach polskiej prezydencji, węgierska prezydencja kontynuować będzie dialog z USA dot. Afganistanu, zaangażowania wojskowego w Europie, energii, Partnerstwa Wschodniego, a także na temat państw znajdujących się w trakcie demokratycznego procesu transformacji. Kontynuowana będzie współpraca między Międzynarodowym Funduszem Wyszehradzkim (IVF-International Visehrad Fund) a CEPA (Center for European Policy Analysis-amerykańskim ośrodkiem analizującym politykę europejską), a także współpraca naukowa między GW a USA. Grupa Wyszehradzka udziela swego poparcia negocjacjom między UE a USA w sprawie umowy o handlu i inwestycjach - TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership).

 

 

W programie węgierskiej prezydencji, we fragmentach dotyczących polityki zagranicznej, zwraca uwagę podkreślanie “kontynuacji” współpracy z określonymi państwami, jak i “koordynacji” polityki wobec niektórych państw oraz akcentowanie “wspólnych interesów” krajów wyszehradzkich. Tak więc w programie mowa jest o:

- Kontynuacji współpracy z Japonią w zakresie energii, zmian klimatycznych, małych i średnich przedsiębiorstw, Partnerstwa Wschodniego, pomocy rozwojowej. (Japonia zajmuje w relacjach GW ze światem szczególne, bliskie i ważne miejsce).

- Koordynacji polityki V4 wobec Chin w celu lepszego skorzystania ze współpracy między Chinami a krajami Europy Środkowowschodniej. (Pewnego podobieństwa szukać tutaj można w relacjach między USA a Europą Zachodnią. Amerykanie skarżyli się zawsze, że mają trudności w komunikacji z podzieloną i rozdrobnioną na poszczególne państwa Europą. Łatwiej im obecnie rozmawiać z jeszcze niedoskonałym, ale “jednym” tworem jakim jest Unia Europejska. Także Chińczykom łatwiej jest rozmawiać z Grupą Wyszehradzką niż z malutkimi środkowoeuropejskimi krajami. Nie mówiąc już o tym, że z drugiej strony, zarówno w interesie Unii Europejskiej, jak i Grupy Wyszehradzkiej istotne i ważne jest nie dawanie okazji do ewentualnego “rozgrywania” czy manipulowania poszczególnych państw unijnych przez chińskie mocarstwo. Nie są to obawy bezpodstawne, bo próby rozgrywania poszczególnych państw zachodnioeuropejskich, mimo istnienia Unii Europejskiej, czy też środkowoeuropejskich, mimo istnienia Grupy Wyszehradzkiej, widoczne są gołym okiem także, a może przede wszystkim, ze strony rosyjskiego sąsiada. M.P.)

- Wspólnej polityce GW wobec krajów ASEAN oraz krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki i Bliskiego Wschodu.

- Wspólnych działaniach na forum ONZ i w organizacji międzynarodowych.

- Wspólnych interesach GW, m.in. w Radzie Europy i KBWE. (Hungarian Presidency 2013-2014 of the Visehrad Group, Ministry of Foreign Affairs of Hungary, Internet)

 

 

Grupa Wyszehradzka powinna, jeszcze częściej niż dotąd, mówić jednym głosem. Aktualny, nieformalny kształt Grupy Wyszehradzkiej nie pozwala bowiem na sprawną implementację jej coraz bardziej ambitnych i złożonych celów. Mówienie jednym głosem potrzebne jest w relacjach ze światem, który tego od nas oczekuje. Rozumie to aktualna prezydencja węgierska. Są powody, aby mieć pewność, że rozumieć to będzie także następna prezydencja – słowacka. W dyskusji mającej na celu sprawniejsze niż dotąd funkcjonowanie GW, wskazuje się często, że Polska powinna być liderem Grupy Wyszehradzkiej. Nasuwa się w związku z tym wiele pytań i wątpliwości, które już ponad pół wieku temu zgłosili wizjonerzy współpracy środkowoeuropejskiej, np. Milan Hodža i Oskar Halecki. Należy się domyślać, że chodziło im właśnie o Polskę jako największy kraj środkowoeuropejski Ten pierwszy uważał, że małe narody mają prawo do swego nacjonalizmu, nazwał go “nacjonalizmem małych narodów” (pojęcie nacjonalizmu nie było przed II wojną światową jeszcze tak zdewaluowane, jak obecnie) i spodziewał się początkowych oporów małych narodów przed taką współpracą. Halecki natomiast ostrzegał przed pojawieniem się w grupie środkowoeuropejskiej państwa-hegemona i uważał, że wszystkie narody powinny być w utworzonym ugrupowaniu traktowane jednakowo. O ile Hodža przewidywał proporcjonalny do liczby mieszkańców poszczególnych krajów udział we władzach planowej konfederacji, to, zauważmy, że prezydencja węgierska w planowanym parlamencie wyszehradzkim proponuje jednakową liczbę posłów dla każdego kraju. Z tą ostatnia propozycją zgodził by się zapewne Halecki. Inne pytanie; czy Polska ma potencjał gospodarczy i intelektualny, aby być liderem Grupy Wyszehradzkiej? Wydaje się, że wysoki potencjał gospodarczy może nasz kraj kiedyś osiągnąć, choć nie przy zbyt powolnie ustępującej pola neoliberalnej doktrynie ekonomicznej. Natomiast poziom naszej elity politycznej budzi, co do naszego “liderowania” w Grupie, poważne wątpliwości. Przeraża łatwość z jaką polskie elity dają się manipulować siłom zewnętrznym. Warto zauważyć, że podobne manipulacje byłyby utrudnione, gdyby Polska funkcjonowała w zwartej Grupie Wyszehradzkiej, prowadzącej politykę zagraniczną w imieniu swych członków i przy uwzględnieniu ich interesów. Ponadto, sposób w jaki dyskutuje się w Polsce o przeszłości przeszkadza w połączeniu wszystkich sił politycznych kraju dla konstruktywnej dyskusji o przyszłości. Można mieć jednak, nie pozbawioną podstaw, nadzieję, że wzrastający poziom ogólny polskiego społeczeństwa mieć będzie bezpośrednie przełożenie na poziom wybieranej przez Polaków elity politycznej (chodzi m.in. o rosnący procent osób z wyższym wykształceniem i coraz większą rolę w naszym społeczeństwie wykształconych kobiet, a także wracających z Zachodu z emigracji, co prawda w małej skali, młodych ludzi). I następne pytanie, na które nie ma jasnej odpowiedzi. Czy Grupa Wyszehradzka w ogóle potrzebuje lidera? Lider w tym przypadku nie może sam mianować się liderem, lecz być za takiego uznany przez inne państwa Grupy. Wydaje się, że wśród krajów nordyckich, czy w Beneluksie takiego wyraźnego lidera nie ma. Mimo tych wszystkich wątpliwości, sądzić należy, że Grupa Wyszehradzka, w przyjaznych uwarunkowaniach międzynarodowych, ma szansę na kontynuację swej wewnętrznej integracji w ramach Unii Europejskiej oraz na instytucjonalizację swej działalności.

 

Warszawa, 1 grudnia 2013

Propozycje niektórych założeń do zmiany ustawy SYSTEMU EMERYTALNEGO

Motto z przysłowia wzięte: z niewolnika nie ma pracownika

Istniejący system emerytalny wymaga głębokiej reformy z tego względu, że dokonały się zmiany w sferze biologicznej, społecznej i technologicznej. Przeprowadzenie tak ważnej reformy wymaga podejścia systemowego, polegającego na uwzględnieniu:

- relacji pomiędzy przyszłym emerytem a jego rodziną (bliskim otoczeniem),

- aktualnego potencjału aktywności zawodowej i intelektualnej pracownika,

- aktualnych możliwości technicznych i technologicznych informatyki.

Podstawowe wymagania do systemu:

  1. Emerytura pracownicza nie jest dobrodziejstwem świadczonym ze strony Państwa z tego względu, bo pracownik, w społecznym systemie, przekazuje - w formie składki (podatku) od swojego wynagrodzenia - Państwu, a Państwo te środki wykorzystuje na swoje bieżące potrzeby. Pracownik, zgodnie z obowiązującym prawem w tym zakresie, ma prawo żądać, Państwo zaś ma obowiązek wypłaty emerytury w każdym miesiącu do końca życia emeryta.
  2. Emerytura powinna być funkcją płacy i tak jak istnieje pojęcie płacy minimalnej, powinno też istnieć pojęcie emerytury minimalnej. Wysokość emerytury uzależniona jest od wysokości składki, długości okresu składkowego i statystycznego średniego czasu trwania życia mężczyzn i kobiet, w chwili przechodzenia pracownika na emeryturę.
  3. W celu zapewnienia właściwej relacji wysokości emerytury do wysokości płacy, bez konieczności podnoszenia składki emerytalnej, 60% składki powinno być przekazane na osobiste konto emerytalne, zaś 40% na subkonto.
  4. 50% składki subkonta powinno być przekazane do dyspozycji pracownika, który zdecyduje czy pozostawi je na subkoncie, czy też przekaże je do innej firmy kapitałowego ubezpieczenia emerytalnego.

Podstawowe założenia do systemu emerytalnego:

  1. Świadczenie na ubezpieczenie emerytalne, w formie składki (podatku), jest obowiązkowe, płacone przez pracownika i pracodawcę.
  2. Pracodawca, w zawodach uprzywilejowanych emerytalnie, płaci odpowiednio wyższą składkę emerytalną. Likwidacja tzw. emerytur pomostowych (uprzywiliowanych).
  3. Składka ewidencjonowana jest na osobistym koncie i subkoncie emerytalnym pracownika.
  4. Zgromadzone fundusze na osobistym koncie corocznie są odpowiednio rewaloryzowane, zaś fundusze na subkoncie pomnażane są o oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji skarbu państwa.
  5. Zasady przechodzenia na emeryturę są jednolite dla wszystkich pracowników, po osiągnięciu ustawowego wieku emerytalnego, a także przed osiągnięciem tego wieku z powodu tzw. “wypalenia się”, warunków zdrowotnych i sytuacji rodzinnych (opieka nad rodzicami, dziećmi, wnuczkami itp.), pod warunkiem, że wyliczona emerytura, na podstawie stanu konta osobistego i subkonta emeryta, w danej chwili nie będzie niższa niż najniższa emerytura krajowa.
  6. Wysokość emerytury uzależniona jest od stanu osobistego konta subkonta emerytalnego pracownika w chwili przejścia na emeryturę i okresu liczonego w miesiącach do statystycznego średniego czasu trwania życia mężczyzn i kobiet.
  7. Ustalenie średniego minimalnego czasu trwania okresu emeryckiego, który powinien być nie krótszy niż 10 lat. Wyliczony okres powinien stanowić podstawę ustalenia progu wieku emerytalnego.
  8. Próg określający wiek emerytalny jest wyliczany jako różnica pomiędzy statystycznym średnim czasem trwania życia a średnim czasem trwania okresu emeryckiego. Próg ten jest parametrem technicznym, ale bardzo ważnym, ponieważ wyznacza granicę:
    • od której liczy się karencja uniemożliwiającą pracodawcy zwolnienia pracownika;
    • od której pracownik nie płaci składki rentowej, jeśli kontynuuje pracę;
    • która przed jej osiągnięciem uniemożliwia podjęcia pracy z jednoczesnym pobieraniem emerytury – podjęcie pracy zarobkowej spowoduje przerwanie pobierania emerytury. Emeryt ponownie może zatrudnić się i odnawiać swoje konto emerytalne.

 

  1. OFE ulegają likwidacji. Środki zgromadzone przez OFE, do chwili wejścia w życie ustawy, przekazane zostaną na subkonto emerytalne pracownika do ZUS.
  2. 50% składki przekazywanej na subkonto jest do dyspozycji pracownika, pracownik dobrowolnie pozostaje w ZUS, lub zawiera umowę cywilno prawną z firmą ubezpieczeniową przez siebie wybraną. Od momentu zawarcia takiej umowy przez pracownika, Państwo przekazuje tę składkę wskazanej firmie ubezpieczeniowej i od tej chwili przestaje być gwarantem w zakresie funduszy powierzonych firmie ubezpieczeniowej.
  3. Ustawa powinna obejmować wszystkich pracowników posiadających osobiste konto emerytalne, na którym zaewidencjonowane są składki emerytalne.

 

Wnioski:

  1. Mamy jeden system emerytalny dla wszystkich emerytów – prostota systemu z punktu widzenia jego funkcjonowania;
  2. Każdy pracownik wie, jaką może mieć emeryturę w zależności od wybranej opcji – czytelność systemu;
  3. Elastyczność systemu – można pracować, dokąd praca sprawia satysfakcję, lub pójść na wcześniejszą emeryturę w razie uzasadnionej potrzeby, ale mając świadomość skutków tej decyzji.
  4. Każdy pracownik może dysponować wielkością 20% składki emerytalnej i przekazać te środki wybranej przez siebie firmie, zajmującej się kapitałowym ubezpieczeniem emerytalnym, mając na uwadze wagę podjętej decyzji.

 

Odylon Gawęda

Czynniki osłabiające Polskę według poglądów Dmowskiego

Wypowiedzi Dmowskiego w sprawie przyczyn wpływających na słabości Polski znajdują się w wielu jego publikacjach książkowych i artykułach. Uznając dzieje Polski , zwłaszcza po upadku państwowości polskiej wyłącznie za historię narodu, nawiązuje tutaj do poglądów znanego Polaka ks. Stanisława Staszyca, który uważał na początku XIX w., że : ,, Nie ma to być opis szczególnych wydarzeń, panowań, ale ma to być historia narodu”. Opisując słabości Polski zwłaszcza przedrozbiorowej, również nawiązuje do poglądów szkoły warszawskiej, a także Michała Bobrzyńskiego, Józefa Szujskiego, podkreślając zarazem duży wpływ na upadek państwowości polskiej czynników zewnętrznych czyli sytuacji międzynarodowej.

Historia Polski w stosunku do innych narodów jest według Dmowskiego stosunkowo krótka i ,, mniej jednolita, odznacza się zmiennością losów…”. Podłożem słabości Polski, a więc polskiego narodu, w tym również w okresie międzywojennym są przyczyn: polityczne, społeczne, gospodarcze oraz psychologiczno- duchowe. Do podstawowych słabości Polski wpływających na upadek polskiej państwowości zalicza takie czynniki jak wszechwładzę szlachty uniemożliwiającą zaistnienie równowagi między czynnikiem społecznym, a państwowym, nadmierne przesunięcie się terytorialne Polski poza granice etnograficzne w kierunku wschodnim, asynchroniczność linii rozwojowej Polski i Europy w XVII-XVIII w., charakter społeczeństwa, narodu oraz przemoc zewnętrzną. Główna przyczyna wewnętrznej słabości i upadku Polski to właśnie zachwianie się równowagi między tzw. czynnikiem państwowym a społecznym na niekorzyść tego pierwszego, wynikająca z przerostu demokracji szlacheckiej w stosunku do władzy wykonawczej jako synonimu władzy państwowej.

Naród szlachecki

Dominacja polskiej szlachty rozpoczęła się już w XV w. wraz z jej wzmocnieniem ekonomicznym na skutek upadku handlu lewantyńskiego po zajęciu Konstantynopola przez Turków, uzyskaniu przez Polskę dostępu do morza, co uczyniło z Wisły główny trakt eksportu przede wszystkim zboża. Wzmocniona warstwa szlachecka zmuszała władców Polski do ustępstw w jej interesie głównie za wyrażenie przez nią zgody na pospolite ruszenie i sprawy podatkowe. W tej sytuacji władza zaczęła się przesuwać stopniowo w ręce czynnika społecznego, narodu szlacheckiego i sprawowana była za pośrednictwem Sejmów oraz Sejmików, które w późniejszym czasie staną się narzędziem gry politycznej wielkiej magnaterii, a także miejscem obcych wpływów i intryg. Ograniczając mocno władzę wykonawczą, czyli królewską, podporządkowując sobie warstwę chłopską, spychając na margines polskie mieszczaństwo, hamując jego działalność gospodarczą za pośrednictwem ludności żydowskiej, naród szlachecki jednocześnie dążył do rzeczywistej realizacji- ale tylko dla siebie- idei wolności i równości. Kształtowała się wówczas Polska jako federacja majątków szlacheckich ze zniewolonym chłopem. Tą dominującą pozycję szlachta osiągnęła bez większego wysiłku, walk politycznych i poświęceń. A zatem anomalia życia politycznego Polski przedrozbiorowej wynikała z braku poza stanem szlacheckim warstw ,,uzdolnionych” do życia politycznego co doprowadziło do tego, że szlachta posiadająca wyłączny przywilej sprawowania władzy, wolna od współzawodnictwa z innymi grupami, warstwami, zwyrodniała politycznie, utraciła poczucie interesu państwowego. Odznaczając się skrajnym indywidualizmem i liberalizmem, stojąc na straży wyłącznie własnych interesów, przeciwstawiała w praktyce sobie polskie państwo. W tym okresie prawie we wszystkich istniejących innych państwach, w tym sąsiedzkich, grupy, warstwy rządzące były ,,tresowane w szkole absolutyzmu”, spełniając zarazem służebną rolę wobec swojego państwa. Natomiast brak sił politycznych w Polsce będących przeciwwagą dla liberalizmu szlachty, broniących interesów państwowych zachwiał równowagą ówczesnego systemu politycznego, niezbędnego dla normalnego funkcjonowania i rozwoju państwowości polskiej, a także i narodu. Tylko silne polskie mieszczaństwo o szerokich aspiracjach politycznych mogło być wówczas według Dmowskiego przeciwwagą warstwy szlacheckiej. Niestety szlachta, mając nieograniczoną władzę celowo hamowała rozwój miast polskich, czyli polskiego mieszczaństwa, a później wojny szwedzkie doprowadziły je do ostatecznej ruiny. Tak więc Polska uległa uwstecznieniu pod względem strukturalnej budowy społeczeństwa. Upraszczając się w swojej budowie, społeczeństwo polskie składające się tylko z dwóch warstw: szlacheckiej i chłopskiej , z których żadna nie potrzebowała walczyć o swój byt ekonomiczny i wpływy polityczne- cofnęło się w swoim rozwoju. Życie wewnętrzne narodu stało się życiem biernym, bez walki i większych wysiłków. Ukształtował sie ,,miękki” typ charakteru jednostek. Dla jednostek aktywnych i twardych nie było miejsca w tym społeczeństwie. Lukę w strukturze społeczeństw polskiego mogła wypełnić ludność żydowska, ale nie posiadała zdaniem Dmowskiego aspiracji politycznych, czyli poczucia wspólnoty z narodem polskim i wspierała tylko pozbycie się przez szlachtę współzawodnika, jakim było polskie mieszczaństwo. ,, Dzięki Żydom- pisze- Polska została narodem szlacheckim do połowy XIX stulecia, a nawet dłużej, bo jest nim do dziś jeszcze w pewnej mierze, gdyby nie oni, pełniąca opanowane przez nich funkcje część ludności polskiej byłaby się zorganizowała jako współzawodnicząca ze szlachtą siła polityczna, jako trzeci stan, który tak doniosłą rolę w rozwoju społeczeństwa europejskiego odegrał i stał się głównym czynnikiem nowoczesnego życia społecznego. Gdyby nie oni wystąpienie na widowni mieszczaństwa w dobie Sejmu Czteroletniego, byłoby zjawiskiem bez porównania potężniejszym o ile by nie nastąpiło znacznie wcześniej” . Tak więc napływająca do Polski ludność żydowska wpłynęła na niedorozwój nie tylko strukturalno- polityczny narodu polskiego, systemu ustrojowo-politycznego państwa ale i na indywidualizm szlachecki. Czym bardziej rozwinięte jest strukturalnie społeczeństwo, tym silniej związana jest z nim jednostka. Związanie zatem szlachty z pozostałą częścią społeczeństwem było bardzo słabe i żyjąc w izolacji od reszty narodu w warunkach cieplarnianych, nie współzawodnicząc, nie walcząc z nikim, mając szeroko rozbudowany system przywilejów, utrwalała tylko swoje wady oraz słabości. Szlachcic polski ,,bardzo mało musiał, a robił co chciał”. Takiego indywidualisty trudno było spotkać w innym narodzie europejskim. W konsekwencji szlachta polska utraciła swoje cechy duchowe dające jej siłę do wytrwałego wysiłku i odpowiedniego reagowania na naciski zewnętrzne.

Podobne poglądy jak Dmowski w tej sprawie prezentowali inni działacze narodowi, jak Ludwik Popławski , Zygmunt Balicki, mający również rodowody szlacheckie. W artykule ,,Akcja uzdrowienia narodowego”, zamieszczonym na łamach ,,Przeglądu Narodowego” z 1913 r., Balicki uznaje brak silnego stanu trzeciego za główną przyczynę słabości Polski i zwyrodnienie jej ustroju. Szlachta w Polsce uniemożliwiła rozwój polskiego mieszczaństwa mającego wpływ na stan gospodarczy państwa, podczas gdy na zachodzie zaczynało ono odgrywać coraz większą rolę. Współpracując z ludność żydowską przeciwko mieszczaństwu polskiemu w celu zablokowania rozwoju politycznego swojego współzawodnika, uniemożliwiła tym samym władzy królewskiej przeciwstawić wszechwładztwu swojemu rodzime mieszczaństwo ze względu na jego słabość. W tamtym czasie do tych poglądów Dmowskiego w pracy historycznej ,,Sprawa polska” z 1913 r. nawiązuje Eugeniusz Starczewski, a w okresie międzywojennym znany historyk Wacław Sobieski w ,,Dziejach Polski” wydanych w 1923 r. Natomiast wśród młodszego pokolenia ideologów Narodowej Demokracji podobnie analizuje sytuację w okresie późniejszym zwłaszcza Jędrzej Giertych w swej książce ,,Tragizm dziejów Polski” wskazując na trzy czynniki osłabiające Polskę. ,, Sojusz trzech potęg- pisze J. Giertych- państwa pruskiego, Żydów i masonerii ( oraz niektórych innych tajnych związków), były stałym czynnikiem sytuacji politycznej ostatnich paru stuleci”.

Przesunięcie na wschód

Na osłabienie Polski niewątpliwie wpływ miało również przesunięcie państwa polskiego na wschód po zawarciu unii polsko- litewskiej w XVI w. Polityka polska zmieniła wówczas swój kierunek, nie nawiązywała już do tradycji piastowskiej. Litwie było obce, obojętne nastawienie zachodnie polskiej polityki pierwszych Piastów oraz nie interesowały ją sprawy Pomorza oraz Śląska. Po zawarciu unii polityka ta głównie koncentrowała się na wschodnich terenach, gdzie trwała już od dawna rywalizacja Litwy z Moskwą o ziemie nie litewskie, lecz ruskie. Następujące jednakże wewnętrzne osłabienie Rzeczypospolitej zmusi, Litwę do rezygnacji z dalszej ekspansji na wschód, a Polska zapomni o Pomorzu i Śląsku. Tak więc, gdyby ówczesna polityka Rzeczypospolitej nawiązywała ściśle do polityki piastowskiej nie doszłoby- do wzrostu potęgi pruskiej- najniebezpieczniejszego wroga Polski. Tocząca się natomiast po zawarciu unii walka z Rosją o ziemie ruskie, pozycję czołową na wschodzie nie miała już wówczas szans i nie była w polskim interesie. Ta prowadzona nowa polityka zewnętrzna, zagraniczna spowoduje również, że wpływy polskie rozpłyną się na wielkich obszarach wschodnich, a w tym czasie na zachodzie narodzi się wielce niebezpieczny wróg numer jeden- Polski. Państwowość polską w dużym stopniu osłabią nie tylko olbrzymie, obce terytoria na wschodzie, ale i odmienność cywilizacyjna tamtejszej ludności. Po połączeniu się z Litwą zanikowi ulega dotychczasowy łaciński, zachodni charakter Polski. ,,Polska wprawdzie – pisze Dmowski- niesie skutecznie swą cywilizację zachodnią na te wschodnie obszary ale i wschód, stanowiący wewnątrz państwa ogromną siłę oddziaływania ze swej strony, zwłaszcza w sferach górnych, w tym co Rzeczypospolitą rządzi, co ma ogromny wpływ na umysłowość po Unii Lubelskiej jest uderzający- i na instytucje Rzeczypospolitej”.Na osłabienie dotychczasowej cywilizacji łacińskiej , będącej cywilizacją narodu polskiego, również wpływało przybywanie do Polski po wojnach szwedzkich ludności żydowskiej określanej jako ,, żywioł wybitnie wschodni, najtrudniej poddający się wpływom cywilizacji rzymskiej i najbardziej rozkładowo działający na jej instytucje”. W tych czasach Polska rozpływająca się na terenach wschodnich odosabnia się także od Europy, w której powstają państwa o charakterze centralistycznym, inne w swych założeniach i strukturze niż federacyjna idea Rzeczypospolitej. Na skutek zatem polityki szlacheckiej Polska nie potrafiąc przybliżyć się ustrojowo do ówczesnej Europy, nie posiadająca wewnętrznych sił na jej przeistoczenie na wzór zachodnio-europejski, doprowadziła do upadku swojej państwowości.

Szczególnie silnie niszczący wpływ cywilizacji wschodniej na Polskę nastąpił zdaniem Dmowskiego po 1864 r., kiedy to w Królestwie Polskim ulega likwidacji wiele instytucji polskich, a w umysłach Polaków rozkład pojęć i zachodnich ,,instynktów społecznych”. Kształtuje się wówczas na ziemiach polskich nowy typ człowieka charakteryzujący się naiwnością, niezrozumieniem życia współczesnej Europy, lekceważący w polityce wszystko prócz ,, rewolweru i dynamitu”. ,, Społeczeństwo polskie- pisze Dmowski- we wschodniej części kraju, weszło w dwudzieste stulecie, jako o wiele mniej zachodnie, niż było w poprzednich pokoleniach. Polska stała się o wiele mniej jednolita w swej psychice, w swych pojęciach moralnych i prawnych, w swej umysłowości politycznej”. Po odzyskaniu niepodległości w Polsce nadal toczyła się walka ducha wschodniego z zachodnim. Przejawem szkodliwej agresji, niższej kultury wschodniej miał być między innymi zamach majowy socjalisty Józefa Piłsudskiego urodzonego na Wileńszczyźnie -łamiącego porządek prawny. Tak więc ukształtowane na wschodnich terenach skłonności psychiczne społeczeństwa polskiego przez cywilizację bizantyńsko-mongolską osłabiają państwowość i naród, są wyrazem bezprawia, wydobywającym ,, na widownie polityczną” rodzime barbarzyństwo. Natomiast wysoko oceniał ludność ziemi poznańskiej i pomorskiej , która ,, w swej masie jest najkulturlaniejszą częścią narodu i… ma wielkie zadanie w odbudowanej Polsce”. Miał również nadzieję, że Polska współczesna ma szansę stać się bardziej państwem zachodnim opartym na ,, ścisłych i surowo przestrzeganych podstawach prawnych” zwłaszcza po odzyskaniu piastowskich ziem zachodnich. (Tamże s.88) Podczas spotkania w połowie lat 30-tych członków Komitetu Głównego Stronnictwa Narodowego w Warszawie Dmowski już przepowiedział że Szczecin będzie należał do Polski, a jego wojewodą zostanie prezes okręgu SN w Poznaniu doktor medycyny Czesław Meissner. Tylko zatem powrót do zachodnich podstaw bytu narodu może wzmocnić państwo polskie, jego wartość i trwałość. ,,Tego nawrotu – pisze Dmowski- może dokonać tylko sam naród, wzięty w głębszym tego słowa znaczeniu, to wszystko, co reprezentuje w Polsce, silną świadomość narodową, przywiązanie do tradycji cywilizacyjnych, poczucie prawa i przywiązanie do praworządności, dyscyplinę religijną i moralną”.

W okresie powojennym o charakterze szkodliwy dla interesu narodu polskiego kierunek polityki wschodniej promował na emigracji redaktor naczelny czasopisma ,,Kultura” Jerzy Giedroyjć urodzony w Mińsku białoruskim. W dzisiejszych zaś czasach ta polityka jest kontynuowana zwłaszcza od czasów prezydentury A. Kwaśniewskiego po dziś dzień wobec wschodnich państw i narodów słowiańskich - Białorusi, Rosji i Ukrainy. Na ogół do tego kierunku polityki nawiązują obecnie ci politycy, których potomkowie mieli korzenie wschodnie, pochodzili z obecnych ziem litewskich, białoruskich, czyli terytoriów należących wcześniej po rozbiorach Polski do carskiej Rosji.

Czynniki zewnętrzne

Obok czynników wewnętrznych na słabość, a zwłaszcza upadek Polski wpływ miały również czynniki zewnętrzne, sąsiedzi, a głównie Prusy. Dmowski przeciwstawia się opiniom, że to tylko wyłącznie wady ustrojowe wpływające na słabość rządów i wewnętrzną anarchię wpłynęły na losy Polski. ,,To raczej zbyt uproszczona i jednostronna teoria zawdzięcza swą popularność- pisze- wpływowi mocarstw , które zniszczyły Polskę i które uważały, że korzystnie dla siebie dowodzić, że Polska nie posiada kwalifikacji do niezawisłego istnienia”. Zwraca uwagę , że większość państw europejskich miała okresy słabości, wewnętrznej anarchii, szczególnie długiej w Europie Wschodniej, gdzie państwa ,,te miały słabsze podstawy od państw zachodnich, ponieważ zbudowane zostały na gruncie mniej przygotowanym historycznie do instytucji europejskich. Polska przeszła przez okres rozstroju, który trwał względnie długo- około 150 lat; przyszło ono wtedy, gdy rozstrój miał się ku końcowi, w chwili gdy w Sejmie polskim przeszły wielkie reformy, reformy usuwające wszystkie główne wady konstytucji”. Ze względu na cel i adresata co jest zrozumiałe w rozprawie ,,Problem sof central and Eastery Europe” z 1917 r. kierowanej do koalicji państw zachodnich, będzie wskazywał , że główna przyczyna zniszczenia Polski znajdowała się w czynniku zewnętrznym, sytuacji międzynarodowej Europy w tym w państwach sąsiedzkich, gdzie władze sprawowali dwaj autokratyczni monarchowie: ,, w Rosji Piotr Wielki, który zużytkował swą władzę autokratyczną dla dzieła reformy i zreorganizował swe państwo według wzorów absolutyzmu europejskiego, zaopatrując je w wielką stałą armię; w Prusach Fryderyk Wielki, który uczynił swe Królestwo największą potęgą militarną na kontynencie europejskim”. Również rewolucja francuska pochłaniająca w dużym stopniu uwagę państw zachodnich wpłynęła na to, że rozbiory Polski zmieniające mapę polityczną Europy potraktowane zostały jako drugorzędne i bez większego znaczenia. Te okoliczności zewnętrzne odosobniły- pisze Dmowski- ,, Polskę i pozostawiły ją bez sprzymierzeńców jako łatwy łup dla jej trzech potężnych sąsiadów, w tej właśnie chwili, kiedy przeprowadzając reformy wewnętrzne, przygotowała się ona do odegrania nowej roli w życiu międzynarodowym i postępie Europy”.

XIX - wieczna demokracja polska

Za osłabianie polskich dążeń narodowo-państwowych Dmowski obciąży XIX-wieczną demokrację polską, która przyjęła błędną koncepcję demokracji europejskiej odnośnie idei narodowej i państwowej, nie dostrzegając, że zniewolony naród polski nie posiada przecież własnego państwa. ,,… demokracja nasza- pisze- pozostająca w ścisłych stosunkach z demokracją europejską, zawsze miała charakter liberalny, wysuwała na pierwszy plan ideały wolności, jakkolwiek konieczność zmuszała ją do walki przede wszystkim o państwo polskie”. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości na początku XX wieku niektórzy przedstawiciele formacji demokratycznej uważali, że należy walczyć wyłącznie ale tylko o wolność, swobody jednostki i przeciwstawiać się również aspiracjom narodowo-państwowym. ,,Wielu tzw. patriotów-pisze- , którzy pragną odbudowania państwa polskiego, wysila sobie już dziś myśl, jakby najbardziej ograniczyć władze tego państwa, którego nie ma, a którego zdobycie nie jest tak proste i łatwe jak to się zdaje rozmaitym, wykarmionym broszurkami ,,mężom stanu” ”. Program demokracji polskiej nie zawierał zatem idei narodowo-państwowej gdyż zrodził się nie z potrzeb życia narodu, jego problemów i sytuacji. Demokracja polska to jedynie filia ogólnoeuropejskiej demokracji, która w swych programach była skrajnie liberalna politycznie, walcząc wyłącznie z absolutyzmem i jego żywymi tradycjami, a nie o suwerenność narodu. Pomimo, że życie i historia narodu polskiego nakazywały XIX-wiecznym demokratom polskim walkę z tradycjami nierządu, szlacheckim liberalizmem, stworzenie silnej idei państwowej, kształtowanie u jednostek nawyku podporządkowania swych potrzeb i upodobań interesowi narodowo- państwowemu, bez czego to nie można stworzyć sprawnego do życia organizmu państwowego- poszli oni w przeciwnym kierunku, walcząc o niepodległość państwową Polski ,,nosili w duszach ideały antypaństwowe wykarmione na liberalizmie demokracji europejskiej”. Polskie stronnictwa demokratyczne nie poszły również zdaniem Dmowskiego drogą wytyczoną wcześniej przez Konstytucję Trzeciego Maja, co doprowadziło do wypaczenia idei niepodległości. ,,Skutkiem tego idea niepodległości- pisze- stopniowo zwyrodniała: największymi bodaj wrogami jej stali się dziś ci, co najgłośniej o niej mówią- bo kto powiada, że chce niepodległej Polski, ale zastrzega się, że musi ona koniecznie być rzeczpospolitą socjalistyczną, lub oburza się na myśl, że Polska mogłaby mieć swych żandarmów, policję, więzienia, że mogłaby się opierać na bagnetach i panować nad kimś, co sobie nie życzy jej panowania, ten sobie drwi z idei niepodległości. Takich co wolą obce panowanie niż silny rząd własny, jest w Polsce o wiele więcej niż się może zdawać…”.

Obok XIX-wiecznej demokracji pod pręgierzem krytyki Dmowskiego znajdzie się również konserwatyzm polski, którego przedstawiciele w XVIII w. wzywały na pomoc dla siebie obce, sąsiedzkie państwa przeciwko swojemu, w interesie wolności szlacheckiej, szlacheckiego liberalizmu politycznego, a w czasach zaborów uznawali obcą państwowość, promowali trójlojalizm, niszcząc w ten sposób w świadomości polskiego narodu ideę polskiej państwowości.

Charakter narodowy

Podobnie, jak na los człowieka duży wpływ wywiera jego stan duchowo-psychiczny tak charakter narodowy, czyli postawa psychiczno-duchowa większej liczby ludności wpływa na bieg dziejów narodu i rozwój jego cywilizacji . Charakter narodowy ludności polskiej Dmowski oceniał na ogół negatywnie. Dużą część swojej książki ,, Myśli nowoczesnego Polaka” poświęci właśnie analizie polskiego charakteru narodowego jednej z przyczyn sprawczych nieprawidłowego rozwoju Polski w ostatnich stuleciach. Ten raczej negatywny charakter narodowy kształtujący się od końca XVI w. wpierw w ,,narodzie szlacheckim”, wpływający na kierunek rozwoju Polski, nie ulegnie nawet większym zmianom w okresie niewoli, zaborów, powodując na ogół szkodliwe skutki dla narodu. Na formułowanie się charakteru narodowego wpływ mają zdaniem Dmowskiego takie czynnik, jak rasa, typ zajęć, czyli gospodarka, historia, instytucje społeczno-polityczne, kultura i wychowanie. Na wymieniony przez Dmowskiego czynnik rasowy wpływ miała wówczas modna koncepcja szkoły antropologicznej wskazująca na źródła charakteru narodu znajdujące się w rasowej strukturze ludności. Niezależnie od podejścia szkoły antropologicznej będzie słusznie twierdził, że charakter narodowy mimo wszystko ulega powolnym ciągłym, zmianom wynikającym między innymi z różnorodności rasowej narodów, wywierającej w różnych warunkach i sytuacjach społecznych silniejszy lub słabszy wpływ danego czynnika rasowego na psychikę, charakter narodu. Naród polski, jak większość narodów, ma sporo innych domieszek rasowych. ,,Nasz naród – pisze-wcale nie jest jednolitszy rasowo od innych: pierwiastki słowiańskie mieszają się w nim z pokaźną często przymieszką germańskich, różnego pochodzenia, od górno- niemieckich do skandynawskich, fińskich w ogromnej liczbie, litewskich, tatarskich, mongolskich itd. dawniej w mniejszym stopniu istniała świeżo w większym przybyła przymieszka żydowska ….Otóż pierwiastki, które dawniej były przygłuszone, dzisiaj mogą w sprzyjających warunkach na wierzch wypłynąć ,a przez to wyciskać piętno na charakterze narodowym ”. Niezależnie od powyższego poglądu Dmowski również twierdził, że różnice rasowe nie korelują jednak z cechami psychicznymi, nie ma bowiem ścisłego związku między rasą a psychiką. O tym świadczą chociażby dzieje Prus doprowadzających w XIX w. do zjednoczenia Niemiec, których podłożem rasowym jest ludność Słowiańska, nie różniąca się pod względem biologicznym od Polaków. ,,Zresztą nie zapominajmy, że społeczeństwo pruskie- pisze-, będąc tak biegunowym przeciwieństwem naszego typu szlacheckiego w znacznej mierze ulepiło się z tego samego materiału rasowego, co nasze, że dzisiejsi , nienawistni nam, ale jednocześnie pod wieloma względami tak nam imponujący Prusacy, to potomkowie wspólnych nam przodków lub bliskich ich krewniaków, Słowian nadłabskich, Pomorzan i w ogromnej liczbie czystej krwi Polaków. Ten sam w znacznej mierze materiał tylko wychowany w innej szkole państwowej, dał tak silny, żywotny, tak czynny politycznie naród, że zdołał on zorganizować całe Niemcy”. Tak więc charakter narodowy nie wynika tylko z własnego podłoża biologicznego lecz czynników zewnętrznych. Inne odmienne charaktery narodowe mają narody w państwach wysoko rozwiniętych przemysłowo, zajmujące się handlem, rolnictwem, rzemiosłem, gospodarką morską itd. Na charakter narodowy licznych pokoleń wpływ mają takie czynniki, jak historia, formy ustroju politycznego, systemy prawne, kultura i system wychowania społeczeństwa. I właśnie instytucje społeczno-polityczne w Polsce utrzymujące dominację wyłącznie warstwy szlacheckiej wpływały silnie na wytworzenie się i utrwalenie ,,wad” w polskim charakterze narodowym. Ten wielki wpływ wzoru szlacheckiego na oblicze ducha narodu polskiego istnieć ma nawet do czasów współczesnych. Większość cech przypisywanych Polakom odnosić się ma do szlachty. ,, …u nas za charakter narodowy przyjmuje się charakter szlachcica polskiego- bo szlachta prawie wyłącznie do niedawna stanowiła naród- miesza się przy tym typ stanowy z typem narodowym i uważa się za podstawowe właściwości charakteru polskiego to co się wytworzyło w jednej warstwie społecznej pod wpływem specjalnych warunków jej bytu i co ze zmianą tych warunków jest skazane na zagładę. W naszym charakterze narodowym, a właściwie w tym, co za nasz charakter narodowy uważamy, wiele możemy zrozumieć, zastanowiwszy się głębiej nad wpływem warunków życia szlachcica polskiego na jego typ psychiczny”. Wady narodowe, a szczególnie bierność doprowadzić miały do zwyrodnienia nawet życia prywatnego, co w przeszłości uwidaczniało się niezbędnym uzupełnieniem szlachty przez Żyda, który ,,we wszystkich możliwych interesach był mózgiem pańskim”, a wiara ,, w głowę żydowską i skłonności do oddawania się pod jej kierownictwo długo będzie wybitnym znamieniem szlacheckiej z pochodzenia części społeczeństwa”. To miało wpłynąć również na to, że w życiu osobistym Polacy są słabo wyćwiczeni, mało rozsądni, wywołują niepotrzebne konflikty, niepotrzebnie często ustępują, nie umieją się przystosować do otoczenia i warunków bez uszczerbku dla swojej indywidualności i godności osobistej. Bierność polskiego charakteru narodowego wpływa również na stosunki rodzinne. ,,W żadnym kraju- pisze Dmowski- tak jak u nas żony nie rządzą mężami, dzieci rodzicami, a młodzież społeczeństwem…. można powiedzie, że lwią część naszej historii w XIX stuleciu, zrobiła młodzież”. Odnoszenie się zaś w sposób apatyczny, biernego polskiego narodu do obcych rządów nie wyzwalało energii narodowej , nie otwierało pola działania dla jednostek aktywnych i według Dmowskiego powstania narodowe były między innymi także czynnikami mającymi na celu podtrzymanie dotychczasowej bierności narodowej, gdyż zabierały co pewien okres czasu jednostki najenergiczniejsze, niezdolne do wegetacji w niewoli, co pozwalało ,,reszcie wytrwać bez przeszkody w ustalonym systemie narodowego życia”. Na co dzień bierność polskiego narodu przejawiała się w lenistwie umysłowym i istocie pojęć politycznych funkcjonujących w świadomości narodowej. To wpływało, że Dmowski ciągle będzie walczył w swojej publicystyce m.in. z tym lenistwem umysłowym, bezmyślnym naśladownictwem obcych wzorów, metod działania powstałych w innych warunkach szkodliwych dla narodu polskiego. W artykule ,,Potrzeba rewizji pojęć” z 1926 r. wskazuje podobnie jak w ,,Myślach nowoczesnego Polaka” na konieczność pozbycia ,,się dotychczasowej rutyny pojęć i działań”, tworzenie nowych własnych pojęć wyrastających z nowej sytuacji, co by wpływało na odwagę do ,,nowego czynu, przez te pojęcia podyktowane”. Właśnie główne niebezpieczeństwo dla narodu polskiego to istniejący wówczas w latach 20-tych zamęt pojęć przeszkadzający utrwaleniu się w psychice społeczeństwa zdrowego rozsądku, trzeźwej oceny sytuacji państwa. W artykule ,,Gdybym był wrogiem Polski” zamieszczonym w grudniu 1925 r. na łamach ,,Gazety Warszawskiej” pisze, że gdyby tym wrogiem był, nie żałowałby środków, ofiar, wysiłków na utrzymanie grupy ludzi, których to zajęciem byłoby szerzenie zamętu pojęć, podsuwanie społeczeństwu nierealnych wręcz wariackich pomysłów, puszczenie w obieg najrozmaitszych fałszów. ,,Ilekroć bym zauważył- pisze- że Polacy zaczynają widzieć jasno swe położenie i wchodzić na drogę naprawy stosunków i do wzmocnienia państwa, natychmiast bym zrobił wszystko, żeby odwrócić ich uwagę w inną stronę, wysunąć im przed oczy nowe idee, nowe plany, jakiś nowy ruch, w którym by rodząca się myśl zdrowa utonęła”. Ta zaplanowana manipulacja medialno-wychowawcza, o której pisał prawie 90 lat temu, już dziś w naszych czasach całkowicie niszczy tożsamość narodu.

Narodowi polskiemu zdaniem Dmowskiego najłagodniejszemu i najbardziej skłonnemu do życia beztroskiego w Europie, co wynikało z jego bierności i indywidualizmu, przypisywano przydomek ,,narodu kobiecego” , zaliczanego do typu narodów ,, napadanych, a nie napadających”. Dotychczasowa moralność narodu przesiąknięta ,,jałowym sentymentalizmem” wpływa na brak czynnej aktywności, miłości wobec własnej ojczyzny. Dlatego – pisze- że ,, chcąc być dobrymi Polakami, musimy robić sobie z patriotyzmu religię, a każda religia musi mieć swoje księgi święte; ale nawet najreligijniejsi ludzie umieją oświetlać kościoły elektrycznością, gdy my w swej świątyni narodowej palimy ciągle stare, woskowe świece”. Te ,, stare woskowe świece” to prawdopodobnie piętno wyciskane na psychice narodu przez poetów doby romantyzmu i ich polityczną ideologię.

Do innych ważnych wad narodu zalicza Dmowski brak zamiłowania Polaków do aktywnej pracy. ,,Są u nas ludzie- pisze- których podziwiać należy jako pracowitych- ja znałem ludzi, którzy byli bohaterami pracy, ale na ogół szczególnymi zwolennikami pracy nie jesteśmy…Trzeba uczyć ludzi jak pracować, żeby jak najwięcej owoców z niej było. To jest pierwsza rzecz”. Utrwalanie głównej wady charakteru narodowego, czyli bierności wyrażającej się również w sentymentalizmie, obciąża funkcjonujący system wychowania, który uczy w Polsce ,,czego nie należy robić, a nie uczy co robić trzeba”. Polscy inteligenci pod wpływem istniejącego systemu wychowawczego nie mają pojęcia ,,o porównawczej wartości pracy, o istocie handlu o obrotach bankowych, prawie wekslowym, o elementarnej buchalterii itp.”. Cóż z tego , że mamy wiele osób zdolnych, wykształconych, ale zarazem mało praktycznych i dlatego nauka, system wychowawczy nie mogą być tylko ozdobą dla życia. Dlatego postuluje kształtowanie przez system wychowawczy u młodzieży następujących cech umysłowych, takich jak: praktycyzm życiowy, zdolności do osobistej samodzielności, umiejętności uczciwego korzystania z życia, rozróżnianie co się jednostce sprawiedliwie należy, a nie tych cech , które wpływają, że jednostki oczekują aż wszystko będzie im dane.

Wady narodowe pochodzące od szlachcica na skutek anomalii rozwoju ustroju politycznego, prowadzące do utracenia zdolności psychiczno-duchowych, wpłynęły na ukształtowanie się lekkomyślnego typu psychicznego, niekonsekwentnego, pozbawionego wytrwałości, wpadającego w skrajności - występują one również u inteligenta pochodzenia szlacheckiego, chłopa, a nawet spolszczonego Niemca i Żyda. Materiał dostarczony przez stan szlachecki, z którego powstała warstwa inteligencka, wpłynął na to, że w trudnych momentach i czasach na skutek bierności tej warstwy inteligenckiej, naród nie tylko był niezdolny do praktycznego, racjonalnego działania ale i myślenia. Dopływ do warstwy inteligenckiej elementu włościańskiego ma co prawda wpływać w pewnym stopniu na zmianę jej dotychczasowego charakteru, ale nie na podstawowe wady, czyli bierność przejawiającą się zwłaszcza w umartwianiu psychicznym narodu. Tak więc cechy psychiczne wprowadzane do warstwy inteligenckiej przez inteligentów pochodzących z ludu na obecnym etapie są jeszcze rzekomo ,,surowe” i dopiero po upływie pewnego czasu ma nadzieje Dmowski, mogą wpłynąć na wytworzenie silnego, aktywnego, zdolnego do intensywnego życia typu charakteru. Ludność zaś chłopska zdaniem Dmowskiego we wszystkich krajach, a zwłaszcza tych, gdzie zniesiona została pańszczyzna, odznacza się także biernością psychiczną, ciężkością, małą przedsiębiorczością i inicjatywą, ale posiada zdrowy instynkt samozachowawczy, żywotny egoizm oraz nie ma ,,miękkości”, sentymentalizmu, będących podstawowymi wadami warstwy szlacheckiej. W ludzie polskim nie posiadającym własnych tradycji politycznych, wcześniej żadnych stosunków politycznych z państwem , żyjącym do niedawna tylko między dworem a kościołem, wytworzył się przez wieki silny instynkt narodowy. Wierzy w sumie Dmowski w chłopa polskiego, dostrzegając w nim młodość polskiej cywilizacji. Ta wiara w chłopa polskiego wynika z poglądu mówiącego, że narody pod wpływem cywilizacyjnego postępu starzeją się ,,duchowo”( nie biologicznie) , giną ze starości, gdyż życie cywilizowane rutynizuje narody, gromadzi przez wieki stare nałogi, których naród nie może się pozbyć, a ,, z drugiej strony wyciąga ono powoli z narodu najlepszy, najzdolniejszy materiał antropologiczny i zużywa go, bo intensywność życia duchowego, złączona z cywilizacją stopniowo niszczy ludzi i rodziny całe opróżniając ciągle miejsce dla nowych żywiołów wydostających się z ludu. Tym sposobem narody dostają się stopniowo pod większy nacisk rutyny, jednocześnie wyjaławiają się rasowo”. A zatem w warstwie chłopskiej dopatruje się młodości narodu polskiego i wierzy w jego przyszłość wynikającą z młodości cywilizacyjnej , niewyczerpaniu polskich sił biologiczno-duchowych. Ale jeżeli te siły biologiczno-duchowe, energia narodowa nie zostaną zużytkowane przez polską młodą cywilizację w celu wytworzenia silnej tożsamości narodowej i polskiej siły politycznej, to wówczas zostanie wchłonięta i przetworzona przez sąsiednie oraz obce kultury.

Pod koniec lat 30-tych Jan Stachniuk- przedstawiciel młodych narodowców skupionych wokół pisma ,,Zadruga” -wskazuje na jeszcze inny czynnik wpływający na charakter narodu polskiego. Na charakter narodu polskiego, a zatem na rozwój historyczny Polski wpływ jego zdaniem miał również światopogląd katolicki. ,,… polska dusza zbiorowa, polski charakter narodowy- pisze Stachniuk- taki jaki on jest od czasu pełnego zwycięstwa katolicyzmu w Polsce w XVI w. jest dziełem katolicyzmu. Katolicyzm jest sprawcą niezwykłego kierunku rozwoju narodu polskiego, który tak charakteryzuje naszą historię ostatnich stuleci”.

Problemy w okresie międzywojennym

Krytycznie Dmowski będzie się odnosił do życia Polski międzywojennej- okresu tak sprzed, jak i po 1926 roku. W wielu artykułach krytykuje ówczesny ustrój polityczny Polski, jak i stan jej gospodarki. Uważa, że po odzyskaniu niepodległości wola narodu okazała się za słaba i polska myśl państwowa nie osiągnęła sukcesu w sprawie organizacji swojego państwa. ,,Nie ma bodaj jednego działu machiny państwowej – pisze – którego organizacja i sposób działania odpowiadały jako tako potrzebom kraju. To samo jest z reprezentacją kraju, z ciałami prawodawczymi i ze składającymi się na nie stronnictwami. Wszystko jest słabe niesprawne, niekonsekwentne w swym działaniu”. Konstytucja marcowa miała na celu tylko sparaliżowanie Polski, uniemożliwiając tworzenie bardziej stabilnych rządów, które by konsekwentnie mogły realizować program naprawy i rozwoju gospodarki. Tworzenie tego typu systemu rządów ,,radykalnie” parlamentarnych, co wynikało z niskiego poziomu oświaty, kultury w tym politycznej społeczeństwa, było niekorzystne dla narodu i odbudowanego państwa. Jeżeli w państwach zachodnich ten ,,radykalny” system spowodował cały szereg problemów państwowych mimo lepszego ich przygotowania do jego przyjęcia, ,,to w Polsce jego skutki musiały być o wiele gorszymi”. Na wprowadzeniu w oparciu o Konstytucję marcową zbyt parlamentarno- liberalnego ustroju państwowego wpływ miały: zwycięstwo w I wojnie światowej państw mających ustroje typowo demokratyczne i dlatego naród polski nie mógł sobie pozwolić na ustrój bardziej mu przydatny, praktyczny i oryginalny ,, jasno odbijający od ogólnego w całej Europie obrazu”; walki społeczne w kraju niebezpieczne dla Polski oraz rewolucyjne na zewnątrz, co wzmacniało wewnętrzny radykalizm. Gdyby nie powyższe czynniki, demokracja w Polsce byłaby bardziej rzeczywista, realna, umiarkowana i efektywna gdyż Polacy do funkcjonującej obecnie na podstawie konstytucji marcowej jeszcze nie dorośli. ,,Wprowadzono ustrój demokratyczny, parlamentarny – pisze – w jego najskrajniejszej formie , przelicytowano w tym względzie wszystkie nieomal państwa, a przede wszystkim wielkie narody, stojące na czele dzisiejszego świata”. Niezależnie od tej krytycznie ocenianej, powstałej sytuacji polityczno-ustrojowej zaleca jednakże każdemu ,,trzeźwo patrzącemu” obywatelowi wspieranie mimo wszystko rządu wyłonionemu przez sejm, współdziałanie,, z nim w dziele tej wielkiej naprawy, która jedynie może nas od ostatecznej klęski ocalić. Sejm, którego autorytet w społeczeństwie bardzo się ostatnimi czasay obniżył, powinien mieć świadomość, że o ile wytrwa na wytkniętej dziś drodze, będzie miał w kraju silne oparcie. Staną za nim wszyscy rozumiejący położenie państwa i mający poczucie odpowiedzialności za jego losy”.

Na brak natomiast większej aktywności twórczej, gospodarczej i produkcyjnej społeczeństwa w budowie niepodległej już Polski wpływ ma również jego charakter bezduszność, bezideowości o czym często już wspominał. Obywatele Polski wielonarodowościowej nie posiadają wspólnego drogowskazu prowadzącego ich do wyższych celów ogólnospołecznych, tylko myślą na ogół o własnym partykularnym interesie. Ideowa pustka społeczeństwa polskiego wynika ze słabej, własnej samodzielności duchowej, a to wpływa na czerpanie wyłącznie z Zachodu różnych wartości duchowych. ,,Żyliśmy- pisze- do tego stopnia produkcją obcą, że nawet po utracie własnego państwa, nie zdobyliśmy się na program jego odzyskania, na myśl polityczną, której nikt obcy dla nas sfabrykować nie mógł”. Ale i ta nadprodukcja Europy zachodniej w zakresie tworzenia nowych idei, zwłaszcza w drugim ćwierćwieczu XIX wieku często była szkodliwa i obecnie doprowadziła do ,,jałowości duchowej narodów stojących dotychczas na czele naszej” cywilizacji. Obecny regres w latach 20-tych XX w. na Zachodzie w stosunku do połowy XIX w. spowodował , że dla społeczeństwa polskiego, nabywcy wartości duchowych ,,źródło wyschło” i na skutek dotychczasowego nałogu importuje ono fikcyjne, rozkładowe produkty o charakterze duchowym. Ten ówczesny import bezwartościowych wytworów duchowych, tak jak dzisiaj w XXI wieku, wpływa na bezideowość społeczeństwa polskiego, gdyż pustka ideowa nie zmusza do wysiłku myśli, aktywności społeczno-politycznej, do szukania własnych nowych dróg rozwiązujących problemy. Pustka ideowa powoduje szczególnie wielkie spustoszenie w życiu moralnym indywidualnych jednostek, rozbudzając w ich świadomości głównie rządze władzy, zaszczytów, pozyskiwanie dóbr materialnych na drodze sprzecznej z prawem. ,,Człowiek zwrócony ku wielkiemu celowi nieosobistemu- pisze Dmowski- znajduje w tym szczęście i szuka go o wiele mniej w zadawalniu interesów osobistych i niższych sposobów życia”. Na bezideowość oraz brak właściwej idei przewodniej wpływa nie tylko stan świadomości społeczeństwa ale i większość partii politycznych, w tym i komunistyczna. ,,Propaganda komunistyczna wtedy nie jest środkiem do wcielania w życie idei- pisze- jeno drogą do zdobycia władzy dla danej organizacji”. Jedynie ruch narodowy jako najbardziej samodzielny ideowo i niezależny od innych zewnętrznych czynników ma szanse zaszczepienia społeczeństwu idee dynamizujące i twórcze służące dobru narodu i Polski. W 1924 r. Dmowski będzie nawoływał do sformułowania innego typy charakteru ludzi w Polsce ; ludzi ideowych, o mocnych charakterach i umysłach, zdolnych do wielkich wysiłków i pracy nad sobą; do walki z przeszkodami, nie czekających aż los bez ich wysiłku i poświęcenia wszystko im przyniesie. ,, Okres-pisze- łatwych powodzeń reklamy, imitacji, blagi, sprytnych figlów, na fabrykowaniu legend i mitów bankrutuje. Wielkie, otwierające się przed nami zadania wymagają ludzi nie tandetnych, wychowanych nie do łatwego życia i łatwych zdobyczy ubiegłego okresu i umysłów tęższych i większych charakterów”. Nowe pokolenia powinny zrozumieć nie tylko, czym naprawdę jest polskie państwo na czym polegają ich obowiązki wobec niego , ale i zdać sobie sprawę z charakteru następujących przemian ,, w świecie i położeniu Polski”.

Przewrót majowy

W swej publicystyce wiele miejsca poświęcił Dmowski jednemu z ważniejszych wydarzeń politycznych dwudziestolecia międzywojennego- zamachowi majowemu co prawda częściowo skierowanemu przeciwko nie najlepiej ocenianemu ustrojowi konstytucji marcowej,ale poważnie osłabiającemu Polskę po dojściu do władzy opcji piłsudczykowskiej. O ewentualnym przewrocie w Polsce pisze już w grudniu 1925 r. w artykule ,,Ostatni kryzys rządowy” zamieszczonym w ,,Gazecie Warszawskiej”, wskazując ,że walka o zdobycie władzy w postaci dyktatury toczy się już między Piłsudskim a Sikorskim. Szczególnie krytycznie oceni kwalifikację i możliwości Piłsudskiego do sprawowania władzy ze względu na trudną sytuację gospodarczą kraju. ,,Piłsudski – pisze- nigdy się sprawami gospodarczymi i finansowymi nie interesował i nic w nich niema do powiedzenia. Jeżeli za swoich rządów wywierał jakikolwiek wpływ na skarb państwa, to tylko w dziedzinie rozchodów, często bardzo dużych, nie mówiąc już o roku 1920, który wyjątkowe miał znaczenie dla finansów Polski i gospodarstwa krajowego”. Podobny zresztą pogląd na temat kwalifikacji Piłsudskiego do sprawowania władzy w Polsce miał wówczas wybitny historyk amerykański, znawca stosunków europejskich Frank H. Simonds , który kilka dni po zamachu majowym do pisma polonii amerykańskiej ,,Zgoda” wydawanego w Chicago od 1881 r. wypowiedział się w następujący sposób: ,,Dla Polski jest Piłsudski największą katastrofą, bo Polska potrzebuje wielkiego administratora nadludzkiego wprost eksperta finansowego z wielką odwagą i autorytetem, aby zaprowadzić porządek w tym chaotycznym stanie rzeczy, który to stan jest nieuniknionym następstwem młodości istnienia, niedoświadczenia w rządach i nieszczęśliwego położenia Polski, a takim Piłsudski nie jest i nie będzie”. O inspiracje i przygotowanie zamachu majowego Dmowski oskarży również organizacje o charakterze mafijnym- masonerię, która już wcześniej wpływała na uchwalenie ,,ultra” demokratycznej konstytucji marcowej i z której jej systemem będzie walczył zbrojnie Piłsudski. W 1926 r. siłom związanym z wolnomularstwem chodziło ,, o niedopuszczenie do zorganizowania się trwałego rządu, niezależnego od czynników zewnętrznych, od masonerii, zdolnego do rządzenia w duchu narodowym, w interesie narodu”. W tym czasie twierdzi Dmowski, że obóz narodowy zamierzał przeprowadzić drogą nie przewrotu ale stopniowo, ewolucyjnie reformy wzmacniające ustrój państwa, oddając władzę w ręce polskiego narodu. Przewrót udało się przeprowadzić , gdyż masoneria polska wykonując polecenia masonerii angielskiej, wpływała na siły polityczne mające duże znaczenie w kraju. I rzeczywiście już wcześniej masoneria angielska w bliskich stosunkach z masonerią niemiecką działała na szkodę narodu polskiego, między innymi sprzeciwiała się zachodnim granicom odradzającego się państwa polskiego jeszcze przed konferencją wersalską i w 1926 r. zainspirowała oddalenie się Polski od Francji, przybliżenie do wrogich Niemiec. Co prawda masoneria w Polsce międzywojennej nie odgrywała na przykład takiej roli, jak w Rumunii, Czechosłowacji, USA czy dzisiejszych czasach, ale miała poważną pozycję w życiu politycznym, o czym pisali m.in. Bolesław Chołoniewski w książce ,, Masoneria w Polsce współczesnej” z 1937 r., Kazimierz Morawski ,, Masoneria w Polsce” z 1937 r., Leon Chajn ,,Wolnomularstwo Drugiej Rzeczpospolitej” z 1975 r. oraz Ludwik Hass w wielu publikacjach. Z otoczenia Piłsudskiego do masonerii należało wiele osób. Do loży na przykład ,,Mochnackiego” należeli B. Miedziński, B. Wieniawa- Długoszowski, W. Sławek, a także G. Narutowicz ,K. Bartel i inni. Według Władysława Rabskiego posła Narodowej Demokracji wielu wojskowych należało do loży ,,Łukasińskiego” i ,,Traugutta”. Na zakończenie swego artykułu z 1969 r. L. Hass będzie pisał: ,, Uwaga poświęcona tak znikomej, mikroskopijnej grupie społeczeństwa znajduje swe uzasadnienie w tym, że wpływy owej mniejszości na opinię publiczną i ośrodki władzy w pewnych okresach znacznie przekraczały jej siłę mierzoną liczbą członków”.

Za jeden z celów przewrotu majowego w artykule ,,Po przewrocie” uzna również Dmowski interes partykularny Piłsudskiego i jego najbliższego otoczenia. Wojsko Polskie, z którego tworzono po odzyskaniu niepodległości wojsko państwa polskiego, po zamachu stało się wojskiem prywatnym jednego człowieka i osób skupionych wokół niego. Ten bowiem- pisze Dmowski- ,, kto ma wojsko w ręku, ma władzę dyktatorską w państwie, bez względu na to, czy się ogłosi dyktatorem, czy nie, czy on lub kto inny będzie formalnie szefem państwa- lub czy będzie, czy nie będzie stał formalnie na czele rządu”. W sumie zatem przewrót doprowadził do zahamowania nie tylko dotychczasowych prac nad uzdrowieniem gospodarczym i finansowym państwa, ale również do wewnętrznego osłabienia polskiego wojska. Według Dmowskiego ludzie przeprowadzający zamach majowy wzorowali się w metodzie jego przeprowadzenia na włoskim faszyzmie. ,,Rewolucja polityczna w Polsce- pisze- , która w 1926 r. pogrzebała faktycznie jej ustrój parlamentarny, była w niemałej mierze naśladowaniem rewolucji włoskiej, naśladowaniem nie ducha jej, ale metod”.W kilka lat później uzna, że Polska sanacyjna jest podobna do Niemiec i Włoch, gdyż rządy demokracji w tych państwach są obalone. W Niemczech i Włoszech rządy oparte są na dyktaturze osobistej, a w Polsce na dyktaturze organizacji. ,,Po maju- pisze- kierownictwo losami Polski znalazło się w rękach grupy , której siła i wpływy opierały się właściwie na jednym człowieku. Jest to podstawa bardzo krucha i niepewna; mamy liczne przykłady w historii, że gdy innych podstaw nie ma, to w chwili, gdy zabraknie tego człowieka następuje dezorganizacja i chaos”. ”.

Przewrót majowy odsunął się w swym programie od idei narodowej, narodu i w swej ideologii sięgnął do tych czasów, ,, w których ludność państwa była uważana za bierny obiekt w rękach monarchy i jego biurokracji, w których wszelkie czyny rządu usprawiedliwiała ,,racja stanu”. ”. W obecnej Europie twierdz panuje zasada, zgodnie z którą państwo ma być już tylko instrumentem w rękach całego narodu. Natomiast ci którzy po zamachu przejęli władzę starają się wszystko sprowadzić do zasady państwowej , co ma doprowadzić do zdecydowanej dominacji państwa nad społeczeństwem, narodem i uniemożliwienia utworzenia stabilnego, zdrowego, demokratycznego ustroju prawno- politycznego. Gdy państwo zatem według Dmowskiego nie jest instrumentem w rękach narodu, to wówczas jest jednostką nieosobową, nieodpowiedzialną wobec głównego podmiotu i ta sytuacja wpływa na brak praworządności w Polsce po 1926 r. Porządek w kraju rządy pomajowe opierają tylko na całkowicie podporządkowanym sobie wojsku.

Przeciwstawiając się sanacji nie uzna Dmowski umoralnienia życia państwowego za pośrednictwem dokonanego zamachu. Umoralnienie życia państwowego nie może nastąpić na skutek przewrotu, zastosowania siły i przemocy ale tylko poprzez podniesienie poziomu kultury politycznej społeczeństwa.,, Bo w polityce zwłaszcza u nas- pisze- najwięcej nieuczciwości popełniają ludzie dlatego, że są za głupi, ażeby zrozumieć, co jest uczciwe, a co nieuczciwe”. Umoralniać życia państwowego nie mogą jedynie rzucane hasła przez sanację, gdyż w tym przypadku należy ,,pokazać co się zamierza i co się jest zdolnym zrobić, ażeby postęp moralny naprawdę się rozpoczął” i dopóki się tego nie wykona ,, całe hasło umoralnienia jest pustym frazesem, zwłaszcza jeżeli towarzyszy mu powódź kłamstw, które są przecież nieuczciwością”.

Najbardziej właściwa rozsądna reakcja na przewrót majowy wystąpiła jego zdaniem w Wielkopolsce, ale region ten nie mógł jednak przyjść z pomocą legalnemu rządowi, gdyż: rząd legalny sam ustąpił i doprowadzić to mogło do wojny domowej, co naraziłoby na duże niebezpieczeństwo granicę państwa. Wojny domowej nie może podejmować ,, ziemia leżąca na samej granicy, na której czujność jest najpotrzebniejsza.” W artykule ,,Trzeba myśleć o jutrze” zamieszczonym w styczniu 1928 r. na łamach ,,Gazety Warszawskiej” będzie również ostrzegał siły narodowe przed próbami zamachów nawet nieudanymi skierowanymi przeciwko istniejącej obecnej dyktaturze. Obawiał się że nowy zamach mógłby doprowadzić do anarchii w kraju, obcej interwencji, co spowodowałoby, że Polska byłaby znacznie mniejsza ,,niż ta, którąś my z takim trudem zdobyli traktatem wersalskim i następnymi”. I dlatego jedną z praktycznych reakcji Dmowskiego na zamach majowy, słabą sprawność polskiego państwa było działanie polityczne, legalne, czyli powołanie Obozu Wielkiej Polski mającego na celu zorganizowanie wszystkich świadomych sił narodu, gotowych do ofiar, poświęceń, nieustannej pracy dla ojczyzny, zabezpieczającego naród polski wewnętrznie i w aspekcie międzynarodowym. ,,Tylko mocna organizacja narodu – pisze-prowadzi do silnej i trwałej organizacji państwa”. Podkreślał również ciągle , że tylko nowoczesna myśl narodowa wszechstronnie rozwinięta w jeden integralny system polityczny zapewni Polsce nowy ustrój o fundamentach narodowych, uznający naród polski za jedynego twórcę państwa polskiego, jego właściciela i gospodarza.

Czynnik gospodarczy

Wiele miejsca w swych w swych rozważaniach na temat okresu międzywojennego poświęcił Dmowski występującym problemom gospodarczym osłabiającym Polskę, wywołującym zarazem często kryzysy parlamentarne. Zagadnienia dotyczące polskiej gospodarki przewijają się w większości jego artykułów pisanych po 1924 roku. Ale sprawy gospodarcze uzna już w 1920 roku w wywiadzie udzielonym ,,Dziennikowi Związkowemu” wychodzącemu w USA za najważniejsze dla Polski. W wywiadzie tym między innymi będzie mówił, że: ,,Pierwszym punktem programu polityki polskiej w chwili obecnej jest żeby wszystka ziemia była obsiana i żeby ze wszystkich kominów się kurzyło… trzeba przede wszystkim użyć wszelkich wysiłków, ażeby przystosować organizm państwowy i działalność rządu do potrzeb życia w ten sposób, żeby wszystko, co zmierza do podniesienia i rozszerzenia wytwórczości krajowej znalazło należytą pomoc i wydatne poparcie. Będę szczęśliwy, gdy dojrzę chwilę w której Polska przestanie być żebraczką, poszukującą cudzej pomocy w zaspokojeniu swoich najpierwszych i najpotrzebniejszych potrzeb. Polska dopiero wtedy będzie naprawdę niepodległą, gdy będzie mogła istnieć o własnych siłach, gdy sama sobie będzie w stanie wystarczyć”. W 1925 r. słabość i kłopoty gospodarcze Polski dostrzega w zbyt małej produkcji w stosunku do konsumpcji, niskich dochodach skarbu państwa , wynikających z ubogiego społeczeństwa, z którego więcej nie można ,,wycisnąć”, zbyt dużych wydatkach państwa oraz z powodu tego, że obywatel jak i państwo ,,obdzierane są poprzez niecną spekulację”. W przemówieniu na krajowej konferencji Związku Ludowo-Narodowego w dniu 18.X.1925 r. zaznaczy, że Polacy na ogół nie rozumieją na czym polega dobro Polski i jak należy dla niej pracować. W obecnej Polsce niepodległej ma dominować głównie prywata i rozrzutność, jak w żadnym innym państwie. ,, My rozumieliśmy- mówił- że odbudowane państwo polskie, to jest ustawiona misa jadła, na którą tylko rzucić się i jeść z niej trzeba. Wszystko już jest zrobione, teraz tylko trzeba jeść, kieszenie sobie napychać, bo jest Polska. 95 % Polaków tak Polskę rozumiało, a może i więcej. Zaczął się wyścig do koryta, wyścig interesów. Każdy uważał, że powinien zrobić majątek na tej Polsce. Mieliśmy przez kilka lat widowisko tego wyścigu, aż nareszcie przyszła dzisiejsza chwila i wszyscy ci, co się ścigali , a i ci, co się nie ścigali, poczuli pustkę w kieszeni- jeszcze nie w żołądku, ale może jeszcze i to poczują- i są zawiedzeni, ,,E ! to taka Polska, to ja się nie bawię”. Uważa, że zamiast intensywnie pracować to tylko się ,,szasta” pieniędzmi prywatnymi i publicznymi, tak jakby Polska należała do bogatych krajów w świecie. W niepodległej już Polsce należało przede wszystkim zaspokoić wszystkie ale podstawowe potrzeby państwa i społeczeństwa, wydawać jak najskromniej. ,,Niechby nasi ministrowie- pisze- przy sosnowych stolikach siedzieli, ale niechby nasz budżet był w porządku, toby nas więcej szanowano zagranicą”. W istniejącej sytuacji celem każdego obywatela powinno być oszczędzanie, skromny tryb życia, wytężona praca i wówczas Polska byłaby o wiele lepsza, silniejsza niż obecnie. Za złą sytuację gospodarczą państwa, rozrzutność oskarży- w artykule z listopada 1925 .p.t. ,,Rola dziejowa mieszczaństwa Wielkopolski i Pomorza”- rząd, Sejm, społeczeństwo, opinię publiczną , która tolerowała rozrzutność rządu i często do niej zachęcała. Sejm natomiast ,, nie tylko uchwalał niepotrzebne wydatki, przez rząd proponowane, ale sam do nich dawał inicjatywę. Poszczególni posłowie chodzili po departamentach, popierając te czy inne rzeczy, kosztując pieniądze dla dogodzenia wyborcom, a nieraz samym sobie. Wystarczyło, że ktoś chciał zarobić na jakiejś robocie państwowej, projektował ją i bez żadnych trudności projekt wchodził w wykonanie”.

W następnym miesiącu w grudniu 1925 r. za czynniki rozkładające państwo i społeczeństwo uzna także wzrost bezrobocia, zubożenie ludności nie posiadającej środków na zakupy oraz wysokie ceny artykułów zwłaszcza przemysłowych na skutek podniesienia kosztów produkcji i pośrednictwa. Pisze również że ,,...fabryki utrzymują nadmierną liczbę wysoko opłacanych dyrektorów, którzy często kosztują więcej niż robotnicy, a kupiec za pośrednictwo usiłuje dziś brać kilkakroć więcej, niż dawniej”. Ze względu na ubóstwo w kraju negatywnie odnosi się do zarobków tzw. arystokracji robotniczej, której dochody znacznie przewyższają zarobki przeciętnych pracowników i których w rzeczywistości wydajność pracy jest za niska w stosunku do otrzymywanych paensji. Za ich ,,wyśrubowane” zarobki płaci głównie przeciętny pracownik, robotnik. Obciążenie dla budżetu widzi również w warstwie nieprodukcyjnej, biurokracji. W przemówieniu na Zjeździe Rady Naczelnej Stronnictwa Narodowego 15.IV.1934 r. zażąda wręcz od władz państwowych ze względu na ówczesny stan zamożności społeczeństwa polskiego zmniejszenie nadmiernej liczby funkcjonariuszy- biurokratów poprzez likwidację niepotrzebnych instytucji. Dla tej części warstwy nieprodukcyjnej, polityka państwa powinna stworzyć możliwości pracy w produkcji, ponieważ wzrost siły produkcyjnej wzmocniłby gospodarczo naród, stwarzając lepszą perspektywę na przyszłość.

Dmowski będzie krytycznie odnosił się również do jakości produkowanych towarów przemysłowych w okresie międzywojennym. ,,Demoralizacje”, czyli obniżenie jakości produkcji przemysłowej upatruje m.in. we wzroście popytu jaki nastąpił po zakończonej wojnie. Nabywano wówczas każdy towar niezależnie od jego jakości oraz ceny. ,, Ta chwilowa koniunktura- pisze- zdemoralizowała przemysłowców i kupców…przemysłowiec sobie powiedział, że konsument wszystko zapłaci; kupiec sobie powiedział to samo”. To wpłynęło, jak i zniknięcie wcześniejszego rynku wschodniego, na regres gospodarczy Polski niepodległej nawet w stosunku do Królestwa Polskiego, ponieważ obecnie eksportuje się głównie surowce, gdy tymczasem duży procent wywozów w zaborze rosyjskim stanowiły produkty przemysłowe, wysokiej na ogół jakości.

Pogłębiający się światowy kryzys gospodarczy, a zwłaszcza przemysłowy wpłynął na to, że Dmowski widzi bardziej pozytywnie przyszłość krajów rolniczych, zdolnych samodzielnie wyżywić własne społeczeństwo niż przemysłowych. Produkcja rolna Polski - pisze- ,, przy obecnym stanie kultury rolnej i przy jej postępie w przyszłości tak się przedstawia, iż nie budzi obaw, ażeby mogła stać się niewystarczającą dla kraju, nawet przy bardzo szybkim wzroście zaludnienia”. Niestety w dzisiejszych czasach XXI wieku wobec rolnictwa -podstawowej gospodarczej gałęzi życia ludzi - prowadzona jest w wielu państwach przez czynniki rządzące wielce szkodliwa polityka w tym antyekologiczna, a także unijna mająca na celu niszczenie istniejących europejskich narodów.

Poprawę istniejącej wówczas w okresie międzywojennym sytuacji gospodarczej i finansowej państwa może dokonać- pisze Dmowski- rozumny rząd ,,który nie ma potrzeby kupowania sobie poparcia szczodrością i zaspakajaniem rozmaitych, głośno wyrażanych lub cicho szeptanych apetytów, który ma możność robienia wszystkiego, co uważa za konieczne dla ratowania narodu i państwa od ruiny… trzeba żeby ten rząd zdawał sobie sprawę z położenia, żeby wiedział, iż w dobie obecnej osią całej polityki są zagadnienia gospodarcze, finansowe i żeby miał kwalifikacje do sprostania zadaniom w tej dziedzinie. ”. Ale żeby taki rząd powstał, w parlamencie musi ukształtować się zdecydowana większość, rozumiejąca dobrze aktualną sytuację kraju, szczerze pragnąca ratować państwo, wpływająca na swych wyborców bez stosowania demagogii, obiecywania realizacji celów w praktyce niemożliwych, czyli kupowania ich sobie na koszt państwa. I gdyby nasz Sejm dodaje ,, był takim parlamentem, byłoby nonsensem myśleć o zmianie ustroju państwa”.

Jacek Smolarek

 

 

1 St. Staszic ,,Jak powinna być pisana historia Polski”, 1812 r.
2 R. Dmowski ,,Podstawy polityki polskiej”, ,,Przegląd Wszechpolski”, 1905 r., nr.7, s.13
3 R. Dmowski ,,Myśli nowoczesnego Polaka” wyd. II s.104
4 R. Dmowski ,,Upadek myśli konserwatywnej
5 R. Dmowski ,,Myśli nowoczesnego…wyd. II s.45
6 Z. Balicki ,,Akcja uzdrowienia narodowego”, Przegląd Narodowy 1913 r., T. 11,s.3
7 Z. Balicki ,,Akcja uzdrowienia…”, s.4
8 J. Giertych ,,Tragizm dziejów polskich”, s.13
9 R. Dmowski ,,Pisma” T. IX, s. 81
10 Tamże, s.82
11Tamże, s.87
12R. Dmowski ,,Po przewrocie”, ,,Myśl Narodowa” XI. 1926 r.
13 R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s. 89
14R. Dmowski ,,Społeczeństwo Poznańskiego i Pomorza w odbudowanej Polsce”, ,,Gazeta Warszawska” 1925 r.
15R. Dmowski ,,Pisma” T. IX, s. 90-91
16 R. Dmowski ,,Polityka polska i obudowanie państwa polskiego”, s.48
17 Tamże, s. 483
18 Tamże, s.483
19Tamże, s.483
20 R. Dmowski ,,Myśli nowoczesnego Polaka”, wyd. V s.103
21Tamże, s. 103
22 Tamże, s. 104
23Tamże, s. 105
24 Tamże, s. 46
25 Tamże, s.54
26Tamże, s.49
27Tamże, s.53
28Tamże, s. 57
29 R. Dmowski ,,Pisma” , T.X s.55
30R. Dmowski ,,Pisma”, T.IX s.177
31 R. Dmowski ,,Pisma” , T.X s. 13
32,,Przegląd Wszechpolski”1902 r. nr 2
33R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s. 26-27
34 R. Dmowski ,,Myśli… wyd. V s.56
35 R. Dmowski ,,Myśli… wyd. V s.47-50
36 Tamże, s.53-54
37 Tamże, s.75
38 Jan Stachniuk ,,Dzieje bez dziejów”, - 1939 r. s.44
39 R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s. 56
40R. Dmowski ,,Pisma” T. VIII, s. 397
41Tamże, s. 418
42R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s.36

43 R. Dmowski ,,O pustce ideowej”, Gazeta Warszawska 1927 r. nr 87
44 Tamże
45 Tamże
46 R. Dmowski ,,Pisma” T.X , s.7
47 Tamże s.7
48 Tamże, s.33
49 ,,Zgoda” 10.VI.1926 r. s.1
50 R. Dmowski ,,Pisma” T. VIII s.43
51 R. Dmowski ,,Pisma” T.X, s225
52 R. Dmowski ,,Pisma” T. VIII. s.424
53 L. Hass ,,Rozwój organizacyjny wolnomularstwa w Polsce międzywojennej”, ,,Najnowsze Dzieje Polski” 1969 r. T. XIV, s. 113
54R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s.40
55. Dmowski ,,Pisma” T. VIII s.422
56 Tamże, s.86
57 Tamże, s.430
58 R. Dmowski ,,Pisma” T. X, s.40
59 Tamże, s.40
60 Tamże, s.42
61 Tamże, s. 195
62 Tamże, s. 66-67
63 ,,Rozmowa z Romanem Dmowski”, ,,Dziennik Związkowy” 28.VI. 1920 r.
64 R. Dmowski ,,Pisma” T.X, s.15
65R. Dmowski ,,Pisma” T.IX, s.20-21
66 Tamże, s.23
67 Tamże, s.267
68 R. Dmowski ,,Pisma” T.X, s.26
69 R. Dmowski ,,Pisma” T. IX, s. 204,206
70 R. Dmowski ,,Pisma” T. VIII, s. 32
71 R. Dmowski ,,Pisma” T.X, s.29
72Tamże, s.30

 

 

dr hab. L. Balcerowicz ma rację…

Groźba trwania neoliberalnego systemu gospodarowania jest niestety coraz bardziej realna. Nie jestem w stanie pojąć, jak można opowiadać się za jego kontynuacją. Swoista kontrrewolucja jaka odbywa się na naszych oczach jest ogromnie zdumiewająca. Po chwilowym “odpuszczeniu” sprawy OFE, mogło się wydawać, że większość decydentów zrozumiała zagrożenie jakie dla kraju niesie ze sobą neoliberalizm. Zrozumiało jakim jest ono niebezpieczeństwem dla państwa i jego finansów . Odważny gest zerwania “sojuszu” z OFE tak naprawdę jest zerwaniem z twórcami tego systemu a mianowicie MFW i BŚ. dawał nadzieje na odmianę losu milionów Polaków. Tymczasem daje się obserwować fenomenalne zjawisko. Polega ono na wychynięciu coraz większej ilości dziwnych acz znaczących postaci zycia politycznego, którzy w czambuł potępiają likwidację OFE. Gadać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale z prezentowanych stanowisk wychodzi, że jeżeli nie neoliberalizm to koniec świata. Z oczywistych względów nie powinienem bronić ludzi premiera, ale nie można nie bronić czegoś co jest matematycznie (logicznie) dowiedzione. O ile można zlekceważyć stanowisko jakichś telewizyjnych, dyżurnych speców od wszystkiego z opozycyjnych partii prawicowych o tyle stanowisko lewicowego bardzo prominentnego polityka wpisujące się w chór bezrozumnych oburzonych powoduje odruch ….- powiedzmy zwątpienia. Obrona OFE wywiedziona z argumentu, personalnych animozji, oraz (jak należy rozumieć) niecnej chęci ratowania (łatania) budżetu, jest zdaniem owego polityka nieodpowiedzialne. Nie byłoby to może tak obrazoburcze gdyby te klechdy powiadał jakiś nieopierzony młodzian z partii lewicowej. Ale mówił to lewicowy, były premier naszego państwa. To kolejny polityk który nie wiedział, ale powiedział, ergo nie skorzystał ze sposobności powiedzenia – nie wiem, bo pewnie udławiłby się własnym niewyparzonym językiem za który wcześniej już słono zapłacił, ale widać niektórzy profesorowie stracili zdolności do wyciągania wniosków z odebranych nauk. Odpytany na tę okoliczność został przez TVN strażnik zakonu neoliberałów pan L. Balcerowicz. On też, choć nie profesor wychwalał OFE i wyśmiewał się z jego zdaniem nieracjonalnych wydatków rządu które powodują kłopoty, niedoszacowanie i dalsze zadłużanie budżetu państwa. W dodatku obecnie urzędujący premier oświadcza, że Polacy będą mogli swobodnie wędrować między OFE a ZUS-em. Włos się jeży, bo to znaczy, że premier w ogóle nie ma zielonego pojęcia o finansach państwa. Nie wie co robi? Faktycznie proponuje destabilizację finansów publicznych. Wszyscy ci ludzie pełnią lub pełnili w państwie bardzo ważne funkcję. Ja chyba zwariowałem !!! Przecież to nie jest możliwe, żeby człowiek o najniższym cenzusie naukowym (taki jak ja) za tumanów i nieuków miał profesurę i polityków !!! Więc pytam o wskazanie błędu w moim rozumowaniu. Nieracjonalne wydatki państwa?! Zgoda, jednym z takich wydatków było OFE Które pompowało pieniądze z budżetu do kieszeni panów Forbesów i jemu podobnych o emerytach w OFE wspominano niechętnie. Zgoda, jeżeli ktoś ma potrzebę zawierzać zabezpieczenie swojej starości grze w ruletkę to jego sprawa. Ale budżet państwa to już nie jest prywatna sprawa paru polityków. Własnym uszom nie wierzę słysząc że finansowanie OFE z budżetu to błąd bo powinno się finansować ze sprzedaży( prywatyzacji) majątku narodowego. Mówi to profesor ekonomii – pewnie akademii Smorgońskiej, bo w ekonomii cywilizacji europejskiej sama nazwa ekonomia niesie ze sobą określoną zawartość informacji o jej treści. Już starożytni ekonomię rozumieli jako zasady prowadzenia gospodarstwa domowego. Inna szkoła mówi, że słowo ekonomia jest połączeniem słów oikos – dom, gospodarstwo domowe i nomeus – człowiek, który zarządza. Czasownik oikonomeo oznacza więc kierowanie domem. Ksenofont rozumiał oikonomikos jako kierowanie gospodarstwem domowym. To fragment z własnych notatek wykładu z mikroekonomii na pierwszym roku studiów. Zakładam że nic nie pokręciłem, a skoro tak, to co oznacza opowiadanie o finansowaniu OFE środkami pochodzącymi ze sprzedaży majątku narodowego? Chyba rozumieć należy, że pan profesor, dla zapewnienia swojej rodzinie odpowiedniego statusu zamiast zająć się pracą zarobkową wynosi na sprzedaż z domu meble. Bo to właśnie propozycja tego rodzaju, tyle że meble nie profesorskie a państwowe. Jeżeli jednak tak nie jest to nie rozumiem czego tu bronić. O innych nieracjonalnych wydatkach do tej pory nie mówiłem , ale jestem zmuszony więc wskazuje na Kościół rzymsko katolicki który kosztuje państwo więcej niż wynosi budżet ministerstwa kultury. Kłopoty z Krk zostały świetnie opisane już w czasach stanisławowskich nic nie straciły na aktualności. To wtedy Biskup I. Krasicki wyśmiewał degeneratów tej instytucji i pisał tak: “(…) W tym było stanie rozkoszne siedlisko Świętych próżniaków.” “(…) Ach, losie zdradliwy! Mniejsza, żeś państwa, trony, berła skruszył. Będziesz tak śmiałym, żebyś kaptur ruszył? ” Ruch Palikota jako pierwszy chciał “ruszać kaptur”, ale wolał powołać nową partię niż kontynuować konflikt z Krk. O skandalu z Komisja Majątkową z litości nie wspomnę, ale to kolejne miliardy. Armia związkowców na garnuszku przedsiębiorstw państwowych, czytaj budżetowym, fatalne finansowanie służby zdrowia na końcu KRUS w którym praktycznie za darmo czytaj za pieniądze z budżetu leczy się 3 milionową armię bezproduktywnych rolników. Więc jeżeli to nie są wydatki nieracjonalne to co nimi jest? Od czegoś normalizację życia gospodarczego trzeba zacząć. Padło na OFE. Teraz padnie na wydatki dla Krk. Ja wiem że łatwiej komuś dołożyć podatków niż podjąć zawsze ryzykowny trud reformy. Więc pytam dalej kto wprowadził OFE, Komisję Majątkowa, bezmyślnie ustanowił KRUS, kto związkowców wywindował na piedestał? Czy to przypadkiem nie ci którzy teraz bronią tego co nawarzyli a my musimy to pić? Czyich interesów bronią nasi politycy??? Dlaczeo w TV od lat zapraszani są tylko ci “eksperci” którzy wiadomo co powiedzą. Dlaczego wywiad z panią prof. L. Oręziak przeprowadza jedyny odważny dyr. G. Miecugow w środku nocy( na wszelki wypadek )? A gdzie prof. Mączyńska prof. Bożyk prof. Pysz i inni. Oni będą mieli odmienne zdania niż dyżurna i dyspozycyjna “profesura”. Tak zakleja się usta polskiej demokracji. Ja wiem, że politycy to ludzie, którzy zawsze kradną cukierki dzieciom wtedy kiedy ich nie całują, ale nasi nigdy nie całowali dzieci!!! Czy rzeczywiście L. Balcerowicz i inni nie mają racji??? Kłopot jest taki, że każdy buduje model przyjmując z założenia różne przesłanki do budowy tego samego modelu ekonomicznego. Naszym zdaniem w Polsce nie ma miejsca na neoliberalny fundamentalizm. Neoliberalny model gospodarczy dowiódł, że nie może być jedynym panaceum na wszystkie wady wolnego rynku. Skutki wprowadzenia do gospodarki tego chorego eksperymentu są w Polsce widoczne na każdym kroku. We wszystkich badaniach i rankingach dotyczących stanu naszej gospodarki czy poziomu życia w Europie - mamy zarezerwowane ostatnie miejsce we wszystkich kategoriach. Więc takie gospodarowanie śmiało można porównać do efektów gospodarczych wywołanych rewolucją czerwonych Khmerów. Wobec fundamentalnych różnic ceteris paribus wnioski także muszą być różne. Co z tego wynika? Wynika to, że każdy ma rację. A z racją wg. księdza prof. Tischnera jest jak z d…. każdy ma własną. Jednakże jest pewna różnica. Ta różnica to RACJA STANU. Jeżeli politycy nie rozumieją jej przesłania, to powinni natychmiast zająć się inną pracą, np. kopaniem rowów. Przy czym niewolno zapominać i zawsze pamiętać o definicyjnych i konstytucyjnych obowiązkach państwa oraz Smitchsowskich zasadach wydatków z budżetu nie zawsze racjonalnych ale przeważnie koniecznych, pomijając oczywiście w/w skandaliczne wydatki, które są wykładnią twórczych możliwości elit politycznych, które są tak daleko od polskiej rzeczywistości, że dalej z nadzieją jurną gotowe są budować kapitalizm - własnych neoliberalnych wizji i “urządzać” nam polska gospodarkę, nieuchronnie prowadząc państwo do bankructwa vide Argentyna. A wtedy zapewne dowiemy się że zawiódł wolny rynek.

Przed szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie (28-29 listopada 2013)

Zbigniew Brzeziński w swej “Drugiej szansie” (Bertelsmann Media, Warszawa, 2008) powołuje się w pewnym miejscu na Karola Marksa, który zauważył, że świadomość zwykle pozostaje w tyle za rzeczywistością. Innymi słowy – zrozumienie zmian społecznych i politycznych następuje później niż te same zmiany; nie poprzedza ich, a nawet im nie towarzyszy.

 

 

 

 

  1. Kilka słów na temat genezy Partnerstwa Wschodniego

 

(Uwaga na wstępie: proces zawierania umów to kolejno – 1/ parafowanie umowy 2/ jej podpisanie 3/ ratyfikacja).

Zrozumienie genezy Partnerstwa Wschodniego, tej pożytecznej skądinąd inicjatywy, okazać się może złożone dla przyszłego, nawet dociekliwego badacza, a jej efekty nieco inne od zamierzonych; ani lepsze, ani gorsze, po prostu inne. 7 maja 2009 roku odbyło się w Pradze spotkanie przywódców UE i państw Partnerstwa Wschodniego oraz nastąpiła inauguracja Programu. Partnerstwo Wschodnie zostało zainicjowane jako próba działania UE i jej wschodnioeuropejskich partnerów w celu promowania politycznych i gospodarczych reform oraz pomocy krajom tego regionu w zbliżeniu do UE. U jego podstaw leży wspólne zobowiązanie, aby przestrzegać prawa międzynarodowego i wartości podstawowych, w tym demokracji, zasady państwa prawa oraz praw człowieka i podstawowych wolności, jak również zasad gospodarki rynkowej, zrównoważonego rozwoju i dobrego rządzenia. Rok wcześniej, na spotkaniu szefów dyplomacji państw UE 26 marca 2008 roku minister Radosław Sikorski powiedział, że Partnerstwo Wschodnie “to będzie coś na kształt Grupy Wyszehradzkiej na wschodzie. Coś, co nie zmieni zasad członkostwa w UE czy finansowania, ale umożliwi tym krajom, które chcą jak najszybciej integrować się, zmieniać wewnętrznie, dostosowywać się do UE”. Jak widzimy obecnie, Partnerstwo Wschodnie w niczym nie przypomina Grupy Wyszehradzkiej. Istnieje pogląd, że koncepcja Partnerstwa Wschodniego wypracowana została przez rząd PO-PSL i była w gruncie rzeczy modyfikacją projektu “Wymiaru Wschodniego UE”, nakreślonego jeszcze przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Główne różnice w obu planach dotyczyć miały dwu podstawowych kwestii – finansowania oraz sposobu realizacji obecności UE na obszarze postradzieckim. Rząd PIS-u chciał, aby aspekt wschodni pozostał poza Europejską Polityką Sąsiedztwa. Stąd brała się m.in. charakterystyczna nazwa, której bronili przedstawiciele PIS (“wymiar” przez analogię do “Wymiaru Północnego”, który funkcjonuje w ramach europejskiej polityki). Fundusze na realizację tego projektu PIS-u nie miały pochodzić ze środków przeznaczonych na Europejską Politykę Sąsiedztwa. Ta kwestia, a przede wszystkim deklaracje i retoryka rządu J. Kaczyńskiego nadawały inicjatywie Wymiaru Wschodniego UE zabarwienie wyraźnie antyrosyjskie i dlatego “Wymiar Wschodni” na forum UE przepadł. Nowym elementem było pozyskanie dla projektu przez koalicję rządową PO-PSL partnera szwedzkiego. W kontekście Rosji interesująca jest analiza tekstów projektu i ostatecznej deklaracji, jaką uchwalili unijni politycy 3 grudnia 2008 roku. W pierwotnym brzmieniu Partnerstwo określone było mianem “wtórnego” (secondary) wobec strategicznego partnerstwa Brukseli i Kremla. Ostatecznie zapis zmieniono, podkreślając równoległy (parallel) charakter obu relacji. (Monika Żukowska, Partnerstwo Wschodnie dla Opornych, Internet). Wśród poglądów dotyczących genezy Partnerstwa Wschodniego można spotkać się z opinią, że w relacjach ze wschodem to Polska “odpowiada” za kraje Partnerstwa Wschodniego, a Niemcy za Rosję, ale to już chyba przejaw naszej polskiej megalomanii. Pod tym względem ciekawy jest fragment zapisu z przebiegu posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu (nr 73) z dnia 4 kwietnia 2013 roku. Podsekretarz stanu w MSZ Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wyraziła na posiedzeniu pogląd, że “...Partnerstwo Wschodnie nie jest polityką polską, tylko unijną. Jest to unijna polityka wobec wschodnich sąsiadów. Polska wraz ze Szwecją była krajem, który wypracował koncepcję, zainicjował tę politykę w ramach UE, przekonał partnerów, że warto w tym kierunku zmierzać, czyli zaoferować tym krajom coś więcej niż oferowano wówczas w ramach UE”. Poseł Witold Waszczykowski (PIS) miał na ten temat odmienne zdanie: “Pozwolę sobie nie zgodzić się z panią minister na temat genezy Partnerstwa Wschodniego. W latach 2005-2008 pracowałem w MSZ jako wiceminister, a więc na stanowisku dość wpływowym i miałem dostęp do informacji. Partnerstwo Wschodnie było wymyślone przez Niemców i Austriaków. Chodziło o to, żeby podzielić wschodnią politykę UE, żeby patronami polityki wobec Rosji byli Niemcy, a polityki na Bałkanach – Austriacy. Ponieważ Polska przejawiała silne aspiracje, aby być państwem podmiotowym w UE, z którym przynajmniej konsultuje się politykę wschodnią, stworzono koncepcję, która miała obejmować 6 krajów, w okresie 6 lat i przewidywała 600 mln euro. To nam oferowano, wówczas stwierdziliśmy, że jest to recepta na katastrofę. Chciałem dopytać panią minister – komu podlega Partnerstwo Wschodnie? Któremu komisarzowi?”. (Panu posłowi Waszczykowskiemu chodziło prawdopodobnie o to, że Pan komisarz Štefan Füle jest czeskim dyplomatą, należał niegdyś do Komunistycznej Partii Czechosłowacji i studiował w MGIMO-Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych, M.P.) Pani minister odpowiedziała, że Partnerstwo Wschodnie nadzoruje komisarz ds. rozszerzenia i sąsiedztwa pan Stefan Fuele i dodała: “Co do genezy Partnerstwa Wschodniego, jest to historia, którą możemy różnie pamiętać i interpretować. Sądzę, że nie jest to temat dzisiejszego posiedzenia. Ważne jest, czym jest Partnerstwo Wschodnie dzisiaj, co oferuje i co by było, gdyby Polska zrezygnowała z tej oferty, to znaczy stwierdziła, że nie chcemy umów stowarzyszeniowych UE z Gruzją i Ukrainą, nie chcemy propozycji liberalizacji wizowej”.

Przeciętna osoba interesująca się polityką zagraniczną nie ma zbytniego “dostępu do informacji”, niemniej jednak przypomina sobie zapewne z lektury niemiecko-austriacki pomysł na Mitteleuropę, który narodził się w II połowie XIX stulecia i -jak się wydaje- ostatecznie przepadł w wyniku II wojny światowej, kiedy to, po klęsce Niemiec hitlerowskich, punkt ciężkości Europy Środkowej (Mittel) oddalił się od Niemiec i przesunął nad Wisłę i Dunaj. Odtąd, czyli od II wojny wielu polityków i uczonych określało Europę Środkową jako obszar między Niemcami, Rosją, Włochami i Turcją. Ta polityczna definicja naszego regionu zyskała dodatkowe potwierdzenie po rozpadzie Związku Radzieckiego, kiedy to także Rosja “oddaliła się” od Europy Środkowej. Za taką definicją Europy Środkowej nie nadąża co prawda od początku swego istnienia Organizacja Narodów Zjednoczonych, która umieszcza nadal nasz region na wschodzie Europy, choć zimna wojna już dawno się skończyła. Mimo to, w naszym regionie przypomniana wyżej polityczna definicja Europy Środkowej jest już w powszechnym użyciu, ku zgorszeniu osób, które uważają, że “kurica nie ptica a Polsza nie zagranica”. Odmianą pojęcia “Europa Środkowa” jest “Europa Środkowo-Wschodnia”. Tak więc już sam termin Partnerstwo Wschodnie wydaje się być niezupełnie adekwatny do nowej rzeczywistości. Białoruś, Ukraina, Mołdawia i Naddniestrze to Europa Środkowa, a w najgorszym przypadku Europa Środkowowschodnia. Chyba, że pomysł na Partnerstwo Wschodnie się nie uda... Po tej refleksji wróćmy do tematu.

Ważne jest zarówno to czym Partnerstwo Wschodnie miało być, jak i to czym jest dzisiaj i czym będzie w przyszłości. Partnerstwo Wschodnie (PW) miało na celu wzmocnienie wschodniego wymiaru Europejskiej Polityki Sąsiedztwa (EPS), obejmującej już wcześniej wiele państw Morza Śródziemnego nie należących do Unii. Projekt PW zakładał zacieśnienie współpracy 27 państw unijnych z Ukrainą, Białorusią i Mołdawią (państwami Europy Środkowowschodniej) oraz Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią (państwami Kaukazu Południowego). Państwa Kaukazu Południowego “wliczane” są często do Europy Wschodniej, mimo, że większość definicji dotyczących kształtu terytorialnego Europy zalicza je już do Azji. Państwa Europy Wschodniej stały się sąsiadami Unii po jej rozszerzeniu o państwa Europy Środkowej w roku 2004. Unia uruchomiła wówczas Europejską Politykę Sąsiedztwa (EPS), która objęła 16 państw Europy Wschodniej i południa basenu Morza Śródziemnego. Państwa Europy Wschodniej zostały oddzielone w polityce unijnej od Rosji, która EPS nie została objęta. Podkreślono przy tym, że EPS nie jest instrumentem służącym do rozszerzenia UE, choć perspektywa członkostwa nie została wykluczona. Rosja przystąpieniem do EPS nie była zainteresowana. Współpraca Rosji z UE realizowana jest obecnie w ramach tzw. Wspólnych Przestrzeni. Warto przypomnieć, że na szczycie UE-Rosja w Petersburgu w 2003 roku zaistniała ewentualność strategicznej wizji; rozważano ścisłą współpracę m.in w dziedzinie gospodarki, bezpieczeństwa, polityki zagranicznej. Wydawało się wówczas, że Rosja może zostać członkiem Unii. W roku 2010 uzgodniono Partnerstwo dla Modernizacji, które miało nadać impuls relacjom unijno-rosyjskim. Unia poprzez EPC, obok celów politycznych i ekonomicznych, zobowiązała się do zwiększenia wysiłków w celu rozwiązania konfliktów regionalnych. W obszarze wschodniego sąsiedztwa są to zamrożone konflikty: Mołdawii z separatystycznym regionem Naddniestrza, Gruzji z separatystycznymi regionami Abchazji i Osetii Południowej oraz pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem o region Górskiego Karabachu. Z uwagi na zróżnicowane sąsiedztwo Europy na południu i na wschodzie, wyodrębniono w EPS dwa wymiary regionalne: w roku 2008 dla państw Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz w roku 2009 – Partnerstwo Wschodnie dla państw Europy Wschodniej i Południowego Kaukazu. Projekt koncepcji Partnerstwa Wschodniego wysunęła Polska, wspierana przez Szwecję. Partnerstwo jest realizowane przez Unię Europejską w oparciu m.in o propozycje zawarte w polsko-szwedzkim dokumencie dotyczącym Partnerstwa Wschodniego. (Propozycja polsko-szwedzka, Partnerstwo Wschodnie, czerwiec 2008, portal MSZ, Internet).

2. Ambitne Plany

 

Język biurokracji unijnej jest bardzo specyficzny i trzeba przyznać niezwykle męczący. Przełożenie go na język "zwyczajny" nie jest zadaniem łatwym. Z powodzi słów i problemów dla potrzeb tego artykułu należałoby wyłowić przede wszystkim 3 tematy: zbliżenie polityczne ( w tym regulowanie konfliktów), integracja ekonomiczna i relacje międzyludzkie.

Na szczycie Partnerstwa Wschodniego, który odbył się w dniach 29-30 września 2011 roku w Warszawie ustalono Plan Działania Partnerstwa w okresie poprzedzającym szczyt w Wilnie jesienią 2013 roku. Został on skonsultowany z państwami członkowskimi UE oraz wschodnioeuropejskimi krajami partnerskimi, jak również z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego. Na szczycie w Warszawie potwierdzono program uzgodniony w Pradze i uznano, że w wielu dziedzinach poczynione zostały postępy. Uczestnicy szczytu stwierdzili jednak, że istnieje konieczność wzmocnienia wysiłków podjętych w celu przeprowadzenia reform, oraz że ich tempo uwarunkuje intensywność współpracy, a partnerzy najbardziej zaangażowani w reformy skorzystają najwięcej w wyniku utrzymywania stosunków z Unią Europejską. Uczestnicy wezwali również kraje partnerskie do odnowienia zobowiązania odnośnie przestrzegania wspólnych wartości. Przypomniano, że głównym celem Partnerstwa Wschodniego jest stworzenie warunków niezbędnych do przyspieszenia stowarzyszenia na poziomie politycznym oraz pogłębienia integracji gospodarczej między UE a wschodnioeuropejskimi krajami partnerskimi. Służyć temu miało zawiązanie nowych, bardziej pogłębionych stosunków umownych między UE i krajami partnerskimi w formie umów stowarzyszeniowych, w tym, w stosownych przypadkach, stworzenie szeroko zakrojonych i kompleksowych stref wolnego handlu. Zbliżenie przepisów miało posłużyć pogłębieniu pozytywnych skutków handlu i liberalizacji inwestycji, prowadząc do osiągnięcia zbieżności z przepisami i normami UE. Zobowiązano się do wspierania mobilności obywateli i liberalizacji reżimu wizowego. Mobilność obywateli krajów partnerskich miała być promowana przez umowy o ułatwieniach wizowych i readmisji, które stanowią pierwszy etap na drodze do osiągnięcia ostatecznego celu, jakim jest ruch bezwizowy. Zobowiązano się do wzmocnienia sektora współpracy (m.in. energia i transport) i ułatwienia udziału krajów partnerskich w programach UE i ich funkcjonowania w agencjach UE. Plan działania miał na celu przełożenie zasady “więcej za więcej”, która przyświeca odnowionej europejskiej polityce sąsiedztwa, na praktyczne działania. Im większe postępy poczynił kraj partnerski, tym więcej wsparcia otrzymać miał ze strony UE. Im bardziej kraje partnerskie zbliżają się do UE, tym większa jest szansa na wzmocnienie więzi politycznych, gospodarczych i kulturalnych z Unią i między tymi krajami. Przewidziano, że planowi działania towarzyszyć będzie dodatkowe finansowanie w ramach zasady “więcej za więcej”. W planie działania powołano nowy program “Integracja i współpraca w ramach Partnerstwa Wschodniego”, dysponujący szacunkowym przydziałem środków w wysokości 130 mln EUR na lata 2012-13. Jest to uzupełnienie zobowiązania UE na lata 2010-13 na rzecz partnerów z Partnerstwa Wschodniego o wartości 1,9 mld EUR. Przydział środków na udział partnerów z Europy Wschodniej w programach współpracy w dziedzinie szkolnictwa wyższego (Erasmus Mundus i Tempus) zostanie podwojony w przypadku programu Erasmus i znacząco wzrośnie w przypadku programu Tempus. Program “Integracja i współpraca w ramach Partnerstwa Wschodniego” obejmie promowanie procesu przemian demokratycznych, rozwoju instytucjonalnego oraz zrównoważonego rozwoju.

W części dotyczącej stosunków dwustronnych plan działania postawił przed Partnerstwem Wschodnim 3 podstawowe cele: 1/ stowarzyszenie na poziomie politycznym i integracja gospodarcza 2/ zwiększona mobilność obywateli w warunkach bezpieczeństwa i w dobrze zarządzanym otoczeniu 3/ wzmocnienie współpracy sektorowej (dot. m.in. bezpieczeństwa energetycznego i transportu: lotniczego, morskiego, drogowego i kolejowego).

Ad.1. Spodziewane osiągnięcia do 2013 r.

Po zakończeniu negocjacji dotyczących układu o stowarzyszeniu UE-Ukraina na szczycie w grudniu 2011 r. obie strony osiągnęły porozumienie, że wyniki, w szczególności w odniesieniu do wspólnych wartości i praworządności, znacząco wpłyną na szybkość stowarzyszenia na poziomie politycznym oraz integracji gospodarczej z UE, w tym w kontekście zawarcia układu o stowarzyszeniu i jego późniejszej realizacji. W okresie do jesieni 2013 r. negocjacje dotyczące układów o stowarzyszeniu z Republiką Mołdowy, Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem powinny były wkroczyć w końcowy etap, a wręcz zostać zakończone. Negocjacje w sprawie pogłębionych i kompleksowych stref wolnego handlu z Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem powinny wkroczyć w końcowy etap lub zostać zakończone, a w dziedzinie zbliżania prawodawstwa – zgodnie z zaleceniami Komisji – powinien dokonać się znaczny postęp. Azerbejdżan powinien poczynić postępy, aby przystąpić do Światowej Organizacji Handlu, ponieważ członkostwo to warunek wstępny rozpoczęcia negocjacji w sprawie pogłębionych i kompleksowych stref wolnego handlu.

Aby wesprzeć proces przygotowania się do zawarcia układów o stowarzyszeniu i ich realizacji, w tym w stosownych przypadkach do pogłębionych i kompleksowych stref wolnego handlu, UE oraz Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, Republika Mołdowy powinny przyjąć odpowiednio programy stowarzyszeniowe w 2013 r. W czasie całego procesu negocjacji - czytamy w Planie - UE zapewni dialog polityczny i wsparcie finansowe dla partnerów, w tym za pośrednictwem programów na rzecz szeroko zakrojonego rozwoju instytucjonalnego. Postępy poczynione w realizacji reform politycznych są niezbędnym elementem przy wprowadzaniu wspólnych wartości Partnerstwa Wschodniego, a ogólny stan stosunków UE z krajami partnerskimi wpłynie na szybkość, z jaką partnerzy będą mogli skorzystać z zacieśnionych stosunków z UE. Spodziewano się, że nadchodzące wybory parlamentarne w Armenii, Gruzji i na Ukrainie będą przełomowymi wydarzeniami w umacnianiu demokracji w tych krajach. UE oczekuje - czytamy w planie działania przed szczytem w Wilnie - że zostaną podjęte wiarygodne i trwałe wysiłki, aby rozstrzygnąć jak najwcześniej i w sposób pokojowy konflikt w Gruzji, konflikt w regionie Naddniestrza w Republice Mołdowy oraz konflikt o Górski Karabach. Unia Europejska potwierdza swoje zobowiązanie, że pozostanie zaangażowana w działania na rzecz stabilizacji i rozstrzygnięcia konfliktu w Gruzji, w tym przez dalsze uczestnictwo w charakterze współprzewodniczącego w tzw. rozmowach genewskich, wysiłki specjalnego przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Południowego Kaukazu i kryzysu w Gruzji oraz dalszą obecność misji obserwacyjnej Unii Europejskiej. W odniesieniu do konfliktu w regionie Naddniestrza UE w pełni popiera bieżące mediacje w formule 5+2 pod egidą Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w których bierze udział. UE popiera również w pełni inicjatywę w sprawie mediacji, podjętą przez mińską grupę OBWE ds. konfliktu w Górskim Karabachu, w których UE nie uczestniczy. Unia Europejska potwierdza swoje poparcie dla zasad madryckich oraz wzywa Armenię i Azerbejdżan do zwiększenia wysiłków na rzecz osiągnięcia porozumienia odnośnie tych zasad jako podstawy utrzymania pokoju. Unia Europejska zacieśni współpracę z zaangażowanymi krajami partnerskimi i wzmocni swe wsparcie dla środków zwiększenia zaufania, jak również dla poprawy poziomu życia osób dotkniętych tymi konfliktami. Postęp w stowarzyszaniu na poziomie politycznym i integracja gospodarcza partnerów z Unią Europejską dobrze wpłyną na działania mające na celu rozstrzygnięcie konfliktów i stabilność w regionie. UE pozostanie nadal bardzo zaangażowana w zacieśnianie współpracy z obywatelami Białorusi i białoruskim społeczeństwem obywatelskim. Uwzględniając obecny stan stosunków UE-Białoruś, UE zwiększy wsparcie na rzecz białoruskiego społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznych sił politycznych przez ukierunkowany “Europejski dialog w sprawie modernizacji”, który został zainicjowany w Brukseli w dniu 29 marca 2012 r., jako wyraz pełnego zaangażowania UE na rzecz demokratycznych aspiracji Białorusinów. UE będzie kontynuować dokładne monitorowanie sytuacji na Białorusi i nadal stosować politykę krytycznego zaangażowania, w szczególności za pośrednictwem dialogu i Partnerstwa Wschodniego. Rozwój stosunków dwustronnych pozostanie uwarunkowany postępami poczynionymi przez Białoruś w zakresie przestrzegania zasad demokracji, praworządności i praw człowieka. Jednocześnie w razie potrzeby, w świetle ewentualnych późniejszych zmian, UE jest gotowa rozważyć dalsze ukierunkowane środki we wszystkich dziedzinach współpracy.

Ad.2. Spodziewane osiągnięcia do 2013 r.

Planowane jest zakończenie negocjacji dotyczących umów o ułatwieniach wizowych i readmisji z Armenią i z Azerbejdżanem. UE nadal jest gotowa, aby rozpocząć negocjacje w sprawie takich umów z Białorusią. Można rozważyć ustanowienie partnerstwa dotyczącego mobilności z Azerbejdżanem. Skuteczna realizacja umów o ułatwieniach wizowych i readmisji oraz skuteczna współpraca w szerokim zakresie w dziedzinach z zakresu wymiaru sprawiedliwości i spraw wewnętrznych może doprowadzić wkrótce do zapoczątkowania negocjacji nad planami działania w zakresie liberalizacji reżimu wizowego z Gruzją, a następnie z Armenią i Azerbejdżanem. W najbliższym czasie UE planuje rozpocząć dialog wizowy z Gruzją. Liberalizacja reżimu wizowego w przypadku Republiki Mołdowy i Ukrainy będzie zależeć od realizacji przez te kraje odpowiednich planów działania w zakresie liberalizacji reżimu wizowego. Mobilność obywateli to jednak nie tylko ułatwienia wizowe, ale różnorakie kontakty międzyludzkie. Partnerstwo Wschodnie wspiera kontakty między UE a obywatelami krajów partnerskich, w szczególności studentami, kadrą akademicką, naukowcami, młodymi ludźmi i działaczami kulturalnymi. Państwa członkowskie UE i kraje partnerskie rozpoczęły dialog na temat szeregu polityk, w tym polityki ds. młodzieży i kultury. Organizuje się współpracę w ramach szeregu nowych i obecnie funkcjonujących programów współpracy UE i w związku z nimi w dziedzinie edukacji, szkolnictwa wyższego, badań i innowacji oraz młodzieży i kultury. Zwraca się uwagę na kwestie dotyczące modernizacji, budowanie zdolności w obszarze badań i innowacji oraz mobilność studentów, nauczycieli, naukowców i osób młodych. Rozwijana jest również współpraca z UE we wszystkich obszarach badań, w tym infrastruktury badawczej. W następstwie współpracy sprzyjającej nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich zwiększy się udział studentów i nauczycieli z krajów partnerskich w programach UE dotyczących współpracy międzynarodowej w zakresie szkolnictwa wyższego. Oczekuje się na przykład, że w ramach programu Erasmus Mundus na lata akademickie 2012 i 2013 zostanie przyznanych ponad 2300 stypendiów dla studentów i kadry akademickiej z krajów partnerskich. Wzrośnie również jednolitość systemów edukacji, polepszy się promocja współpracy między szkołami oraz uczenia się opartego na współpracy. Kraje partnerskie powinny skorzystać ze wzrostu liczby uczestników w programie UE “Młodzież w działaniu” (dzięki opracowaniu szeroko zakrojonego wariantu dla Partnerstwa Wschodniego). W krajach partnerskich powinna polepszyć się zdolność instytucjonalna oraz zdolność podmiotów społeczeństwa obywatelskiego zajmujących się polityką ds. młodzieży. Dzięki programowi “Kultura w ramach Partnerstwa Wschodniego” i pogłębionemu dialogowi politycznemu, w tym seminariom na poziomie ekspertów, jak również wydarzeniom na wysokim szczeblu gromadzącym decydentów i osobowości ze świata kultury, planowanym na 2013 r., zostanie pogłębiona współpraca w dziedzinie kultury. Współpraca taka powinna pomóc w podnoszeniu świadomości w krajach partnerskich na temat potencjału, jaki niesie ze sobą kultura dla rozwoju gospodarczego i społecznego, a także w pogłębianiu współpracy między ministerstwami w sprawach dotyczących kultury. Zostanie zainicjowana współpraca w sektorze audiowizualnym, która obejmie decydentów i przedstawicieli branży. W 2012-2013 r. powinien zostać odnotowany zwiększony udział w unijnym siódmym programie ramowym dzięki budowie potencjału badawczego i poprawie rozpowszechniania wiedzy dotyczącej możliwości finansowania, w szczególności przez wyznaczone lokalnie punkty kontaktowe i rozpowszechnianie najlepszych praktyk, w tym niezależnej oceny propozycji badawczych przez innych badaczy. Zostaną podjęte wysiłki, by polepszyć połączenia między krajowymi sieciami badawczymi i edukacyjnymi w krajach partnerskich i multigigabitową siecią poświęconą badaniom naukowym i edukacji (GEANT). Ogółem w latach 2012-2013 zostaną podjęte wysiłki, by rozwinąć wspólną przestrzeń wiedzy i innowacji.

Ad. 3.Spodziewane osiągnięcia do 2013

UE ułatwi uczestnictwo krajów partnerskich w pracach agencji UE i programów UE, które są dla nich otwarte na podstawie odpowiedniego komunikatu Komisji (komunikatu dotyczącego ogólnej koncepcji umożliwienia krajom objętym europejską polityką sąsiedztwa uczestnictwa w agencjach i programach Wspólnoty,COM (2006) 724, Bruksela, 4 grudnia 2006). Do końca 2013 r. zostaną wynegocjowane protokoły zezwalające dalszym krajom objętym Partnerstwem Wschodnim na udział w programach UE na podstawie wzajemnego porozumienia. Komisja będzie wspierać kraje członkowskie w spełnieniu prawnych warunków wstępnych umożliwiających funkcjonowanie w agencjach UE i udostępni wsparcie, aby pokryć pewne koszty związane z uczestnictwem w pracach prowadzonych przez agencje UE i w ramach programów UE. Partnerstwo Wschodnie korzysta z wiedzy eksperckiej Rady Europy wdrażającej Instrument na rzecz Partnerstwa Wschodniego, który jest finansowany przez UE. Aby wesprzeć głębokie reformy polityczne, i mając na względzie przyczynienie się do realizacji dużych projektów infrastrukturalnych łączących wschodnioeuropejskich partnerów z UE, do zintensyfikowania rozwoju oraz rozwiązania najważniejszych problemów energetycznych, środowiskowych i transportowych, Europejski Bank Inwestycyjny i inne regionalne i krajowe banki rozwoju, takie jak Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, pomagają zapewnić dodatkowe finansowanie, by stworzyć warunki generujące wzrost i powstawanie miejsc pracy. W kontekście Partnerstwa Wschodniego, grupa ds. informacji i koordynacji skupia partnerów spoza UE i międzynarodowych instytucji finansowych, którzy dzielą się informacjami na temat Partnerstwa Wschodniego i promują koordynację darczyńców.

(Partnerstwo Wschodnie, Plan Działania w okresie poprzedzającym szczyt jesienią 2013 r.. Internet)

3. Realia

 

Takie były zamierzenia i plany. A jak wygląda rzeczywistość? Do jej oceny posłużymy się m.in. analizą Rafała Sadowskiego, pracownika naukowego Ośrodka Studiów Wschodnich, opublikowaną w lipcu br. Zauważa on, że mimo pewnych początkowych sukcesów Partnerstwa, po czterech latach widoczny jest spadek dynamiki relacji politycznych UE ze wschodnim sąsiedztwem. Partnerstwo nie przyniosło dotychczas konkretnych rezultatów w postaci podpisanych i wdrożonych dokumentów, ani nie doprowadziło do jakościowej zmiany we wzajemnych stosunkach politycznych. Powołane instytucje PW nie przynoszą spodziewanych efektów i działają w sposób niezauważalny. Kwestionowana jest też skuteczność finansowanych przez Unię programów wsparcia i ich wpływ na poprawę sytuacji w państwach partnerskich. Z perspektywy unijnej dostrzegane są co prawda pozytywne przemiany w Mołdawii i Gruzji, ale narasta krytyka pogarszającego się stanu demokratyzacji na Białorusi, Azerbejdżanie i na Ukrainie. Polityką Unii rozczarowani są także partnerzy. Oferta unijna nie odpowiada ich bieżącym potrzebom. Nie chcą oni ponosić kosztów transformacji i integracji z Unią. Nie wiadomo zresztą o jaką integrację chodzi i czy zakończyć się ona ma przyznaniem członkostwa w Unii. Czy chodzi o jakąś bliższą formę współpracy między sąsiadami, czy też o integrację gospodarczą na bazie wspólnej strefy wolnego handlu. Partnerstwo Wschodnie miało stanowić ramy dla integracji państw Europy Wschodniej z UE. Jednak od momentu wprowadzenia przez UE Europejskiej Polityki Sąsiedztwa (EPS) w roku 2004 nie nastąpiła oczekiwana poprawa w kluczowych dla Unii obszarach: demokratyzacji i transformacji wolnorynkowej, integracji europejskiej, stabilności politycznej i bezpieczeństwa regionalnego. Okazało się, że Unia posiada ograniczone możliwości oddziaływania. Strony inicjatywy Partnerstwa Wschodniego nastawione są raczej na utrzymaniu dialogu niż na osiągnięcie konkretnych rezultatów w procesie integracji europejskiej. Elity państw partnerskich zainteresowane są ochroną interesów dominujących w nich grup biznesowych i politycznych. W UE z kolei brakuje spójnego stanowiska w sprawie polityki wobec wschodnich sąsiadów. W sytuacji, gdy UE ma własne wewnętrzne problemy, wschodnie sąsiedztwo odgrywa w jej agendzie politycznej rolę drugorzędną. Do momentu uporania się z takimi problemami jak: brak jasności co do przyszłości Unii, konieczność reformy procesu decyzyjnego oraz kryzysu finansowego – wypracowanie spójnego stanowiska unijnego w sprawie Partnerstwa Wschodniego (PW) nastręcza wiele trudności. W samej Unii – uważa Sadowski - nie ma np. jednolitego stanowiska co do perspektywy członkostwa, zniesienia wiz, podpisania/lub nie umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą, polityki sankcji wobec Białorusi. Mimo tych słabości PW pozostaje nadal główną strukturą dla rozwijania wzajemnych relacji między Unią Europejska a wschodnimi partnerami. Za główny cel PW uznano zbliżenie polityczne i integrację ekonomiczną z UE i zainteresowanie tym państw partnerskich. Nie podjęto jednak decyzji w kwestii przyznania (lub nie) perspektywy członkostwa. Potwierdzono przy tym dotychczasowe założenia EPS: stymulowanie modernizacji i rozwoju państw partnerskich zgodnie z europejskim modelem oraz oparcie współpracy na wartościach demokratycznych i wolnorynkowych. Skoncentrowano się na negocjacjach umów stowarzyszeniowych i o pogłębionych strefach wolnego handlu. Starano się przy tym omijać problemy, które mogłyby zablokować realizację inicjatywy, ewentualną konfrontację z Rosją i uregulowanie zamrożonych konfliktów. Unia w realizacji swej polityki sąsiedztwa była reaktywna: zmiany następowały w odpowiedzi na wydarzenia, a nie wychodziły im naprzeciw. Uruchomienie EPS spowodowane było rozszerzeniem Unii na wschód i presją je środkowoeuropejskich członków. Jedną z przyczyn uruchomienia PW była rosyjska interwencja w Gruzji, która groziła destabilizacją sytuacji na całym Kaukazie Południowym, a także pośrednio rosyjsko-ukraiński kryzys gazowy z początku 2009 roku. Reforma EPS po 2011 r. nastąpiła na skutek “arabskiej wiosny”, na której wybuch Unia nie miała wpływu. Pogorszenie sytuacji demokracji na wschodzie (Ukraina, Gruzja, Białoruś, Azerbejdżan) jeszcze bardziej w percepcji unijnej uwypuklały zmiany “arabskiej wiosny” w Afryce Północnej. Świadczy to o ograniczonych możliwościach kształtowania zmian na wschodzie przez UE. Według zachodnich rankingów (Economist Intelligence Unit, Freedom House Foundation) żadne z 6 państw PW nie jest państwem demokratycznym odpowiadającym standardom unijnym. Są one albo państwami częściowo demokratycznymi (Mołdawia, Ukraina, Gruzja, Armenia), albo reżimami autorytarnymi (Białoruś, Azerbejdżan). Jeżeli brać pod uwagę przebieg wyborów powszechnych w państwach regionu w ostatnich latach to pozytywny przykład (według raportów OBWE) stanowi Gruzja (wybory parlamentarne 1 października 2012). Poprawę odnotowano też w Mołdawii (wybory parlamentarne 2010). Dość pozytywnie oceniono przebieg wyborów w Armenii. Natomiast regres zaobserwowano w przypadku Ukrainy (wybory w październiku 2012). W przypadku Azerbejdżanu i Białorusi, żadne z wyborów powszechnych w ostatnich latach nie spełniły kryteriów wolnych i demokratycznych wyborów. Pomimo deklarowanych przez UE ambicji, jej wpływ na uregulowanie konfliktów na obszarze Partnerstwa Wschodniego jest ograniczony. Uwaga dotyczy: Abchazji i Osetii Południowej w Gruzji, Górskiego Karabachu i Naddniestrza. W odróżnieniu np. od Bałkanów Zachodnich, gdzie wpływy UE są widoczne, a jednym z najważniejszych instrumentów była perspektywa europejska oraz dążenie wszystkich państw regionu do integracji europejskiej. Przebieg transformacji ustrojowej (przemian ekonomicznych i społecznych) państw wschodnioeuropejskich następuje w wolnym tempie. Fundacja Bertelsmanna wskazuje na 2 pozytywne przykłady: Mołdawii i Gruzji. Z kolei według wskaźników UNDP dot. rozwoju społecznego i gospodarczego (parytet siły nabywczej PKB per capita) najlepsze rezultaty osiągnęła Białoruś, która nie ma rozwiniętych relacji z UE i gdzie Unia jest zaangażowana w najmniejszym stopniu. Z kolei Azerbejdżan zmniejszył wyraźnie dystans rozwoju gospodarki w stosunku do Unii, niezależnie od unijnego wsparcia, a przede wszystkim dzięki bogatym surowcom naturalnym i ich eksportowi do UE. Natomiast niewielką poprawę wskaźników rozwoju i transformacji zanotowały państwa najbardziej zaangażowane w zbliżenie z Unią, przede wszystkim Mołdawia i Ukraina. Trend ten powtarza się w przypadku oceny skali wolności gospodarczych oraz łatwości prowadzenia działalności biznesowej; najgorzej oceniono sytuację w Mołdawii i na Ukrainie. Jednym z priorytetów współpracy w ramach EPS jest ograniczenie korupcji, jednak poza Gruzją i w mniejszym stopniu Mołdawią, żadne z tych państw nie zanotowało widocznej poprawy w tej sferze w porównaniu do roku 2004. Rozwój stosunków UE ze wschodnim sąsiedztwem nie przełożył się na większą integrację gospodarczą. Nie zmienił się zasadniczo udział Unii w obrocie handlowym państw PW w latach 2004-2011.Wyjątkiem jest Mołdawia, gdzie udział UE w tym okresie wzrósł o 11% (z 43% do 54%) w wymianie handlowej. Co ciekawe, w przypadku Ukrainy i Gruzji, które obok Mołdawii osiągnęły największy postęp w zbliżeniu politycznym i negocjacjach stref wolnego handlu z Unią, ich udział jest najmniejszy w porównaniu z pozostałymi państwami PW. Okazuje się, że na intensywność współpracy gospodarczej większy wpływ miała kryzysowa sytuacja w samej Unii i państwach sąsiedzkich niż działania podejmowane w ramach EPS. Poczucie niespełnienia oczekiwań w stosunkach między UE i wschodnimi partnerami odczuwalne jest nie tylko w Unii. Także z perspektywy krajów sąsiedzkich coraz bardziej widoczne jest rozczarowanie polityką UE, które wynika z rozbieżności pomiędzy ich oczekiwaniami a unijną ofertą. Unia przedstawiła pewien model relacji, do którego mają się dostosować państwa partnerskie, które jednak na ten kształt modelu nie mają żadnego wpływu. Dlatego wschodni partnerzy nie postrzegają integracji europejskiej jako własnego projektu. Zresztą projekt ten nie jest traktowany przez wschodnie elity jako jedyny możliwy wybór dla rozwoju ich krajów. Europejska Polityka Sąsiedztwa i Partnerstwo Wschodnie przewidują, że w zamian za liberalizację polityczną i gospodarczą państwa wschodnie otrzymają wsparcie finansowe, techniczne, preferencje handlowe, dostęp do unijnych programów i agend. Jednak nie wszystkie kraje objęte PW zainteresowane są zbliżeniem na tych zasadach. Priorytetem Białorusi czy Azerbejdżanu w ich relacjach z UE jest współpraca gospodarczo-handlowa, transfer nowych technologii i uzyskanie ułatwień w dostępie do rynku europejskiego, przy jednoczesnej ochronie własnego rynku. W obu państwach władze przeciwne są liberalizacji politycznej i gospodarczej, bo widzą w niej zagrożenie dla ich pozycji na wewnętrznej scenie politycznej. Przy tym Białoruś zaangażowana jest w integrację gospodarczą i polityczną z Rosją w ramach Unii Celnej. W przypadku Azerbejdżanu natomiast priorytetową kwestią jest sprzedaż ropy na rynki unijne. Dzięki dochodom z jej sprzedaży, Baku nie jest zależne od pomocy finansowej z Unii. W przypadku natomiast krajów deklarujących integrację jako priorytet (Gruzja, Mołdawia, Ukraina, Armenia) problemem jest brak wymiernych korzyści z integracji, które pozwoliłyby na zniwelowanie jej wysokich kosztów finansowych i społecznych. Brak perspektywy członkostwa podważa sens przyjmowania prawodawstwa i rozwiązań unijnych w sytuacji, gdy państwa te nie mają wpływu na ich kształtowanie oraz możliwości wykorzystania płynących z nich korzyści. Kryzys finansowy w strefie euro sprawił, że unijny model gospodarczy przestał być przez wschodnich partnerów postrzegany jako najkorzystniejszy dla budowy dobrobytu własnego państwa. Tym bardziej, że integracja z Unią nie jest jedyną opcją dla państw wschodniego sąsiedztwa. Alternatywę stanowią inicjowane przez Rosję projekty integracyjne – Unia Celna, która przekształcić się ma w roku 2015 w Unię Euroazjatycką. Jednocześnie oba projekty – unijny i rosyjski – wzajemnie się wykluczają. Powoduje to silną konkurencję między nimi i konieczność wyboru przez poszczególne państwa PW kierunku i modelu integracji. Dla tych państw znajdujących się we wspólnym sąsiedztwie Unii i Rosji, ważne jest utrzymanie jak najlepszych relacji z oboma dużymi sąsiadami. Stąd też wszystkie państwa sąsiedzkie, poza Gruzją, balansują między Unią i Rosją oraz starają się wygrywać korzyści z obu stron. Rosja postrzega przy tym ten region jako własną strefę wpływów i stara się przeciwdziałać jego ścisłej integracji ze strukturami unijnymi. Z kolei dialog i zbliżenie z Unią traktowane są przez wschodnich sąsiadów jako instrument osłabienia zależności od Rosji. Państwa te, patrząc na przykład Białorusi i jej całkowitej zależności od Rosji po załamaniu się relacji z Unią, obawiają się osłabienia swej pozycji względem Rosji. Unia nie jest postrzegana w Europie Wschodniej jako wpływowy gracz polityczny przy rozwiązywaniu konfliktów regionalnych. Unia nie jest też zdolna do wsparcia realizacji ich najważniejszych priorytetów w polityce zagranicznej. Stąd ich mniejsze zainteresowanie realnym zbliżeniem z UE. Dla polityków państw partnerskich ostateczny sukces integracji nie ma właściwie większego znaczenia. Realne wyzwania gospodarcze i polityczne, które mogą zagrozić pozycji elit politycznych powodują, że bardziej skuteczne od współpracy z Unią jest współdziałanie z międzynarodowymi instytucjami finansowymi (np. z Międzynarodowym Funduszem Walutowym), które, jak w przypadku Ukrainy i Białorusi, są w stanie udzielić szybkiego i konkretnego wsparcia finansowego i doradczego. Presja społeczna na władze w państwach PW na rzecz pogłębienia integracji europejskiej jest niewielka. Poza Mołdawią i Gruzją presja ta nie decyduje też o sukcesie wyborczym. Ważnym czynnikiem w tym kontekście jest też oligarchiczny charakter systemów politycznych wschodnich sąsiadów i ścisłe związki elit politycznych oraz biznesowych. Władza i gospodarka podzielone zostały w tych państwach wewnątrz zamkniętej klasy politycznej. Elity polityczne zainteresowane są przede wszystkim ochroną własnej pozycji w obrębie istniejącego systemu władzy, który gwarantuje im wpływy biznesowe. Z kolei konsekwencją takiego systemu politycznego jest znaczący wpływ na decyzje władz ze strony państwowych grup oligarchiczno-biznesowych. Z tego powodu np. wprowadzenie wolnej konkurencji czy otwarcie rynku wewnętrznego, co zakłada np. umowa o wolnym handlu z Unią, mogą być dla nich niekorzystne. Z drugiej strony umowa z Unią otwiera nowe perspektywy w dostępie do rynku unijnego, co np. dla biznesmenów działających w branży eksportowej ma znaczenie. Stąd brakuje spójnego podejścia elit biznesowych do procesu integracji europejskiej i reform. Obok różnic w relacjach między Unią a państwami partnerskimi istnieją różnice wewnątrz Unii w sprawie polityki wschodniej. Różnice te wynikają z różnic interesów oraz celów politycznych. Obecnie, zdaniem Sadowskiego, kluczowe są trzy kwestie:(1) decyzja o podpisaniu przez UE umów stowarzyszeniowych (AA-the Association Agreements) i o pogłębionej strefie wolnego handlu (DCFTA-Deep and Comprehensive Free Trade Agreement), zwłaszcza z Ukrainą (2) Proces liberalizacji wizowej i kształt polityki emigracyjnej (3) skala zaangażowania UE we wschodnim sąsiedztwie. U podstaw różnic leży postrzeganie ostatecznego celu integracji europejskiej, z czym wiąże się pytanie o stosunek do perspektyw członkostwa. Polityka wschodnia jest efektem kompromisu i nie jest obliczona na osiągnięcie długotrwałych celów politycznych Partnerstwa Wschodniego. Różnice uwidoczniły się najbardziej w przypadku Ukrainy; UE zawiesiła podpisanie parafowanej w 2012 roku umowy stowarzyszeniowej i DCFTA z powodu uwięzienia w 2011 roku liderów opozycji, w tym byłej premier Julii Tymoszenko oraz ministra spraw wewnętrznych Jurija Łucenki. Unia sformułowała w 2012 roku trzy warunki odwieszenia decyzji o podpisaniu: wstrzymania represji, przeprowadzenia demokratycznych wyborów i osiągnięcia postępów w w reformach. Ponieważ Kijów nie spełnił tych warunków, część państw Unii opowiedziała się za niepodpisywaniem tych umów. Zwolennicy nie podpisywania umów argumentują to koniecznością ochrony praw człowieka. Z kolei zwolennicy ich podpisania argumentują swoje stanowisko ochroną własnych interesów gospodarczych i politycznych. 12 marca 2013 roku Prezydent Ukrainy wydał dekret o integracji europejskiej. Dekret zobowiązał instytucje państwowe do przyspieszenia przyjmowania koniecznych zmian prawnych, realizacji reform i współpracy z instytucjami unijnymi. Następnie, 7 kwietnia ułaskawił Jurija Łucenkę. Kolejną kwestią sporną wewnątrz Unii jest kwestia zniesienia reżimu wizowego dla wschodnich sąsiadów. W sytuacji kryzysu polityki migracyjnej oraz kryzysu finansowego, wiele państw Unii niechętnych jest liberalizacji wizowej. Z kolei zwolennicy szybkiej liberalizacji upatrują w ruchu bezwizowym szansę na rozwój kontaktów międzyludzkich i współpracę na poziomie społecznym. Migracje z bliskich kulturowo państw wschodnioeuropejskich traktowane są jako sposób na rozwiązywanie problemów demograficznych. Ważny jest też aspekt ekonomiczny; rozwój współpracy biznesowej, w tym mieści się handel przygraniczny. Przychylne liberalizacji są państwa Grupy Wyszehradzkiej, kraje bałtyckie, Rumunia, a niechętne m.in. Niemcy, Francja, Austria i Holandia. Podział dotyczy także różnych środowisk w poszczególnych państwach. Przychylne stanowisko liberalizacji zajmują na ogół środowiska biznesowe, a także przedstawiciele dyplomacji. Niechętne są instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo (m.in. . MSW i służby migracyjne), a w niektórych państwach część społeczeństwa, co wpływa na stanowisko partii politycznych. W skali globalnych interesów UE państwa PW mają znaczenie drugorzędne z uwagi na ich niewielki potencjał ekonomiczny i polityczny. W polityce handlowej np. kluczowe znaczenie dla UE mają relacje ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Indiami, Japonią, Kanadą i Rosją. Nawet w odniesieniu do najbliższego sąsiedztwa unijnego dla wielu państw członkowskich większe znaczenie ma rozwój relacji Unii z południowymi sąsiadami. Od początku uruchomienia EPS trwa rywalizacja między państwami unijnymi skoncentrowanymi na południowym sąsiedztwie, a tymi dla których ważniejsze jest sąsiedztwo wschodnie. Widoczne jest większe zaangażowanie polityczne UE na południu niż na wschodzie. Tendencja ta, zauważa Sadowski, będzie się utrzymywać z powodu wojny domowej w Syrii, niestabilnej sytuacji politycznej w Egipcie oraz wzrostu zagrożenia terrorystycznego i działalności Al-Kaidy w Afryce Północnej. Na dalsze relacje UE ze wschodnimi sąsiadami wpływ będą miały 3 procesy: (1) rozwój sytuacji ekonomicznej w państwach unijnych oraz Europy Wschodniej w warunkach kryzysu finansowego w UE i spowolnienia gospodarczego w krajach partnerskich (2) ewentualne zmiany w procesie decyzyjnym oraz kształcie instytucjonalnym w samej Unii (3) polityka Rosji wobec regionu. Perspektywy na rok 2013 wskazują na rosnącą niestabilność gospodarek państw partnerskich. Pogorszenie się koniunktury na rynku unijnym wpływać będzie na spadek dynamiki wymiany handlowej i inwestycji, a także na spadek zainteresowania przedsiębiorców europejskich rynkami wschodnimi. Kilka dużych banków europejskich sprzedało (2012 r.) należące do nich banki na Ukrainie, które kupili lokalni lub rosyjscy inwestorzy. Spadek zainteresowania rynkami PW wśród europejskich przedsiębiorców może mieć konsekwencje polityczne i odbić się na zmniejszeniu zainteresowania podpisaniem i ratyfikacją umowy o wolnym handlu i umowy stowarzyszeniowej. Z drugiej strony natomiast kryzys finansowy i spowolnienie gospodarcze w państwach unijnych osłabia zainteresowanie państw partnerskich integracją gospodarczą i gotowość do ponoszenia z tym związanych kosztów. Poprawa sytuacji na rynkach europejskich doprowadzić może do ponownego wzrostu zainteresowania rozwijaniem współpracy gospodarczej. Zdaniem R. Sadowskiego poważniejszy od kryzysu gospodarczego wpływ na stosunki UE z państwami Partnerstwa miał będzie obecny kryzys decyzyjny w Unii i debata na temat jej dalszej przyszłości, stopnia integracji politycznej oraz gospodarczej (pytanie o Unię polityczną), tworzenie się Europy kilku prędkości (m.in wyodrębnienie państw strefy euro), a także ewentualnej reformy instytucjonalnej. Dopiero po wypracowaniu decyzji w tych kwestiach możliwe będzie sformułowanie odpowiedzi co do długoterminowych celów w relacjach ze wschodnimi sąsiadami. W obecnych więc warunkach EPS i PW pozostaną głównymi instrumentami unijnej polityki. Poważne konsekwencje dla relacji UE ze wschodnimi sąsiadami może mieć wydzielenie się strefy euro i powstanie Europy kilku prędkości. Większość zainteresowanych tym regionem państw członkowskich, które stymulowały dotychczas aktywnie działania unijne w tym kierunku pozostanie na długo poza strefą euro (uwaga: oprócz Słowacji, Estonii, które do strefy już należą, i prawdopodobnie Łotwy od 1 stycznia 2014 r. oraz Litwy od 1 stycznia 2015 roku, M.P.). Może to osłabić ich wpływ na kierunek dyskusji i politykę UE. Z drugiej jednak strony, w sytuacji podziału UE na kilka kręgów, teoretycznie łatwiejsze byłoby dla krajów PW wejście do najniższego kręgu integracji politycznej. Jednak - uważa Sadowski - miałoby to mniejsze znaczenie polityczne niż obecnie daje pełnoprawne członkostwo. W przypadku wejścia do niższego kręgu integracji, jego zdaniem, korzyści jakie kraje PW mogłyby osiągnąć byłyby ograniczone. W efekcie zmniejszyłoby to atrakcyjność integracji europejskiej w oczach elit politycznych i społeczeństw tych państw, a tym samym osłabiałoby wolę polityczną do transformacji według modelu europejskiego. (uwaga: do strefy euro nie należą też: Wielka Brytania, Dania, Szwecja, a Norwegia nie należy nawet od UE i nie ma zamiaru do niej wstępować, M.P.). Obecny brak gotowości UE do głębszej integracji ze wschodnimi sąsiadami stwarza dla Rosji szansę. Rosja zainicjowała w roku 2009 konkurencyjny wobec integracji europejskiej projekt integracji euroazjatyckiej. Rosyjski projekt integracji euroazjatyckiej zakłada istnienie wspólnych instytucji ponadnarodowych i wspólną bazę prawną, co wyklucza pogłębioną integrację państw PW z UE. Równocześnie Rosja wykorzystuje nadal zależności polityczno-ekonomiczne, a wsparcia finansowego nie uzależnia od demokratyzacji czy transformacji gospodarczej. Trudno więc spodziewać się przełomu w relacjach między UE a państwami wschodniego sąsiedztwa. Rosyjski projekt integracji euroazjatyckiej stanowić ma konkurencję dla integracji europejskiej. Integracja euroazjatycka wprowadziła nowy element w polityce rosyjskiej. Rosja oferuje państwom przystępującym do projektu przede wszystkim korzyści ekonomiczne. Dla polityki UE projekt integracji euroazjatyckiej oznacza brak możliwości szerszej integracji gospodarczej Białorusi z Unią, nawet w przypadku zmiany nastawienia władz w Mińsku. Silna dominacja Rosji może zablokować także realną integrację Armenii z Unią. Rosja jest głównym sojusznikiem Armenii w konflikcie z Azerbejdżanem i Turcją oraz gospodarczym partnerem. Dlatego, zauważa Sadowski, gdyby doszło nawet do ratyfikacji w Armenii umowy z UE, to jej implementacja stałaby pod dużym znakiem zapytania. Natomiast władzom w Kijowie coraz trudniej będzie prowadzić dotychczasową politykę utrzymywania równowagi w relacjach z UE i Rosją. Kryzys w relacjach z Unią, pogorszenie sytuacji gospodarczej Ukrainy oraz nasilenie się walki politycznej i zaplanowane na rok 2015 wybory prezydenckie powodują, że nie można całkowicie wykluczyć scenariusza integracji Ukrainy z Unią Celną. Przy czym ewentualne przystąpienie Ukrainy do Unii Celnej będzie trudne do zrealizowania m.in. z powodów prawnych (konieczność zmiany konstytucji) i ekonomicznych (mniejsze korzyści gospodarcze niż strefa wolnego handlu z Unią Europejską. Rosja jednak dysponuje bardzo silnymi instrumentami wpływu, np. obniżką cen gazu czy (w odróżnieniu od UE) możliwością przyznania korzyści ekonomicznych przy braku konieczności zmiany systemu politycznego. Rafał Sadowski ocenia, że Unia nie stała się agentem zmiany w regionie w stopniu do jakiego pretenduje. Skonstruowane w ramach EPS i PW struktury oraz instrumenty biurokratyczne nie są w stanie szybko reagować na dynamiczne procesy zachodzące nie tylko w krajach Europy Wschodniej, ale też i w samej UE. W tej sytuacji dochodzi do spadku realnego znaczenia politycznego procesu integracji krajów Europy Wschodniej z Europą i zdominowanie go przez procedury biurokratyczne. Zaangażowane strony nastawione są raczej na utrzymanie dialogu niż na osiągnięcie wymiernych rezultatów w procesie integracji europejskiej. W samej UE brak jest jednomyślności w sprawie długoterminowych celów, co pozwala na odsunięcie w czasie momentu strategicznych decyzji. Z kolei w przypadku państw PW sytuacja taka umożliwia im na arenie wewnętrznej unikanie ponoszenia wysokich kosztów politycznych i finansowych wdrażania rzeczywistych reform i transformacji, a na arenie zewnętrznej prowadzenie polityki balansowania pomiędzy UE a Rosją. W perspektywie krótkoterminowej przełom w relacjach wzajemnych jest więc obecnie mało prawdopodobny. UE nie zreformuje swej polityki wobec sąsiadów bez uporania się z wewnętrznymi problemami. Do bardziej aktywnej polityki nie zmusza Unii sytuacja we wschodnim sąsiedztwie, gdyż wydaje się ona relatywnie stabilna politycznie i nie zagraża bezpieczeństwu Unii. Wobec niemożności pogłębienia integracji, działania w ramach PW koncentrować się będą na działaniach biurokratycznych i negocjacjach poszczególnych umów (AA/DCFTA w ramach procesu liberalizacji wizowej), a także współpracy sektorowej w obszarach , którymi obie strony (UE i partnerzy) będą zainteresowane. W związku z tym, że UE nie jest w stanie wpływać na zmiany we wschodnim sąsiedztwie, Sadowski proponuje przeformułowanie jej podejścia. W pierwszej kolejności konieczne, jest jego zdaniem, zbudowanie realnych możliwości oddziaływania na państwa PW. Dopiero przezwyciężenie w UE wewnętrznego kryzysu finansowo-gospodarczego i decyzyjnego stworzy korzystne warunki dla oddziaływania na państwa PW. W swej polityce, uważa Sadowski, UE powinna łączyć dwa elementy: w zależności od bieżących warunków powinna być pryncypialna i stawiać twarde warunki lub pragmatyczna. Przy czym proces decyzyjny w UE powinien być maksymalnie skrócony. Sadowski definiuje 3 obszary: na których UE powinna się koncentrować: a/ integracja ekonomiczna b/ zbliżenie społeczeństw państw PW do Europy poprzez zniesienie reżimu wizowego i wzrost mobilności c/ wzmocnienie instytucji państwa oraz potencjału administracyjnego krajów partnerskich. Proponuje on powołanie unijnego funduszu inwestycyjnego. Za jego powołaniem przemawiają 2 argumenty: 1/ współpraca gospodarcza przynosi korzyści obu stronom 2/ integracja gospodarcza i utworzenie DCFTA wiązałaby w realny sposób państwa partnerskie z Unią i wzmocniłaby unijne instrumenty oddziaływania. Byłby to też skuteczny instrument mogący stymulować zmiany w innych obszarach – społecznym i politycznym. Atrakcyjność UE w oczach partnerów polega nie na modelu zarządzania administracją państwową, demokratycznym systemie władzy czy sile politycznej, ale na środkach finansowych, nowych technologiach oraz potencjale dla rozwoju współpracy biznesowej. Dotychczasowe działania w tym obszarze nie przyczyniły się do znaczącej zmiany charakteru wzajemnych relacji gospodarczych. Istotnym problemem jest stosunkowo niewielka atrakcyjność rynków partnerskich dla przedsiębiorców z UE, na co wpływa szereg przyczyn, oprócz klimatu biznesowego, także brak wiedzy o tym regionie. W tej sytuacji rozwiązaniem jest właśnie powołanie unijnego funduszu inwestycyjnego dla wschodniego sąsiedztwa. Fundusz taki finansowany byłby ze środków unijnych instytucji, budżetów państw członkowskich, kapitału prywatnego, być może też z unijnego budżetu. Można wymienić 3 najważniejsze korzyści z działalności takiego funduszu. Po pierwsze, pozwoli on na wzrost inwestycji w krajach niedoinwestowanych, co stanowi w ich przypadku poważną przeszkodę dla stymulowania transformacji i rozwoju gospodarczego. Po drugie, w skuteczniejszy sposób niż dotychczas pozwoli na rozwijanie nowatorskich branż i projektów, transfer nowych technologii oraz nowoczesnych metod zarządzania w biznesie. Tym samym pozwoli na skuteczniejsze przekształcenie postradzieckich gospodarek w nowocześnie funkcjonujące gospodarki wolnorynkowe. Po trzecie, działalność takiego funduszu byłaby korzystna dla wszystkich. Zarówno pod względem finansowym, jak i w związku z transferem know-how w biznesie oraz nowych technologii dla państw partnerskich. Fundusz taki mógłby stać się podmiotem stymulującym wolnorynkowe zmiany instytucjonalne i prawne w krajach PW. Zyski funduszu mogłyby być przeznaczone na realizację kolejnych projektów biznesowych w tych państwach, co w dłuższej perspektywie pozwoliłby na ograniczenie unijnej pomocy finansowej. Pojawienie się takiego instrumentu wzmocniłoby wizerunek UE jako ważnego partnera biznesowego, co mogłoby przyciągnąć lokalne elity biznesowe. Dotyczy to szczególnie państw czy obszarów mniej zainteresowanych współpracą z UE (Białoruś czy nawet obszarów separatystycznych, np. Naddniestrza). (Rafał Sadowski, “Partnerstwo w czasach kryzysu, Wyzwanie dla integracji europejskiej państw Europy Wschodniej”, lipiec 2013, OSW, Warszawa)

Nieco inaczej na problemy partnerstwa Wschodniego patrzy Cornelius Ochmann, niemiecki dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, były analityk Fundacji Bertelsmanna. Uważa on za rzecz oczywistą, że pełna integracja ze strukturami ekonomicznymi kontrolowanymi przez Rosję nie leży w interesie ukraińskich elit. Zdaniem Ochmanna, stanowisko Niemiec i Polski wobec Ukrainy powoli się upodabnia. Niemcy pragmatycznie podchodzą do procesu zbliżania Ukrainy do UE, a Polska uzależniła poparcie dla Kijowa od reform wewnętrznych. Ukraina przecenia swoje znaczenie i gra va banque. Jeżeli jednak tym razem jej rządowi nie uda się przekonać do siebie Europy, to szanse Ukrainy na integrację europejską ostatecznie znikną. Jeżeli chodzi o Białoruś, to upłynie jeszcze trochę czasu, zanim w tym państwie będą się mogły odbyć demokratyczne wybory. Unia potrzebuje długoterminowej strategii w sprawie popierania tam rozwoju demokracji. Mimo zmniejszonego zainteresowania Partnerstwem Wschodnim w państwach Europy Wschodniej, sama idea projektu się nie wyczerpała. Ochmann proponuje zmienić punkt ciężkości programu i skoncentrowanie się na rozwoju struktur społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o to, by procesy transformacji uzyskały poparcie szerokich grup społecznych, które dotąd sceptycznie podchodzą do Europy. "Polityka Unii powinna bardziej skoncentrować się na kontaktach ze społeczeństwem państw Europy Wschodniej niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę". Partnerstwo Wschodnie nie może też wywoływać wrażenia, że jest skierowane przeciw Rosji, ponieważ w takiej sytuacji nie ma szans na poparcie wszystkich państw UE. Długoterminowo Partnerstwo Wschodnie powinno być połączone ze strategią unijną wobec Rosji. Nie oczekujmy, apeluje i przestrzega Ochmann, wielkiego przełomu od szczytu Partnerstwa w Wilnie. Unia ma problemy wewnętrzne w kształtowaniu wspólnej polityki zagranicznej, a na południowej granicy Unii sytuacja jest napięta. "Będzie dobrze, jeżeli uda się zachować dotychczasową strategię Unii niepodejmowania ważnych decyzji w sprawie Europy Wschodniej". (Cornelius Ochmann, Nie oczekujmy za wiele, Nowa Europa Wschodnia, Nr 5 (2013))

Z głosem Ochmanna współbrzmi wypowiedź Witalija Portnikowa, ukraińskiego publicysty, zamieszczona w tym samym numerze "Nowej Europy Wschodniej". Uważa on, że dla Ukraińców byłoby "najlepiej", gdyby dało się podpisać umowę stowarzyszeniową z Brukselą i unię celną z Moskwą równocześnie. Problem tkwi w tym, że w społeczeństwie ukraińskim trwa dyskusja o korzyściach, a nie o wartościach. Nie podpisuje się żadnych umów stowarzyszeniowych z krajem przetrzymującym w więzieniach więźniów politycznych, to jest kwestia wartości. Integracja Ukrainy z Rosją jest możliwa tylko pod warunkiem przyjęcia filozofii takiego zjednoczenia, które w istocie jest połknięciem ukraińskiej oligarchicznej gospodarki przez silniejszą gospodarkę oligarchii rosyjskiej. Taka integracja nie jest korzystna ani dla ukraińskiej elity, ani dla społeczeństwa, i dlatego do niej nie dojdzie. Ukraina pozostanie "nigdzie", to jest tam, gdzie przebywa już od dwudziestu lat niepodległości. Portnikow ma nadzieję, że pod wpływem partnerstwa z Unią Europejską powstanie na Ukrainie warstwa średnia, której nie będą interesować wyłącznie zachodnie bogactwa, lecz również europejskie wartości. Jest to długi proces, mogący trwać całe dziesięciolecia.Ważne by Ukraińcy dołączyli do wspólnoty europejskiej jako ludzie zdający sobie sprawę z wartości przez nią podzielanych i bronionych. Ważne by nie przyszło ich leczyć już wewnątrz Unii Europejskiej, co stworzyłoby nowe problemy dla samej wspólnoty. Europa może poczekać. Dla Unii ważniejsze jest w tej chwili, by mieć przyjaznego sąsiada aniżeli państwo, które zostanie członkiem wspólnoty, nie rozumiejąc nawet, dokąd tak właściwie trafiło.(Witalij Portnikow, Chory człowiek Europy, Nowa Europa Wschodnia, dwumiesięcznik, Nr 5, wrzesień -październik 2013)

Kostia Bondarenko, ukraiński politolog, sądzi, że na pierwszy etapie umowa stowarzyszeniowa będzie bardziej korzystna dla Europy, bo ukraińska gospodarka nie jest konkurencyjna w porównaniu z europejską. Do tego trzeba dodać straty w wyniku rosyjskich sankcji. Rosyjska Unia Celna jest to geograficznie ograniczona idea słowianofilstwa, która była popularna w XIX wieku. Na Ukrainie cerkiew rosyjska ma największą liczbę swoich wiernych i prawie połowa dochodów Rosyjskiej Cerkwii Prawosławnej pochodzi znad Dniepru. W dotychczasowych ustaleniach z Unią Europejską potwierdzono, że Ukraina jest krajem europejskim i że ma prawo ubiegać się o członkostwo w Unii. Bondarenko zauważa, że Unia zmniejszyła liczbę żądań wobec Ukrainy do minimum. Coraz rzadziej wymienia się nazwisko przebywającej w więzieniu Julii Tymoszenko. Jej polityczna przyszłość może być zapewniona tylko wtedy, gdy prezydentem po 2015 roku będzie nadal Janukowycz; procesy jakie mają miejsce wśród ukraińskiej opozycji powodują, że są tam już nowi przywódcy i dla Tymoszenko nie ma już tam miejsca. Z kolei Janukowycz rozumie, że jeśli Ukraina znajdzie się w orbicie rosyjskiej, to po roku 2015 straci władzę na rzecz Wiktora Medwedczuka, którego już teraz otwarcie popiera Putin. Opozycja na Ukrainie jest słaba i Janukowycz ma szanse na kolejny wybór. Niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej przez Ukrainę dałoby opozycji szansę na zwycięstwo. Zatem Janukowycz zainteresowany jest podpisaniem umowy z UE. Ukraińscy oligarchowie, mimo, że mają często sprzeczne interesy, opowiadają się, zdaniem Bondarenki za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej. Dociera do nich to, że czas dzikiego kapitalizmu się kończy i trzeba zadbać także o bezpieczeństwo socjalne. (A do naszych to ostatnie jakoś nie dociera, albo dociera z trudem, M.P.) (Piotr Pogorzelski, rozmowa z ukraińskim politologiem Kostią Bondarenką, Stracić, żeby zyskać. Nowa Europa Wschodnia, jak wyżej)

Wojciech Konończuk, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich oraz stały współpracownik "Nowej Europy Wschodniej" podsumowuje, jak gdyby, dyskusję na łamach tego dwumiesięcznika stwierdzając, że "gdyby okazało się, że umowa stowarzyszeniowa z Kijowem nie zostanie w Wilnie podpisana, to cały program się wprawdzie nie zawali, ale "długi marsz" w relacjach Unii Europejskiej z państwami regionu okaże się jeszcze dłuższy." (Wojciech Konończuk, Trudny projekt w trudnych czasach, Nowa Europa Wschodnia, jak wyżej)

W poparciu dla Partnerstwa Wschodniego bardzo aktywna jest Grupa Wyszehradzka. Przed szczytem w Wilnie ministrowie spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej, Irlandii i Litwy we wspólnym oświadczeniu 17 maja 2013 (Kraków/Wieliczka, Internet) przypomnieli kluczowe znaczenie pogłębionej integracji gospodarczej w oparciu o pogłębione i kompleksowe Strefy Wolnego Handlu, a także wyrazili chęć podjęcia dalszych kroków w kierunku Strefy Gospodarczej UE-PW, przewidzianej we Wspólnej Deklaracji Szczytu Partnerstwa Wschodniego w Warszawie w 2011 roku. Natomiast grupa analityków z 4 krajów wyszehradzkich zamieściła w internecie przed szczytem w Wilnie opracowania dot. Partnerstwa Wschodniego. Według nich, celem Partnerstwa Wschodniego jest polityczna oraz ekonomiczna integracja 6 wschodnioeuropejskich krajów z UE. Celem politycznym nie jest jednak członkostwo w UE. Integracja ekonomiczna natomiast oznacza pełny dostęp do unijnego rynku. W przypadku zawarcia porozumienia AA/DCFTA kraje Partnerstwa Wschodniego znajdą się w sytuacji podobnej do tej w jakiej znalazły się kraje, które zawarły z UE porozumienie EEA (European Economic Area) – Europejską Strefę Ekonomiczną (np. Norwegia, Islandia i Lichtenstein). Przedstawili oni 4 scenariusze dotyczące przyszłości Partnerstwa Wschodniego:

A: Szczyt w Wilnie zakończy się sukcesem jeśli Umowa AA/DCFTA zostanie podpisana z Ukrainą i ewentualnie umowy takie zostaną podpisane i/lub parafowane z wszystkimi lub przynajmniej z jednym ze wschodnich partnerów. Drugą sytuacją, mniej optymalną, będzie postęp w zawarciu AA/DCFTA z którymkolwiek z partnerów, z wyjątkiem Ukrainy, co poszerzy Europejską Strefę Gospodarczą.

B: Szczyt w Wilnie osiągnie sukces jeżeli Mołdawia i Gruzja podpiszą lub parafują AA/DCFTA, i ewentualnie też Armenia. Jeśli Ukraina nie podpisze AA/DCFTA, będzie to oznaczało, że Rosja zapewni sobie dominację w tym kraju. Wtedy tylko dwa kraje: Mołdawia i Gruzja pozostaną ściśle związane z UE. Białoruś i Azerbejdżan, ze swymi autorytarnymi reżimami, pozostaną najdalej od UE. “Po środku”znajdą się Ukraina i Armenia, w tych krajach wpływy Rosji będą bardzo silne. UE będzie w nich tylko w stanie równoważyć rosyjskie wpływy. W przypadku Mołdawii i Gruzji program Partnerstwa Wschodniego będzie kontynuowany. Odnośnie Białorusi i Ukrainy, będzie miało miejsce ograniczone zaangażowanie unijne z uwagi na brak szacunku w tych krajach dla wartości demokratycznych oraz ograniczoną chęć ze strony tych 2 krajów do współpracy z UE. Z państwami “wielowektorowymi” takimi jak Ukraina i Armenia, UE powinna kontynuować i dalej rozwijać współpracę według zasady “więcej za więcej”.

C: Jeśli nie uda się zrealizować scenariusza “A”, UE powinna zrewidować Partnerstwo Wschodnie i uczynić jego ofertę mniej ambitną i bardziej przystępną dla krajów partnerskich. Nawet jednak przy scenariuszu “B”, UE powinna nadal inicjować reformy przewidziane w Partnerstwie Wschodnim dla tych krajów, które nie są w stanie zaakceptować oferty AA/DCFTA. Scenariusz “C” mógłby mieć zastosowanie po scenariuszu “B” w przypadku niektórych krajów, lub też stać się nową, poprawioną wersją Polityki Wschodniego Sąsiedztwa UE. W miejsce umowy stowarzyszeniowej i DCFTA, UE powinna rozwijać współpracę sektorową, ale nie otwierać dla tych krajów europejskiego rynku. Scenariusz “C” pozostawi uchylone drzwi do UE najbardziej zaawansowanym krajom partnerskim i umożliwi im w przyszłości zawarcie umów stowarzyszeniowych, w tym pełny dostęp do europejskiego rynku. Czasowo jednak będzie to o wiele dłuższy proces niż ten przewidziany w scenariuszach “A” lub “B”.

D: Ten scenariusz to nowa “realpolitik”. Nie będzie on przewidywał obrony wartości. Realizowane w nim będą cele praktyczne. Tak się stanie, gdy szczyt w Wilnie nie przyniesie żadnych namacalnych rezultatów, a UE straci zdolność do działań na obszarze Partnerstwa Wschodniego (spowodowane to może być zmianą unijnych priorytetów lub kryzysem). Oznaczać to będzie rezygnację Unii ze swych celów, w tym z wzmacniania demokracji w tych krajach. Wówczas państwa postradzieckie wejdą do rosyjskiego obszaru celnego. Powstaną 2 Europy, które albo ustalą między sobą racjonalne i pragmatyczne stosunki lub wejdą w okres rywalizacji i napięć. UE prowadzić wtedy będzie interesy ekonomiczne i utrzymywać stosunki polityczne z reżimami autorytarnymi. Ewentualne rozmowy o liberalizacji handlu ze wschodnimi partnerami motywowane będą wówczas interesem europejskiego biznesu, a nie potrzebą ekonomicznej integracji wschodnioeuropejskich krajów z UE. Kraje unijne będą musiały mówić jednym głosem i wprowadzać do relacji ze Wschodem politykę twardego bezpieczeństwa (hard security), zwalczać nielegalną imigrację, dbać o bezpieczne dostawy energii i.t.d. W tym ostatnim scenariuszu Rosja odgrywać będzie we wschodniej polityce UE dominującą rolę. (Visehrad 4 the Eastern Partnership: Towards the Vilnius Summit, Visehrad Fund, Bratislava 2013, Portal MSZ)

Sprawdzają się pesymistyczne prognozy. Na początku września 2013 roku prezydent Armenii poinformował, że jego kraj zdecydował o przystąpieniu do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu, mimo, że latem Armenia i UE zakończyły negocjacje w sprawie wolnego handlu, który jest częścią układu stowarzyszeniowego. Także na początku września 2013 roku wicepremier Rosji Dmitrij Rogozin ostrzegł Mołdawię przed skutkami integracji z Unią Europejską, które “mogą doprowadzić do utraty Naddniestrza oraz pogorszenia relacji energetycznych z Rosją”. Mołdawia zamierza parafować umowę o stowarzyszeniu i wolnym handlu z UE podczas listopadowego szczytu PW w Wilnie. Podobne porozumienia parafować ma Gruzja.

4. Partnerstwo Wschodnie w globalnym świecie

 

Jak wyglądałaby Europa obecnie, gdyby Rosja w 2003 roku, kontynuując ustalenia szczytu EU-Rosja w Petersburgu została członkiem UE, i to przed Polską i innymi państwami naszego regionu? Wtedy możliwość wejścia Rosji do Unii nie była wykluczona. Ówczesny minister spraw zagranicznych Rosji Igor Ławrow rozważał wynegocjowanie umowy o unijno-rosyjskim wspólnym rynku. Być może Rosja straciła wówczas swą wielką szansę? Europa Środkowa, w tym Polska, znalazła by się wtedy między UE a Rosją. Byłaby to w pewnym sensie powtórka z historii, bo przypominałaby nasze geopolityczne położenie między Niemcami a Rosją. Powstanie koncepcji Partnerstwa Wschodniego byłoby wówczas bardzo mało prawdopodobne. Wydarzenia potoczyły się inaczej. Koncepcja PW jednak powstała, choć realizowana jest z wielkim trudem. Jaka będzie jej przyszłość? W aktualnej sytuacji międzynarodowej przedstawione wyżej obydwie propozycje, Sadowskiego i Ochmanna wydają się być trafne. Nie wykluczają się nawzajem i są dobre na czasy, w których nie należy liczyć na spektakularne powodzenie Partnerstwa Wschodniego. Nawet jeśli szczyt w Wilnie przyniesie sukces w przypadku Ukrainy, to jego realizacja okazać się może wątpliwa. Ani Unia, ani Ukraina nie pozbędą się nagle swych kłopotów. Wśród kłopotów unijnych (obok słabości ekonomicznych) najbardziej istotny jest niedowład decyzyjny, podczas gdy Rosja z tym ostatnim nie ma trudności. Ukraina, tak jak dotąd zależeć będzie od rosyjskich surowców. Analiza R. Sadowskiego uwypukliła większość trudności Partnerstwa Wschodniego; tych po stronie Unii i tych po stronie jej wschodnich partnerów. Wśród nich znalazły się przede wszystkim te, które wynikają z kryzysu gospodarczego UE i całego świata zachodniego. Kryzysu będącego rezultatem panowania na świecie neoliberalnego porządku, którego końca jak na razie nie widać. Unia spodziewa się po krajach PW demokratyzacji i transformacji wolnorynkowej, podczas, gdy wolny rynek nie rozwiązuje problemów jakie rozwiązywać muszą kraje usiłujące dogonić światową czołówkę. Wieczna pogoń za “króliczkiem” jest męcząca dla ludzi, społeczeństw i państw. Swoistym paradoksem jest, że największe sukcesy ekonomiczne wśród państw partnerskich odnoszą kraje rządzone autorytarnie (Białoruś i Azerbejdżan), a niewielką poprawę wskaźników rozwoju gospodarczego zanotowały państwa najbardziej zaangażowane w zbliżenie z Unią, przede wszystkim Mołdawia i Ukraina. Nie wiadomo do końca jak ocenić fakt, że kilka banków europejskich sprzedało w roku 2012 swe oddziały na Ukrainie. Świadczyć to może o tym, że nastąpił spadek zainteresowania przedsiębiorców zachodnich rynkami wschodnimi, ale równie dobrze może oznaczać, że społeczeństwo Ukrainy nie darzy tych banków zaufaniem i że w sposób skuteczny broni się przed neoliberalnym wyzyskiem. Dlatego Ukraińcy te banki wykupują. Może i Polska powinna podążyć tym tropem?

Dla przyszłości Unii Europejskiej i dla Partnerstwa Wschodniego nie bez znaczenia jest fakt, że polityka administracji Baracka Obamy wobec Europy ulega ostatnio istotnej zmianie. Prezydent, który w swej pierwszej kadencji skupiał się przede wszystkim na działaniach w Azji, zapowiedział w swym Orędziu o Stanie Państwa rozpoczęcie negocjacji z UE dotyczących TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Stwierdził w Orędziu, że wyzwania jakie stoją przed światem Ameryka pokonywać będzie wraz ze swymi sojusznikami. Nie ograniczył się przy tym tylko do sojuszników europejskich i w żadnym przypadku nie odwołał zainteresowania Stanów regionem Pacyfiku; powiedział bowiem równocześnie, że Stany chcą zakończyć negocjacje dotyczące Trans-Pacific Partnership Act. (Remarks by the President in the State of the Union Address, February 12, 2013, The White House Blog). Zawarcie porozumienia TTIP nie będzie jednak łatwe do osiągnięcia. Trudności z zaakceptowanie Partnerstwa Transatlantyckiego istnieją po obydwu stronach Atlantyku. Obama blokowany jest w Kongresie, a jego możliwości działania są ograniczone; nie może oczekiwać wsparcia od konserwatystów zorientowanych na wolny rynek. W Europie różnice pojawiają się szczególnie w obszarze rolnictwa, ochrony środowiska i kultury. Dr Josef Braml, niemiecki ekspert ds. amerykańskich (Niemieckie Towarzystwo Polityki Zagranicznej) zwraca ponadto uwagę na zmiany zachodzące w światowym systemie finansowym; będzie się on “multipolaryzował”. Euro czy juan mogły będą w przyszłości zagrozić dolarowi. Dotychczasowa dominacja dolara pozwalała Amerykanom żyć ponad stan i to powodowało makroekonomiczne nierówności, co jak nauczył nas kryzys, jest niebezpieczne. Zdaniem Bramla, euro i juan powinny być silnymi walutami, a Europa musi znaleźć sposób, aby zaistnieć w tej grze. (Braml: Obama potrzebuje Europy, wywiad Weroniki Przecherskiej z drem Josefem Bramlem, 19.06.2013, Portal Opinii, TOK FM. Pl, Instytut Obywatelski). Rodzi się w świecie nowy porządek ekonomiczny i polityczny. Ten ostatni już się “zmultipolaryzował”. Ostateczny kształt nowego światowego porządku ekonomicznego i politycznego nie jest jeszcze przesądzony, ale już teraz wiadomo, że ważną rolę odgrywać będą w nim Chiny. Osłabione i zadłużone w Chinach Stany Zjednoczone usiłują obronić swych pozycji na Pacyfiku, gdzie także Chiny nie ukrywają swych ambicji. Łącząc swe siły z Europą Ameryka dzieli się swymi problemami, które w gruncie rzeczy, w dużym stopniu, są także naszymi: do pokoju na Bliskim Wschodzie daleko, walka z terroryzmem nie ma końca, światowy kryzys gospodarki neoliberalnej trwa. Nową politykę Obamy wobec Europy starał się przybliżyć środkowoeuropejskim elitom Zbigniew Brzeziński podczas swych niedawnych wizyt w Polsce i na Słowacji. “O większym i żywotnym Zachodzie” napisał Brzeziński w swej “Strategicznej wizji”. Stany Zjednoczone będą musiały, jego zdaniem, zaangażować się w proces kształtowania bardziej żywotnego i szerszego Zachodu i przez kilka następnych dekad starać się o połączenie z Zachodem już obejmującym UE i USA, zarówno Rosji, jak i Turcji, dzięki instytucjom takim jak UE i NATO. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, 2013, str. 181). Kto w tak pomyślanym większym Zachodzie odgrywać będzie pierwsze skrzypce pokaże praktyka. W każdym razie Brzeziński widzi tu przywództwo Ameryki w ramach całej Wspólnoty. Jest to koncepcja, która nawiązuje do znanej od dość dawna wizji Wspólnoty od Władywostoku do Vancouver. Proces kształtowania się szerszego Zachodu ( w tym przyciąganie Rosji do Zachodu) trwać ma kilka dekad. Sądzę, że w tym czasie Europa Środkowa (we własnym interesie) powinna wypracować jeszcze bardziej skuteczne niż dotąd mechanizmy współpracy regionu w ramach Unii Europejskiej, a Unia Europejska związać ze sobą kraje Partnerstwa Wschodniego. Nie wszystko się uda, bo niektórzy unijni partnerzy w Partnerstwie Wschodnim będą do końca “żonglować” między Unią a Rosją, ale próbować warto. Wejście niektórych krajów PW do niższego kręgu integracji, o czym wspomina Sadowski, nie byłoby złym rozwiązaniem. W końcu wszyscy znaleźć się mamy w jednej Wspólnocie. Pytanie tylko czy kraje Partnerstwa będąc już we Wspólnocie, znajdą się w Rosji, czy w Unii Europejskiej, a może gdzieś po środku. Byłoby też lepiej, gdyby Europa Środkowa, zanim powstanie Wspólnota od Vancouver do Władywostoku, była w ramach Unii Europejskiej maksymalnie zjednoczona. Stanom Zjednoczonym potrzebna jest nie tylko Europa, ale także Rosja (np. na Bliskim Wschodzie). Rosja, która przeprowadza jednak manewry na granicy z Polską oraz manewry wspólnie z Chinami, ale tym razem z myślą o Pacyfiku. Warto więc, zanim powstanie Wspólnota od Vancouver do Władywostoku, aby Polska i Europa Środkowa skorzystała z niektórych podpowiedzi (ale nie tych antyniemieckich i antyzachodnioeuropejskich, które nie znajdują zresztą potwierdzenia w aktualnej ofercie Obamy dla Europy) amerykańskiego futurologa politycznego George'a Friedmana. Sam nasz region powinien (w ramach Unii Europejskiej) pomyśleć o własnym bezpieczeństwie.

 

05 października 2013

Jak neoliberalizm bokiem nam wychodzi

Proszę Państwa, 13 września 2013 roku skończył się w Polsce neoliberalizm. Mam nadzieję że to zdanie znów ciałem się stanie. Parafraza J. Szczepkowskiej jest o tyle uprawniona że w dniu 13 września polski sejm znowelizował ustawę budżetową. Niby nic wielkiego, niedoszacowanie planu przychodów i wydatków, takie rzeczy zdarzają się, co prawda bardzo rzadko ale… u nas jest to związane z wieloma ważnymi wydarzeniami, związanymi z teorią gospodarczą. Nowelizacja odbyła się sprawnie, acz w atmosferze skandalu który zwyczajowo już wywołało PiS opuszczając sale sejmu przed głosowaniem nowelizacji najważniejszej corocznej Ustawy. W gruncie rzeczy było to nic nie znaczącą i nic nie wnoszącą demonstracją. Powodem niedoszacowania budżetu jest oczywiście kryzys gospodarczy, który podobno dotyka kraje zachodnie; a że gospodarki są połączone to nas kryzys dosięga również tyle, że zachód jakby (podobno) mniej. To pierwsza fałszywa informacja, dlaczego? Dlatego, że nasz potencjał ekonomiczny został ukierunkowany w stosunku do Zachodu usługowo. Wg. Adama Smitha przemysł rozumiany jako produkcja, bez usług obejść się nie może. To fakt, ale usługi w dobie kryzysu ogranicza się do niezbędnego minimum, co oczywiście uderza w usługodawcę – w tym wypadku Polskę. Ergo nasz “kryzys” nie został spowodowany klasycznym dla tej sytuacji zachwianiem stosunku podaży i popytu rynku wewnętrznego, ale trudnościami obcej gospodarki. Mamy niestety fakty próby bezrozumnego stosowania zabiegu w stosunku do mankamentów “wolnego rynku”. W takim stanie rzeczy śmieszne stają się nawoływania części ważnych ekonomistów do walki ze zjawiskiem kryzysu. O ile idea walki z kryzysem jest ze wszech miar słuszną, o tyle proponowane metody jego zwalczania są w istocie brane z księżyca, choć świadczą o znajomości podstaw ekonomii to świadczą również o kompletnym braku rozumienia mechanizmów gospodarczych jak również braku zrozumienia sensu stosowania tego ważnego instrumentu . Oto zakon ( na szczęście coraz mniej liczny) wyznawców neoliberalizmu woła o zwiększenie “dziury” budżetowej upatrując w tej operacji ratunku dla popytu wewnętrznego i pobudzenia gospodarki. Zgoda, tak nauczali klasycy, ale my bardzo dawno odeszliśmy od nauk starych choć zawsze obowiązujących zasad ekonomii, z jednej strony, z drugiej zaś upatruje się ratunku w stosowaniu tych metod. No to jak ? Zwiększanie deficytu to dobra, czy zła metoda na pobudzenie gospodarki i zniwelowanie sutków kryzysu. Pytanie tylko pozornie jest retoryczne, bo “wrzucenie dodatkowego grosza” do systemu gospodarczego zawsze spowoduje większy ruch na rynku. Tylko rodzi się pytanie na czyim rynku ??? Której gospodarce przyniesie ten kapitał zysk ??? Jakie obszary gospodarki zostaną pobudzone i kiedy osiągniemy zwrot z tej “inwestycji”? To ważne pytanie, ale kiedyś któryś z protagonistów “ekonomii balcerowiczowskiej” powiedział: “(…) Jeżeli polska produkcja będzie dla Polaków zbyt droga to tańszy towar kupimy sobie w innym kraju”. No i kupowaliśmy, aż wreszcie przyszedł czas końca zakupów u obcych. Nie mamy za co u nich kupować. W między czasie zlikwidowaliśmy własne zakłady produkcyjne. Efekt - dramatyczny spadek wpływów podatkowych do budżetu i konieczność dalszego zadłużania państwa. Faktem jest że głowny generator tego długu ( OFE) właśnie został wyłączony, ale to tylko ograniczy coroczny dramatycznie duży wzrost zadłużenia. Takich generatorów jest jeszcze sporo i nikt nie chce ich wyłączyć, ponieważ strach przed skutkami politycznymi nowatorskich zmian wyklucza jakiekolwiek racjonalne działania w dziedzinie gospodarki. Tym czasem mechanizmu inicjującego rozwój gospodarczy nie widać, a to znaczy, że nie ma instrumentów nie tylko do redukowania już istniejącego dugu państwowego ale przedewszystkim do zwiększania przychodów państwa. Czekają nas zatem wieloletnia stagnacja i systematyczne, wieczne, oszczędzanie. Taki stan rzeczy musi budzić i budzi sprzeciw społeczny ( co właśnie obserwujemy). Obywatele pozbawieni pracy są zdesperowani, ale co stokroć gorsze, zostali pozbawieni nadziei na lepszą przyszłość. To bardzo zła sytuacja. Zaś największy dramat jest taki, że rząd nie ma ani recepty ani nawet pomysłu na jakąkolwiek zmianę tej chorej sytuacji. Mam wrażenie że obecny rząd dokładnie zdaje sobie sprawę z własnej bezradności. Będzie on rządem trwania. W tych złych rzeczach najgorszą jest ta, że nie ma alternatywy dla tej chorej przecież sytuacji. Nieszczęście polega na tym, że tak naprawdę rządzącym nie zależy na jakichkolwiek mniej czy bardziej fundamentalnych zmianach. Zbędny wysiłek, bo co by się nie działo i tak oni będą wybrani do władz bo taka “cwana” jest ordynacja wyborcza. W zasadzie daje ona gwarancję dożywotniego bez wysiłkowego sprawowania władzy. Stare elity, to przeważanie kadłuby wypalone intelektualnie i zdegenerowane moralnie nie zdolne do podjęcia trudu koniecznych zmian. Śmieszne partyjki pączkujące w nadziei że głupi naród ich kupi mogą się przeliczyć, bo motywacje ich istnienia są poza sferą zainteresowań gospodaeczo ekonomicznych, ale to, że przepadnie parę osób nie daje Polakom żadnych szans na zmianę ich sytuacji materialnej. Nadzieja będąca przy liderze jednej partii, podobno lewicowej, prysnęła jak bańka mydlana, kiedy jej lider przelicytował i w jednej chwili bezpowrotnie stracił zaufanie swojego elektoratu a w oczach pozostałych ośmieszył się gwarantując sobie śmierć polityczną. Faktyczny brak prorozwojowego przywództwa odpowiadającego na oczekiwania społeczeństwa to fatalna perspektywa. Nawet lider Związków Zawodowych nie ma chęci na podjęcie się trudu naprawy rzeczpospolitej, być może jest to przejaw odpowiedzialności, bo Jego poprzedników wchłonęły odmęty władzy a po zajęciu ciepłych foteli zlali się z masą tych, przeciw którym niedawno prowadzili lud na barykady.

Parę lat wstecz, na początku kryzysu premier Szwecji zaapelował do swoich obywateli aby kupowali w miarę możliwości wyłącznie towary wyprodukowane w Szwecji bo to ograniczy recesję i spowolnienie gospodarcze. Szwedzi odpowiedzieli na apel i zadziałało. Nie słychać by Szwedzi narzekali na kryzys, choć guru polskiej myśli ekonomicznej pan dr hab. L. Balcerowicz już 20 lat temu pogrzebał “socjalistyczną” gospodarkę Skandynawii i Niemiec.

Naszemu wróżowi znów nie wyszło. Słaba to pociecha, bo nasi rządzący w dalszym ciągu zamiast obserwować i wyciągać wnioski, wolą stosować metodę poprawności politycznej i nie mając wiedzy na wszelki wypadek wolą omijać drażliwy temat o balcerowiczowskim sposobie gospodarki. I choć może rezygnacja z zabójczego dla gospodarki OFE jako pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, to koniec tego przeklętego systemu widać już bardzo wyraźnie. Po prostu dla polskiej gospodarki nie ma innego wyjścia jak zmiana systemu społeczni gospodarczego.

Z ostatniej chwili: MFW ustami Petru oznajmił właśnie, że będzie domagał się odszkodowania za umorzenie OFE-owskich obligacji skarbu państwa. To kolejne miliardy złotówek jakie niestety mogą wypłynąć z Polskiego budżetu. Mogą bo aspirujemy do krajów cywilizowanych i swoje zobowiązania płacimy. Prawda!!! Ale prawdą też jest, że żyją (szczęśliwie) ci dzięki którym będziemy mieli szanse udowodnienia swojej solidności i wypłacalności. Prawdą jest, że każda reforma niesie za sobą ryzyko polityczne. Ale tu nie ma ryzyka politycznego to hiper przekręt pod nadzorem MFW i BS od których trudno byłoby domagać się odszkodowań za udział w doprowadzeniu Polski do ruiny. Ale istnieje inna instytucja władna upomnieć się o naszą krzywdę. To Trybunał Stanu przed którym ( a następnie przed prokuratorem) mieliby szanse wykazać swoje “kompetencje” takie tuzy polskiej polityki jak Balcerowicz, Buzek, Hausner. Ta trójka otwiera jedynie długą listę polityków i “ekonomistów” którzy jako winni tego stanu rzeczy powinni Być osądzeni w sprawie zadłużenia państwa na wysokość TRZECH ROCZNYCH BUDŻETÓW POLSKI!!! Tj. około jednego biliona złotych. Ci faceci żyją i mają się dobrze i wiedzą że są winni (muszą wiedzieć bo jak wykazują ich dyplomy potrafią myśleć. Całe to towarzystwo powinno zapłacić za straty jakie w skutek ich kompetencji poniósł skarb państwa. I nie uchronią ich smutne teksty które uwolniły od odpowiedzialności karnej pana Lewandowskiego, który oświadczył w prokuraturze, że nie mógł wiedzieć jakie skutki gospodarcze spowoduje szaleństwo prywatyzacyjne jakie odbyło się pod jego nadzorem, bo “nikt do tej pory nie likwidował komunizmu”. Tu odbywała się likwidacja suwerenność państwa, rękami ludzi obdarowanych najwyższymi tytułami, honorami i najwyższym zaufaniem społecznym. Za głupi błąd w PIT – U.S. bezwzględnie karze prostych ludzi. Pseudo reformy nie były wprowadzane przez prostych ludzi, aż boję się myśleć co będzie się działo na tym procesie, ale albo przeżyjemy oczyszczające katharsis albo przestaniemy istnieć.

Adam Zbigniew Gusiew

Bałkany – zagrożenia nacjonalizmem “wiecznie żywe”

1. Nacjonalizm. Dobro i Zło.

 

Słowacki ludowiec Milan Hodža uważał, że małe narody mają prawo do nacjonalizmu, szczególnie te, które wyzwalają się z imperiów. W II połowie XIX wieku pojawiły się nacjonalizmy: litewski, białoruski i ukraiński, a cichym ich promotorem od pewnego momentu były Niemcy i Austro-Węgry, chcący rozsadzić od wewnątrz swego ówczesnego wroga – cesarstwo rosyjskie. Działania te miały w sposób uboczny, charakter zarówno propolski, jak i antypolski (mimo, że Polski nie było na mapie). “Propolskość” tej polityki polegała na tym, że osłabiała ona Rosję carską. A ich antypolskość na tym, że wszystko działo się na trupie I Rzeczypospolitej, która była punktem odniesienia dla walczących o niepodległość Polaków. Przy czym w żadnym stopniu w polityce niemieckiej, czy austriackiej nie chodziło o dobro Polski i Polaków. Politycy niemieccy “nastawiali” Polaków przeciwko Rosjanom, a rosyjscy politycy przeciwko Niemcom. Jako jeden z wielu, ale namacalnych tego przykładów, podać można lata I wojny światowej, kiedy to jedni i drudzy zaborcy potrzebowali polskiego rekruta do swych armii. Austro-Węgry rozpalały nienawiść ukraińsko-polską na Zachodniej Ukrainie. Równocześnie Polacy na wschodzie Ukrainy popierali rodzący się tam ruch ukraiński, co miało ostrze antyrosyjskie. Zarówno niemiecka, jak i rosyjska (a później radziecka) historiografie ukierunkowywały (każda na swój sposób) młode nacjonalizmy: litewski, białoruski i ukraiński przeciwko Polakom. W tym mniej więcej czasie, prawie od początków XIX stulecia, na Bałkanach Rosja rozpoczęła wspieranie nacjonalizmów narodów prawosławnych: serbskiego, bułgarskiego, rumuńskiego i greckiego. Ostrze tych działań skierowane było równocześnie przeciwko Turcji, Niemcom i Austro-Węgrom. Przez wielu Polaków (Czartoryski, Mickiewicz) Turcja uważana była wówczas za potencjalnego sojusznika przeciwko Rosji. Ten sam Czartoryski zabiegał równocześnie o niezależność Serbii i będąc zwolennikiem łączenia się w federacje małych narodów położył swą bardzo istotną cegiełkę w narodziny “idei jugosłowiańskiej”. Nacjonalizm (patriotyzm) narodów Południowej Słowiańszczyzny znajdował wówczas, i do końca I wojny światowej, swe bezpieczne ujście w federalizmie. Obecnie nacjonalizm na Bałkanach, po swym flircie z faszyzmem zapoczątkowanym w latach 30. ubiegłego stulecia, ma bardzo negatywne skojarzenia. Ta odmiana nacjonalizmu jest wrogiem nie tylko federalizmu, ale jakiejkolwiek współpracy na Bałkanach. Od kilku dziesięcioleci na Bałkanach strach budzą nie tylko Wielka Albania, ale też Wielka Serbia, Wielka Chorwacja, Wielka Grecja, Wielka Bułgaria i ...Wielkie Węgry (tych ostatnich do Bałkanów już nie zaliczamy, ale “przypadłość” jest ta sama). Nie jest to właściwe ujście dla uczuć patriotycznych tych narodów. Skrajny nacjonalizm jest dla nich samych wręcz zabójczy.

 

Są jednak okoliczności, gdy nacjonalizm, lub delikatniej, interes narodowy, skłania narody do zawiązywania federacji i to wydaje się nadal najlepszym kierunkiem i rozwiązaniem. Książę Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861) i Milan Hodža (1878-1944) przekonywali, że małe narody w obawie przed dominującymi powinny we własnym interesie łączyć się w federacje. Zrozumieli to Czesi w okresie I wojny światowej obawiając się niemieckiej Mitteleuropy. Zrozumieli to też Słowacy w tym samym czasie w obawie przed postępującą szybko madziaryzacją. Obydwa narody połączyły się, w niedoskonałej co prawda, ale jednak, w federacji czechosłowackiej. Powstałe podczas II wojny światowej, za zgodą Hitlera, państwo słowackie było sojusznikiem faszystowskich Niemiec. Instynkt samozachowawczy podpowiedział jednak Słowakom, że aby uniknąć losu państw pokonanych należy powrócić do federacji czechosłowackiej, bo Czesi znaleźli się w obozie zwycięzców. Także Chorwaci i Serbowie w okresie I wojny światowej stworzyli, wraz z innymi południowymi Słowianami, wspólne państwo. W sposób oczywisty nie wiązali swej przyszłości z imperiami: z katolicką Austrią czy Węgrami, ani z muzułmańską Turcją. Podczas II wojny światowej chorwaccy ustasze splamili się współpracą z faszystowskimi Niemcami i Włochami, a serbscy czetnicy z faszystowskimi Niemcami. Gdyby nie proaliancka polityka jugosłowiańskiego “burżuazyjnego” rządu emigracyjnego w Londynie i walka z faszystami komunistycznej partyzantki Tity, losy narodów “jugosłowiańskich” potoczyły by się zupełnie inaczej. Szczególnie Chorwacja jako państwo faszystowskie potraktowana zostałaby jako państwo pokonane. Powrót do federacji jugosłowiańskiej był więc po II wojnie światowej w interesie tych narodów; Chorwacja i Słowenia znalazły się w ten sposób wśród narodów zwycięskich i uzyskały nawet dzięki temu znaczne nabytki terytorialne.

 

Zdarzają się jednak i takie sytuacje, gdy rozczarowanie źle funkcjonującą federacją, oraz “życzliwa pomoc” z zewnątrz, skłania narody do występowania z federacji. Czechom i Słowakom udało się to w “aksamitny sposób”. Federacja jugosłowiańska rozpadła się natomiast w sposób gwałtowny i krwawy. Dlaczego? Czynnik zewnętrzny brany jest niekiedy w analizach dotyczących rozpadu Jugosławii pod uwagę. Niemniej jednak częściej analizowane są przyczyny wewnętrzne, a wśród nich gwałtowne wybuchy nacjonalizmów. Te wybuchy mają także swe źródła zewnętrzne. Bardzo przy tym rzadko spotkać się można nawet z pobieżną próbą odpowiedzi na pytanie, jak potoczyły by się losy Bałkanów, gdyby nie powstała (pierwsza i druga) federacyjna Jugosławia. Historyk nie odpowie na tak postawione pytanie, bo byłyby to rozważania typu “co by było gdyby”. Poniższy artykuł także na to pytanie nie odpowie, ale może “kiedyś ktoś spróbuje”...W każdym razie tych czytelników, którzy choćby na chwilę uwierzyli w antyfederacyjną propagandę wobec Europy Środkowej, obecną tu i ówdzie, kilkanaście lat temu na Zachodzie spieszę powiadomić, że to nie komunista Tito stworzył “pierwszą” Jugosławię i że “druga” Jugosławia nie była radziecką republiką. Co dotyczy “pierwszej” Czechosłowacji, to jej założycielem nie był na pewno Klemens Gottwald.

 

 

2. Historyczne spojrzenie Roberta Davida Kaplana

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku Amerykanin Robert D. Kaplanx/ alarmował, że na Bałkanach wrze, a Jugosławii grozi etniczny rozpad. W Europie i Ameryce Północnej ostrzeżenie to zlekceważono. Wydawcy nie chcieli publikować jego “Bałkańskich upiorów” w obawie, że temat nie przyciągnie czytelników. A politycy nie dostrzegali podobno zagrożenia. W roku 1993 prezydent Bill Clinton rozważał interwencję, która położyć miała kres wojnie w Bośni. Clinton i jego żona przeczytali tę książkę, a jej lektura zniechęcić miała amerykańskiego prezydenta do interwencji militarnej w obronie bośniackich muzułmanów, obleganych wówczas przez bośniackich Serbów. Wbrew intencjom Kaplana jego książka, jak twierdzi autor, mogła być odczytana jako manifest antyinterwencyjny. Od połowy 1993 roku Kaplan publicznie apelował o pomoc wojskową dla bośniackich muzułmanów i wysłanie do Bośni oddziałów amerykańskich. Czynił to m.in. podczas wykładów na amerykańskich uczelniach wojskowych w Fort Leavenworth i Carlisle Barracks. Kaplan region Europy Środkowej, rozumiany przez nas jako obszar między Niemcami, Rosją, Włochami i Turcją, dzieli na Europę Środkową, gdzie dostrzega chęć współpracy regionalnej oraz na Bałkany, gdzie tej chęci brak. Kaplan przewidywał, że upadek gospodarki, erozja komunistycznych struktur władzy i zadawnione konflikty narodowościowe w Jugosławii prędzej czy później doprowadzą do wojny. (Robert D. Kaplan, Bałkańskie Upiory, podróż przez historię, przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010). Już przed II wojną światową i wkroczeniem nazistów do Jugosławii, katoliccy Chorwaci i prawosławni Serbowie pochłonięci byli swymi sporami, i już wtedy byli “upiorami”, duchami przeszłości. Rebecca West, autorka książki “Black Lamb and Grey Falcon”, do której Kaplan często nawiązuje, przybyła do Zagrzebia wiosną 1937 roku. Nastroje w Chorwacji były wówczas dalekie od idei federacyjnej jedności i współpracy południowych Słowian jaką głosił w XIX wieku chorwacki biskup katolicki Josip Juraj Strossmayer, postać wybitna. To dzięki takim wizjonerom jak on możliwe było powstanie państwa jugosłowiańskiego po I wojnie światowej. W latach trzydziestych XX wieku Chorwaci zdążyli o nim już zapomnieć. Wieki panowania habsburskiego wyrobiły w nich zupełnie nieuzasadnione przekonanie o kulturowej wyższości nad Serbami. W nowo utworzonym państwie jugosłowiańskim Chorwaci stali się poddanymi serbskiej dynastii, co powodowało ich niezadowolenie. Upraszczając sprawę; ich niezadowolenie przerodziło się w nienawiść, a ta w marzenie o zemście. Ta zmiana chorwackiej politycznej busoli dokonała się pod przemożnym wpływem katolickiego arcybiskupa Zagrzebia Alojzijego Stepinaca, który był chorwackim nacjonalistą. Współpracując z Austriakami i Watykanem, walczył on z innymi południowymi Słowianami – Serbami. (Kaplan, str. 46). Stepinac jest głównym symbolem konfliktu serbsko-chorwackiego, wokół którego ogniskuje się aktualnie etniczna nienawiść między tymi dwoma narodami. Rebecca West miała w pamięci kronikę filmową przedstawiającą zamach na głowę serbskiej rodziny panującej, króla Jugosławii Aleksandra I Karadziordzievicia dokonany w Marsylii przez chorwackich ustaszów w 1934 roku. Pojęła wówczas, pisze Kaplan, że to morderstwo było kolejnym znakiem na drodze do kataklizmu jeszcze potworniejszego niż I wojna światowa. Okupacja nazistowska spowodowała dalszą eksplozję nienawiści. Masakry prawosławnych Serbów dokonane przez Chorwatów w katolickiej Chorwacji oraz sąsiedniej Bośni i Hercegowinie były potworne. “Nigdzie w Europie – pisze Kaplan – dziedzictwo nazistowskich zbrodni wojennych nie jest tak palącym, nierozwiązanym problemem jak w Chorwacji”. (Kaplan, str. 39) W rozmowie z Kaplanem, Żarko Puhovski, chorwacki polityk, liberał i katolik powiedział: “Tutejszy Kościół katolicki nie zrobił jeszcze rachunku sumienia. Dziś młodzi księża są niewykształceni. Dopiero gdy stan kapłański zacznie przyciągać młodych wykształconych mężczyzn, może wytworzyć się oddolna presja na Kościół, żeby poważnie rozliczył się ze swoją przeszłością i arcybiskupem Stepinacem”.(Kaplan, str. 61) Kaplan przypomina, że Chorwaci dotąd nie przeprosili za swój współudział w Holokauście Żydów, podczas gdy inne narody, jak np. Ukraińcy, to uczyniły. Chorwaci pytają w zamian: Czyż Serbowie nie mają na sumieniu zbrodni wojennych? “Tragedia Chorwacji polegała na tym, że narodziny tutejszego nowożytnego nacjonalizmu zbiegły się w czasie z pochodem faszyzmu przez Europę, wpychając zwolenników tego pierwszego w objęcia wyznawców tego drugiego. Odważne i jednoznaczne rozliczenie się z przeszłością jest warunkiem koniecznym wyzwolenia się z tego śmiertelnego uścisku”.(Kaplan, str. 62) Rdzeniem chorwackiej nacjonalistycznej tradycji, obecnym w marzeniach Stepinaca, było dążenie do nawrócenia wszystkich Serbów na katolicyzm. To marzenie nie zyskało by nigdy aż tak wielkiego wpływu bez czynnego poparcia habsburskiego dworu i Watykanu. A to, że Serbowie to też Słowianie nie mało większego znaczenia, bo wyznając prawosławie, podobnie jak muzułmanie należeli – w oczach Chorwatów - do znienawidzonego Wschodu.

 

Jugosławia, której obserwatorem w latach osiemdziesiątych był Kaplan, degenerowała się stopniowo i systematycznie, pogrążając się z każdym rokiem w coraz większym ubóstwie i coraz większej nienawiści. Kaplan podkreśla wielokrotnie znaczenie właśnie ubóstwa w rozwoju bakcyla skrajnego nacjonalizmu. Dla Tity (pochodzącego z rodziny chorwacko-słoweńskiej), federalizm w jugosłowiańskim wydaniu komunistycznym oznaczał ograniczanie wpływów liczebnie dominujących Serbów i wspieranie innych grup, zwłaszcza Chorwatów i Albańczyków. Tito liczył np. na to, że nadając Albańczykom w Kosowie autonomię, a jednocześnie przyłączając tę prowincję do Serbii, zaspokoi aspirację zarówno Albańczyków, jak i Serbów. Nie udało się ani jedno, ani drugie. Wcześniej partyzanci Tity dokonywali masowych mordów kosowskich Albańczyków oskarżając ich o współpracę z wojskami Mussoliniego. Pozbawiło to z kolei złudzeń albańskich komunistów współpracujących dotąd z Titą. Aby załagodzić sytuację w Kosowie, Tito rozbudował dla kosowskich Albańczyków Prisztinę, stolicę autonomicznego Kosowa, usytuowaną tak, że można to uznać za świadomą zniewagę wobec Serbów, w połowie drogi między świętymi dla Serbów miejscami: Gračanicą (monastyr) a Kosowym Polem. Żeby dostać się do jednego z tych dwóch miejsc trzeba przejechać przez muzułmańską obecnie Prisztinę. Tito zbudował w Prisztinie uniwersytet. Studenci tego uniwersytetu od samego początku jego istnienia organizowali stałe “albańskie” demonstracje przeciwko jugosłowiańskiemu rządowi federalnemu. Spirala przemocy rozkręciła się w Kosowie na dobre, kiedy sześć lat później do władzy w Serbii doszedł Milošević i postanowił odebrać kosowskiej prowincji status autonomii. Ciekawym przykładem przeciwskutecznych działań Tity był także casus Macedonii. Język macedoński bliższy jest bułgarskiemu niż serbskiemu. Po zerwaniu Tity ze Stalinem, rząd jugosłowiański propagował odrębność etniczną i językową Macedonii, aby przeciąć wszelkie emocjonalne więzi łączące jej mieszkańców z ludnością sąsiedniej Bułgarii, której ówczesny rząd posłuszny był Moskwie. Na działaniu tym “skorzystać” mieli tym razem Serbowie. Komunizm nie pogodził jednak zwaśnionych już wcześniej narodów. Wręcz przeciwnie, dolał jeszcze oliwy do ognia. Serbom wpajał, że powinni się wstydzić swej przeszłości i że na Serbach poległych na Kosowym Polu ciąży wina “reakcyjnego nacjonalizmu”. Z kolei inny komunista, tym razem Serb, Slobodan Milošević 28 czerwca 1987 roku, w kolejną rocznicę klęski na Kosowym Polu odwołał się do serbskich odczuć narodowych i powiedział: “Ani dziś, ani w przyszłości nikt nie ma prawa was poniewierać”. I wtedy, uważa Kaplan, rozpoczęła się rewolta przeciwko federacji jugosłowiańskiej, która rozprzestrzeniła się na inne republiki. Kaplan cytuje Milovana Dżilasa,xx/ który w rozmowie z nim zauważył, że autorytaryzm Miloševicia w Serbii wywołał prawdziwy separatyzm w całej Jugosławii. W grudniu 1989 roku, gdy w Słowenii i Chorwacji trwał proces pokojowej transformacji, to nawet w Serbii Miloševicia odczuwało się powiew liberalizacji. Dżilas ocenił jednak wówczas, że liberalizacja w Serbii ma przegniłe korzenie i jest jedynie skutkiem narodowej rywalizacji między Serbią a pozostałymi republikami. “Ostatecznie Jugosławia skończy, być może, jako luźna federacja krajów utrzymujących kontakty handlowe. Ale najpierw, niestety, wybuchną wojny i powstania narodowe. Tutaj jest tyle nienawiści...” powiedział Dżilas. (Kaplan, str. 146) Główną chorobę Bałkanów symbolizuje jednak Macedonia. Ta choroba to sprzeczne marzenia o utraconym imperium. Każdy naród bałkański domaga się przywrócenia takich granic, w jakich istniał, kiedy jego własne imperium osiągnęło szczyt rozwoju terytorialnego, co zwykle miało miejsce w głębokim średniowieczu. W latach 1909 – 1912 Bułgaria, Serbia i Grecja zapomniały chwilowo o wcześniejszych sporach i wypowiedziały wojnę Turcji. Głównym celem tego sojuszu było wyzwolenie Macedonii. Serbia zajęła Skopje a Grecja Saloniki. Bułgarskie nabytki terytorialne były wówczas niewielkie. Po tej pierwszej wojnie bałkańskiej Serbia i Grecja próbowały wymazać bułgarskie wpływy w Macedonii. Prześladowania Bułgarów jakie nastąpiły wtedy w Macedonii, miały znamiona eksterminacji. 30 czerwca 1913 roku rozpoczęła się druga wojna bałkańska; armia bułgarska zaatakowała oddziały serbskie w Macedonii. Serbowie wraz z Grekami w ciągu kilku dni pokonali Bułgarów, a mocą postanowień konferencji pokojowej w Bukareszcie, Bułgaria straciła dostęp do Morza Egejskiego, zdobycze terytorialne w Tracji i część Macedonii. Bułgaria, która miała wątpliwe “szczęście” łączyć swe siły z przegranymi, przystąpiła jesienią 1915 roku do I wojny światowej po stronie państw centralnych, aby wyrwać Macedonię z rąk serbskich. Dla Bułgarów I wojna światowa to powtórka drugiej wojny bałkańskiej – stracili całą Macedonię na rzecz Serbii i Greków. II wojna światowa okazała się pod tym względem powtórką drugiej wojny bałkańskiej i I wojny światowej. Bułgarzy i tym razem zawarli sojusz z Niemcami, aby odzyskać Macedonię. I jeszcze raz zmuszeni zostali do powrotu do granic ustanowionych w sierpniu 1913 roku. Współpraca wojsk bułgarskich z nazistami w Macedonii podczas II wojny światowej usposobiła do Bułgarów wrogo, dotychczas probułgarsko nastawioną nieserbską i niegrecką ludność Macedonii. W chwili obecnej, jak odnotował Kaplan, w Macedonii mamy do czynienia z nowym separatyzmem; poza bułgarskimi, greckimi i serbskimi roszczeniami do Macedonii narodził się jeszcze “macedonizm”, który domaga się zwrotu części terytoriów Bułgarii i Grecji do Macedonii. Odkrywany jest na nowo “język macedoński”. W efekcie powstał obecnie układ, który przypomina rok 1913, kiedy to Grecja, Serbia i Rumunia występowały przeciwko Bułgarom i Słowianom w Macedonii. Kaplan cytuje Zlatko Blajera, członka niewielkiej obecnie społeczności żydowskiej w Macedonii, który przyznał, że przez dziesięciolecia chroniła Macedonię federacja jugosłowiańska. Blajer wyraził przekonanie, że prędzej czy później Macedonię czeka los Kosowa, z uwagi na bardzo wysoki przyrost naturalny ludności albańskiej. (Kaplan, str. 137) Nacjonalizm zbiera swoje żniwo także w pozostałych krajach bałkańskich. “Tak jak Serbowie, Albańczycy, Rumunii i Bułgarzy brutalnie zerwali z osmańską tyranią i różnorodnością, by stworzyć państwa etnicznie jednolite, tak też postąpili Grecy. I tak samo jak Serbowie zacierali pamięć o dziedzictwie albańskim, Albańczycy o greckim w Epirze Północnym, Rumuni o węgierskim, a Bułgarzy o tureckim – tak też Grecy wypierali z pamięci wspomnienia o salonickich Żydach i innych grupach narodowościowych. Grecy to nieodrodne dzieci Bałkanów, zwłaszcza w tym mieście, byłej stolicy osmańskiej Macedonii”. (Kaplan, str. 375, chodzi o Saloniki, M.P.) Był to ten sam, odwieczny syndrom rewanżystowski: każdy naród uważał za swoje naturalne terytorium wszystkie ziemie, które posiadał w okresie swojej najdalszej historycznej ekspansji. Grecka polityka w regionie, mimo tradycji demokratycznych w starożytności, nie wydawała się różnić od polityki jej północnych sąsiadów, którzy w gruncie rzeczy nie mieli żadnych tradycji demokratycznych. Na Bałkanach pomija się milczeniem fakt, że ścierają się tam bezustannie rasy i kultury, a rozmieszczenie poszczególnych grup etnicznych nie zawsze się pokrywa z granicami państwowymi. W zachodnich systemach edukacyjnych ostatnie dwa tysiące lat zazwyczaj się ignoruje, całą uwagę skupiając na wyidealizowanej Grecji starożytnej, cywilizacji, która upadła jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Zachód nie przyjmował długo do wiadomości – zauważa Kaplan – że nowożytna Grecja jest bardziej dzieckiem Bizancjum i tureckiego despotyzmu niż peryklejskich Aten ( V wiek p.n.e.). W Grecji tak naprawdę nigdy wcześniej nie było kapitalizmu. W połowie XX wieku zamieszkiwało ją ubogie, orientalne społeczeństwo. Prawie nie istniała klasa średnia. Dopiero w latach osiemdziesiątych świat zaczął rozumieć, jak wiele łączy Grecję z resztą Bałkanów i Bliskim Wschodem. I jeszcze jedna uwaga Kaplana dotyczącą co prawda Rumunii, ale jak się wydaje nie tylko Rumunii, bo mogącą mieć zastosowanie do innych krajów na Bałkanach: “Nazizm i komunizm pogłębiły tragiczne braki w rumuńskiej kulturze politycznej, nadając im monstrualny wymiar”. ((Kaplan, str. 162) Odnosząc się do przyszłości Rumunii, Kaplan pisze: “Era dominacji sowieckiej na Bałkanach z wolna przechodziła w erę dominacji niemieckiej. Zdałem sobie sprawę, że niemiecki gospodarczy imperializm oferuje najbardziej praktyczne i skuteczne środki zaszczepienia w Rumunii wolnej przedsiębiorczości, demokracji i innych zachodnich wartości. Jedyną nadzieją Rumunii, jak mi się wydawało, były Niemcy”. (Kaplan, str. 294)

 

Myślę, że wszystkich zwaśnionych w kwestii Macedonii, “pogodzi” prawdopodobnie albańskojęzyczna i muzułmańska ludność, której przyrost naturalny jest najwyższy w tym kraju. Ta uwaga dotycząca przyrostu naturalnego Albańczyków w Macedonii wydaje się być także trafna w odniesieniu do całych Bałkanów, gdzie prędzej czy później dojdzie do powstania Wielkiej Albanii. (W chwili obecnej liczba albańskojęzycznej ludności w krajach b. Jugosławii zbliża się szybko do najliczniejszych dotąd Serbów, których jest ponad 7 mln., M.P.) Przekonanych co do tego jest wielu obserwatorów wydarzeń bałkańskich. Np. profesor Adam Koseski z Akademii Humanistycznej w Pułtusku zwraca uwagę, że problemy na Bałkanach nawarstwiały się od wieków. Na Bałkanach są trzy zapalne miejsca. Należy do nich przede wszystkim Kosowo, następnie Bośnia i Hercegowina oraz Macedonia. Kosowo było i jest punktem zapalnym od momentu klęski Serbów na Kosowym Polu w 1389 roku. Powstanie państwa Kosowa zamyka konflikt zbrojny, ale otwiera ścieżki prowadzące do powstania Wielkiej Albanii, do której dołączą też Albańczycy z Macedonii (gdzie ludność albańska domaga się specjalnych praw, w tym dwujęzyczności w państwie) i Czarnogóry. Dużo do myślenia daje fakt, że Kosowarzy posługują się przeważnie flagą albańską, a nie kosowską. Wielka Albania, na warunki bałkańskie będzie państwem dość silnym, któremu państwa sąsiednie nie wiele będą mogły przeciwstawić, uważa Koseski. Trzeba zrobić wszystko co możliwe, aby to państwo nie było państwem agresywnym. (Paweł Dybicz, rozmowa z prof. Adamem Koseskim, rektorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, Wielka Albania nieunikniona, Przegląd 10/2009) Tym bardziej, że już teraz dostrzec można, jak idea Wielkiej Albanii służy niektórym niealbańskim politykom do szerzenia nienawiści etnicznej i strachu przed Albańczykami i państwem albańskim. Dzieje się tak w Macedonii, Grecji i Serbii. To, że na Bałkanach dominuje chrześcijaństwo (w Chorwacji i Słowenii katolicyzm, a w pozostałych krajach o tradycjach chrześcijańskich prawosławie) nie przekładało się nigdy w zadowalający sposób na dążność do ściślejszej współpracy między tymi bałkańskimi narodami. Do dnia dzisiejszego prawie nic się w tej materii nie zmieniło. Wydawałoby się, że Serbów, Rumunów, Bułgarów, Macedończyków i Greków powinno połączyć prawosławie, a jednak nie łączy. Wszystkie kościoły prawosławne na Bałkanach to w zasadzie autokefalie, które budują co prawda tożsamości narodowe swych wyznawców, ale przyczyniają się równocześnie do powstawania między nimi istotnych różnic. Mimo wspólnego chrześcijańskiego wyznania – prawosławia, spory między nimi miały w historii niezwykle krwawy charakter. Dochodzą do tego waśnie i krwawe spory między katolickimi Chorwatami, a prawosławnymi Serbami, jakie powstały właściwie już na początku zaistnienia pierwszej Jugosławii. Za błędy przeszłości i niechęć do wzajemnej współpracy przyjdzie bałkańskim narodom o chrześcijańskiej tradycji prawdopodobnie “zapłacić” nie wymuszoną zgodą, w ramach reguł demokratycznych, na zaistnienie Wielkiej Albanii. Może się okazać, że w przyszłości to Wielka Albania będzie na Bałkanach najważniejszym partnerem Unii Europejskiej, NATO i Stanów Zjednoczonych. Otwarte pozostanie pytanie, czy państwa “byłej Jugosławii” o tradycji chrześcijańskiej współistnieć będą z Wielką Albanią jako oddzielne państwa, czy też zdecydują się na ściślejszą ze sobą współpracę, a może nawet na powrót do regionalnej federacji. Tak czy owak, wejście, możliwie jak największej liczby państw bałkańskich o tradycji chrześcijańskiej do Unii Europejskiej, po uregulowaniu między nimi wszelkich spornych spraw w drodze umownej, wydaje się być dzisiaj optymalnym rozwiązaniem. Trudno sobie bowiem wyobrazić, przynajmniej w chwili obecnej, Wielką Albanię i “niezjednoczone” państwa byłej Jugosławii razem w Unii Europejskiej. Podejrzewać można, że ani chrześcijanie, ani muzułmanie z “byłej Jugosławii” nie dojrzeli jeszcze do współistnienia i współpracy w jednym organizmie, jakim jest Unia. Przy czym to Albania związała się już z Zachodem wstępując do NATO i pragnąc wejść do UE. A priorytetem Kosowa jest wejście do NATO i UE oraz partnerstwo strategiczne z USA. Serbia natomiast złożyła aplikacje do Unii Europejskiej, ale najwyraźniej jednak nie ma zamiaru wstępować do NATO (co nie powinno szczególnie dziwić) i jako jedyne państwo w regionie znajdzie się prawdopodobnie w przyszłości poza Sojuszem Północno-Atlantyckim. Dotychczas narody bałkańskie, a właściwie tylko “jugosłowiańskie”, próbowały dwukrotnie dokonać zjednoczenia; pierwszy raz pod berłem serbskiej dynastii, a drugi pod sztandarem komunizmu. Obydwie próby zakończyły się ostatecznie niepowodzeniem. Dużym zagrożeniem dla współpracy w regionie były zawsze i są nadal ruchy i partie skrajnie nacjonalistyczne, często o zabarwieniu religijnym. Takie partie, prędzej czy później zmierzają do konfrontacji, a idea federalizmu jest im w zasadzie obca. Zmienić ich nastawienie do bliższej współpracy regionalnej mogłoby np. poważne, wspólne zewnętrzne zagrożenie. Jednak tego rodzaju skrajnie nacjonalistyczne “spoiwo” odgrywać może swą w miarę pozytywną rolę na krótką metę i tylko wtedy, gdy wspólne zagrożenie zewnętrzne rzeczywiście istnieje. Obecnie nie jest ono odczuwalne. Upadkowi zarówno pierwszej, jak i drugiej Jugosławii towarzyszyło przekonanie, że takiego wspólnego zagrożenia nie było. W tym przekonaniu utrzymywały w niedawnej przeszłości narody bałkańskie także obce mocarstwa. Postawiono na podział Jugosławii. Tak np. w niedawnym procesie rozpadu Jugosławii Zachód popierał Chorwatów i bośniackich muzułmanów dlatego, że byli antyserbscy, a Serbów zwalczał dlatego, że byli prorosyjscy. Państwo pt. Bośnia i Hercegowina stworzone zostało chyba nie po to, aby zamieszkali w nim Chorwaci, bośniaccy muzułmanie i Serbowie uczyli się wzajemnej tolerancji. A słuszna skądinąd troska Zachodu o los muzułmanów w byłej Jugosławii wynikała przede wszystkim z chęci pozyskania przychylności narodów arabskich oraz Turcji, sojusznika w NATO. Jeżeli zatem obawy przed zagrożeniem zewnętrznym zabraknie i nie połączy ona zwaśnionych narodów i państw bałkańskich, to spoiwem może być bezwzględna konieczność współpracy gospodarczej (szczególnie w okresie ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego) oraz jednak - mimo wszelkich różnic - bliskość kulturowa. Spoiwa te okażą się jednak zbyt słabe bez zrozumienia i wsparcia dla regionalnej współpracy ze strony państw zachodnich. Jednym z przyszłych ewentualnych scenariuszy może się okazać proces, który miał będzie miejsce już w ramach Unii Europejskiej; Albania połączy się z Kosowem, a pozostałe państwa Zachodnich Bałkanów ze sobą. Taki rozwój wypadków jest prawdopodobny, bo skoro Zachód wydaje się nie obawiać powstania Wielkiej Albanii (zresztą nie jest w stanie temu przeciwdziałać), to tym bardziej żadnego zagrożenia nie stanowi dla Zachodu ścisła współpraca pozostałych narodów byłej Jugosławii.

3. Wokół (raczej) bieżącej optyki Renéo Lukica i Marko Attili Hoare

 

Na polskim rynku wydawniczym ukazała się w roku ubiegłym kolejna pozycja dotycząca Europy Środkowej, (praca zbiorowa: Polityka Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej po 1989 roku, pod redakcją Sabriny P. Ramet, Książka i Wiedza, Warszawa 2012). Autorami artykułów dotyczących Bałkanów są Renéo Lukic, (Powstanie państwa narodowego w Europie Środkowej i na Bałkanach w perspektywie historycznej, str. 67-90) oraz Marko Attila Hoare (Wojna Jugosłowiańska, str. 139-164). Lukic wyraża na wstępie pogląd, że obejmująca kontynent europejski rewolucja 1848 roku zasygnalizowała powstanie dwóch uniwersalnych ideologii – nacjonalizmu i proletariackiego internacjonalizmu – ruchów narodowych i “pierwszej próby federalizacji socjalistycznych grup rewolucyjnych w pojedynczą organizację zwaną Pierwszą Międzynarodówką”. Ten pogląd Lucicia wymaga komentarza. O ile myśl ta może mieć zastosowanie do powstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (chociaż rok 1848 to chyba zbyt wczesna data dla narodzin idei proletariackiego internacjonalizmu, a Pierwsza Międzynarodówka powstała w roku 1866), to w przypadku Czechosłowacji i Jugosławii wydaje się być zupełnie nie trafna. Historia powstawania tych dwóch federacji sięga co prawda XIX stulecia, ale ich początki z proletariackim internacjonalizmem nie mają nic wspólnego, natomiast wiele z nacjonalizmem, który trudno jednak nazwać ideologią uniwersalną. Równolegle bowiem z rodzeniem się nacjonalizmu w całej Europie Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami), powstawały pomysły na sfederalizowanie regionu właśnie w interesie tych nacjonalizmów, przede wszystkim w obawie przed wielkimi sąsiadami. Trzeba przypomnieć, że w owych czasach “nacjonalizm” małych narodów nie kojarzył się jeszcze negatywnie. Autorów koncepcji federalistycznych wśród narodów środkowoeuropejskich od XIX wieku (i nawet wcześniej) liczyć można w dziesiątki, o czym pisałem wielokrotnie, m.in na łamach dwumiesięcznika “Realia i co dalej...”. O ile można łatwo udowodnić tezę, że pierwsza Jugosławia powstała dzięki nacjonalizmom tworzących ją narodów, to dopiero spoiwem drugiej Jugosławii miał być komunizm oraz idea proletariackiego internacjonalizmu. Komunizm zagościł w Jugosławii wraz z walką narodowo-wyzwoleńczą prowadzoną przez komunistycznych partyzantów Josipa Broz Tito, popieranego zresztą od pewnego momentu przez Wielką Brytanię i wcale nie komunistyczny rząd emigracyjny w Londynie. Walka ta skierowana była przeciwko faszyzmowi (będącego jak wiemy odmianą kapitalizmu). Komunizm w Jugosławii zawdzięcza częściowo swe narodziny także niedoszłej do skutku ofensywie zachodnich aliantów na Bałkany i wyzwoleniu Jugosławii przez Armię Czerwoną w 1945 roku. Tito natomiast będąc wraz z politykami “burżuazyjnego” jugosłowiańskiego rządu emigracyjnego w Londynie współtwórcą federacyjnej Jugosławii, wzorował się na ustroju Związku Radzieckiego. Może dlatego, że zdążył wziąć udział w Rewolucji Październikowej. Gdyby decydować o tym miały skrajne nacjonalizmy szalejące na obszarze jugosłowiańskim podczas II wojny światowej, do powstania żadnej Jugosławii, ani socjalistycznej, ani kapitalistycznej by nie doszło. Powstały by wiecznie zwalczające się małe, nic nie znaczące państewka. Gdyby natomiast Jugosławia wyzwolona została przez zachodnich aliantów, powstała by zapewne Jugosławia na wzór zachodni (może monarchia), ale jednak federalna, bo idea federalizmu miała wystarczające wsparcie w wielu środowiskach: zarówno w rojalistycznych, jak i lewicowych, a częściowo także wśród narodów Jugosławii. Także pierwszą Czechosłowację ukształtowały interesy narodowe Czechów i Słowaków. Do Czechosłowacji przyniosła komunizm Armia Czerwona dopiero w 1945 roku, jakkolwiek w Czechach komuniści już przed II wojną stanowili poważną siłę polityczną. Jeszcze kilka lat po II wojnie ważyły się losy ustroju politycznego Czechosłowacji, która ostatecznie znalazła się w obozie socjalistycznym. Proletariacki internacjonalizm “wkroczył” więc do Czechosłowacji i Jugosławii dopiero po II wojnie światowej. Nie podważając w żadnym stopniu znaczenia ruch robotniczego w XIX i XX wieku postawić można tezę, że idea państwa narodowego w Europie Środkowej poprzedza powstawanie federacji, ale myśl federalistyczna tej idei niemal od początku towarzyszy. Właściwie rozumiany interes małych narodów mieści się w koncepcji federalistycznej tak długo, jak długo federacja nie jest zdominowana przez skłonny do dominacji większy naród. Ruchy narodowe w Europie Środkowej, (nie tylko te wyrastające z rewolucji 1848 roku), podważały spójność i legalność wielonarodowych imperiów: niemieckiego, austro-węgierskiego, rosyjskiego i osmańskiego. Obawa jednak rodzących się narodów i państw powstających stopniowo na gruzach imperiów przed kolejną utratą niezależności powodowała silne tendencje federalistyczne. Powstające federacje nie były doskonałe. Radzieckiej federacji, która swe powstanie nie zawdzięczała nacjonalizmom, zarzucić można m.in. dominację w niej Rosjan, mimo że rządzili nią komuniści przeważnie innych narodowości. Warto przy tym pamiętać, że Rosja to nie Europa Środkowa i że tradycje polityczne Rosji i Europy Środkowej to dwa zupełnie nie przystające do siebie światy, choć pewnych podobieństw między Rosją a Bałkanami można by poszukiwać, ale są też istotne różnice, co w tych rozważaniach nie ma zresztą znaczenia. Lukic określa Czechosłowację i Jugosławię, powstałe w wyniku I wojny światowej jako państwa wielonarodowe i twierdzi, częściowo nie bez racji, że dwa dominujące w nich narody, Czesi i Serbowie, sprzeciwiały się prawdziwej federalizacji swych państw. Trzeba jednak przypomnieć, że traktaty pokojowe podpisane między 1919 a 1920 r., które ustanowiły system wersalski, nie miały tylko na celu stworzenie sprawiedliwej “Europy narodów”. Skierowane one były przede wszystkim przeciwko pokonanym państwom centralnym. Temu celowi służyło także poparcie amerykańskie dla nowo powstałych federacji: czechosłowackiej i jugosłowiańskiej. Bez tego poparcia ich narodziny byłyby niemożliwe. Inna sprawa, że tym federacjom od samego początku daleko było do doskonałości, szczególnie jugosłowiańskiej. Bogata Czechosłowacja, ze swym sprawnym systemem prawnym, w przeciwieństwie do Jugosławii, odpowiedziała jednak częściowo w latach międzywojennych, jak przyznaje Lukic, na naciski ze strony Słowaków, Węgrów i Niemców Sudeckich, żądających decentralizacji państwa. W obydwu jednak federacjach miały miejsce próby stworzenia (fikcyjnych, jak się później okazało) narodów: czechosłowackiego i jugosłowiańskiego, co najczęściej nie odpowiadało odczuciom Słowaków w Czechosłowacji oraz narodom w Jugosławii. Te odczucia dały o sobie znać podczas II wojny światowej, kiedy to w Chorwacji i Słowacji powstały, stworzone przez Hitlera państwa narodowe oparte wyłącznie na fundamencie etnicznym. Co nie oznacza, zastrzega się Lukic, że Chorwaci i Słowacy udzielili większościowego poparcia rasistowskiej polityce prowadzonej przez ich rządy, jeśli nawet posiadanie własnych państw odpowiadało ich pragnieniom. Państwa te skazane były na zniknięcie po porażce hitlerowskich Niemiec. Natomiast – jak słusznie przyznaje Lukic - jeśli Czechosłowacja (między 1939 a 1945) i Jugosławia (między 1941 a 1945) zostały rozwiązane, alianci (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki) nigdy nie uznali ich zniknięcia. Co oznaczało – skomentujmy to - nic innego, jak poparcie wszystkich aliantów dla istnienia tych federacji – nie będących przecież jeszcze federacjami “komunistycznymi”. Instynkt samozachowawczy Chorwatów i Słowaków, po flircie ich katolickich i nacjonalistycznych elit z Hitlerem, wskazał im po wojnie powrót do federacji jugosłowiańskiej i czechosłowackiej jako jedynie słuszne rozwiązanie. W przeciwnym razie obydwa narody potraktowane zostałyby jako sojusznicy faszystowskich Niemiec (patrz przykład Węgier). Obydwie federacje, czechosłowacka i jugosłowiańska, także po II wojnie nie spełniały jednak nadal oczekiwań wchodzących w jej skład, mniejszych narodów. Koniec zimnej wojny w latach 1989-1990 i zmiany w równowadze sił w stosunkach Wschód – Zachód na korzyść Zachodu, skutkowały m.in. rozpadem Związku Radzieckiego, Jugosławii i Czechosłowacji oraz powstaniem nowych państw w Europie Środkowej. Z tym, że rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii nie można, jak chce Lukic, wyjaśniać i usprawiedliwiać wyłącznie ich rzekomym komunistycznym rodowodem i proletariackim internacjonalizmem. Obecnym losem tych dwóch państw federalnych nie byliby zachwyceni XIX wieczni wizjonerzy oraz ich twórcy z okresu I wojny. Pierwsza Czechosłowacja i pierwsza Jugosławia powstały dzięki nacjonalizmom, a nie proletariackiemu internacjonalizmowi. Po raz kolejny warto przypomnieć, że także podczas II wojny środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie planowały, przy początkowym poparciu Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, pójście jeszcze dalej i sfederalizowanie całej Europy Środkowej – od Grecji do Polski. Sprzeciwił się temu Stalin. Zdaniem Lukica, Wspólnota Europejska starała się początkowo powstrzymać przywódców jugosłowiańskich i czechosłowackich przed rozwiązaniem swoich państw i odwieść od tworzenia nowych w Europie Środkowej. Po porażce jednak prób powstrzymania ich rozwiązania, Wspólnota Europejska - uważa Lukic - starała się zapobiec destabilizującym skutkom rozpadu tych “postkomunistycznych” federacji. Z tymi stwierdzeniami Lukicia trzeba także polemizować. Trudno bowiem byłoby uzasadnić poważniejsze próby ratowania przez Zachód Jugosławii i Czechosłowacji, przy powszechnym na Zachodzie przekonaniu, że są to federacje, jak określa je Lukic, postkomunistyczne. Rozpad Jugosławii i Czechosłowacji był rezultatem nie tylko ich wewnętrznych niedoskonałości; dominacji większego narodu i braku poszanowania praw narodów mniejszych (przed czym przestrzegał, jak widać nadaremnie Oskar Halecki w swych publikacjach z okresu II wojny,) ale miał także swoje przyczyny zewnętrzne. Można było próbować nie dopuścić do rozpadu Jugosławii, a szczególnie Czechosłowacji; ich rozpadowi towarzyszył zza grobu złośliwy chichot Stalina, który już w czasie II wojny wielokrotnie udowadniał, że był przeciwny federacjom w powojennej Europie Środkowej. Związkowi Radzieckiemu łatwiej było bowiem podporządkować sobie pojedyncze kraje w Europie Środowej niż sfederalizowany region. Dlatego podporządkowanie Jugosławii nie udało mu się. To, że Jugosławia i Czechosłowacja powstały na nowo po II wojnie w federacyjnym kształcie, nie zawdzięczają Stalinowi, lecz m.in. poparciu i początkowym kalkulacjom Zachodu, że pozostaną one częścią Zachodu. I takimi, jako federacje, mogły się stać także obecnie w trakcie procesu demokratycznej transformacji, gdyby otrzymały odpowiednie wsparcie ze strony liczących się sił politycznych na Zachodzie. Takiego wsparcia jednak nie otrzymały. Zachód zwalczając komunizm, z różnych powodów poparł separatyzmy. Trudność w udzieleniu ewentualnego, realnego poparcia dla federacyjnej Jugosławii np. ze strony zachodniej lewicy (ale nie tylko lewicy) wynikała być może z prawidłowej skądinąd obserwacji, że w federalnym państwie Tity było więcej chorwackiego nacjonalizmu niż socjalizmu, a u komunisty Milosevicia - serbskiego nacjonalizmu. O ile upadek federalizmu jugosłowiańskiego był być może nieuchronny, to w przypadku Czechosłowacji rodzi się jednak zbyt dużo wątpliwości i dlatego warto by podjąć rozważania... Temat to jednak oddzielny.

 

Lukic wykazał niewątpliwie istnienie w Europie Środkowej stałych tendencji do tworzenia państw narodowych, uznał przy tym jednak niesłusznie, że proces jest zakończony i że dzisiaj nie ma w tym regionie, po ogłoszeniu przez Kosowo niepodległości w 2008 roku, nowych roszczeń do posiadania statusu niepodległego państwa. W rzeczywistości istnieją zarówno tendencje do powstawania państw narodowych, jak i do łączenia się w większe wspólnoty, przy częściowej rezygnacji z narodowej suwerenności. Jeżeli zgodzić się z Lukiciem należy co do tego, że dążenie do posiadania własnego państwa jest czymś naturalnym i oczywistym, to obecnie równie naturalne jest pragnienie zdecydowanej większości nowo powstałych państw, a wśród nich Chorwacji, do znalezienia swego miejsca w Unii Europejskiej, co przypomina już “skłonności” federalistyczne. Przy czym zamiar wstąpienia do Unii Europejskiej nie oznacza rezygnacji z posiadania własnego państwa, tym bardziej, że Unia nie jest jeszcze klasycznym państwem, bo – przynajmniej na razie - przypomina organizację międzynarodową. W pragnieniach tych mieści się obecnie także dostrzegalna dążność wśród środkowoeuropejskich państw do organizowania się w większe wspólnoty niż narodowa, czego przykładem jest chociażby nieformalna Grupa Wyszehradzka, ku której ciążą Bułgaria i Rumunia. Proces zmian w Europie Środkowej po upadku komunizmu nie zatrzymał się więc na powstaniu państw narodowych. Rozsadnikiem federacji czechosłowackiej i jugosłowiańskiej było przede wszystkim niezadowolenie uczestniczących w nich małych narodów, chociaż dowodzić można by z powodzeniem, że niektóre z nich zyskały na federacji wiele. Słowacy np. zawdzięczają Czechom i czechosłowackiej federacji swe istnienie jako narodu i ochronę przed madziaryzacją. Chorwaci i Słoweńcy np. korzystne granice po II wojnie. R. Lukic jest z pochodzenia Chorwatem, profesorem historii na Laval University w mieście Quebec w Kanadzie, a więc w kanadyjskiej prowincji Quebek, gdzie silne są tendencje separatystyczne, jakkolwiek w praktyce chęć pozostania tej prowincji w ramach federacyjnej i demokratycznej Kanady (jakkolwiek o historii kolonialnej) wydaje się przeważać. Jego artykuł zawiera wiele cennych obserwacji dotyczących nacjonalizmu. Pominięcie natomiast przez niego ważnej skłonności wypływającej z przesłanek nacjonalistycznych, jaką jest przynajmniej od 2. stuleci wyraźna dążność do tworzenia federacji w Europie Środkowej jest prawdopodobnie wynikiem określonych zainteresowań tego uczonego. Jego sowietologiczny dorobek naukowy skoncentrowany jest bowiem głównie na stosunkach jugosłowiańsko-radzieckich, rozpadzie komunizmu oraz dezintegracji Jugosławii i Związku Radzieckiego, jako triumfu kapitalizmu nad komunizmem. Ta sowietologiczna optyka nie wyjaśnia do końca wydarzeń bałkańskich. Dodać trzeba, że wbrew optymizmowi Lukica, roszczenia do posiadania statusu niepodległego państwa jeszcze się na Bałkanach nie zakończyły, bo hasło Wielkiej Albanii jest aktualne. Inne podobne hasła: Wielkiej Chorwacji, czy Wielkiej Serbii wydają się należeć do przeszłości. Przynajmniej na razie.

 

W cytowanej przeze mnie pracy zbiorowej pt. “Polityka Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej po 1989 roku” znajduje się także artykuł Marko Attila Hoare, starszego pracownika naukowego w londyńskim Kingston University. Artykuł nosi tytuł “Wojna jugosłowiańska”. Ten autor (matka Chorwatka, a ojciec brytyjski lewicujący dziennikarz zajmujący się problematyką jugosłowiańską) także bada historię i politykę byłej Jugosławii. Podobnie jak Lukic nie sięga on zbytnio w głąb historii. Historia regionu zaczyna się u niego w zasadzie dopiero od lat dziewięćdziesiątych, z wyjątkiem książki dotyczącej historii Bośni - The history of Bośnia: From the Middle Ages to the Present Day (Saqi, 2007). To dopiero praca nad tą książką ułatwiła mu zapewne spojrzenie na problemy jugosłowiańskie z nieco głębszej perspektywy historycznej. Stwierdza on w artykule, że wybuch wojny jugosłowiańskiej mógł mieć różne przyczyny - “zadawnione konflikty etniczne”, serbska agresja i ekspansjonizm, wojna domowa rywalizujących między sobą nacjonalizmów, skutek uboczny społeczno-ekonomicznej zapaści socjalistycznej Jugosławii oraz spisek zachodnich “imperialistów”. Odrzuca on pierwsze i ostatnie wyjaśnienie jako nonsens, natomiast w pozostałych dostrzega część prawdy. Trudno się jednak zgodzić z jego poglądem, że konflikty etniczne nie istniały w Jugosławii już wcześniej; przykładem niech będą chociażby wojny bałkańskie na początku XX stulecia, czy okrutne walki Chorwatów z Serbami podczas II wojny. O spisku zachodnich “imperialistów” wolelibyśmy nie wiedzieć, ale zgodzić się trzeba tym razem z poglądem Hoare, że “na losy wojny mocno wpłynęły czynniki zewnętrzne”. Zauważa on, że w budowie federalnego państwa jugosłowiańskiego, a także we wcześniejszej historii Jugosławii, kluczową rolę odegrali Serbowie z dawnych Austro-Węgier – znani jako Serbowie prećani. Stanowili oni “języczek u wagi” pomiędzy Serbami a zachodnimi Jugosłowianami (Chorwatami i Słoweńcami). Ważny był też konflikt wewnętrzny między samymi Serbami, podzielonymi na zwolenników integralnego jugosłowiańskiego nacjonalizmu – z Serbią w roli jugosłowiańskiego Piemontu – i zwolenników Wielkiej Serbii, obejmującej Bośnię i Hercegowinę oraz znaczną część Chorwacji. Politycy serbscy – zarówno reprezentujący Serbów spoza Austro-Węgier, jak i Serbów prećani – narzucili, pisze Hoare, centralistyczną konstytucję nowemu państwu 28 czerwca 1921 roku. Przegłosowali w zgromadzeniu narodowym Chorwatów i Słoweńców, którzy na znak protestu opuścili obrady. To właśnie poparcie prećani umożliwiło z kolei wiele lat później komunistom przyjęcie postanowienia o utworzeniu federacyjnej Jugosławii, wbrew idei Wielkiej Serbii. Serbia utraciła wtedy swą hegemonię, stając się jedynie jedną z sześciu republik (Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Czarnogóra i Macedonia). W granicach Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny pozostali etniczni Serbowie. To właśnie przeciwko tym granicom zbuntowali się Serbowie w latach dziewięćdziesiątych. Hoare przedstawia własną wersję przebiegu wojny partyzanckiej w Jugosławii. Według niego działająca pod komunistycznym przywództwem “partyzantka” (Hoare używa tu cudzysłowia, M.P.) popierana była najsilniej na zachodzie Jugosławii, zwłaszcza w Słowenii, Chorwacji oraz w Bośni i Hercegowinie. A szczególnie mocno przez chorwackich i bośniackich Serbów z powodu ludobójczych prześladowań ze strony chorwackich faszystów (ustaszy), którzy wręcz zmusili ich do oporu. “Jednak ci serbscy partyzanci walczyli pod sztandarami wolnej i suwerennej Chorwacji oraz wolnej i suwerennej Bośni i Hercegowiny w ramach jugosłowiańskiej unii równych sobie państw”, twierdzi Hoare. (Okrutna jest logika tego spostrzeżenia: chorwaccy ustasze mordując Serbów zmusili ich do walki w komunistycznych szeregach o wolną Chorwację w ramach Jugosławi!, M.P.). Ideę Wielkiej Serbii popierał w czasie II wojny światowej reżim serbskiego Quislinga – Milana Nedića i kolaborujący z hitlerowcami serbski ruch czetników ( Hoare, str. 141). Poparcie dla partyzantki Tity we wschodniej (serbskiej) Jugosławii było, zdaniem Hoare, stosunkowo słabe i dlatego pokonanie sił hitlerowskich, Nedića i czetników wymagało tam masowego wsparcia Armii Czerwonej. Szkoda, dodajmy ze swej strony, że nie doczekali się Jugosłowianie otwarcia alianckiego frontu na Bałkanach, o co zabiegał generał Władysław Sikorski. Trudno tu dłużej polemizować z niektórymi tezami artykułu Hoare. Trzeba jednak zauważyć, że o ile nie było marionetkowego państwa serbskiego (istniał kolaboracyjny rząd Milana Nedicia w okupowanej przez III Rzeszę Serbii) na usługach Hitlera czy Mussoliniego, to istniało tak zwane Niezależne Państwo Chorwackie, w którym – jak stwierdził m.in. wysoko postawiony przedstawiciel III Rzeszy Hermann Neubacher - faszyści chorwaccy wymordowali około 750 tysięcy Serbów, od dzieci poczynając na starcach kończąc. (H. Neubacher, Sonderauftrag Sudost bis 1945, Göttingen 1956, s. 31-32. Cytuję za Markiem Waldenbergiem, Rozbicie Jugosławii, Wydawnictwo Naukowe, Scholar, Warszawa, 2005). Nawet jeżeli część Chorwatów miała podstawy, by uważać, że dyskryminowano ich w państwie jugosłowiańskim w okresie międzywojennym, to nie wyjaśnia to rozmiarów tak masowej masakry. Także we wcześniejszej historii Chorwacji i Serbii nie zdarzyło się nic takiego co mogłoby wytłumaczyć skali tej zbrodni. (Chorwaci i Serbowie nie walczyli ze sobą podczas wojen bałkańskich). Podczas II wojny wielu Serbów stało się także ofiarami bośniackich muzułmanów i Albańczyków. Bośniaccy muzułmanie zaś mordowani byli przez (serbskich) czetników generała Dražy Mihajlovicia, który początkowo podporządkowany był jugosłowiańskiemu rządowi emigracyjnemu, ale później reżimowi Nedicia, opowiadającemu się za Wielką Serbią. W Niezależnym Państwie Chorwackim eksterminowano Serbów, muzułmanów, Żydów i Romów. Natomiast reżim Nedicia wraz z czetnikami Mihajlovicia mordował Chorwatów, muzułmanów, Żydów i Romów. Muzułmanie mordowali zarówno Serbów, jak i Chorwatów. Trzeba podziwiać, że po tych krwawych wydarzeniach z okresu okupacji w ogóle możliwe było, w miarę bezkonfliktowe, współżycie tych narodów w jednym państwie, po II wojnie, w drugiej Jugosławii. Ani pierwsza, ani druga Jugosławia nie była jednak państwem stworzonym w sposób sztuczny i utrzymywanym przy życiu w sztuczny sposób, gdyż większość mieszkańców opowiadała się za jej istnieniem. Jugosławia nie przestała istnieć w rezultacie referendum. Do jej dwukrotnego rozpadu potrzebne były wojny (II wojna światowa i ostatnio - wojna domowa). Trzeba też przypomnieć, że idea jugosłowianizmu zrodziła się w XIX wieku przede wszystkim w Chorwacji. Hoare nie dostrzega tu roli Chorwatów, a wśród nich przede wszystkim znaczenia działalności biskupa Strossmayera. Zdaniem profesora Marka Waldenberga, powstaniem pierwszej Jugosławii zainteresowani byli nie tylko Serbowie, ale także, a może przede wszystkim Chorwaci i Słoweńcy, których sytuacja w końcowej fazie I wojny była zupełnie inna niż Serbów. Serbowie walczyli z ogromną determinacją po stronie zwycięskiej Ententy. Żołnierze chorwaccy i słoweńscy walczyli po stronie przegranych Austro-Węgier. Powstanie Jugosławii zapobiegło potraktowaniu Chorwacji i Słowenii przez Ententę jako państw (narodów) pokonanych. Początki współżycia we wspólnym państwie były rzeczywiście trudne, ale trzeba sobie uświadomić, że to Serbowie byli “zwycięzcami” w I wojnie... Powstało państwo scentralizowane, tak jak chcieli Serbowie i z królem z serbskiej dynastii. Chorwaci i Słoweńcy słusznie, ale bezskutecznie opowiadali się za sprawiedliwym państwem federalnym. Hegemonistyczne dążności, silne wśród serbskich elit powodowały napięcia i ostre konflikty. Wśród Serbów pojawiły się nawet opinie, że utworzenie wspólnego państwa z Chorwatami i Słoweńcami było błędem. Dopiero w sierpniu 1939 roku doszło do porozumienia między rządem jugosłowiańskim a politykami chorwackimi. Powstała wówczas autonomiczna Banowina Chorwacka. Było jednak zbyt późno, aby oczekiwać, że wśród wszystkich Chorwatów powstanie poczucie większej więzi z państwem jugosłowiańskim. Jeżeli chodzi o Słowenię, to jej ziemie podzielone zostały w 1941 roku przez Niemcy i Włochy. Ustaszowska Chorwacja skompromitowała separatyzm chorwacki i ideę Wielkiej Chorwacji. Nedić i czetnicy skompromitowali natomiast ideę Wielkiej Serbii. Nacjonalizmy i separatyzmy pokazały swe prawdziwe oblicza. Odbudowę Jugosławii jako państwa federalnego traktowano więc po II wojnie światowej jako coś oczywistego. Partyzanci Tity zwalczali nacjonalistów chorwackich i serbskich, głosili hasła braterstwa narodów Jugosławii, postulowali jej odbudowę jako państwa federalnego. Podobnie jak po I wojnie światowej, Chorwaci znaleźli się znowu po stronie przegranych. Tylko dzięki temu, że tworzyli część Jugosławii uzyskali Istrię, z której wysiedlono Włochów, a także wyspy dalmatyńskie, miasto Zadar i okolice. Szacuje się, że Chorwację i Słowenię opuściło po II wojnie 250 tysięcy Włochów. (Marek Waldenberg, str. 72-73) Z kolei kolaboracja w Serbii reżimu Nedicia i czetników z hitlerowcami skutkowała odrzuceniem przez federalistów jugosłowiańskich (w tym komunistów) serbskich roszczeń wobec Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Macedonii i Czarnogóry. Hoare pisze, że musiano dlatego zrekompensować Serbom te drażliwe kwestie w inny sposób; Belgrad pozostał stolicą Jugosławii, a Wojwodina i Kosowo zostały włączone do Ludowej Republiki Serbskiej jako odrębne całości.(Hoare, s. 142). Federacja jugosłowiańska po II wojnie oparta była na niewłaściwym rozwiązaniu kwestii granic, z czym nie pogodziło się wielu Serbów. Dalszy rozwój wydarzeń to m.in. czystki jakich Tito dokonał w 2. połowie 1966 roku wśród zwolenników prominentnego serbskiego polityka Aleksandra Rankovicia, a w dalszej kolejności serbska rebelia przeciwko titoizmowi, która nabrała przyśpieszenia po śmierci Tity w 1980 roku. Jak pisze Hoare, Serbia zbuntowała się w latach 1987-1990 przeciwko titowskiemu porządkowi wytworzonemu po 1966 roku. Po raz kolejny Serbia zbuntowała się w latach 1990-1992 przeciw titowskiemu porządkowi ustalonemu na drugiej sesji AVNOJ (Antyfaszystowska Rada Ludowego Wyzwolenia Jugosławii) w 1943 r. Na czele tego buntu stanął Serb - Slobodan Miloševic, który przejął władzę 23 września 1987 r. na 8 sesji Komitetu Centralnego SKS (Związek Komunistów Serbii). Upadek jugosłowiańskiej gospodarki sprzyjał odwoływaniu się komunisty Miloševicia do serbskiego nacjonalizmu. Nacjonalizm “królował” także w Słowenii i Chorwacji, gdzie w kwietniu i w maju 1990 roku partie nacjonalistyczne wygrały wybory. Partie te, z którymi serbski reżim nie chciał współistnieć w federacji, a one z nim, zmierzały także do niepodległości swych republik.

 

Żaden z przytoczonych wyżej autorów nie przedstawił wizji dalszego losu narodów bałkańskich. Natomiast stan faktyczny na Bałkanach z perspektywy historycznej w sposób przekonywający przeanalizował Robert D. Kaplan. Z prac jakie ukazywały się od kilku lat na polskim rynku wydawniczym wysnuć można pewne wnioski dotyczące relacji między nacjonalizmem a federalizmem w Jugosławii.

 

II wojna światowa ponownie skłoniła narody jugosłowiańskie do jedności w ramach federacji (mimo wcześniejszych rzezi etnicznych). Takiemu rozwiązaniu sprzyjały w regionie co najmniej 4 czynniki:

 

1.Klęska faszystowskich Niemiec i Włoch 2.Kompromitacja współpracujących z faszyzmem lub wręcz z nim się utożsamiających nacjonalizmów (chorwackiego, serbskiego, słoweńskiego i albańskiego) 3.Wsparcie dla idei federalizmu ze strony króla i jugosłowiańskiego rządu emigracyjnego w Londynie oraz jugosłowiańskich komunistów 4.Poparcie na rzecz powstania federalnej Jugosławii ze strony zwycięskich mocarstw, a szczególnie ze strony Wielkiej Brytanii.

 

Natomiast rozbiciu Jugosławii w latach 1991 - 2004, sprzyjały m.in. następujące czynniki:

 

1.Niedoskonałości, wśród nich niesprawna gospodarka i wręcz kompromitacja federalizmu w wydaniu Tity. 2.Wady te sprzyjały nawrotowi postaw i nastrojów nacjonalistycznych wśród narodów wchodzących w skład Jugosławii. Tym razem rzezie etniczne przyśpieszyły rozpad federacji. 3.Klęska komunizmu w Związku Radzieckim i w Środkowej Europie spowodowana m.in. niewydolnością ekonomiczną systemu. 4.Tak zwana polityka niezaangażowania socjalistycznej Jugosławii (można przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że umocowanie powojennej Jugosławii od samego początku w strukturach zachodnich, osłabiło by wrogość z jaką socjalistyczna federacyjna Jugosławia spotykała się ze strony powracających na scenę polityczną Niemiec, Włoch i Austrii). Nieprzychylność Watykanu również odegrała tu istotną rolę, szczególnie jeśli chodzi o politykę wokół Chorwacji. 5.Utrata początkowego poparcia dla federacyjnej Jugosławii ze strony USA i Wielkiej Brytanii.

 

Klęska federalizmu w wydaniu jugosłowiańskim nie świadczy jednak wcale o tym, że jedyną skłonnością narodów na Bałkanach, czy w innym środkowoeuropejskim regionie, jest wyłącznie dążenie do organizowania się w państwach narodowych. Federacyjna Jugosławia po I wojnie światowej powstała w rezultacie klęski Niemiec i Austro-Węgier, a po II wojnie światowej w rezultacie klęski Niemiec, Włoch i ich sojuszników, także tych bałkańskich. Po II wojnie światowej Niemcy stały się bardzo ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i całego Zachodu w rozgrywce ze Związkiem Radzieckim. Jeżeli Zachód uznał w pewnym momencie, że państwa narodowe na Bałkanach odpowiadają życzeniom tych narodów, to praktyka polityczna jaką wobec regionu zastosowano nie do końca była konsekwentna, czego przykładem jest np. powołanie wielonarodowej Bośni i Hercegowiny. Przy bardzo dużej dozie optymizmu można liczyć na to, że wielonarodowa BiH stanie się w przyszłości modelowym przykładem współpracy międzyetnicznej dla całych Bałkanów. Czego oczywiście zupełnie wykluczyć się nie da. Uparcie powracać będzie przy tym pytanie, w jakim stopniu i jak długo pamięć o rzeziach etnicznych ciążyć będzie w przyszłości na współpracy narodów byłej Jugosławii. Dotyczy to szczególnie relacji chorwacko-serbskich, a także bardzo szeroko rozumianych relacji muzułmańsko-chrześcijańskich na całych Bałkanach, nie tylko w byłej Jugosławii. Sformułowanie tego pytania jest łatwiejsze niż udzielenie na nie odpowiedzi. Założyć przy tym trzeba, że w dość niejasnej co prawda perspektywie, wszystkie narody “jugosłowiańskie” znajdą się w Unii Europejskiej. Niezależnie od zaszłości historycznych, niezwykle zresztą ważnych, przyszłość relacji między narodami i grupami etnicznymi na Bałkanach zależeć będzie przede wszystkim od kwestii ekonomicznych. Podobnie jak w wielu innych krajach europejskich, na Bałkanach widoczny jest wzrost poparcia dla skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych partii. Na szczęście, jak się wydaje, przerażające bezrobocie w tym regionie nie przekłada się jeszcze na poziom niepokojów społecznych. Być może hamulcem jest tu pamięć o okropnościach II wojny i ostatniej wojny domowej towarzyszącej rozpadowi Jugosławii. Podobnie hamująco na radykalizacje postaw społecznych mają prawdopodobnie w pogrążonej w kryzysie Grecji zarówno wspomnienia o II wojnie, jak i tradycyjna obawa przed zagrożeniem ze strony Turcji. Należy sądzić że wszelkie ewentualne konflikty narodowościowe w krajach bałkańskich należących już do Unii Europejskiej nie będą miały charakteru wojny międzynarodowej, lecz będą sprawą wewnętrzną Unii. Niemniej jednak mogą stanowić zagrożenie dla międzynarodowego bezpieczeństwa. Można mieć nadzieję, że Unia Europejska jako całość wyjdzie wzmocniona z aktualnego kryzysu poprzez pewną centralizację władzy politycznej i gospodarczej zarówno w Unii, jak i w Europejskim Banku Centralnym. Rodzi się pytanie czy ta centralizacja władzy nie spowoduje deficytu demokracji i nie nasili separatystycznego nacjonalizmu na Bałkanach. W tych okolicznościach obroną zarówno przed skrajnymi nacjonalizmami, jak zbytnim centralizmem z Brukseli byłyby, w interesie tych narodów, jakieś formy współpracy regionalnej. Myślę tu np. o bloku współpracujących ze sobą państw w ramach Unii Europejskiej. Proponowanie bowiem ponownego sfederalizowania regionu byłoby, na tym przynajmniej etapie, nierealne zarówno z uwagi na krwawe zaszłości historyczne, jak i na wątpliwości, czy społeczność międzynarodowa byłaby skłonna propozycję federacji zaakceptować. Powstanie na Bałkanach bloku współpracujących ze sobą państw byłoby pożyteczne nie tylko dla regionu, ale także z korzyścią dla sprawnego funkcjonowania Unii Europejskiej. W dalszej przyszłości może się okazać realną, rzecz obecnie mało wyobrażalna; w obawie przed fundamentalizmem islamskim powstanie przyjazne porozumienie chorwacko-serbskie (albo jakaś forma “zawieszenia broni”), przy równoczesnym sojuszu wszystkich prawosławnych państw na Bałkanach. Najmniejsza obawa (nawet wyolbrzymiona) przed potencjalnym zagrożeniem ze strony fundamentalistycznego islamu czy ze strony przyszłej Wielkiej Albanii, spowodować może na Bałkanach powrót do koncepcji federalistycznych. Możemy mieć do czynienia z następującym mechanizmem: obawa przed zagrożeniem zewnętrznym spowoduje wśród skłóconych dotąd bałkańskich narodów o chrześcijańskiej tradycji wzrost umiarkowanych i skłonnych do negocjacji postaw, a to z kolei nawrót do idei federalistycznych. Dobrze, aby te przyszłe ewentualne procesy kształtujące nową świadomość narodów bałkańskich nie miały ani antyzachodniego, ani antyislamskiego ostrza i aby możliwie wszystkie państwa bałkańskie, tworząc nowe formy współpracy znalazły już wcześniej swe miejsce w Unii Europejskiej. Przypomniane zostaną być może jeszcze kiedyś słowa Aleksa Dżilasa, syna Milovana Dżilasa, wypowiedziane w 1995 roku: “Jugosławia i jugosławizm były najlepszym wyrazem federalizmu europejskiego. Pierwsza i druga Jugosławia były trzonem stabilizacji bałkańskiej Stanowiły one sól w oku przeciwników tej mapy politycznej, którą ustanowiono w Wersalu. Można twierdzić, że były to najlepsze lata w historii południowych Słowian. Aczkolwiek kraje te borykały się z wieloma trudnościami, zapewniały pokój i postęp cywilizacyjny w regionie w szerokim tego słowa znaczeniu”. (cytat za Markiem Waldenbergiem, str. 479). Zdaniem prof. Waldenberga, jednym z celów polityki amerykańskiej w Jugosławii było utworzenie na Bałkanach uzależnionego od USA silnego bloku muzułmańskiego od Bośni po Albanię, mającego stanowić przeciwwagę dla fundamentalizmu islamskiego. Zdecydowane wsparcie kosowskich Albańczyków miało poprawić obraz USA w krajach muzułmańskich. Nie wydaje się jednak, aby w krajach muzułmańskich nastąpił w rezultacie tej polityki wzrost nastrojów proamerykańskich. Niezwykle wątpliwa i ryzykowna byłaby też kalkulacja, że przyszła Wielka Albania będzie pamiętać o wkładzie Zachodu w jej powstanie. Nie do końca, jak się wydaje, zamierzone są też skutki stworzenia Bośni i Hercegowiny i amerykańskiego poparcia dla bośniackich muzułmanów. Nie jest nim chyba, sygnalizowane niekiedy, zagnieżdżenie się fundamentalizmu islamskiego w Bośni i na znacznej części Bałkanów. Chyba, że chodziło o powstanie “laboratorium” naukowego, w którym można studiować przejawy skrajnego islamu z pożytkiem dla walki z terroryzmem na Bliskim Wschodzie. Jeżeli przyjąć jednak – mimo wszystko - wariant optymistyczny to laboratorium w Bośni i Hercegowinie wypracować może model przyszłej współpracy międzyetnicznej dla całych Bałkanów. Dalszy brak stabilności na Bałkanach oznaczałby w najlepszym razie stałe zakotwiczenie misji pokojowych NATO oraz UE w tym regionie. Z tym, że Amerykanie (a wraz z nimi NATO?, G. Friedman wieszczy spadek znaczenia Sojuszu) mogą w pewnym momencie stracić zainteresowanie regionem, a dla Europejczyków pozostanie ewentualny kłopot ze skrajnym islamem. Co prawda przebywać tam jednak nadal będą siły europejskie. Nie wpadając w zbytni pesymizm, odnotować należy także pozytywy: Albania do NATO już należy, a priorytetem Kosowa jest wejście do NATO oraz do UE i partnerstwo strategiczne z USA. O ile mało prawdopodobne w chwili obecnej jest przystąpienie Serbii do NATO, to bardzo cieszy niedawne zbliżenie między Serbią a Kosowem, które umożliwi przyjęcie Serbii do Unii Europejskiej. Porozumienie serbsko-kosowskie nie oznacza uznania przez Serbię niepodległości Kosowa, ale zapewnia autonomię kosowskim Serbom. W przyszłości nie można też zupełnie wykluczyć współpracy amerykańsko-rosyjskiej w zakresie zwalczania na Bałkanach terroryzmu, u którego źródeł leży fundamentalizm islamski, jeśli takie zjawisko się pojawi.

4. Prognozy George'a Friedmana (we fragmentach dotyczących pośrednio lub bezpośrednio Bałkanów)

 

Z lektury analiz poświęconych Bałkanom wyłania się obraz regionu, w którym w każdej chwili nastąpić może chaos. Ostatnie wydarzenia w regionie (Grecja, Bułgaria, a także Cypr!) to potwierdzają i świadczą o niestabilności gospodarczej i społecznej. Do przyjrzenia się aktualnemu stanowi spraw w regionie (mamy rok 2013) i przedstawienia go światowej opinii publicznej potrzebny byłby zapewne zmysł obserwacyjny i wiedza R. D. Kaplana oraz połączenie w analizie historii z teraźniejszością. Z teraźniejszością z jaką mamy do czynienia po wydarzeniach, które towarzyszyły rozbiciu Jugosławii i procesowi transformacji na Bałkanach. Na podobnych, jak Kaplana, historycznych analizach opiera się prawdopodobnie praca Stratforu, amerykańskiej prywatnej agencji wywiadowczej. Z tym, że Friedman, szef Stratforu, w swych prognozach dla świata na następne 100 lat wydaje się polegać jednak bardziej na samych analizach historycznych niż na ocenie aktualnej sytuacji. W swej pracy przyjmuje założenie, że “bieg historii określają pewne czynniki, tak jak teren, przez który płynie rzeka, wpływa na formę jej koryta”. (Vasko Kohlmayer, FrontPageMagazine. Com, 5 lutego 2009) W kontekście Bałkanów, warto zwrócić uwagę, że według George'a Friedmanaxxx/ wojna Stanów z islamistami już się kończy i dojrzewa następny konflikt, z Rosją, która odtwarza swą strefę wpływów. Ta strefa ma być wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych: Rosjanie w obecnej dekadzie “ruszą” na zachód, na wielką Nizinę Środkowoeuropejską. W tym scenariuszu do gorącej wojny jednak nie dojdzie. Stany Zjednoczone, uważa Friedman, nie muszą wygrywać wojen. Wystarczy, jeśli nie dopuszczą do tego, by druga strona zbudowała potęgę, która mogłaby rzucić im wyzwanie. Wielką rolę w tej amerykańskiej strategii odgrywać ma Turcja, członek NATO, Turcja jako oaza stabilizacji wśród chaosu. A Bałkany, które nas tutaj interesują oraz Kaukaz i świat arabski na południu są niestabilne. Zgodnie z tym rozumowaniem niedawna interwencja na Bałkanach miała na celu zastopowanie prorosyjskiej Serbii w jej dążeniu do hegemonii na Bałkanach. Strategią Rosji jest tworzenie głębokich stref buforowych wzdłuż Niziny Środkowoeuropejskiej. Na Bałkanach Rosja próbować może pozyskać znaczących sojuszników, takich jak Serbia, Bułgaria i Grecja. Friedman prognozuje, że niezależnie od tego co zrobi reszta Europy, Polska, Republika Czeska, Węgry i Rumunia odrzucać będą rosyjskie awanse i zawrą każdy układ, jakiego zażądają Stany Zjednoczone, byle zyskać ich poparcie. “Około roku 2015 wyłoni się nowy blok państw, przede wszystkim dawnych satelitów sowieckich sprzymierzonych z krajami bałtyckimi”, znacznie bardziej energiczny niż państwa Europy Zachodniej. (George Friedman, Następne Sto Lat, Prognoza na XXI wiek, AMF, Warszawa 2009) Str. 137-138) Blokowi temu udzielą poparcia Stany Zjednoczone. Niechęć niektórych członków NATO do uczestniczenia we wspólnej obronie przed Rosją oznaczać będzie konieczność podjęcia działań poza strukturami NATO. Sam Sojusz przestanie istnieć w jakiejkolwiek znaczącej formie. Rosjanie wchłoną prawdopodobnie Mołdawię. Według tego scenariusza upadek Rosji, z przyczyn przede wszystkim wewnętrznych, nastąpić ma na początku lat dwudziestych. W jej upadku istotną rolę odegra Turcja, która napierać będzie na Kaukazie. Rosja broniąc się, będzie dzielić sąsiadów i manipulować nimi. Turcję-stwierdza Friedman-należy “traktować poważnie”, jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, jest największą regionalną potęgą gospodarczą i nie stanowi zagrożenia dla amerykańskich interesów. W miarę wzrostu znaczenia Turcji, rosnąć będą też jej wpływy. Także na Bałkanach. Turcja ponownie stanie się światową potęgą. “Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji. Nie są też zainteresowane wygraniem wojny. Celem tych konfliktów jest po prostu powstrzymanie innej potęgi lub destabilizacja regionu, a nie zaprowadzenie porządku. W odpowiednim czasie nawet zdecydowana amerykańska klęska jest do zaakceptowania”. Te zasady pozostaną, zdaniem Friedmana, myślą przewodnią amerykańskiej polityki zagranicznej w XXI wieku. (George Friedman, str.62) Nie wszyscy zgadzają się jednak z Friedmanem, że to Rosja, a nie Chiny będą głównym adwersarzem Stanów na arenie międzynarodowej. Większość analityków uważa, że taką rolę już teraz odgrywają Chiny Ludowe. Na słuszność tej ostatniej tezy wskazują aktualne wydarzenia na Pacyfiku. Jeżeli nie Rosja, a Chiny będą pełnić rolę konkurenta Stanów, to prognoza Friedmana dotycząca sytuacji na Bałkanach i w Europie Środkowej okazać się może nie do końca trafna. Przyjęcie przez USA “do realizacji”scenariusza Friedmana oznaczać może dla Ameryki przysłowiową “wojnę na dwa fronty”; z Rosja i Chinami. Nie musi to być “gorąca” wojna, niemniej wojna na dwa fronty nikomu na zdrowie nie wyszła. Przy czym Rosja, przy spadających cenach jej surowców (paliw) nie będzie miała wystarczających środków finansowych, aby prowadzić swą tradycyjną politykę na Bałkanach. Wydarzenia mogły by się potoczyć nieco inaczej, gdyby Rosja i Chiny połączyły na Bałkanach swe siły, lub gdyby ich polityka w tym regionie uzupełniała się. Tak już było w jakimś stopniu dwukrotnie, ostatnio podczas niedawnej interwencji Zachodu na Bałkanach, kiedy to sympatia obu państw była po stronie Federacyjnej Jugosławii i Serbii. Nie na wiele się to co prawda wówczas zdało. Połączenie wysiłków rosyjskich i chińskich na Bałkanach jest jednak mało prawdopodobne. Chińczycy są zbyt ostrożni, zresztą na Bałkanach dobrze sobie radzą sami, bez rosyjskiej pomocy. Broniąc jednak swych interesów na Pacyfiku, Chiny mogą dorzucić do bałkańskiego ognia nieco oliwy, utrudniając Stanom (i przy okazji całemu Zachodowi sytuację). W swej geopolitycznej analizie Friedman wydaje się też nie doceniać roli Unii Europejskiej (a w niej Niemiec i Francji) nie tylko na Bałkanach i Europie Środkowej, ale i w całym świecie. Unia Europejska – miejmy taką nadzieję - nie przestanie interesować się Bałkanami. Friedman ma natomiast rację w dość istotnej jednak sprawie, jaką jest już w tej chwili rola Turcji w regionie. Stany Zjednoczone powierzyły Turcji rolę strażnika swych interesów na Bliskim Wschodzie oraz na Bałkanach. Sytuacja w krajach arabskich jest już na tyle, używając terminologii Friedmana, zdestabilizowana, że Turcja podoła temu zadaniu. Spełni także swą rolę straszaka wobec Rosji. Nieciekawie więc przedstawiać się może najbliższa prognoza dla Bałkanów, gdzie przy silnej bez wątpienia Turcji, grozić może nawrót “upiorów” i najgorszych scenariuszy z przeszłości. Tak przynajmniej zrozumieć mogą swą sytuację prawosławne narody na Bałkanach (w pierwszej kolejności Grecja). Chorwacja i Słowenia zagrożenia prawdopodobnie od razu nie dostrzegą, jeżeli dostrzegą go w ogóle. Ich reakcja może być spóźniona. Grecja, Bułgaria i Rumunia należą co prawda do Unii Europejskiej i do NATO, ale ich trudności gospodarcze i sytuacja wewnętrzna sprawi, że ich pozycja na Bałkanach będzie mało znacząca. Wzrost niekontrolowanych nastrojów nacjonalistycznych w tych krajach, podsycany dodatkowo z różnych kierunków z zewnątrz, powodować może dalszą destabilizację całego regionu. Destabilizacja regionu na pewno nie jest w interesie Unii Europejskiej i na dobrą sprawę nie powinna leżeć w niczyim interesie. Przy wszystkich zaszłościach i różnicach między państwami bałkańskimi, w momencie ewentualnego zagrożenia powinny one, w tym przypadku nawet przy zachęcie ze strony UE, ponownie dążyć do stworzenia jakiejś formy ścisłej regionalnej współpracy. Regionalna współpraca leży obecnie, jak zresztą zawsze, w narodowym interesie każdego kraju bałkańskiego. Współpraca ta powinna łagodzić, a nie podsycać stare antagonizmy narodowe i etniczne. Bułgaria i Rumunia ciążą od kilku lat ku Grupie Wyszehradzkiej. Odnotować tu trzeba wysiłki Grupy Wyszehradzkiej i całej Unii Europejskiej na rzecz pogłębienia współpracy wśród państw Zachodnich Bałkanów (Chorwacja, Czarnogóra, Macedonia, Serbia, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo). Czy inne kraje bałkańskie podążą w tym samym kierunku co Bułgaria i Rumunia, które już współpracują z Grupą Wyszehradzka, czy też znajdą dla siebie inne formy współpracy regionalnej? Chodzi o Grecję i skłóconą z nią Macedonię oraz Serbię. Z wysiłkami UE w Bałkanach Zachodnich konkuruje w sposób naturalny Turcja. Albania i Kosowo (a w przyszłości ewentualnie Wielka Albania) oraz Bośnia i Hercegowina znajdują się już w orbicie kulturalnych i dyplomatycznych wpływów Turcji, która równocześnie intensywnie inwestuje w Chorwacji, Czarnogórze i Serbii. Przyszłość Bośni i Hercegowiny, z uwagi na skłócenie zamieszkałych tam Serbów, Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków wydaje się być dość niepewna. Ogólnie rzecz biorąc sytuacja na Bałkanach okazać się może permanentnie niestabilna i jakby stworzona dla pretekstu do militarnych interwencji z zewnątrz. Jednak Bałkany – w przeszłości symbol podziałów i krwawych konfliktów - powinny dla dobra Europy i świata rozwijać się w pokoju. Procesowi łagodzenia sytuacji na Bałkanach powinna patronować Unia Europejska, przyjmując do swego grona poszczególne państwa i, o ile to możliwe, sprzyjać w regionie tendencjom do współpracy. Rozwiązaniem, które ułatwiło by integrację państw bałkańskich z Unią Europejską mogło być, być może, uczynienie ich w przeszłości państwami jednolitymi narodowo poprzez przesiedlenia ludności, podobnie jak czynili to w Europie alianci po II wojnie światowej. Na to jednak jest już za późno i nie o to zapewne chodziło przy ustalaniu obecnego kształtu Bałkanów podczas rozpadu Jugosławii. Nie wiadomo też do końca czy przesiedlenia ludności na Bałkanach, biorąc pod uwagę specyfikę regionu, były w ogóle możliwe do przeprowadzenia. Niewątpliwie w odczuciu wielu ludzi, których one by dotknęły, przesiedlenia byłyby dalszym ciągiem cierpień i niesprawiedliwości.

Wydawałoby się, że państwo narodowe straciło w jednoczącej się Europie sens, ale dzisiaj w ramach Unii przypominają o sobie narody, które też chciałyby mieć swe własne państwa, np. Szkoci, Walijczycy, Katalończycy, ale nie tylko oni. Nie musi to oznaczać końca Unii Europejskiej. Narody te (państwa?) istnieć przecież mogą nadal w tym związku, jakim jest Unia Europejska, i czuć się bezpiecznie, zwłaszcza, że stanowi on wspólny obszar celny. Gorzej jeśli te niewielkie narodowe państwa będą chciały odbudować własne granice celne, by uratować swą produkcję przed konkurencją. I w tym przypadku jednak nie będzie to koniec Unii, bo większość narodów i państw w niej pozostanie. W każdym razie w Europie będziemy mieli do czynienia (a może już mamy?) z procesami sprzecznymi: odśrodkowymi i dośrodkowymi. W tych procesach wezmą prawdopodobnie także udział nowe, regionalne federacje (lub ściśle współpracujące ze sobą kraje, np. na Bałkanach). Regionalne trendy do ścisłej współpracy nie osłabią Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie - wzmocnią Unię, łagodząc podziały i skłonności odśrodkowe. Regionalna współpraca już od dawna dobrze się w Europie sprawdza, czego przykładem jest Benelux, państwa skandynawskie i Grupa Wyszehradzka (przy wszystkich różnicach między tymi ugrupowaniami).

 

Friedman przewiduje dla Bałkanów w latach dwudziestych następujący scenariusz: Bałkany będą niestabilne. Sytuację w tym regionie zaostrzy konfrontacja amerykańsko-rosyjska. Rosja nie sprosta temu wezwaniu i zetrze się z wrogo nastawionymi Węgrami i Rumunami. Rosjanie za pośrednictwem krajów arabskich pracować będą nad powstrzymaniem Turcji. Podejmą próbę powstrzymania Węgier i Rumunii, zwracając przeciwko nim Bułgarię i Serbię. Rosjanie niewiele wskórają. Kiedy jednak Grecja, Chorwacja, Macedonia, Bośnia i Czarnogóra zostaną wciągnięte w konflikty, region pogrąży się ponownie w chaosie. Turcja, w jeszcze większym stopniu niż Japonia, odegra istotną rolę w konfrontacji z Rosjanami. Rosjanie będą chcieli zapewnić sobie dostęp do cieśniny Bosfor i do Morza Śródziemnego w celu przeciwstawienia się Amerykanom na Bałkanach. Turcja, która będzie Bosforu bronić utrzyma sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i stanie się elementem antyrosyjskiej strategii Ameryki. Stany zachęcać będą Turcję, by parła na północ, w głąb Kaukazu, jak również umacniała swe wpływy na muzułmańskich obszarach Bałkanów oraz w państwach arabskich na południu. Aby powstrzymać Rosję na Morzu Czarnym Stany pomogą Turcji rozbudować jej potencjał militarny – morski, powietrzny i kosmiczny. Kiedy Rosja upadnie, Turcja w całym regionie zaznaczy swą obecność gospodarczą i militarną. Turcja będzie sięgać nie tylko w głąb Kaukazu, lecz także na północny zachód (Bałkany) i na południe. Dopiero pod koniec trzeciej dekady stosunki amerykańsko-tureckie zaczną się stopniowo ochładzać. Zmieni się tureckie spojrzenie na Stany, które postrzegane będą jako zagrożenie dla tureckich interesów narodowych. Turcja może z państwa dotąd świeckiego stać się państwem religijnym, a kraje arabskie zapomną o złych wspomnieniach w relacjach z Turcją i przyłączą się do niej w tworzeniu potężnego państwa islamskiego, które rozpocznie reorganizację świata arabskiego oraz wschodniej części basenu śródziemnomorskiego. Najbardziej entuzjastycznymi uczestnikami amerykańskiej konfrontacji z Rosją będą dawni sowieccy satelici, zwłaszcza Polska i jej koalicja, której Friedman w swym scenariuszu wyznacza parcie na wschód, w głąb Białorusi i Ukrainy. W następstwie upadku Rosji, amerykańskie zainteresowanie Europą może się zmniejszyć, co pozornie otworzy drzwi do umocnienia francusko-niemieckiej potęgi. Pozornie, bo w miarę zaostrzania się amerykańskich stosunków z Turcją i Japonią, Stany ponownie zainteresują się Europą i to prawdopodobnie wystarczy, żeby zahamować odradzanie się niemieckiej i francuskiej potęgi. (George Friedman, str. 168-175)

 

Scenariusz Friedmana jest bardzo niepokojący. Przewiduje on rozpad świata transatlantyckiego, a na to się w najbliższych dziesięcioleciach raczej nie zanosi. Bałkanom w latach trzydziestych, według scenariusza Friedmana, grozi kolejny kataklizm; próba wyparcia z Bałkanów Turcji, co zapewne nie przebiegało by w sposób “aksamitny”.Taki scenariusz bałkański nie leży ani w interesie Unii Europejskiej, ani Stanów Zjednoczonych, ani tym bardziej w interesie zróżnicowanych etnicznie i religijnie Bałkanów. Prognozy Friedmana, miejmy nadzieję, się nie sprawdzą. (Jakkolwiek nam Polakom może pochlebiać sugestia, że nad Wisłą według niego powstanie wielkie mocarstwo). Nie wszyscy Amerykanie te prognozy podzielają, a i w Unii Europejskiej nastroje są w sumie proamerykańskie i takie chyba pozostaną. Niedawnym przykładem na poparcie tej tezy może być treść komunikatu prasowego prezydencji polskiej w Grupie Wyszehradzkiej po spotkaniu w Warszawie premierów Grupy (V4) oraz prezydenta Republiki Francuskiej i kanclerz Niemiec (Warszawa, dnia 6 marca 2013, Internet). Pesymistycznym analizom Friedmana przeczą zdecydowanie ustalenia przyjęte na tym spotkaniu. Podkreślono na nim właśnie znaczenie poprawy i zacieśnienia relacji handlowych Unii Europejskiej z jej partnerami strategicznymi, takimi jak Stany Zjednoczone czy Japonia, jak również postępów w relacjach z państwami Partnerstwa Wschodniego. Postępy w stosunkach Unii i Grupy Wyszehradzkiej z państwami na wschód od Polski oznaczają – wbrew prognozom Friedmana – relacje pokojowe, a nie wojnę, nawet zimną. Ustalenia przewidują ponadto wzmocnienie wspólnej polityki bezpieczeństwa Unii Europejskiej (WPBiO) przy równoczesnej współpracy z NATO. Uczestnicy spotkania wyrazili nadzieję, że bliższa współpraca w zakresie obrony pomoże urzeczywistnić wizję “NATO 2020” - mamy więc tu pozytywną projekcję na lata dwudzieste dotyczącą także Sojuszu! Wszystko to jest niezgodne z wizją Friedmana. Potwierdzono przy tym konieczność skoncentrowania się w unijnych siłach zbrojnych na działaniach, jakie również NATO podejmuje - w zakresie interoperacyjności. Z kolei w uznaniu znaczenia jakie mają Grupy Bojowe UE oraz utworzenie pozostającej obecnie w gotowości Weimarskiej Grupy Bojowej, uczestnicy spotkania wyrazili przekonanie, że należy zwiększyć ich zastosowanie oraz kontynuować ich rozwój. Z uznaniem przyjęto też plany utworzenia Wyszehradzkiej Grupy Bojowej do 2016 roku.

 

 

5. Scenariusz dla Bałkanów może być jednak pomyślny

 

Załóżmy więc w wariancie optymistycznym, że państwa spoza Bałkanów nie będą wygrywać jednych narodów bałkańskich przeciwko drugim i nie będą w ogóle mieszać nadal w kotle bałkańskim. Wszystkie kraje bałkańskie (łącznie z Albanią i Kosowem, albo z Wielką Albanią) znajdą się w Unii Europejskiej. Islam na Bałkanach, wzorem Turcji, okaże się być skłonny do zaakceptowania podstawowych europejskich wartości i reguł. Natomiast chrześcijanie na Bałkanach nie mają co prawda swych “dywizji”, ale w obliczu jednoczenia się muzułmanów w jednym państwie, a nawet możliwego zagrożenia fundamentalistycznym islamem, będą zmuszeni dojść między sobą do porozumienia. W najbliższym czasie dojdzie do pojednania między Rzymem a Konstantynopolem i między katolicyzmem a całym prawosławiem. W tym porozumieniu w szczególny sposób potraktowane zostać muszą sprawy bałkańskie. Warunkiem sukcesu Bałkanów będzie m.in. wzrost w tym regionie dobrobytu i odmowa ze strony Zachodu oraz Turcji poparcia dla skrajnie prawicowych i fundamentalistycznie religijnych partii. Skrajny nacjonalizm jest wszędzie wrogiem współpracy między narodami. Mądry patriotyzm jest w tej współpracy niezbędny. Oprócz dialogu katolicyzmu z prawosławiem, Bałkany (a może cały Zachód ?) potrzebują dialogu z islamem. Na Bałkanach islam z Zachodem i Zachód z islamem powinni nauczyć się współistnieć. Odrębności narodowe i etniczne nie powinny pokrywać się z religią. Czy Serbami nie mogą być w przyszłości także katolicy i muzułmanie? A Chorwatami prawosławni i muzułmanie? W Polsce jest to możliwe. Okazuje się, że w Albanii też. I nie chodzi tylko o znany, historyczny już, przykład Marii Teresy. Katolicy i prawosławni mogą być we współczesnej Albanii nie tylko albańskimi obywatelami, ale uważać się za Albańczyków i być uważanymi za Albańczyków przez swych współobywateli. Zjawisko to - pozytywne tym razem - wynika zapewne z historii tego kraju. W Albanii zarówno prawosławni, jak i katolicy mogą obecnie bez przeszkód wyznawać swą religię. Ten fakt i to zjawisko przysporzy temu krajowi wiele sympatii we współczesnym zróżnicowanym świecie.

 

Dość optymistyczną wizję dla Bałkanów można wywnioskować z globalnej koncepcji Zbigniewa Brzezińskiego, mimo, że pozornie, podobnie zresztą jak Friedman, sprawom bałkańskim nie poświęca on wiele uwagi. W książce pt. “Strategiczna wizja”, napisanej na początku 2011 roku, a w Polsce wydanej w roku bieżącym, kreśli on globalną prognozę dla Stanów Zjednoczonych i świata po roku 2025. O ile Friedman zakłada utrzymanie przez USA przywództwa w całym świecie, to scenariusz Brzezińskiego dla Stanów jest skromniejszy i kładzie nacisk na zapewnienie przywództwa amerykańskiego wyłącznie w świecie zachodnim i utrzymanie w ten sposób przywództwa całego Zachodu na świecie. Sama Ameryka znajduje się w kryzysie, przyznaje Brzeziński. W jego koncepcji, atlantycki Zachód poszerzony jest o Turcję (co już ma miejsce poprzez NATO), a w dalszej kolejności o Rosję, która wejdzie do NATO i Unii Europejskiej. Tak powiększony Zachód korzystał będzie z bogactw naturalnych Azji Środkowej i Rosji. Książka Brzezińskiego wymagałaby oczywiście oddzielnego omówienia, tutaj pozostać należy na stwierdzeniu, że jego wizja obszaru od Vancouver do Władywostoku, wspólnoty zachodniej poszerzonej o Turcję i Rosję, wydaje się być dla Bałkanów (i dla Polski!) bardzie korzystna niż prognoza Friedmana. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013). Rosja, Turcja i Zachód przestaną wreszcie być na Bałkanach rywalami. Turcja, pisze Brzeziński, posiada regionalne ambicje, które trzeba wziąć pod uwagę. Jeśli Turcja nie znajdzie się w “szerokiej” Europie, to zamiast bronić Europy przed zagrożeniami z Bliskiego Wschodu, mogłaby przenieść te zagrożenia przez Bałkany do Europy. USA obawiają się oddzielnego projektu rosyjsko-europejskiego (na to zwraca uwagę także Friedman, pisząc o groźbie ewentualnego zbliżenia niemiecko-rosyjskiego), który pomijał by Stany Zjednoczone. Oznaczało by to bowiem osłabienie NATO. (Z kolei Friedman uważa, że NATO przestanie istnieć, a Amerykanie opierać się będą w Europie Środkowej na Polsce i jej sojusznikach). Jedynie sprzymierzona ze Stanami Europa - uważa Brzeziński - może z ufnością otworzyć się na wschód i przyjąć Rosję “w ramy historycznie wiążącej relacji”. Bliższe relacje Rosji z Europą (UE i NATO), a bardziej ogólnie ze Stanami, mogłyby zostać przyśpieszone dzięki zaakceptowaniu przez Rosję niepodległości Ukrainy. Nawet bez formalnego członkostwa Rosji w UE, geopolityczna wspólnota interesów pomiędzy USA, Europą i Rosją doprowadzić mogłaby do powstania formalnych struktur służących konsultacji w kwestiach wspólnej polityki. (Brzeziński, str. 207) USA, uważa Brzeziński, muszą zachęcać UE do głębszego zjednoczenia oraz gwarantować jej geopolityczne znaczenie poprzez dalszy udział w zapewnieniu Europie bezpieczeństwa. Ważne jest to, że w przeciwieństwie do Friedmana, Brzeziński stara się nie przeciwstawiać Unii Europejskiej Stanom i zakłada ścisłą współpracę między Unią a USA. Taka współpraca dla Bałkanów (i nie tylko) będzie - moim zdaniem - bardzo korzystna. Podobnie jak w przypadku pojednania polsko-niemieckiego, Brzeziński wielką wagę przywiązuje do pojednania polsko – rosyjskiego, które powinno przyczynić się do zwiększenia stabilności w Europie. W tym procesie konstruktywną rolę odegrać może, uważa Brzeziński, francusko-niemiecko-polski Trójkąt Weimarski, co przekonało by Rosję, że ów proces ma szerszy, ogólnoeuropejski wymiar.(Brzeziński, str.251-252)

Odnośnie spraw bałkańskich, powiedzieć trzeba, że niezależnie od omawiania ich na forum Grupy Wyszehradzkiej (co dotyczy już np. Bałkanów Zachodnich), właściwym miejscem dyskusji powinna być Grupa Weimarska, w której brała by udział Polska wraz z pozostałymi krajami Wyszehradu (plus Bułgaria, Rumunia, ewentualnie jeszcze inne kraje bałkańskie). Równoległym kanałem powinny być, jak dotąd w wielu sprawach, konsultacje polsko-amerykańskie.

 

Friedman i Brzeziński przestawiają dwie, prawie zupełnie odmienne, wizje strategiczne dla świata. W obydwu prognozach ważną rolę pełnią Turcja i Polska. Nie są to jednak jedyni w Stanach Zjednoczonych wizjonerzy. Prognozowaniem przyszłości zajmuje się w USA (podobnie jak w innych krajach) wiele ośrodków. Pamiętać przy tym należy, że wizjonerzy są (lub mogą się stać) równocześnie kreatorami polityki zagranicznej, stąd ich prognoz nie należy lekceważyć.

 

Wbrew temu co pisze Friedman, wojna z islamistami jeszcze się nie zakończyła. Potrzebny jest globalny dialog ze światem islamu. W tej wojnie i w dialogu Rosja chce być po stronie Zachodu. Może być sojusznikiem Zachodu w tej sprawie wcale nie gorszym niż Turcja. Zauważyć przy tym trzeba, że upadek NATO, co przewiduje Friedman, oznaczałby także zmniejszenie wpływu Turcji na sprawy europejskie i tym samym na Bałkanach. Tym bardziej, że raczej nie zanosi się na to, aby Turcja w najbliższej przyszłości stała się członkiem Unii Europejskiej. Słabość euroazjatyckiej koncepcji Friedmana wydaje się wynikać z jego przekonania, że Stanom Zjednoczonym wystarczy w naszym regionie, na najbliższe dziesięciolecia, sojusz z Polską, Europą Środkową, Wielką Brytanią i Skandynawią oraz Turcją. Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że jego koncepcja (dotyczy to do pewnego stopnia także wizji Brzezińskiego) jest równocześnie ostrzeżeniem dla Francji i Niemiec przed takim zbliżeniem z Rosją, które nie przewiduje w nim udziału Stanów Zjednoczonych. Prognoza Friedmana przedstawia alternatywę dla sojuszu USA z Niemcami i Francją (a właściwie z całą UE), w postaci bloku państw Środkowej Europy pod przywództwem Polski, bloku sprzymierzonego ze Stanami Zjednoczonymi i Turcją, przy “zaniku” NATO i upadku UE. Jeśli przyjrzeć się bliżej obydwóm koncepcjom, to na ich podstawie opracować można na lata dwudzieste jeszcze jedną: alians USA plus Kanada, Europa Środkowa, Turcja, Rosja, Europa Zachodnia ( z Francją i Niemcami lub bez tych dwóch państw) oraz Japonia. Uważam przy tym, że taki alians, bez Francji i Niemiec, byłby szkodliwy dla samych Stanów, Europy Zachodniej i Europy Środkowej, w tym także dla Bałkanów; bo bez Francji i Niemiec nie ma Europy i nie ma Unii Europejskiej. Nie jest zaskoczeniem, że na Dalekim Wschodzie obydwaj wizjonerzy widzą Japonię w aliansie zachodnim. Ciekawym natomiast jest fakt, że obecnie, prawdopodobnie pod wpływem wydarzeń wokół Półwyspu Koreańskiego, obserwujemy poprawę stosunków Japonii z Rosją, co jeszcze bardziej urealnia prognozę Brzezińskiego, w której udział bierze Rosja i Japonia. Udział Rosji w aliansie zachodnim oznaczać mógłby powrót jej znaczenia na Bałkanach. (Dla Polski udział Rosji w aliansie zachodnim byłby do przyjęcia dopiero po zakończeniu waśni i pojednaniu między obu państwami). Niezależnie jednak od jakichkolwiek globalnych prognoz, w których Bałkany zajmują większe lub mniejsze miejsce, recepta dla tego zapalnego wiecznie regionu wydaje się być jak zawsze ta sama; potrzeba tam instynktu samozachowawczego i takiej odmiany nacjonalizmu, a właściwie mądrego patriotyzmu, który za główny cel stawia przed sobą współpracę z sąsiednimi narodami i grupami etnicznymi.

 

Warszawa, 20 sierpnia 2013

Powoli rozwija się dyskusja na temat podstaw i jakości polityki społecznej i gospodarczej współczesnej lewicy. Sądzę, że w tej dyskusji warto sformułować odpowiedzi na następujące pytania:

 

 

 

 

 

 

  1. W czyim interesie powinna działać lewica?
  2. Jakie powinny być kierunki i cele działania lewicy?
  3. Jak działać skutecznie?

 

W czyim interesie powinna działać lewica?

Wszyscy ludzie mają podobne podstawowe potrzeby ciała, fizjologiczne, warunkujące przeżycie; bardziej zróżnicowane mają ludzie chorzy. Natomiast potrzeby umysłu, intelektualne i kulturowe ludzi są bardzo zróżnicowane. Każdy człowiek dąży do zaspokojenia swoich potrzeb oraz często potrzeb ludzi, z którymi czuje się związany. Mogą to być związki naturalne, z rodziną lub z narodem mówiącym tym samym językiem. Innym rodzajem są związki z osobą lub grupą osób o podobnych potrzebach lub poglądach. Np. z członkami wybranej organizacji, czasem wchodzącej w skład większych społeczności, lokalnej, państwowej lub międzynarodowej.

 

Zarówno osoby jak i grupy mogą zaspokajać swoje potrzeby nie przeszkadzając innym albo kosztem innych. Mówimy wówczas o konflikcie interesów. Konflikty te są różnie rozwiązywane, przez walkę lub ugodę. Rozwiązaniem ugodowym jest uzgodnienie przez zainteresowane strony kompromisowego rozwiązania konfliktu, zwane umową. Ludzie i społeczeństwa stosują oba te rozwiązania.

 

Np. państwa określają prawo, które jest umową społeczną, ugodą tych, którzy je akceptują i stosują. Za nie przestrzeganie prawa, które nazywają przestępczością, stosują sankcje i walczą z nią. W stosunkach międzynarodowych zawierane są porozumienia, umowy dwustronne lub wielostronne albo wojny wynikające z braku porozumienia. Przykładem ugody jest również rynek, na którym wartość dóbr i pracy oraz ich przekazywanie, są określane w drodze dobrowolnych umów (kompromisu) między sprzedającym i kupującym - klientem. Walką jest wymuszanie przekazywania dóbr, ich zawłaszczanie, np. kradzież, rabunek lub agresja.

 

Tradycyjnym sposobem zaspokajania potrzeb ludzi jest świadczenie wzajemnych usług i wytwarzanie potrzebnych dóbr przez członków rodziny, którzy są pracownikami nieotrzymującymi wynagrodzenia, ale korzystającymi ze świadczeń w naturze.

 

W krajach o rozwiniętej gospodarce głównym źródłem zaspokojenia potrzeb wszystkich ludzi - konsumentów są dobra, to znaczy wyroby i usługi, wytwarzane w organizacjach zwanych przedsiębiorstwami, przez innych ludzi – pracowników, a w niektórych organizacjach przez wolontariuszy, którzy są pracownikami nieotrzymującymi wynagrodzenia.

Szczególną grupą pracowników w organizacjach są kierownictwa. Są to pracownicy, zarządzający organizacją na mocy prawa i umów, którzy podejmują wiążące decyzje w imieniu organizacji. Mają oni bardzo duży wpływ na osiągane wyniki oraz na doskonalenie i rozwój organizacji.

 

W skrajnym przypadku, organizację wytwarzającą dobra przeznaczone do przekazania może tworzyć jeden człowiek, będący jednocześnie kierownikiem, pracownikiem i właścicielem infrastruktury. Np. rzemieślnik, rolnik indywidualny.

Pracownicy wytwarzają dobra, które zaspokajają potrzeby społeczne, tworzą dochód narodowy i wpływają na stopę życiową społeczeństwa. My wszyscy, jako konsumenci, zawdzięczamy pracownikom, ich pracy, kwalifikacjom i zaangażowaniu, możliwość zaspokojenia naszych potrzeb, za pomocą dóbr przez nich wytworzonych. W interesie nas wszystkich leży tworzenie pracownikom możliwie najlepszych warunków: pracy, zdobywania i podwyższania kwalifikacji, ochrony zdrowia i wypoczynku.

 

Należy jednak pamiętać, że pracownicy w procesie pracy wykorzystują infrastrukturę, to znaczy wyposażenie organizacji, należącą do jej właścicieli, którzy udostępniają ją w zamian za uzyskiwane korzyści. W interesie społecznym leży zachęcanie właścicieli do doskonalenia infrastruktury i udostępniania jej organizacjom wytwarzającym dobra przeznaczone do zaspokajania potrzeb społecznych.

 

Infrastruktura wykorzystywana przez organizację kształtuje zdolność organizacji do wytwarzania dóbr i ma bardzo wielki wpływ na wydajność pracy oraz na jakość wytwarzanych dóbr. Organizacje korzystają zarówno z infrastruktury wewnętrznej, to znaczy z wyposażenia organizacji pozostającego w dyspozycji jej kierownictwa, jak i z infrastruktury zewnętrznej, zarządzanej przez samorząd lub państwo. Np. drogi, transport, szkolnictwo, wymiar sprawiedliwości, struże porządku i bezpieczeństwa.

 

Rozwój i doskonalenie kwalifikacji pracowników oraz infrastruktury, zapewniają zwiększanie wydajności pracy i jakości wytwarzanych dóbr.

Wzrost wydajności pracy pozwala wytworzyć więcej dóbr przez tą samą ilość pracowników.

Wzrost jakości podwyższa stopień zaspokojenia potrzeb konsumentów przez wytwarzane dobra.

W konsekwencji następuje odczuwalny wzrost stopy życiowej społeczeństwa, który umożliwia również podwyższenie najniższych dochodów i likwidację nędzy.

 

Każdy człowiek w swoim życiu przechodzi różne okresy. W dzieciństwie i w młodości, w okresie nauki, uznajemy go za jeszcze niezdolnego do pracy. Później staje się dorosłym, zdolnym do pracy, pracownikiem lub bezrobotnym. Czasem celowo nie podejmuje pracy i staje się popularnie zwanym pasożytem lub przestępcą. W wyniku utraty zdrowia lub podeszłego wieku człowiek staje się znów niezdolnym do pracy. Może także stać się bezdomnym np. przez utratę możliwości uzyskania dochodów.

 

Pracownicy, bezrobotni i osoby jeszcze lub już niezdolne do pracy, a obecnie również bezdomni, to część społeczeństwa, którą łączy wspólnota interesów, ze względu na ciągłą wymianę ludzi między tymi grupami oraz często łączące ich więzy rodzinne.

 

Organizacjami reprezentującymi pracowników są związki zawodowe. Jednak reprezentują one tylko pracowników w procesie pracy. Zazwyczaj nie zajmują się innymi etapami życia pracowników.

 

Dojrzałe społeczeństwo, które chce istnieć w przyszłości, powinno stworzyć odpowiednie warunki dla pracowników na wszystkich etapach ich życia. Biorąc pod uwagę tradycje i osiągnięcia lewicy, sądzę, że to lewica powinna być organizacją, która działając w interesie całego społeczeństwa, powinna reprezentować i działać w interesie pracowników i ich rodzin oraz osób pozbawionych możliwości zarabiania na utrzymanie, z powodów niezależnych od nich, to znaczy:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niezależnie od ich: płci, wieku, wyznania, rasy, narodowości, pochodzenia, przeszłości, poglądów czy przekonań.

Te grupy społeczne to większość społeczeństwa, która podczas wyborów ma decydujący wpływ na ich wynik. Decyduje o tym, kto wejdzie do parlamentu lub samorządu i będzie stanowił prawo oraz wpływał na działanie organów państwowych i samorządowych. Efektywne reprezentowanie tych grup przez lewicę daje szanse jej uczestnictwa we władzach i skutecznej realizacji potrzeb tych grup.

 

W kompetencjach organów władzy leżą decyzje kształtujące warunki wpływające na wzrost dochodu narodowego i sposób jego podziału. Są nimi:

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Jakość prawa
  • Jakość i etyka kadr kierowniczych
  • Kwalifikacje i zaangażowanie pracowników
  • Jakość infrastruktury

 

Właściciele infrastruktury są na ogół zorganizowani w innych organizacjach niż pracownicy. Mają oni, jak wspomniałem wyżej, również bardzo duży wpływ na zaspokajanie potrzeb społecznych.

Stosunki wzajemne pracowników, właścicieli i konsumentów kształtują warunki społeczne i gospodarcze społeczeństwa. Mogą oni prowadzić wyniszczającą walkę o przechwycenie jak największej części efektów wspólnego działania, tak jak to dzieje się obecnie, lub dążyć do twórczej współpracy dla dobra całego społeczeństwa, tak jak proponowano przy Okrągłym Stole i powinno być celem lewicy.

 

Jakie powinny być kierunki i cele działania lewicy?

Z wielkim uznaniem obserwowałem trudne przygotowania Kongresu Polskiej Lewicy. Gratuluję osiągniętych bezprecedensowych rezultatów. Kongres, w imieniu ok. 80 organizacji, sformułował postulaty programowe polskiej lewicy (Patrz http://kongreslewicy.pl/document ). Odpowiedział na pytanie, dokąd polska lewica zmierza i co chce osiągnąć?

W rezolucji Kongresu napisano: “… Polki i Polacy są ofiarami kryzysu spowodowanego błędną polityką społeczno-gospodarczą. Musimy to zmienić…”

 

Po przemianach w 1989 roku władze, dążąc do podnoszenia stopy życiowej za wszelką cenę, wyprzedawały (prywatyzowały) majątek społeczny, głownie przemysł, stworzony wielkim wysiłkiem pracowników, wykorzystywały dotacje Unii Europejskiej i dodatkowo zadłużały gospodarkę narodową. Nie zwiększyły jednak ilości miejsc pracy, ograniczyły budownictwo mieszkaniowe i świadczenia socjalne oraz spowodowały wielkie zróżnicowanie poziomu życia obywateli. Ta błędna polityka społeczno-gospodarcza doprowadziła do likwidacji 2,3 mln miejsc pracy w przemyśle i szkolnictwa zawodowego. W roku 1980 pracowało w przemyśle ok. 5,2 mln osób. Po przemianach w roku 2010 zatrudniano w przemyśle ok. 2,9 mln pracowników.

 

Efektem jest wielkie bezrobocie i emigracja zarobkowa, odpowiednio ograniczające dochód narodowy i zmniejszające stopę życiową oraz szanse życiowe, szczególnie młodzieży i emerytów.

 

Polska lewica powinna to zmienić. Po wejściu do władzy powinna zainicjować i w następnych latach pokierować realizacją wielkiego programu rozwoju społeczno gospodarczego, podobnego jak w latach 1970-tych, wspartego dotacjami z Unii Europejskiej zamiast kredytami zagranicznymi. Korzystając z doświadczeń wcześniejszych, można uniknąć wielu błędów i skorzystać z pozytywnych rozwiązań.

 

Taki program powinien zapewnić:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Realizację postulatów programowych Kongresu.
  • Miejsca pracy dla bezrobotnych, absolwentów i emigrantów pragnących wrócić do Polski.
  • Samodzielne mieszkanie dla każdej rodziny.
  • Ciągłe rozwijanie oraz doskonalenie gospodarki, w celu coraz lepszego zaspokajania potrzeb społecznych oraz likwidacji nędzy.
  • Sprawiedliwy podział dóbr. To znaczy, stosowanie takich sposobów przekazywania dóbr lub pracy, które większość społeczeństwa uzna za sprawiedliwe.

 

Jestem przekonany, że większość Polaków zaakceptuje i będzie gotowa poprzeć czynnie taki program rozwoju, dający nadzieję znacznej poprawy warunków społeczno gospodarczych.

W latach 1970-tych, w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej kierowanej przez lewicę, rozwiązano bardzo podobny problem, jakim było zapewnienie pracy i mieszkań dla powojennego wyżu demograficznego. Uniknięto bezrobocia, mimo że w wiek produkcyjny weszło 2 mln młodych ludzi.

 

Wybudowano 2,5 mln nowych mieszkań. Stworzono 2,1 miliona nowych miejsc pracy. Wybudowano 557 nowych przedsiębiorstw i niezbędną infrastrukturę. Wiele istniejących przedsiębiorstw zmodernizowano i rozbudowano. Zelektryfikowano ok. 2 tyś. Km linii kolejowych; twardą nawierzchnię uzyskało ponad 10 tyś. Km dróg. Zbudowano prawie w całości polską energetykę. W roku 1980 pracowało w przemyśle ok. 5,2 mln osób.

 

Realizację tego wielkiego programu rozwoju Polski wsparto kredytami zagranicznymi około 20 miliardów dolarów. Obecnie jest niepowtarzalna okazja skorzystania z dotacji Unii Europejskiej.

 

Postulaty programowe Kongresu Polskiej Lewicy dotyczą różnych obszarów społeczno gospodarczych. Ich realizacja wymaga zaangażowania wielu ludzi i organizacji oraz twórczej koordynacji tych złożonych działań. W celu pomyślnego ich koordynowania ma być powołany Komitet Porozumiewawczy, kierujący ich realizacją.

 

Proponuję rozważyć powierzenie mu przez lewicę opracowania i kierowania wielkim programem rozwoju społeczno gospodarczego, według postulatów programowych Kongresu Polskiej Lewicy. Do zadań Komitetu należałaby analiza działań organizacji i samorządów lewicowych oraz ich koordynacja i inicjowanie potrzebnych działań uzupełniających, zapewniających realizację postulatów programowych Kongresu. Po wejściu lewicy do rządu, Komitet mógłby być przekształcony w organ działający przy Radzie Ministrów i dodatkowo wykorzystać doświadczenia Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, działającej w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na podstawie Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 30 czerwca 1969 r. w sprawie szczegółowego zakresu i trybu działania Komisji Planowania przy Radzie Ministrów.

Obecnie państwo polskie nie dysponuje odpowiednią organizacją. Sądzę, że Lewica powinna przewidywać powołanie organu zdolnego do planowania, koordynacji i nadzoru odpowiednich, spójnych przedsięwzięć, niezbędnych do kierowania rozwojem społeczno gospodarczym.

 

Komitet mógłby zadać pytanie organizacjom uczestniczącym w Kongresie, Co zrobią dla realizacji postulatów programowych Kongresu? Pytanie takie może skłonić organizacje do rozważenia i zadeklarowania swoich chęci i możliwości działań skutecznych i efektywnych, zamiast częstego biadolenia. Odpowiedzi na takie pytania były by podstawą do prowadzonych przez Komitet analiz, opracowywanych planów j podejmowanych inicjatyw, związanych z kierowaniem realizacją wielkiego programu rozwoju społeczno gospodarczego.

 

Szczególnie ważnym problemem w Polsce jest realizacja postulatu 4 Kongresu. - Zwiększenie zatrudnienia oraz tworzenie etatowych, należycie opłacanych miejsc pracy.

 

Tylko rozwój przemysłu i eksportu może zapewnić potrzebny przyrost miejsc pracy i budżetu na wydatki socjalne. Przez taki rozwój gospodarka niemiecka ma najlepszą sytuację w Europie. Pogląd taki podziela również Unia Europejska. W czerwcu 2012 r. Parlament Europejski zatwierdził Pakt na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia o ogromnej wartości 120 miliardów euro.

 

W obecnym okresie rozwoju globalizacji, największe szanse “tworzenia etatowych, należycie opłacanych miejsc pracy” mają duże przedsiębiorstwa przemysłowe, zdolne do twórczej współpracy z placówkami naukowymi i do skutecznego działania na rynkach międzynarodowych.

 

Współpraca z placówkami naukowymi pozwala na wdrażanie nowoczesnych, efektywnych technologii oraz na zaprojektowanie i wyprodukowanie konkurencyjnych wyrobów lub usług, a działania na rynkach międzynarodowych, na ich efektywny eksport. Wzrasta wówczas również zapotrzebowanie na dostawy różnych elementów i usług, a za tym, na tworzenie i rozwój poddostawców, tj, małych i średnich przedsiębiorstw.

 

Jeżeli poprzestaniemy na rozwijaniu wyłącznie małych i średnich przedsiębiorstw, to nadal będziemy tylko wyrobnikami zatrudniającymi wyłącznie pracowników wykonawczych i ich nadzorców; podwykonawcami, zdanymi na łaskę i niełaskę dużych zagranicznych przedsiębiorstw. Nasza sytuacja gospodarcza nie ulegnie istotnym zmianom.

 

Stąd wniosek, że lewica, szczególnie w tych obszarach gdzie jest duże bezrobocie, powinna tworzyć i rozwijać duże przedsiębiorstwa przemysłowe, zdolne do twórczej współpracy z placówkami naukowymi i do skutecznego działania na rynkach międzynarodowych.

 

Tworzone przez lewicę przedsiębiorstwa powinny mieć charakter społecznych przedsiębiorstw rynkowych, których celem będzie spełnianie potrzeb ludzi, przy przestrzeganiu równoprawności różnych form własności i uprawnień pracowników oraz utrzymaniu efektywności i konkurencyjności. Przedsiębiorstwa takie mogą być skutecznym sposobem realizacji wielu postulatów programowych lewicy. Np.:

 

Postulat 1. Równość we wszelkich wymiarach życia - przez równe traktowanie wszystkich pracowników.

 

Postulat 2. Równość różnych form własności – przez stosowanie mieszanych form własności: państwowej, samorządowej, społecznej i prywatnej.

 

Postulat 4. Zwiększenie zatrudnienia, stabilności na rynku pracy i tworzenie etatowych, należycie opłacanych miejsc pracy – przez doskonalenie i twórczą współpracę z placówkami naukowymi oraz skuteczne działania na rynkach międzynarodowych i rozwój eksportu.

 

Postulat 5. Tworzenie systemu w pełni bezpłatnej, publicznej służby zdrowia – przez organizowanie placówek opieki medycznej nad pracownikami przedsiębiorstwa.

 

Postulat 6. Zapewnienia bezpłatnej, powszechnej edukacji dla dzieci i młodzieży – przez współpracę z placówkami oświatowymi i rozwijanie szkolenia zawodowego.

 

Postulat 9. Wzmocnienie roli związków zawodowych i ograniczenia samowoli pracodawców. Częścią demokracji jest demokracja pracownicza. – Przez tworzenie w przedsiębiorstwie warunków do funkcjonowania związków zawodowych i samorządu pracowników.

 

Postulat 10. Równoprawne traktowanie wszystkich grup światopoglądowych – przez równe traktowanie wszystkich pracowników.

 

Postulat 11. Realne zrównanie sytuacji kobiet i mężczyzn– przez równe traktowanie wszystkich pracowników.

Najwyższe kierownictwa tych przedsiębiorstw powinny być zdolne i zapewnić:

- Ciągłe doskonalenie działania i wyników przedsiębiorstwa.

- Godne i bezpieczne warunki pracy pracowników.

- Zachęcanie wszystkich pracowników przedsiębiorstwa do inicjowania i współdziałania w doskonaleniu: swoich kwalifikacji oraz organizacji i wytwarzanych przez nią dóbr, przez wyróżnianie i nagradzanie twórców udoskonaleń, którzy je inicjują i wdrażają.

Najwyższe kierownictwa powinny być również akceptowane przez przedstawicielstwa stron zainteresowanych działaniem przedsiębiorstwa:

- Rady pracownicze, jako przedstawicielstwo pracowników,

- Rady nadzorcze, jako przedstawicielstwo właścicieli infrastruktury

- Władze samorządowe lub państwowe, jako przedstawicielstwo społeczeństwa.

 

Rady pracownicze w przedsiębiorstwach powinny być uprawnione do kontroli i doradzania kierownictwu, w zakresie działań i wyników przedsiębiorstwa, w celu zapewnienia gospodarności i przestrzegania prawa. Pozwoli to wykorzystać inicjatywy pracowników i zapewni społeczną kontrolę kierownictwa.

Opis przykładu przedsiębiorstwa intensywnie doskonalonego i rozwijanego, o charakterze bardzo zbliżonym, w latach 80 ubiegłego stulecia, do społecznego przedsiębiorstwa rynkowego, dostępny jest przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej pod następującym linkiem:

http://bcpw.bg.pw.edu.pl/dlibra/docmetadata?id=2542

 

Przedsiębiorstwa takie mogą być także pilotażowym zalążkiem społecznej gospodarki rynkowej, przewidzianej w Art. 20 Konstytucji.

 

Kryzys gospodarki neoliberalnej jest okresem, sprzyjającym dla przedstawienia propozycji alternatywnej gospodarki, dostosowanej do obecnej, niepowtarzalnej sytuacji. Wychodząc naprzeciw tej ważnej, społecznej potrzebie, opracowałem propozycje, chyba pierwsze w okresie tego kryzysu, pod tytułami:

 

 

 

 

  • Kierunki i cele działania lewicy, uzasadnienia oraz propozycje – 20 stron
  • Zestawienie proponowanych intencji i działań lewicy – 1 strona

 

Prowadzą one do wdrożenia w Polsce Społecznej Gospodarki Rynkowej, określają jej wizję i mogą być alternatywą dla gospodarki neoliberalnej. Według art. 20 Konstytucji RP z 1997 r. ”Społeczna Gospodarka Rynkowa stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”. Postanowienie to może ułatwić jej wprowadzenie.

 

Propozycje te wysyłałem od 2008 roku, do władz krajowych i terenowych liczących się organizacji, które uważają się za lewicowe oraz do sympatyzujących z lewicą, ponieważ sądzę, że propozycje te są najbliższe ich programom w omawianym zakresie. Chociaż i w programach innych partii można też znaleźć elementy zbieżne z tymi propozycjami. Wysyłałem je również do redakcji i działaczy lewicowych, a także do katedr i instytutów politologii w uczelniach uniwersyteckich. Są one dostępne w kierownictwach wymienionych organizacji.

 

Propozycje te są w dużej mierze zbieżne z postulatami Kongresu oraz wskazują sposoby realizacji wielu z nich. Formułują cel syntetyczny lewicy, którego brakuje w Rezolucji Kongresu. Jest nim:

Wspólna Polska, życzliwa, bezpieczna i sprawiedliwa, dla wszystkich obywateli polskich. Ciągle przez nich doskonalona i rozwijana, w obszarach ich działania, w celu zapewnienia wszystkim obywatelom polskim możliwości pozyskania środków, potrzebnych im do życia i rozwoju.

 

Propozycje te kształtują stosunki wzajemne pracowników, właścicieli i konsumentów w sposób zmierzający do twórczej współpracy dla dobra całego społeczeństwa.

 

Zarówno w opisie przykładu przedsiębiorstwa, jak i w propozycjach, przedstawiono między innymi bardzo istotne rozwiązanie, zachęcające do efektywnego współdziałania wszystkie strony zainteresowane działaniem przedsiębiorstwa, w tym jego wszystkich pracowników.

 

Uwzględniając trzy podmioty, które są twórcami wyników działania przedsiębiorstwa, a w tym zysku, sposobem tym jest podział zysku na:

 

 

 

 

 

 

  1. Pracowników przedsiębiorstwa, w tym kierownictwo
  2. Właścicieli infrastruktury wykorzystywanej w przedsiębiorstwie
  3. Państwo lub samorząd lokalny, zrządzający infrastrukturą zewnętrzną wykorzystywaną przez przedsiębiorstwo

 

Stosowany w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej udział w zysku pracowników, w tym kierownictwa, skutecznie zachęcał do współdziałania w poprawie efektywności przedsiębiorstwa. Niestety, sposób ten nie znalazł się w postulatach Kongresu.

Propozycje przedstawione wyżej mogą być wykorzystane przez Komitet Porozumiewawczy Lewicy, przy tworzeniu wielkiego programu rozwoju społeczno gospodarczego Polski, ponieważ zawierają rozwiązania, które:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  1. Zmierzają do ciągłego rozwijania i doskonalenia gospodarki, zapewniającego wzrost stopy życiowej, szybszy niż w krajach bogatszych.
  2. Zapewniają bardziej sprawiedliwy od obecnego podział dochodu narodowego, w odczuciu większości wyborców.
  3. Pozwalają zlikwidować nędzę, przez zapewnienie środków do życia każdemu obywatelowi polskiemu i poprawę warunków rodzin wielodzietnych.
  4. Zmierzają do zaspokojenia istotnych potrzeb grup społecznych, stanowiących większość społeczeństwa, a to daje szansę na wygranie wyborów przez partie lub koalicje, które podejmą takie działania.
  5. Mogą być poparte, z czystym sumieniem, przez liczne środowiska związane z Kościołem lub innymi partiami, ponieważ są nie sprzeczne, a raczej są zbieżne, ze społeczną nauką Kościoła i niektórymi postulatami innych partii.
  6. Mają szansę być realizowane po wygranych wyborach i sprzyjać ich ponownemu wygraniu.

 

Jak działać skutecznie?

W celu pomyślnej realizacji postulatów programowych Kongresu, Polska powinna być ciągle doskonalona i rozwijana, we wszystkich obszarach działań i na każdym szczeblu zarządzania, tam gdzie działają ludzie lub organizacje zarządzane przez ludzi. To oni muszą umieć, chcieć i móc doskonalić i rozwijać obszary swojego działania, a w tym, usuwać zgłoszone i zauważone mankamenty i robić to. Nikt za nich tego nie zrobi. Nawet najmądrzejsze propozycje osób postronnych muszą być wkomponowane w całokształt działań w danym obszarze, które realizują i zarządzają nimi ludzie tam działający. To od ich kwalifikacji i zaangażowania zależy przyszłość Polski i Polaków.

 

Lewica powinna:

 

 

 

 

 

 

  1. Dążyć do stworzenia systemu, który zapewni, że w każdym obszarze i na każdym szczeblu zarządzania kierować działaniami będą ludzie o możliwie najwyższych kwalifikacjach, zaangażowaniu i etyce, zobowiązani do doskonalenia i rozwoju kierowanego obszaru, według zaleceń i wymagań zawartych w Normach międzynarodowych rodziny ISO 9000 oraz do respektowania postulatów programowych Kongresu Polskiej Lewicy, dotyczących ich obszaru działania.
  2. Nie zastępować ich, lecz pomagać im w realizacji doskonalenia i rozwoju.
  3. Utrzymywać współpracę organizacji lewicowych i ich więź ze społeczeństwem, pozwalającą poznać i ocenić efekty społeczne prowadzonych działań. Wykorzystywać Internet, który jest coraz szerzej stosowanym środkiem komunikacji bezpośredniej i zwiększa możliwości utrzymywania więzi ze społeczeństwem.

 

Pierwszy etap nawiązania współpracy lewicy polskiej został skutecznie zrealizowany, dzięki inicjatywie SLD. Na szczeblu krajowym została nawiązana współpraca i określone postulaty programowe lewicy.

 

Sądzę, że nadszedł czas podobnego działania na niższych szczeblach, kolejno: województw, powiatów, gmin i miast. Proponuję, żeby kierownictwa SLD, na wyżej wymienionych szczeblach, przygotowując się do wyborów samorządowych, rozważyły zorganizowanie spotkań podobnych do Kongresu Polskiej Lewicy, w celu nawiązania współpracy działających w tych obszarach organizacji lewicowych i określenia lokalnych postulatów programowych lewicy. Następnie powołanie wspólnych Zespołów Koordynacyjnych do opracowania lokalnych programów wyborczych, zmierzających do realizacji, na obszarze swojego działania, krajowych i lokalnych postulatów programowych lewicy.

 

Zespoły Koordynacyjne, w obszarach rządzonych z udziałem lewicy, a szczególnie tam, gdzie jest duże bezrobocie, powinny tworzyć i rozwijać duże społeczne przedsiębiorstwa przemysłowe, zdolne do twórczej współpracy z placówkami naukowymi i do skutecznego działania na rynkach międzynarodowych. Pomóc w tym mogą dotacje Unii Europejskiej. W ten sposób lewica może rozpocząć wdrażanie społecznej gospodarki rynkowej, spełniającej postulaty programowe lewicy.

Mamy bardzo wielu absolwentów studiów o kierunkach zarządzania i marketingu. Wiele z nich wyjechało za granicę, poznało tam rynki i języki. Będą mieli pole do popisu, awansu i pożytecznej działalności.

 

Ciągłe doskonalenie i rozwój dużych przedsiębiorstw wywołają wzrost zapotrzebowania (ssanie, którego teraz brakuje) na pracowników o wysokich kwalifikacjach, wiedzę oraz na nowe wyroby i usługi o wysokiej jakości, oparte o najlepsze osiągnięcia nauki, techniki i organizacji. Wzrośnie również zapotrzebowanie na dostawy różnych elementów, a za tym, na tworzenie i rozwój poddostawców, tj, małych i średnich przedsiębiorstw.

 

Współpraca dużych przedsiębiorstw z placówkami naukowymi będzie dodatkowym źródłem finansowania ich rozwoju i umożliwi zatrudnienie wielu bezrobotnych z wyższym wykształceniem. Jednocześnie ukierunkuje ten rozwój na tworzenie rozwiązań potrzebnych gospodarce i społeczeństwu.

 

Społeczny charakter przedsiębiorstw spowoduje zmianę priorytetów ich działania. Głównym celem będzie zaspokojenie potrzeb społecznych, w tym: klientów, pracowników i okolicznych mieszkańców. Efektywność działania i zysk będą warunkiem istnienia przedsiębiorstwa, o które zgodnie będą dbać wszystkie strony zainteresowane jego istnieniem. To znaczy: pracownicy, a w tym kierownictwo, właściciele infrastruktury i władze reprezentujące okolicznych mieszkańców oraz konsumentów dóbr wytwarzanych w przedsiębiorstwie. Bardzo pomocny byłby udział tych zainteresowanych stron w zysku przedsiębiorstwa, o czym pisałem wcześniej.

 

Społeczne przedsiębiorstwo będzie skłonne do inwestowania w budowę mieszkań do wynajęcia przez pracowników oraz w obiekty socjalne służące szkoleniu zawodowemu, ochronie zdrowia i mienia oraz wypoczynkowi pracowników. Praktyki takie były powszechne w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

 

Zaspokajanie tych potrzeb rozwojowych zaowocuje nowymi inwestycjami i miejscami pracy. Wyroby i usługi o wysokiej jakości będą bardziej konkurencyjne, co pozwoli na szybszy rozwój eksportu i gospodarki oraz na coraz lepsze zaspokojenie potrzeb społecznych.

 

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej bardzo często używano określeń: nasz zakład i nasza załoga. Określenia te dotyczyły przedsiębiorstwa, w którym mówiący pracował oraz zespołu pomagających sobie i życzliwych współpracowników. W każdym przedsiębiorstwie było miejsce, w którym pracownik mógł uzyskać pomoc w trudnej sytuacji oraz obronę, gdy czuł się pokrzywdzony. Miejscem tym była Rada Zakładowa, siedziba władz zakładowych jedynego wówczas związku zawodowego, do którego należeli prawie wszyscy pracownicy, w tym najwyższe kierownictwo. W czasie wyborów Rady Zakładowej, dyrektor miał jeden głos, jak każdy pracownik. Rada Zakładowa wchodziła w skład Konferencji Samorządu Pracowniczego, zwanego KSR, władzy samorządowej w przedsiębiorstwie, podejmującej najważniejsze decyzje o jego działaniu. Warto rozważyć skorzystanie z ówczesnych dobrych doświadczeń.

 

Organizacja i rozwijanie pilotażowych dużych społecznych przedsiębiorstw przemysłowych zaangażuje bardzo wielu ludzi i organizacji, a doświadczenie zdobyte w tym czasie bardzo pomoże w projektowaniu i realizacji wielkiego programu rozwoju społeczno gospodarczego Polski.

 

Dodatkowym efektem istnienia i działania społecznych przedsiębiorstw, w sposób opisany wyżej, będzie oddziaływanie na przedsiębiorstwa kapitalistyczne podobnie, jak oddziaływały w Europie państwa socjalistyczne na państwa kapitalistyczne. Skłoniły je do tworzenia gospodarek dobrobytu, które są likwidowane po upadku państw socjalistycznych. Przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą upodobniać warunki pracy pracowników do warunków w przedsiębiorstwach społecznych.

 

Wyniki działania lewicy, w obszarach rządzonych z udziałem lewicy, będą miały duży wpływ na ocenę lewicy przez wyborców i przyszłe wyniki wyborów, a za tym na losy Polski i Jej obywateli.

 

Pasożyt nr 1 - Otwarte Fundusze Emerytalne

OFE - zdobycz cywilizacyjna rodem z krajów trzeciego świata po niemal 15 latach istnienia na polskim rynku budzi dziś ogromne emocje. Otwarty Fundusz Emerytalny (OFE) – w Polsce: osoba prawna stanowiąca odrębną masę majątkową, zarządzana i reprezentowana przez Powszechne Towarzystwo Emerytalne (PTE), działający na podstawie ustawy z dnia 28 sierpnia 1997 r. o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych (Dz. U. z 2004 r. Nr 159) . Warto wspomnieć że OFE jest dziełem ludzi Banku Światowego i MFW. Taka proweniencja powinna budzić czujność, tym bardziej że OFE jest efektem myśli neoliberalnej i pokłosiem globalizmu.

 

Lepszej metryki produktu dla wyznawców i protagonistów neoliberalizmu nie potrzeba. Żeby wyjaśnić problemy jakie niesie ze sobą polska wersja OFE i nie wpisywać się w chór banału o konieczności ich likwidacji trzeba obejrzeć ten problem w kontekście ewolucji systemów gospodarczych. Ostrość obrazu który z tego wyniknie pozwoli cierpliwemu czytelnikowi na osobistą refleksję i własną interpretację faktów z zakresu historii myśli ekonomicznej, ewolucji systemów gospodarczych, ekonomii pozytywnej z elementami ekonomii normatywnej.

 

Jak doszło do powołania OFE

 

Polska od dłuższego czasu nie radziła sobie z zaspokojeniem wypłat emerytur. Uczciwie trzeba przyznać że nie tylko w nowej rzeczywistości społecznogospodarczej. Już w czasach E. Gierka stanął problem wypłat nazywany starym i nowym portfelem emerytalnym. Z różnych przyczyn nie doczekał się on rozwiązania systemowego i dlatego stał się ogromnym balastem dla ludzi nowej władzy kompletnie bezradnych nie tylko wobec problemu emerytur ale finansów państwa w ogóle.

 

Po zakończeniu akcji “Wielkiego przekrętu” (jak w swojej książce pod tym właśnie tytułem polską prywatyzację nazwał prof. Z. Poznański) i zniszczenia całego potencjału technicznego Polski (sprzedaży majątku technicznego w cenie złomu, źródło j/w.) Efekty, były przerażające. Straszące kominy nieczynnych fabryk, puste, hale zakładów pracy i co najgorsze miliony bezrobotnych fachowców różnych specjalności, inżynierów robotników, techników zostało bez pracy. Przez lata wmawiano im, że są bandą słabo wykształconych nierobów, bez wymaganej współcześnie wiedzy, umiejących jedynie mnożyć roszczenia i najlepiej byłoby żeby zmienili zawód(?). Wtedy na zachód popłynęła wielomilionowa fala uchodźców ekonomicznych. Zachód był zachwycony. Za darmo dostał potężną armię fachowców z różnym wykształceniem głównie technicznym najróżniejszych specjalności. W Polsce zostali ludzie z wykształceniem formalnym tzw. wykształciuchy, głównie ze styropianu.

 

Kiedy już zachód z polskich fabryk zrobił magazyny dla swoich wyrobów a niektórych zatrudnił w charakterze ochroniarzy i magazynierów, skończył się pierwszy etap likwidacji potencjału ekonomicznego Polski. Następną dziedziną gospodarki do likwidacji był jej krwiobieg. Czyli Banki. Sprzedano nawet PKO S.A. jedyny przedwojenny bank który zostawiła komuna Ocalało PKO BP. Znowu zachód dostał od Polaków prezent jakiego nie dostał nigdy od nikogo na świecie. Jakiś rodzimy wykształciuch tłumaczył wtedy, że polską bankowości trzeba “dokapitalizować” i pewnie w ramach owego dokapitalizowania oddaliśmy im (bankom zachodnim) pieniądze naszych obywateli. Ogromne pieniądze. Skutek tych manewrów był taki, że bankierzy po przejęciu kontroli nad prywatnymi pieniędzmi Polaków, wyrzucili na bruk wszystkich specjalistów z branży bankowej, bo była zbyt droga i generowała nieuzasadnione koszty. Specjaliści nie byli już potrzebni. Mózgi banków były na zachodzie, tu wystarczyło zatrudnić w okienkach ekspedientki za 800zł. miesięcznie. Od wdzięcznych beneficjantów władze polski dostały pod opiekę armię bezrobotnych - głównie kobiet . Zachód jednak, w opinii naszych “wodzów”, nie został jeszcze dostatecznie wywianowany. Zostały jeszcze ubezpieczenia. Rynek szybko zdominowały towarzystwa ubezpieczeniowe z czterech stron świata. Podobnie jak handel. Na koniec do “sprywatyzowania” zostały emerytury.

 

Przyczyny katastrofy polskich finansów publicznych. Czyli kto w Polsce uderzył się w głowę, dając za garść koralików górę złota

 

Amerykanie od prawieków robili znakomite interesy. Głównie z czerwonoskórymi. Zostało to im do dziś. Tyle że dziś udaje im się to całkiem nieźle z białymi, jak by się wydawało, nie źle wykształconymi Europejczykami, głównie Polakami. Ale po kolei. Historia tego dramatu rozpoczyna się w latach 80-tych ubiegłego stulecia kiedy amerykańska kamaryla ekonomiczna skupiona wokół Banku Światowego oraz MFW wspomagana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów, utworzyła dokument zwany Konsensusem Waszyngtońskim. Dokument ten został przedstawiony przez dyrektora Instytutu Gospodarki Światowej Jamesa Williamsona w 1989 roku w Waszyngtonie i stał się podstawą poprawnie prowadzonej i zalecanej przez USA polityki gospodarczej. Obecnie ten dokument jest kanonem polityki gospodarczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego.

 

Z początku miał on funkcjonować w Ameryce Łacińskiej, jednakże później został aplikowany wybranym krajom na świecie. Konsensus Waszyngtoński to zalecenia (MFW i BŚ) opracowany dla krajów słabiej rozwiniętych w celu zdynamizowania rozwoju poprzez reformy rynkowe i szerokie otwarcie gospodarki na globalne przepływy. Oparty był na 10 podstawowych dyrektywach systemowych. Również Polska, przechodząc transformację wprowadziła plan Balcerowicza, dokładnie realizując zawarte w niej założenia Konsensusu Waszyngtońskiego.

 

Czy przyjęcie przez Polskę Konsensusu Waszyngtońskiego było zgodne duchem przemian ekonomicznych jakie dokonywały się wtedy w Polsce? Jakie korzyści miało przynieść przeciętnemu Kowalskiemu wprowadzenie tego systemu? Pytania o tyle zasadne, że gospodarka to nie tylko pieniądz, to przede wszystkim społeczeństwo dla którego dobra tworzy się takie systemy. Charakterystyczne w założeniach jest to, że ów projekt przygotowany był dla krajów Ameryki Łacińskiej - jak to określili amerykanie - krajów słabo rozwiniętych.

 

Amerykanie rzeczywiście uważali nas za kraj słabo rozwinięty. Więc uznali za stosowne, ingerować w nasze sprawy ekonomiczne. Ingerencja ta zaczęła się już przy Okrągłym Stole. Solidarność styropianowa nie była gotowa do absorbcji wiedzy o ówczesnych kierunkach myśli ekonomicznej. “ (…)Mam wrażenie że zostaliśmy oszukani.” To słowa pana Aleksandra Małachowskiego uczestnika okrągłego stołu cytowane przez prof. Tadeusza Kowalika w jego książce pod tytułem “www. Polska Transformacja.pl” Inny uczestnik w tej samej książce mówił -“co innego uzgadnialiśmy i co innego przegłosowaliśmy.” Zdumionych było wielu, ale widać poprawność polityczna(?) nie pozwoliła im na zadanie fundamentalnego pytania O CO CHODZI ?! W wyniku tych “nieporozumień” hokus pokus wyszło na to, że ktoś(?)Zamiast Konstytucyjnej zasady Społecznej Gospodarki Rynkowej wywiedzionej z niemieckiej zasady ordoliberalizmu będącego europejską formą neoliberalizmu zafundował nam gospodarkę neoliberalną rodem z USA.

 

Można zapytać co to za różnica i tu i tu neoliberalny system gospodarowania. Otóż różnica jest zasadnicza. Neoliberalizm wersji amerykańskiej to prymitywny system zwany monetaryzmem. System ten jest wyprany z funkcji jakie powinno cechować gospodarkę tradycyjnego opiekuńczego państwa regionu europejskiego. Neoliberalizm odmawia wszelkich funkcji zawartych w definicjach państwa cywilizowanego. Natomiast Społeczna Gospodarka Rynkowa to religia gospodarcza wypracowana na przestrzeni wieków przez niemieckich filozofów. Pozbierana w zasady ordoliberalizmu jest kanonem filozoficznym szkoły fryburskiej z jej prekursorem Walterem Euckenem i wiernymi wykonawcami Armackiem Millerem i Konradem Adenauerem. Ordolieralizm to gospodarka oparta na konkurencji skierowana do obywateli którzy mają moralny obowiązek wypełniać zasady ordoliberalizmu z pełną odpowiedzialnością za siebie, swoją rodzinę i swój kraj. Grubo rzecz ujmując taki jest katechizm tej religii. W neoliberalizmie amerykańskim pieniądz pełni funkcję, miernika wartości i środka płatniczego. Pozostałe funkcję takie jak środki cyrkulacji, tezauryzacji , czy realizacji odroczonych płatności są zachwiane z powodu nieliczenia się sektora finansów z sytuacją gospodarki kraju i ilością pieniądza na rynku. Ponadto pieniądz w polskiej wersji neoliberalnej gospodarki nie ma podstawowej funkcji, mianowicie funkcji miernika wartości pracy.

 

Pieniądz to Złoty Cielec a modlitwa tylko jedna, cel inflacyjny i stopy procentowe, żeby nie doprowadzić do przegrzania gospodarki (nadmiernego rozwoju(?) Cokolwiek to znaczy) . Wszystko zgodnie z zaleceniami Konsensusu Waszyngtońskiego. W Polsce czego nie udało się przehandlować zniszczono kolejnymi restrykcjami podatkowymi i mam wrażenie że w twórczym zapale niszczenia własnych zasobów zadziwiliśmy nawet waszyngtończyków którzy nie oczekiwali z naszej strony aż takiej “ofiary”. Szaleństwa restrykcyjnych podatków jawnych jak popiwek i takich jak podatek od nadmiernego majątku od przedsiębiorstw państwowych było mnóstwo. Nikt nie mógł udźwignąć ich ciężaru. I tak “padał” zakład za zakładem co w opinii pełniących władzę było oczywistym dowodem na niewydolność zarządzania polskiej kadry menadżerskiej, a zakład po sprzedaży był prawie zawsze przez nowego właściciela likwidowany.

 

Jak już styropianowcy pozbyli się bagażu zwanego komunistycznym przemysłem państwowym na tej samej zasadzie pozbyli się polskiej bankowości, ubezpieczeń oraz handlu. Kolej przyszła na emerytury. Przebiegły duet Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy nie odpuszczał. Jak to się stało, że zmieniające się rządy i partie władzy tak w Polsce jak i w Stanach Zjednoczonych nie przerwały tego dens makabr? Owóż metodę kontynuacji opisał prof. J. Stiglitz w opublikowanym w Polsce dziele p.t. “Globalizacja”. Przypomnę, polegała ona na swoistej karuzeli stanowisk. Ekipa władzy obsadzała “swoimi” ludźmi kierownicze stanowiska w administracji państwowej. Natomiast ludzie sprawujący dotychczas te funkcje przechodzili na równie ważne stanowiska w MFW i BŚ , opuszczone właśnie przez ludzi którzy szli do administracji państwowej. I tak w kółko przez dziesięciolecia. Zrozumiałe staje się, że w takich warunkach konsensus waszyngtoński nie tylko miał się dobrze, ale doczekał się nawet drugiej wersji. Z MFW i BŚ wysyłani byli (są)do wskazanych krajów emisariusze, żeby pilnować prawomyślności polityków będących u władzy. Emisariusze ci są wyposażeni w wiele rodzajów “perswazji” od “zmiękczania” politycznego, przez możliwość specjalnych bezpłatnych wielomiesięcznych szkoleń dla wybranych osobników w elitarnych placówkach naukowych.

 

To kredyty bez których wiele państw nie mogłoby funkcjonować i choć warunki na jakich kredyty te były udzielane groziły utratą suwerenności gospodarczej to jednak zdesperowani przywódcy wielu państw godzili się na takie niegodziwości.( prof. J. Stiglitz “Globalizacja”). Dla realizacji własnych celów MFW I BŚ gotów jest nawet, organizować, wyposażać i finansować specjalne instytucje np. w Polsce KNUiFE czy gabinetów w ministerstwach dla wskazanych przez MFW lub BŚ notabli.(źródło Mitchell A. Orenstein “Prywatyzacja Emerytur” Wydawnictwo PTE 2013 .) Budżet amerykański przewidziany na w/w cele wynosi 1,4 mld USD(źródło j/w). Zgłębiając istotę prywatyzacji emerytur trudno w jej założeniach dopatrzeć się niecnych zamiarów. Własne konta, poddane obróbce z zakresu inżynierii ekonomicznej, wiedza o jego stanie, dziedziczenie. Wyglądało na kuszącą propozycje. Niestety nic nie jest takie na jakie wygląda. Polska jest szczególnie wrażliwa na wszelkie haczyki istniejące a niezapisane w Konsensusie Waszyngtońskim. Przyczyna “wrażliwości” jest bardzo prosta.

 

Panowie politycy do spółki z dyspozycyjną profesurą urządzili sobie z polski poligon na którym Polacy doświadczają niechcianych i zdradliwych eksperymentów pseudo ekonomicznych. O tym poprawność polityczna każe milczeć. Ale problem nie zniknie z powodu jego ignorowania. Gubi nas swobodna niefrasobliwość z jaką podchodzimy do spraw podstawowych, fundamentalnych. Brak porządku prawnego, bałagan legislacyjny, lekceważenie zasad i praw ekonomicznych wpływa na to, że wszystko co złote udaje nam się przerobić na szare. Pierwszy powód naszych porażek narodził się przy okrągłym stole. Tam skutkiem manipulacji(?) wyeliminowano z gry rynkowej państwo i jego ogromny potencjał. To błąd brzemienny w skutki . Ale, wszyscy popełniamy błędy. Tyle że zwykle błąd rychło naprawiamy, i to jest w porządku. Kłopot w tym, że my nie naprawiliśmy błędu, mało – przez całe lata utwierdzano nas w słuszności przyjęcia takiego kierunku. To drugi powód naszej porażki. Przez całe lata słyszeliśmy o rychłym bankructwie socjalnych Niemiec czy socjalistycznej Szwecji. Rodzimi wróże zatrudnieni w różnych ważnych państwowych instytucjach wieszczyli systemowi państwa opiekuńczego same klęski.

 

W kraju bezwzględnie obowiązywał kierunek neoliberalny i biada temu, kto miał inne zdanie. Ogromną rolę w tej dezinformacji odegrały media głównego nurtu. Albo naprawdę nie rozumieją, albo cynicznie nie chcą zrozumieć, że żyją w środku bańki mydlanej o grubych ścianach, szczelnych wobec rzeczywistości. Z jednej strony, same się chronią, z drugiej – bezmyślnie ulegają wielkiej piarowskiej machinie potężnych korporacji. Tylko prawowierna profesura ma dostęp do anten stacji telewizyjnych. Doktryna Balcerowicza stała się naszym świętym obowiązkiem. Neoliberalizm w Polsce szybko zyskał grono zagorzałych zwolenników. Część polityków spostrzegła że ten system daje nieprawdopodobne możliwości słodkiego życia. Gwarantuje święty spokój, ogromne pieniądze i nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego ani żadnych kompetencji, albowiem za każde niepowodzenie gospodarcze można obwinić wolny rynek i jego niewidzialną rękę. Kto nie umiał sobie dać rady w nowej rzeczywistości był z pewnością pogrobowcem komuny i mógł sobie swobodnie zginąć, bo państwo w amerykańskim neoliberalizmie przestało pełnić funkcje opiekuńcze wobec swoich obywateli do pełnienia których zostało powołane.

 

Nasi wcześniej opisani przyjaciele niewiele zapłacili za sprzeniewierzenie się woli ludu. Balcerowicz (ortodoksyjny wyznawca neoliberalizmu) n.b. edukowany również na zachodzie – guru polskich przemian ekonomicznych dostał do pomocy przeprowadzenia tego chorego eksperymentu J. Sachsa profesora zwyczajnego Uniwersytetu Harvarda, gdzie przez 20 lat był wykładowcą, był też dyrektorem Projektu Milenijnego ONZ, doradcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i dziesiątków innych organizacji, siłą rzeczy uczestniczył w wyżej opisanej karuzeli stanowisk. To ten duet w głównej mierze odpowiada z katastrofę gospodarczą jaka ma miejsce w Polsce. “Uzdrowienie” systemu bankowego polegające m .in.na 100% podwyżce oprocentowania wcześniej udzielonych kredytów, było pogwałceniem wszelkich praw ludzi cywilizowanych. Obrazą podstaw prawa Rzymskiego. Stało się powodem samobójstw wielu rolników i walnie przyczyniło do powstania “Samoobrony” A. Leppera.

 

Może nie warto byłoby o tym pisać gdyby nie upływający czas i refleksja poważnego profesora dotycząca procederu uprawianego przez amerykańską administrację w którym przyszło prof.J. Sachsowi uczestniczyć. Oto cytat wypowiedzi prof. J.Sachsa. “(…) Siły rynkowe, jakkolwiek potężne, są tylko częścią historii [kryzysu]. Polityka odgrywa jednak ogromną rolę. W niektórych krajach, jak socjaldemokracje w północnej Europie (zwłaszcza Niemcy, Holandia, Dania, Norwegia, Szwecja i Finlandia), polityka rządu sprawia, że wszystkie grupy społeczne mogą korzystać z dobrodziejstw nowej globalizacji. W innych, polityka wzmocniła wzrost władzy i bogactwa nowej elity finansowej”.( Źródło: Occupy Wall Street and the Demand for Economic Justice, huffingtonpost.com, 13 października 2011.) To jawna krytyka systemu monetarystycznego. Już wcześniej prof.J. Sachs kontestował “osiągnięcia” Miltonowsko Friedmanowskiej (twórców amerykańskiej wersji neoliberalizmu) teraz otwarcie występuje jako zdeklarowany jego przeciwnik .

 

W Chile które jako pierwsze w świecie doczekało dobrodziejstw eksperymentatorów na wezwanie centrali związkowej Chilijczycy wyszli na ulice Santiago i starli się z policją , Santiago. Poszło o emerytury.

W czasach gdy krajem rządził generał Augusto Pinochet system emerytalny sprywatyzowano. Związkowcy z Jednolitej Centrali Pracujących (CUT) wsparci przez stowarzyszenia studentów domagają się powrotu na państwowy garnuszek. Samych tylko pracowników instytucji podległych Ministerstwu Finansów zastrajkowało 90 tys. - zauważa "Rzeczpospolita". Doświadczenia reformy chilijskiej pokazały, że zarządzanie pieniędzmi OFE stanowić atrakcyjne źródło zysków jedynie dla wielkich międzynarodowych firm ubezpieczeniowych i banków.

 

Rodzi się kolejne pytanie. Co takiego jest w neoliberalizmie, że stał się on systemem wyklętym? Nic. Moim zdaniem neoliberalizm jest takim samym systemem jak leseferyzm, fizjoktratyzm, liberalizm, czy socjalizm. Zatem, czym zawinił neoliberalizm że potępiają ten system jego wcześniejsi protagoniści??? Odpowiedź brzmi - niczym. To ludzie są winni bezrozumnemu jego stosowania. Od z górą 100 lat cywilizowany zachód opracowywał i wdrażał różne systemy ekonomiczne. Podlegały one systematycznej obserwacji i rozmaitym zmianom. W Europie jak zwykle motorem wszelkich przemian ekonomicznych byli Brytyjczycy. Kapitalizm, z jego ewolucjami, Owenowski socjalizm, socjalliberalizm, to domena Brytyjczyków. Jednak wstrząs jaki spowodował wielki kryzys stał się przełomem w gospodarce kapitalistycznej która okazała się bezsilna wobec katastrofy wolnego rynku. Panaceum na kryzys odkryli Amerykanie konstatując że bez ogromnego potencjału państwa z kryzysem nikt nie da sobie rady. Dopiero dzięki New Deal koncepcji której głównym założeniem była aktywna rola administracji państwowej w kształtowaniu polityki pieniężnej oraz rozwój inwestycji państwowych okiełznano światowy kryzys.

 

Wśród działań podjętych w ramach programu należy wymienić m.in. uruchomienie ogromnego zakresu robót publicznych. Ustalanie wysokość minimalnej płacy oraz systemu zasiłków dla bezrobotnych, wspieranie farmerów przez odpowiednią politykę cenową i kredytową. Program zawierał również rozwiązania ograniczające swobodę działania podmiotów gospodarczych. Stanowił formę interwencjonizmu państwowego w gospodarce USA, a jego doświadczenia z powodzeniem zostały wykorzystane przez wiele innych państw.

 

Temu systemowi zarzucić można iż po jego wprowadzeniu Hitler wywołał II wojnę światową. Ale przecież to nie wina systemu że używał go szaleniec. Przypatrzmy się tezom amerykańskiemu NEW DEAL które Meynadd Keynes przedstawił prezydentowi F.D. Rooseveltowi. Otóż tezy których zastosowanie spowodowało opanowanie kryzysu lat 30-tych minionego wieku są przeciwległym biegunem do tez zawartych w Konsensusie Waszyngtońskim. Interwencjonizm państwowy, jako system gospodarczy, udowodnił swoją siłę i dał wymierne korzyści całemu światu. Co dał światu amerykański neoliberalizm? Kryzys, rozwarstwienie społeczne, bezrobocie, biedę i kokosowe zyski małej warstwie bogatych ludzi.

 

W taki sposób spięliśmy klamrą dziejów główne nurty myśli ekonomiczne z okresu XX i XXI wieku oraz skutki jej stosowania.. Po II wojnie światowej kraje europejskie podzieliły się realizując odmienne systemy społeczno gospodarcze i tak (Niemcy) zaprowadziły społeczną gospodarkę rynkową opartą na filozofii ordoliberalzmu. Skandynawia wprowadziła oddzielny system a kraje stosujące ów system, nazwano państwami opiekuńczymi, zaś gospodarka Wielkiej Brytanii stanowiła konglomerat wielu systemów. Polska realizowała radziecką wersję socjalizmu zwanego socjalizmem demokratycznym. Po rewolucji solidarnościowej przyjęliśmy nową konstytucję i świetny kierunek gospodarczy zapisany w Art. 20 pod nazwą SGR która miała być realizowana na wzór i podobieństwo Niemiec.- Niestety…

 

W 1999 roku w Polsce zaczęło się kolejne szaleństwo. Szaleństwo OFE. Dziesiątki firm zachodnich rozpoczęło werbunek polskich pracowników wszelkich branż do udziału w programie emerytalnym swoich instytucji. Akcja propagandowa była tak szeroko zakrojona i profesjonalnie prowadzona, że trudno było nie wierzyć w złote góry jakie przyszłym emerytom obiecywały towarzystwa emerytalne. Jednocześnie trwała akcja ośmieszająca ZUS. Palmy na emeryturze zdawały się być na wyciągniecie ręki i kiep kto nie skorzystał z szansy przystąpienia do takiego funduszu. W TV dyżurni ekonomiści przekonywali o słuszności przejścia z ZUS do OFE. Ogromne korzyści miały osiągać nie tylko emeryci ale budżet państwa. OFE miały być lokomotywą gospodarczą, dla finansów publicznych, źródłem niekończących się możliwości rozwoju państwa i nobilitacji przyszłych emerytów. ZUS podówczas miał postać czarnego luda którego należało się bać i koniecznie unikać.

 

Co w OFE poszło nie tak że znalazły się one w ogniu ostrej krytyki. Osobiście uważam, że przyczyną takiego stanu rzeczy był brak odpowiedzialności prowadzących te instytucje. Ich wyniki wskazują, że zawiadujący finansami towarzystw nie myśleli nawet o tym że w przyszłości będą musiały wypłacać jakieś emerytury. Cały program emerytalny potraktowany był jak długoterminowa lokata wypłacana po terminie zapadalności. Takie wnioski można wyciągnąć po licznych awanturach jakie w związku z tym przetoczyły się przez media. Wtedy zaczęto patrzeć na wyniki finansowe tych przedsiębiorstw. Okazało się że w zasadzie kasa jest pusta. Tj. kapitał nie tylko nie przyniósł żadnych dochodów, jeszcze często bardzo wysokie koszty przedsiębiorstw powodowały uszczuplenie zdeponowanego kapitału. Dlaczego tak się stało. Dlatego że durni Polacy zapisali w ustawie takie możliwości. Pierwsze to możliwość inwestowania przez OFE w papiery dłużne skarbu państwa. Ustawa gwarantowała też 7% prowizje za zarządzanie zgromadzonym kapitałem..

 

Proceder był bardzo prosty. Skupowali papiery dłużne polskiego rządu, które prawie nigdy nie były oprocentowane na wysokości 7%. Część inwestowana była w papiery dłużne wielkich banków i innych instytucji finansowych. Ta inwestycja zysk przynosiła w bardziej wydłużonym niż papiery skarbu państwa tzw. “horyzoncie czasowym” ale też nie była wysoko oprocentowana, za to należała do tzw. inwestycji bezpiecznych. No i polska giełda papierów wartościowych , gdzie zgodnie z ustawą OFE mogły inwestować składki przyszłych emerytów w akcje. Tu jeszcze nigdy nikt nie zarobił, ale wiedzą o tym tylko nieliczni. Per saldo zyski przy tego rodzaju inwestycjach nie pokrywały nawet obligatoryjnej ustawowej 7% prowizji pobieranej przez OFE z zarządzanie pieniędzmi. Przypominam, że co miesiąc OFE pobierało 7% prowizji od sumy składek przesłanej przez ZUS. To ustawowa danina za tzw. “zarządzanie” zgromadzonym kapitałem. Kiedy zyski były mniejsze niż owe 7% OFE bez wahania sięgały po pieniądze stanowiące kapitał czyli po pieniądze zebrane ze składek pracowniczych. Pytanie. Jak nazwać taki proceder i czy można go tolerować. Oczywiście nie. Zmniejszono nawet prowizje z 7 do 3%.

 

Skandal nr1. to prognoza wypłaty pierwszych emerytur w kwocie 60 złotych. Emerytur wypłacanych po nastu latach działań systemu. Skandal nr 2. Jakiś chory umysł dopuścił do pobierania tak ogromnych prowizji od tak gigantycznego kapitału. Dlaczego przez całe lata nikt nie kontrolował tego procederu. Żaden bank na świecie nie pobiera 7% prowizji od zdeponowanego kapitału. Żadnej instytucji finansowej na świecie nie przyjdzie do głowy sięganie po zdeponowane zasoby kapitałowe, chyba że tak jak w Polsce pozwala im na to prawo. Następny wykwit polskiej myśli ekonomicznej to wspomniane papiery wartościowe. Emisja tych papierów powoduje że państwo zadłuża się. Powodem emisji bonów i obligacji w Polsce, jest dramatyczny brak płatników podatków – wszelkich podatków, które przeznaczane są na realizację obowiązków państwa wobec swoich obywateli. . To dlatego nasi politycy pragną by państwo nie zajmowało się problemami egzystencjalnymi narodu. Bo to kosztowny kłopot . Powodem braku podatków jest wyżej opisany proceder unicestwienia polskiej gospodarki. Ale do rzeczy. Bony i Obligacje skarbu państwa to papiery wartościowe które państwo sprzedaje zobowiązując się do ich wykupienia w oznaczonym terminie wraz z odsetkami. Tzn. że za wydrukowane i sprzedane kwity rząd musi w terminie zapadalności zapłacić kasę na jaką opiewają nominały tych papierów wraz z odsetkami.

 

W tym wypadku mproblem polega na tym że państwu po przekazaniu co miesiąc do OFE zebranych od pracodawców składek ubezpieczeniowych brakuje pieniędzy na bieżące wypłaty emerytur. Brakuje albowiem bismarckowski system ubezpieczeń społecznych polegał z grubsza biorąc na partycypacji pokoleniowej czyli młodsi dopłacają do starszych. Nasi “ekonomiści” wprowadzając zalecenia konsensusu waszyngtońskiego w ubezpieczeniach emerytalnych nie zadbali o odpowiednią zmianę tego systemu. Skutki takiej zabawy w ekonomię można by nazwać arcykomicznymi gdyby nie były śmiertelnym zagrożeniem dla bytu państwa. Dlaczego? Bo rząd nie mając pieniędzy na wypłatę emerytur drukuje kolejną transzę papierów wartościowych( które m.in. kupują OFE) w ten sposób zaciąga kolejną pożyczkę na ich wypłatę właśnie w OFE. Reasumując (nie ważne jak idiotycznie to by nie wyglądało) to nasz rząd daje OFE pieniądze które później to właśnie OFE pożycza naszemu rządowi na określony procent . Ponieważ przychodzi moment w którym nie można już wypłacać emerytur i obsługiwać zaciągniętego długu, państwo musi dalej zaciągać kolejne zobowiązania w kolejnych zachodnich instytucjach. To oczywiście jest oscylator długu publicznego którego wizualizację na Warszawskim MDM wykonano w celu sławienia dokonań niechcianego już w polityce dr hab. L. Balcerowicza Ojca polskiego neoliberalizmu. Który widać zapomniał że owy rosnący dług to po części jego dzieło.

 

Kolejnym “osiągnięciem” polskiej myśli ekonomicznej to ustawowe dopuszczenie inwestowania pieniędzy z OFE w akcje na giełdzie papierów wartościowych. Te inwestycje przyczyniają się w sposób oczywisty do porażających wyników finansowych jakie za okres swojej działalności uzyskały OFE. Chodzi o inwestowanie pieniędzy przyszłych emerytów w akcje, a to jest tak jak byśmy swoją przyszłość uzależnili od gry hazardowej. Dla przyszłych emerytur mam propozycję. Idźcie do kasyna i sami obstawcie zakłady. Pewnie nie wygracie (tak jak OFE) ale na pewno poczujecie dreszczyk emocji i dostaniecie do picia znakomite trunki, inaczej za wasze pieniądze zrobią to prezesi wielkich korporacji ich rady nadzorcze i zarządy.

 

Co wynika z tego eseju?

 

Wynika, że państwo musi zajmować się problemami gospodarczymi kraju i wbrew konsensusowi waszyngtońskiemu i zacząć w systemie gospodarki kraju stosować m.in. również elementy interwencjonizmu państwowego. Uchroni to nas od swobodnych harców politykierów, którzy nie wiedzieć czemu bezkarnie i bezrozumnie od lat sprawuje władzę w naszym państwie niszcząc jego substancję materialną i niematerialną.

 

Wnioski

Brzytwa to pożyteczne narzędzie, niebezpieczne tylko w ręku małpy. Po za tym ani OFE ani ZUS nie są ani dobre ani złe pod warunkiem że się rozumie gospodarkę i związki przyczynowo skutkowe w niej zachodzące. A wtedy się wie, czego się chce i co można. Na koniec pytanie. Czy premier Orban nie miał racji goniąc z Węgier waszyngtońską kamaryle?

 

P.S.

Oto Dyrektywy owego Konsensusu Waszyngtońskiego

I. Utrzymanie dyscypliny fiskalnej- polegało głównie na utrzymaniu niskiego deficytu budżetowego i niskiej stopie inflacji

 

II. Nowe priorytety w wydatkach publicznych- przeznaczanie środków finansowych na cele prorozwojowe, a więc takie które gwarantują wysoką efektywność poniesionych nakładów i przyczyniają się do poprawy podziału dochodów ( edukacja, ochrona zdrowia, rozbudowa infrastruktury ), a nie jak dotychczas na subsydiowanie pewnych sektorów i wspieranie programów publicznych

 

III. Reformy podatkowe ukierunkowane na obniżenie krańcowych stóp podatkowych i poszerzanie bazy podatkowej- podjęcie reformy podatkowej polegającej na obniżeniu stawek podatkowych, zwłaszcza od podatków dochodowych, na rzecz podatków od towarów i usług

 

IV. Liberalizacja handlu- polegająca na znoszeniu różnego rodzaju ograniczeń, w tym ilościowych jak i obniżenia ceł i osiągnięcie jednej taryfy celnej na średnim poziomie około 10%

 

V. Liberalizacja przepływów zagranicznych inwestycji bezpośrednich- zniesienie barier wejścia zagranicznych firm na rynek i różnego ich traktowania w porównaniu z przedsiębiorstwami państwowymi

 

VI. Liberalizacja rynków finansowych- stworzenie rynkowych stóp procentowych i wyeliminowanie preferencyjnych stóp dla wybranych odbiorców

 

VII. Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych- aby sektor prywatny był bardziej efektywny należy sprywatyzować sektor państwowy. Do prywatyzacji należy dopuścić zagranicznych inwestorów

 

VIII. Deregulacja rynków w zakresie wchodzenia na rynek i wspierania konkurencji- państwo powinno ograniczyć swoje regulacje tylko do sfer związanych z bezpieczeństwem narodowym, ochroną środowiska i nadzorem nad instytucjami finansowymi. Firmy natomiast mają być nieograniczane, a w swojej działalności mają funkcjonować w oparciu o zasady rynkowe

 

IX. Ochrona praw własności- gwarancje państwa co do posiadanych własności i zabezpieczenie na wypadek nacjonalizacji

 

X. Kursy walutowe- utrzymanie jednolitego kursu wymiany, który utrzymany zostanie na poziomie wystarczająco konkurencyjnym aby stymulować eksport Konsensus Waszyngtoński podkreślał bardzo mocno potrzebę liberalizacji handlu i przepływów kapitałowych, ograniczenie roli państwa i prywatyzację. Ponadto zalecał dyscyplinę monetarną (ale nie monetaryzm), reformę i uproszczenia systemu podatkowego oraz ułatwienia w zakładaniu i likwidacji firm.

 

 

Jakie ubezpiecznia (emerytalne)

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ponieważ wcześniej trzeba koniecznie odpowiedzieć na inne ważne pytania, dlatego, że ubezpieczenia społeczne są elementem finansów publicznych państwa. To z kolei dotyka kwestii ustroju społeczno gospodarczego państwa. Natomiast podjęcie decyzji w tej sprawie spowoduje określone wieloletnie skutki, nie tylko dla budżetu, ale przede wszystkim dla obywateli państwa. Naszą propozycje przedstawiamy, albowiem jak wykazałem w poprzedniej publikacji system ZUS i OFE w obecnym kształcie istnieć nie mogą ponieważ grożą katastrofą finansów publicznych ergo, bankructwem państwa. Żeby do tego nie dopuścić należy bezwzględnie odejść od stosowanej w Polsce amerykańskiej wersji neoliberalizmu. Jest to jedyna możliwość wyjścia z zaistniałego impasu i permanentnego kryzysu państwa. Trudność jest taka, że nie wolno narazić się na ostracyzm administracji USA którą reprezentuje MFW i BŚ, ale przede wszystkim U.E. To jest możliwe, bo wprowadzający modyfikację systemu ma kilka istotnych argumentów na uzasadnienie swoich poczynań w tym zakresie. Oto one. 1. Art.20 obowiązującej Konstytucji. Nie czyniąc rewolucji zaczynamy realizować jedynie możliwe w naszej sytuacji społeczno gospodarczej zasady niemieckiego neoliberalizmu, czyli Społecznej Gospodarki Rynkowej. Takie posuniecie uwolni nas od katastrofalnych skutków jakie niesie ze sobą stosowany system oparty na zasadach Konsensusu Waszyngtońskiego, jak również od demagogii balcerowiczowskich popleczników i “ trudnych” pytań dziennikarzy. Rozwiązanie to zapewne wesprze polska profesura ekonomiczna; pani prof. Elżbieta Mączyńskieka (SGH i Prezes Polskiego Towarzystwa ekonomicznego). prof. Leokadia Oręziak, (SGH). Prof. Paweł Bożyk (SGH). Prof. Zbigniew Poznański i (…….)amerykańskiej Prof. Michaela Orenstejna, (Harward ) Prof.Jefreya Sahsa (Harward), w końcu polskiej Konstytucji. Że skończyły się żarty dobitnie świadczy stanowisko Węgier w sprawie OFE. Doskonale zdają sobie z tego sprawę amerykanie, którzy jakoś bez przekonania sekują postępowanie Viktora Orbana. Dla Unii mamy tarcze w postaci zapisanej w Konstytucji zasady SGR i przymus realizacji jej zapisów. Trudne rozmowy czekają wprowadzających nowe zasady z pracodawcami. Temu gremiom należy uświadomić, że skończyła się pewna epoka i od tego dnia w Polsce będą musieli zmierzyć się z konkurencją (która jest fundamentem SGR). Konkurencję stanowić będą przedsiębiorstwa państwowe które działać będą w określonych gałęziach gospodarki przez co państwo stanie się uczestnikiem gry rynkowej. Nie ma innej drogi, ponieważ zmiana systemu m.in. emerytalnego będzie wymuszała na rządzie ograniczenie bezrobocia do frykcyjnego. Obowiązek ten spadnie na rząd dlatego, że wolny rynek w Polsce w tym zakresie okazał się być zawodnym i jedynie generował coraz to nowe pokolenia trwale bezrobotnych, a tak dalej być nie może. Jak zatem ma być? Oto jedna z możliwości która ma następujące cechy: Po pierwsze uznaje i respektuje zasady gospodarki systemu kontynentalnego tzn. Społecznej Gospodarki Rynkowej. Po drugie uznaje państwo jako podmiot gry rynkowej w wybranych gałęziach gospodarki narodowej. Nie zmienia zasad obowiązujących w krajach zrzeszonych w U.E. natomiast zmienia ustawienie priorytetów co nie powoduje konfliktu interesów uczestników rynku. Po trzecie gwarantuje możliwość reagowania państwa w zagrożone obszary gospodarki, które są wynikiem wadliwości działania wolnego rynku. To właśnie w celu eliminacji tych wad należy wprowadzić pewien rodzaj interwencjonizmu państwowego. Uważny czytelnik natychmiast zauważy że w niemieckiej wersji SGR nie ma zapisów o interwencji państwa w procesy gospodarcze. To prawda, ale Polska posiada specyficzne warunki, i w związku z tym musi wypracować własny system adekwatny do swoich potrzeb. Wszak kraje będące członkami UE stosują ardzo różne metody sprawowania kontroli nad swoim gospodarstwem. Różnią się one od siebie dlatego, bo jego poprawne funkcjonowanie wymaga stosowania różnych instrumentów ekonomicznych.

Dokładnie kwestie te wyjaśnia prof. Walter Eucken w swoim dziele p.t. "Grundsätze der Wirschaftspolitik" ("Podstaw polityki gospodarczej"). – ekonomista, historyk i filozof współtwórca szkoły fryburskiej na bazie dorobku naukowego której powstała kontrukcja niemieckiego Ordo liberalizmu a w efekcie neoliberalna SGR dziś nazywana również systemem kontynentalnym którego stosowanie jest przypomnę również polskim obowiązkiem konstytucyjnym. Ten system obowiązuje w Niemczech, Francji, Austrii, krajach Beneluksu i większości państw europejskich które po rozpadzie ZSRR dołączyły do UE. Jednym z głównych problemow poruszonych we wspomnianym dziele W. Euckena jest ostro postawiony problem - kogo dotykają przyjmowane rozwiązania wprowadzanego nowego systemu społeczno gospodarczego i dlaczego one nie mogą mieć waloru uniwersalności. W. Eucken dowodzi że jeżeli zignoruje się otoczenie w jakich system ma działać – to on nigdy nie zadziała. Zupełnie tak jak to ma miejsce w Polsce. Jako przyczyny niepowodzenia wprowadzanego systemu W. Eucken wskazuje miazmaty zupełnie pozaekonomiczne, takie jak – tradycja, obyczaj, kultura, etos będący zbiorem immanentnych cech dla danej społeczności. Jest to kolejna przyczyna dla której należy zmodyfikować nasz system gospodarczy. Oczywiste jest, że sektor prywatny musi istnieć. Ale tak czy siak za wielkie inwestycje zapłaci państwo pytanie kto weźmie tę zapłatę? Jeżeli firmy zachodnie to możemy się spodziewać że nie zapłacą za nic, mało, wezmą pieniądze i zbankrutują. Nie warto o tym mówić, wiemy że to już było i tak być może a więc należy postawić tamę bezsensownemu wypływowi budżetowej gotówki. Sektor państwowy wytworzy kolejne miejsca pracy z godziwym wynagrodzeniem, zatrudnieniem bez umów śmieciowych i innych metod oszukiwania ludzi pracy. Dopiero kiedy uda się ograniczyć bezrobocie, można zająć się systemem emerytalnym, podatkowym czy ochrony zdrowia. Dziś o systemie emerytalnym. Po za dyskusją pozostaje fakt konieczności odstąpienia od bismarckowskiego ustroju ubezpieczeń społecznych. Zaproponowane przez towarzystwa emerytalne warunki są dla niezamożnych Polaków nie do przyjęcia a ZUS niemożliwy do utrzymania ze względu na katastrofalne skutki jego działania dla budżetu. Pozostaje więc takie urządzenie zabezpieczania emerytalnego, który gwarantuje możliwość godziwego życia ludzi w wieku poprodukcyjnym. To co proponuje pan Premier wraz z rządem ma wszelkie cechy prymitywnej hucpy ponieważ nie ma żadnego powodu aby styrani życiem ludzie musieli pracować jeszcze po ukończeniu 65 roku życia. Głoszenie podobnych tez jest zwykłym skandalem i bezczelną arogancją władzy w stosunku do obywateli własnego kraju. Takie postępowanie Być może mieści się w ramach zaordynowanych przez konsensus waszyngtoński, ale to nie ma nic wspólnego z tradycją obyczajem i mentalnością Polaków a więc zgodnie z definicją prof. W. Euckena nie będzie akceptowana a wię nie będzie działać. Rozważmy zatem taką sytuację.

Na indywidualne konta obywateli wpływa część wynagrodzenia jako składka emerytalna . Przyjmijmy że będzie to kwota 689 zł. miesięcznie czyli rocznie 8,268zł. Przyjmijmy że taki stan będzie trwał przez 45 lat . W naszej propozycji posłużymy się wzorem na procent składany. Jeżeli kapitalizacja odsetek następuje tylko raz w roku, ten wzór ma następującą postać.

 

Gdzie V to wartość odsetek np. po 45 latach. V0 8,268zł. = 689 zł. x 12 m.cy - kwota rocznych wpłat dokonywanych co miesiąc na nasz rachunek. r to nominalna wartość oprocentowania rachunku = 4% n w naszym przypadku to 45(lat ) nasz wzór przybierze następująca postać V = 8,268 x (1+0,04)^ 45 i po wykonaniu rachunków otrzymamy wynik V= 48,294 zł. Jest to kwota odsetek od zgromadzonego przez 45lat kapitału. Do tego musimy dodać wartość zgromadzonego przez 45 lat kapitału składkowego, czyli 45 (lat) x 8268zł. co daje kwotę 372,060zł. W naszym przykładzie oznacza to, że osoba która przez całe życie odkładała na emeryturę miesięcznie 689zł. po 45 latach składkowych dysponować będzie łącznym kapitałem w wysokości 420,345zł

Z taką kwotą kończyłby obywatel okres swojej aktywności zawodowej. Jeżeli w dalszym ciągu zaproponujemy obywatelowi trzymanie pieniędzy na rachunku naszej (państwowej instytucji) wtedy z tego tytułu będzie on otrzymywał kwotę rocznego dyskonta składanego w wysokości 16.814zł, czyli wysokości 1400 zł. miesięcznie zachowując kapitał podstawowy 420,354 zł. Jeżeli chce może, ale nie musi podjąć dodatkowo pracę. Oczywiście uczestnik programu może zrezygnować z dalszej “kurateli” państwa i jednorazowo odebrać w/w kwotę składek wraz z odsetkami tj. (420,354zł).

Obliczeń wysokości składki dokonano przyjmując wartość obecnej średniej krajowej płacy(3800zł.brutto) i 19% składki emerytalno rentowej. Natomiast wysokość oprocentowania przyjęto zgodnie z oprocentowaniem 7 letnich obligacji skarbu państwa. Powyższe obliczenia obarczone są błędem zakładającym stałą wysokość składek i założony okres składkowy. Sprawujący władzę będą mieli oczywiście możliwości wykonania takich inwestycji które w określonym przedziale czasowym będą miały wyższą stopę® zwrotu z inwestycji niż długoterminowe obligacje, wtedy strumień pieniędzy winien być skierowany na realizację tych inwestycji. Przedstawiony został państwu pewien model projektu który daje matematyczny dowód na sensowności jego zastosowania. Co obywatelowi daje takie rozwiązanie? 1. Przejrzysty, jasny, atrakcyjny, gwarantowany przez państwo, system oszczędności wraz możliwością sprawdzenia w każdej chwili stanu konta. 2. Gwarancje skarbu państwa do dożywotnich wypłat emerytury , lub jednorazowej wypłaty ( zwrotu środków )zgromadzonego w okresie składkowym kapitału wraz z odsetkami po uzyskaniu wieku emerytalnego tj. 65 lat 3. Stabilizację wysokości płąc pracowniczych w sektorze prywatnym 4. Gwarancje dziedziczenia kapitału zebranego przez zmarłego członka rodziny na ogólnych zasadach, co w sposób bezpośredni będzie wpływać na zamożność społeczeństwa. Znika wtedy problem czy i w jakiej wysokości należą się świadczenia owdowiałym po śmierci małżonka , zstępnym, partnerowi lub partnerce. Państwo otrzymuje 1. Gwarancje stałego dopływu kapitału, a jego obywatele czynnie uczestniczą w budowie potencjału ekonomicznego kraju. 2. Znacznie większe wpływy do budżetu 3. Wyeliminuje kłopoty z wypłatą bieżących emerytur, 4. Zlikwiduje mechanizmu oscylatora dziury budżetowej który opisałem w poprzednim materiale, dotyczącym likwidacji OFE co w konsekwencji doprowadzi do zmniejszenie długu publicznego. 5. Skarb państwa obarczy obowiązkiem dbania o ciągły rozwój gospodarczy państwa aby mogło ono udźwignąć ciężar odsetek od pożyczonego od obywateli kapitału.

Podsumowania słów kilka.

Uwaga. Przedstawiony model to model matematyczny pozbawiony wszelkich barw politycznych aczkolwiek bliższy rozwiązaniom socjalnej Europy, niż neoliberalizmowi amerykańskiemu. Można go nie realizować, ale gdyby jednak to wprowadzić by trzeba pewnych modyfikacji. To czego żadną miarą nie można zrobić, to dać sobie wmówić, że wprowadzenie w Polsce innego modelu niż OFE jest niemożliwe z różnych względów np. na wymogi gospodarki rynkowej. To nie tylko jest nieprawda, ale niema nic do rzeczy, ponieważ zmiana taka otwiera polsce drogę ucieczki przed całkiem realnym widmem bankructwa państwa, po wtóre w Polsce nie ma gospodarki rynkowej. W Polsce od zmiany ustroju obowiązuje Społeczna Gospodarka Rynkowa. Słowo SPOŁECZNA implikuje możliwość działań które są w skrajnej opozycji z definicjami zawartymi w Konsensusie Waszyngtońskim którego wprowadzenie było właśnie niezdefiniowanym wcześnie oszustwem Okrągłego Stołu. Tymczasem Polska gospodarka bez interwencji państwa nigdy się nie podniesie, jest to absolutnie niemożliwe, a każda próba budowania czegokolwiek w Polsce pod rządami zasad amerykańskich grozi katastrofą finansów publicznych czyli bankructwem. Jest to ostatni moment do dokonania zmian w gospodarce bo posiadamy jeszcze potencjał oraz ludzki i ekonomiczny oraz względną suwerenność gospodarczą. Konieczna jest jedynie, lub aż - determinacja polityczna.

Adam Zbigniew Gusiew

Sekretarz Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową

 

III Rzeczpospolita, zrozumieć zewnętrzne szanse i zagrożenia

Polityka administracji Baracka Obamy wobec Europy ulega istotnej zmianie. Prezydent, który w swej pierwszej kadencji skupiał się przede wszystkim na działaniach w Azji, zapowiedział w swym Orędziu o Stanie Państwa rozpoczęcie negocjacji z UE dotyczących TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Stwierdził w Orędziu, że wyzwania jakie stoją przed światem Ameryka pokonywać będzie wraz ze swymi sojusznikami. Nie ograniczył się przy tym tylko do sojuszników europejskich i w żadnym przypadku nie odwołał zainteresowania Stanów regionem Pacyfiku; powiedział bowiem równocześnie, że Stany chcą zakończyć negocjacje dotyczące Trans-Pacific Partnership Act. (Remarks by the President in the State of the Union Address, February 12, 2013, The White House Blog). Zwrot ku Europie świadczy o kłopotach Ameryki nie tylko na Pacyfiku, ale także w innych częściach świata. Kłopoty te są zresztą także udziałem Unii Europejskiej; żadne z tzw. mocarstw europejskich nie jest obecnie w pojedynkę w stanie sprostać Chinom. Odnieść można nawet wrażenie, że część pola rywalizacji między Stanami i UE z jednej strony, a Chinami z drugiej znalazła się już w Europie. (patrz np.: Maksymilian Podstawski, Europa Środkowa a ekspansja gospodarcza Chin, Realia i co dalej, Czerwiec Nr 3 (24) 2011). Prezydent wspomniał o wychodzeniu Ameryki z kryzysu oraz o znaczeniu jakie współpraca gospodarcza z Europą mieć będzie dla rozwoju amerykańskiego eksportu oraz zwiększenia liczby miejsc pracy w Stanach. Idea umowy o wolnym handlu między Stanami a UE sięga czasów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Nazywać się ona miała wówczas TAFTA (Transatlantic Free Trade Agreement). Umowa dyskutowana była na unijnym forum w 1998 roku. Do jej zawarcia nie doszło. Jej zwolennicy argumentowali wtedy, że dla przetrwania Zachodu w okresie zimnej wojny potrzebne było NATO, a w dobie zaostrzającej się konfrontacji ekonomicznej podobną rolę odegrać może TAFTA. Najwięcej wątpliwości umowa wzbudzała wśród Amerykanów. Jej amerykańscy krytycy uważali wówczas, że zawarcie takiego porozumienia regionalnego będzie miało negatywny wpływ na handel światowy. Nie było ponadto zgody co do niektórych jej zapisów. Amerykanie uważali jeszcze wtedy, że USA są niekwestionowanym światowym hegemonem i podkreślali fakt, że Stany mają większe obroty z Azją niż z Europą. Niezwykle istotny (i ważny dotąd) był argument, że Europa rzadko potrafi mówić jednym głosem; “jest gospodarczym gigantem, politycznym karłem i militarnym robaczkiem”. (patrz np.: Claude E. Barfield, The Deceptive Allure of a Transatlantic Free Trade Agreement: a US Perspective, Istanbul, 1998, Internet). Zdecydowanym novum w aktualnym amerykańskim podejściu do Europy jest, w przeciwieństwie do poprzednich kpin i radości z europejskich słabości, przekonanie, że tylko silna i spójna Unia Europejska, może wraz ze Stanami zapewnić Zachodowi w świecie przewagę. Same Stany nie są już przywódcą świata. Obecnie Stany nie są tak silnie jak niegdyś, natomiast Europa–mimo wszystko, mimo obecnych trudności-ma szansę stać się mocniejsza i bardziej zintegrowana niż była. Stany – we własnym interesie - chcą jej w tym pomóc. Zachód zrozumiał, jak się wydaje, że pokojowa konfrontacja z Chinami to nie żarty: Azja stosuje inne metody gry i prezentuje inne wartości. Stany potrzebują Europy nie tylko na Pacyfiku, ale i na Bliskim Wschodzie, a także w relacjach z Rosją. A Europa, ze swej strony, potrzebuje Stanów.

 

Nową politykę amerykańską wobec Unii Europejskiej, w tym wobec Europy Środkowej, interpretował profesor Zbigniew Brzeziński już w kwietniu, na dorocznej konferencji Global Security Forum w Bratysławie poświęconej problemom polityki zagranicznej i bezpieczeństwa z udziałem państw Grupy Wyszehradzkiej. Organizatorem tych spotkań jest od 8 lat Słowacka Rada Atlantycka. Brzeziński powiedział tam, że odpowiedzią Europy Środkowej na wyzwania stojące przed Europą i Zachodem powinna być współpraca regionalna, wzmocnienie Grupy Wyszehradzkiej i jej powiązań z Północą Europy. Przyznał przy tym, że w dużej mierze region ten stara się już to czynić.(Brzeziński: Europa Środkowa potrzebuje wzmocnionej współpracy; depesza PAP, 18.04.2013, portal MSZ). Obecne zainteresowanie Stanów Zjednoczonych silną Unią Europejską, w której skład wchodzi Europa Środkowa znajdująca się w ścisłym związku z północą kontynentu plus Wielka Brytania (i z Niemcami), nie wynika oczywiście wyłącznie z chęci eksploatowania arktycznych bogactw surowcowych. Niemniej ważny, a może ważniejszy jest rozwój sytuacji na Pacyfiku, gdzie coraz większe znaczenie ma rosnąca potęga Chin. I nie chodzi tu tylko o siłę militarną Chin, ale o szybko rosnące chińskie wpływy polityczne, kulturalne, a przede wszystkim gospodarcze, zresztą nie tylko w regionie Pacyfiku, ale na całym świecie, w tym w Europie. Na południu szeroko rozumianej Europy Środkowej leżą Bałkany, a stąd już niedaleko do Bliskiego Wschodu, gdzie Chiny i Rosja w konflikcie syryjskim poparły reżim prezydenta Asada. Na Bałkanach zarówno Rosja (od dawna), jak i Chiny (coraz bardziej) mają swe interesy. Profesor Zbigniew Brzeziński podczas swego pobytu w Polsce w czerwcu 2013 roku przybliżał swym polskim rozmówcom nową politykę Obamy wobec UE i Europy Środkowej. Zasugerował kierunek w jakim powinna podążać polska dyplomacja. Swe poglądy na ten temat przedstawił na spotkaniu w Pałacu Prezydenckim 6 czerwca. Wyraził opinię, że Polska wraz z Niemcami, Skandynawią, państwami bałtyckim i sąsiadami z południa powinna wspólnie uzgadniać swą politykę zagraniczną. Zaznaczył przy tym, że powinniśmy być świadomi własnych ograniczeń. Oświadczył, że jest zwolennikiem koncepcji Europy Środkowo-Północnej. Zauważył, że w Europie brak poczucia europejskości. Dlatego istnieje potrzeba stworzenia wizji historyczno-politycznej Europy oraz przekonania, że “jest” coś więcej niż naród. (patrz przy okazji: Maksymilian Podstawski, Europa Środkowa – potrzeba umacniania ponadnarodowej tożsamości, Realia i co dalej, Luty Nr 1 (22) 2011). Stwierdził przy tym, rzecz oczywistą co prawda, że między krajami Europy występują różnice językowe, kulturowe i historyczne. Niemniej jednak ta “oczywistość” oznacza, że Unia Europejska nie jest jeszcze odpowiednikiem Stanów Zjednoczonych (przede wszystkim nie “mówi jednym głosem”, M.P.), a to jak się wydaje przeszkadza w realizacji najnowszej koncepcji prezydenta Baracka Obamy dotyczącej naszego kontynentu. Koncepcja ta zakłada stworzenie głębokich powiązań handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonym a UE i ma nie tylko znaczenie gospodarcze, ale i strategiczny wymiar. Chodzi o powiązanie Stanów z Europą w taki sposób, by utrzymać równowagę światową – przede wszystkim z Chinami, ale też ogólnie z Azją. Tak, aby Zachód jako całość utrzymał w świecie swą przewagę przez następne kilkadziesiąt lat. (Internet, TVP.Info, 06.06.2013 oraz fragmenty z wypowiedzi Z. Brzezińskiego wyemitowane w Telewizji). Mamy tu więc do czynienia z istotną ewolucją w amerykańskim myśleniu strategicznym. Do niedawna mowa była o skierowaniu zainteresowania Ameryki na region Pacyfiku i rezygnacji ze ścisłych powiązań z Europą. Dużo było w tym myśleniu lekceważenia, a nawet niechęci wobec Europy (szczególnie wobec Niemiec i Francji. Często zresztą niechęć ta była wzajemna). Wielu politologów i polityków amerykańskich widziało w Europie wyłącznie słabego rywala, a nie potencjalnego i ważnego sprzymierzeńca. Widać to było na przykład w tekstach George'a Friedmana, w których tworzy on wizję Europy Środkowej pod przywództwem Polski i w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Friedman nie pozostawia złudzeń; wieszczy upadek Unii Europejskiej i ostrzega przed sojuszem Niemiec z Rosją. Z tym, że tak pomyślana Europa Środkowa miałaby-moim zdaniem-tradycyjnie wrogów zarówno w Rosji, jak i w Niemczech, co dla Polski i Europy Środkowej nigdy nie kończyło się dobrze. W przeciwieństwie do Friedmana, Brzeziński zawsze uważał, że w interesie Polski jest jej obecność w Unii Europejskiej, a w niej doceniał rolę Niemiec. Wskazywał także na potrzebą przyjaznych relacji Polski z Niemcami. Przy czym ci obydwaj, znani w naszym kraju, politolodzy i stratedzy podkreślali konieczność utrzymania przez Polskę ścisłych więzi ze Stanami. Koncepcja Obamy bliższa jest poglądom Brzezińskiego. “O większym i żywotnym Zachodzie” napisał Brzeziński w swej “Strategicznej wizji”. Stany Zjednoczone będą musiały, jego zdaniem, zaangażować się w proces kształtowania bardziej żywotnego i szerszego Zachodu i przez kilka następnych dekad starać się o połączenie z Zachodem już obejmującym UE i USA, zarówno Rosji, jak i Turcji, dzięki instytucjom takim jak UE i NATO. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, 2013, str. 181).

 

(Należy sądzić, że ten kierunek amerykańskiej polityki zagranicznej wobec Europy i Rosji zostanie utrzymany przez kilkadziesiąt lat. Wątpliwości natomiast rodzą się w przypadku Turcji, która przeżywa wyraźny kryzys wewnętrzny. W rezultacie Unia Europejska wsparła inicjatywę Niemiec, które zaproponowały czasowe wstrzymanie dalszych rozmów na temat członkostwa w Unii. Przyczyną jest brutalna reakcja władz tureckich wobec protestów obywatelskich trwających w tym kraju od 28 maja 2013. Wydaje się, że jeśli w Turcji przewagę uzyska islamski fundamentalizm, droga Turcji do UE zostanie przynajmniej czasowo zamknięta. M.P.).

 

Nowe akcenty w amerykańskiej i brytyjskiej polityce wobec Europy dostrzec można było już przed Orędziem Obamy. Wielka Brytania, najważniejszy sojusznik Ameryki w Europie, włączyła się kilka lat temu do procesu, który ma miejsce na Północy naszego kontynentu. Dołączyła do Nordyckiej Grupy Bojowej sformowanej 1 stycznia 2008 roku. Początkowo należały do niej: Szwecja, Finlandia, Norwegia, Islandia oraz Estonia. Następnie do Nordyckiej Grupy Bojowej przystąpiły: Wielka Brytania, Dania, Łotwa i Litwa. Za jedną z przyczyn rodzenia się sojuszu polityczno-gospodarczego na Północy Europy uważa się powszechne zainteresowanie złożami gazu i ropy w rejonie Arktyki, gdzie pokrywa lodowa jest coraz mniejsza, co ułatwi ich eksploatację. Złożami tymi zainteresowane są Stany Zjednoczone, Kanada, a także – co oczywiste – Rosja. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron oświadczył 24 stycznia 2011 roku na spotkaniu z przywódcami Islandii, Norwegii, Finlandii, Szwecji, Danii. Litwy, Łotwy i Estonii, na zwołanym przez siebie szczycie, że sojusz tych państw oparty na wspólnych interesach może się stać siłą napędową rozwoju gospodarczego całego regionu. Flotę lodołamaczy budują Chiny, którym chodzić może nie tylko o surowce, ale także o skrócenie przez Arktykę o 6000 km trasy do Europy. Na te fakty i wydarzenia publicyści zwracali już uwagę kilka lat temu. W roku 2011 wyraziłem pogląd, że w interesie narodów Środkowowschodniej Europy jest, aby Grupa Wyszehradzka i Wyszehradzka Grupa Bojowa “nie oddaliły się” zbytnio od Ligi Północnej i Nordyckiej Grupy Bojowej, aby te ugrupowani ze sobą współpracowały”.(Maksymilian Podstawski, Militarne i gospodarcze aspekty integracji Europy Środkowej, Realia i co dalej, Listopad Nr 5 (26) 2011, str.90 i 97). Od tego czasu sytuacja zmieniła się na tyle, że Europa zyskała dla Stanów jeszcze bardziej na znaczeniu. I jak wynika ze słów Brzezińskiego, nie powinna to być – jak dotąd patrzyli na UE i taką chcieli ją widzieć Amerykanie – Europa słaba i podzielona. Obecnie Amerykanom zależy na silnym i zjednoczonym europejskim sojuszniku. Chociaż, można przypuszczać, że w przypadku klęski idei europejskiej, politycznego i gospodarczego załamania się Unii Europejskiej, Amerykanie i Brytyjczycy przewidują wariant alternatywny. Tym wariantem byłaby właśnie koncepcja Europy Środkowo-Północnej, w której ważną rolę odgrywałyby Niemcy, jako państwo, bez którego z różnych powodów (politycznych, ekonomicznych i geograficznych) niewiele w Europie można “zdziałać”. Podobnie więc, jak w okresie zimnej wojny, w relacjach amerykańsko-europejskich wzrasta pozycja Niemiec. W tym alternatywnym -wobec UE-wariancie dostrzec można kompromis między krańcowo pesymistyczną niewiarą George'a Friedmana co do przyszłości całej UE oraz jego wątpliwości co do intencji Niemiec, a przekonaniem Zbigniewa Brzezińskiego odnośnie konieczności liczenia się w polityce europejskiej z Niemcami. Polska i Grupa Wyszehradzka ma według Brzezińskiego do odegrania ważną rolę w tej strategii, jakkolwiek Brzeziński przestrzega przed przecenianiem przez Polaków swych możliwości; chodzić tu może m.in. zarówno o konieczność jeszcze większego zrozumienia w Polsce dla roli Niemiec w Europie, jak i dla amerykańskich perspektywicznych planów włączenia Rosji do szeroko rozumianego Zachodu...W chęci “przyciągnięcia” Rosji do Zachodu dopatrywać się można także obaw Stanów i UE przed ewentualnym sojuszem chińsko-rosyjskim. Z uwagi na rozwój sytuacji na Pacyfiku, to Stany i Japonia przede wszystkim powinny się obawiać tego sojuszu. W dniach 05.07. - 12.07.2013 odbyły się wspólne chińsko-rosyjskie manewry na Morzu Japońskim, w rejonie wysp Kurylskich, będących przedmiotem sporu między Rosją a Japonią. Ma to bezpośredni związek ze sporem chińsko-japońskim o wyspy Senkaku. W roku ubiegłym podobne manewry miały miejsce na Morzu Żółtym. Warto także przypomnieć i to, że Chiny są poważnym importerem rosyjskiego uzbrojenia, a 2 razy do roku na poligonie w obwodzie czelabińskim odbywają się rosyjsko-chińskie ćwiczenia antyterrorystyczne ( w tym roku w okresie 27.07.-15.08,2013). Jest oczywiste, że Europa potrzebuje Stanów, ale Stany, wcale nie mniej, potrzebują Europy. Jeżeli kiedykolwiek Stany miały zamiar opuścić Europę, to nie w tej chwili. Raczej będą się starały doprowadzić w przyszłości do względnego spokoju na Bliskim Wschodzie, ale Europy nie opuszczą, bo to właśnie ona jest w stanie ich wspierać. Skandal z rewelacjami Edwarda Snowdena dotyczącymi podsłuchów nie “obrazi” na tyle Europy, aby przeszkodzić w negocjacjach dotyczących TTIP i zacieśnianiu relacji europejsko-amerykańskich. Negocjacje TTIP są tajne mimo, że nie dotyczą spraw wojskowych. Niemniej jednak tajemnicą nie jest, że USA mają wieczne pretensje do UE o to, że kraje unijne przeznaczają zbyt mało środków na zbrojenia. Także Brzeziński zwraca uwagę, że UE nie powinna ograniczać się tylko do spraw ekonomicznych, ale posiadać także swą wizję strategiczną. Rzeczywiście wydaje się, że Unii takiej wizji na razie brak. Paradoksalnie w tym wszystkim w korzystnej sytuacji znalazła się Rosja, o której względy zabiega zarówno Zachód (Stany, UE i poszczególne państwa unijne), jak i Chiny. Okazuje się, że rosyjska dyplomacja potrafi-jak zwykle- łagodzić niedostatki militarne i ekonomiczne swego państwa.

 

Koncepcja Obamy w odniesieniu do UE, w części dotyczącej Europy Środkowej, przypomina nieco amerykańskie i brytyjskie poparcie podczas II wojny światowej dla polsko-czechosłowackich planów zjednoczenia Europy Środkowej, którym wówczas skutecznie sprzeciwił się Stalin. Różnice są oczywiście znaczne. Wówczas chodziło o obszar między Rosją, Niemcami, Włochami a Turcją. Od Gdańska do Salonik. Plany zjednoczenia Europy Środkowej w konfederację powstawały wtedy z obawy przed Niemcami i ZSRR. Aktualne plany nie przewidują budowania konfederacji i nie są skierowane ani przeciwko Niemcom, ani przeciwko Rosji. Obecnie chodzi współpracę polityczno-gospodarczo-wojskową między Wielką Brytanią, Skandynawią, państwami bałtyckimi, Grupą Wyszehradzką i Niemcami. Trzeba tu przypomnieć, że do Grupy Wyszehradzkiej ciążą: Rumunia i Bułgaria oraz to, że Grupa Wyszehradzka w ramach Unii Europejskiej interesuje się współpracą z Zachodnimi Bałkanami. Jak się ma więc amerykańsko-brytyjska koncepcja Europy Środkowo-Północnej do polityki unijnej na Bałkanach? Czy Grupa Wyszehradzka nie powinna interesować się już Bałkanami? Koncepcje unijne nie do końca muszą się zgadzać z amerykańskimi, szczególnie na Bałkanach, gdzie sytuacja, jak zwykle jest specyficzna dla tego regionu i ulega wahaniom, a graczy jest tam wielu, może zbyt wielu. Ostatnio, w związku z sytuacją wewnętrzną Turcji, wpływy tego państwa na Bałkanach będą prawdopodobnie nieco słabły. Niemniej dla NATO i Stanów Zjednoczonych Turcja pozostanie ważnym sojusznikiem wojskowym. Zresztą w dłuższej perspektywie czasowej, protesty w Turcji, jeśli doprowadzą do demokratyzacji tego państwa, mogą przybliżyć ten kraj do Europy. Zachód, jako całość, zgodny jest prawdopodobnie co do tego, że niezależnie od kosztów, całe Bałkany powinny w stosunkowo krótkim czasie znaleźć się w Unii Europejskiej. Koncepcja Europy Środkowo-Północnej nie musi oznaczać osłabienia Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie, może się w idei europejskiej doskonale mieścić. Stanowić ona może jednak pewne zagrożenia dla sprawnego funkcjonowania Trójkąta Weimarskiego i roli Francji w Europie.

 

Nowa koncepcja Obamy jest inspirująca, a dla Polski i Grupy Wyszehradzkiej wydaje się być korzystna. Rodzi się jednak kilka pytań. Przede wszystkim, jak długo będzie ona obowiązywać. Czy nie skończy się tak, jak podczas II wojny z poparciem amerykańskim i brytyjskim dla pomysłu sfederalizowania Europy Środkowej? I nie pojawi się jakiś nowy Stalin, który powie: NIE? Czy w razie zmiany w Stanach administracji demokratycznej na konserwatywną, doktryna Obamy będzie nadal obowiązywać? Te pytania postawione są być może za wcześnie. Zawarcie bowiem porozumienia TTIP nie będzie łatwe do osiągnięcia. Trudności są po obydwu stronach Atlantyku. Obama blokowany jest w Kongresie, a jego możliwości działania są ograniczone; nie może oczekiwać wsparcia od konserwatystów zorientowanych na wolny rynek. W Europie różnice pojawiają się szczególnie w obszarze rolnictwa, ochrony środowiska i kultury. Dr Josef Braml, niemiecki ekspert ds. amerykańskich (Niemieckie Towarzystwo Polityki Zagranicznej) zwraca ponadto uwagę na zmiany zachodzące w światowym systemie finansowym; będzie się on “multipolaryzował”. Euro czy juan mogły będą zagrozić dolarowi. Dotychczas dominacja dolara pozwalała Amerykanom żyć ponad stan i to powodowało makroekonomiczne nierówności, co jak nauczył nas kryzys, jest niebezpieczne. Zdaniem Bramla, euro i juan powinny być silnymi walutami, a Europa musi znaleźć sposób, aby zaistnieć w tej grze. (Braml: Obama potrzebuje Europy, wywiad Weroniki Przecherskiej z drem Josefem Bramlem, 19.06.2013, Portal Opinii, TOK FM. Pl, Instytut Obywatelski). Wydaje się, że zgoda wśród amerykańskich elit na ekonomiczne i polityczne zbliżenie z Europą, aby była wiarygodna, wymagać powinna takiej jednomyślności, której nie zakłócą w przyszłości kolejne zmiany w administracji USA. Nie jest to do końca takie pewne, zważywszy trudność jaką mają amerykańscy konserwatyści w zrozumieniu zmian zachodzących w świecie. W detronizacji dolara jako najważniejszej światowej waluty zainteresowane są zapewne także Chiny, którym także z jakichś powodów zależeć może w pewnym momencie na zintegrowanej, silnej i mówiącej jednym głosem Unii Europejskiej... Cały Zachód powinien się więc spieszyć z zawarciem TTIP; kalkulacje niektórych politologów, że Chiny zostaną osłabione przez jakiś wewnętrzny kryzys są niezwykle naiwne. Tym samym są komentarze wiążące nadzieje na spowolnienie chińskiej gospodarki. Jeśli do zawarcia TTIP nie dojdzie, nawet z koniecznymi skądinąd dla Europy ustępstwami w dziedzinie np. kultury), to może się okazać, że to Chiny wkrótce rozdawać będą w świecie karty.

 

Przyjmijmy jednak, co mimo wszystko jest najbardziej prawdopodobne, że porozumienie TTIP dojdzie do skutku i o wszystkim zdecydują przede wszystkim korzyści gospodarcze.. Jak znajdzie się w nim Polska i Europa Środkowa? Pomysł na Europę Środkowo-Północną przedstawiany przez Brzezińskiego wydaje się być częścią koncepcji Obamy dotyczącej zbliżenia Stanów z Europą. Jest też planem awaryjnym, w przypadku, gdyby reszta Unii Europejskiej miała co do jego koncepcji wątpliwości. W tej koncepcji niezwykle ważna rola przypada Wielkiej Brytanii i Niemcom. Ale także Europie Środkowej. Jaka jednak rola w tej koncepcji przypada Europie Południowej? Trudno się spodziewać, aby kraje południa Europy wykazały szczególne zainteresowanie eksploatacją bogactw Arktyki. Optymalny rozwój sytuacji wymagałby zawarcia porozumienia TTIP z całą Unią, utrzymanie spójności UE i jej pomyślność. A Europa Środkowo-Północna powinna pozostać częścią składową zespolonej Unii Europejskiej. Gdyby jednak Europa Środkowo-Północna (plus Niemcy i Wielka Brytania) stanowić miała odrębną całość, w oderwaniu od reszty Unii Europejskiej, to Polska i Europa Środkowa w perspektywie kilkudziesięciu lat znaleźć by się mogła w niekorzystnej sytuacji geopolitycznej, podobnej do tej znanej z przeszłości: praktycznie między Niemcami a Rosją, nawet tej zaprzyjaźnionej ze Stanami Zjednoczonymi. Bardziej korzystne dla Polski i Europy Środkowej byłoby więc w przyszłości miejsce między “niepodzieloną” Unią Europejską a Rosją, tą zaprzyjaźnioną z Unią i Stanami. Rosją szanującą niepodległość Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich.

 

Najbliższe dziesięciolecia postawią przed Polską i Europa Środkową wiele wyzwań. Czy nasze elity (nie chodzi tu tylko o elity polityczne) potrafią im sprostać? Czy nasz region potrafi im sprostać? Nasuwa się niezliczona ilość znaków zapytania odnośnie przyszłego potencjału (przede wszystkim ekonomicznego i demograficznego) Polski, Grupy Wyszehradzkiej, Europy Środkowej. Jednym z poważnych zagrożeń jest nacjonalizm i źle rozumiany patriotyzm. Innym, może się okazać, niewydolność gospodarcza. Ale są i szanse, które zależą od prawidłowego odczytania znaków czasu.

 

Czy nasze władze boją się prawdy?

w 70-tą rocznicę zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Kresach RP -

motto: “słońce nie świeciło już nad ziemią,
bo je zasłaniały dymy pożarów,
a nocami zamiast gwiazd i księżyca,
świeciły pożogi, płonęły miasta, wsie, kościoły”...

 

W lipcu br. ( 11.07.2013) mamy 70 rocznicę apogeum ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności Kresów II Rzeczpospolitej. W tym dniu 1943 r bandyci spod znaku UPA, OUN zaatakowali jednocześnie 167 miejscowości i wymordowali kilkanaście tysięcy Polaków oraz innych mniejszości narodowych. To okrutne zdarzenie podkreślamy szczególnie dlatego, że miało ono miejsce tylko w jednym dniu i było dokonane na tak wielką skalę. Jednakże w tym miejscu należy podkreślić, że owe mordy dokonywane były w długim okresie tj. w latach 1939 – 1947 i ich niechlubnym plonem było ok. 200 tys. zamordowanych. Ludobójstwa tego dokonano przede wszystkim na zamieszkujących kresowe wsie polskich chłopów, pozbawionych naturalnych przywódców i działaczy społecznych , których w czasie okupacji zgładzono, aresztowano, lub deportowano.

 

Aby przybliżyć, a raczej przypomnieć te tragiczne wydarzenia, wypada naświetlić nieco szerzej tło, przyczyny i skutki wspomnianej tragedii. Należałoby także szczegółowiej udokumentować owe wydarzenia. Dlatego też posłużę się przede wszystkim pamięcią, własnymi przeżyciami oraz wiadomościami pochodzącymi od ludzi, których w jakiś sposób dotknęła owa tragedia.

Moją relację o tych zbrodniczych aktach nacjonalistów ukraińskich postaram się z konieczności skrótowo przedstawić z mojego terenu, który umownie nazwać można “pograniczem Kresów”, gdyż dotyczy on części woj. lwowskiego oraz południowo – wschodniej części woj. lubelskiego.

 

Bowiem urodziłem się (i przez wiele lat mieszkałem) w “kolonii” Turyna *) – wieś Tarnoszyn, pow. Tomaszów Lubelski (dawniej Rawa Ruska, woj. lwowskie). Jest to miejscowość położona przy obecnej granicy polsko-ukraińskiej, dawniej ściśle związana gospodarczo i kulturowo z regionem lwowskim. Tą moją miejscowość – przed II wojną – zamieszkiwali głównie Polacy i częściowo Ukraińcy. Na Turynie spośród 27 rodzin, tylko 5 to były rodziny ukraińskie, w tym jedna mieszana. Natomiast nasza macierzysta wieś Tarnoszyn to duża miejscowość licząca na koniec 1939 r około 280 rodzin, a jej początek sięga czasów Władysława Jagiełły. W Tarnoszynie 2/3 ludności to byli Polacy, resztę stanowili Ukraińcy wyznania prawosławnego. Do okupacji te dwie nacje koegzystowały bez większych problemów, uczestnicząc nierzadko wspólnie w uroczystościach religijnych w kościele i w cerkwi. Zanim jednak przejdę do wspomnianych wydarzeń – głównie z tego terenu mojego miejsca zamieszkania – a to odnosi się przede wszystkim do bliższych i dalszych okolic Tarnoszyna, wypada sformułować kilka uwag ogólniejszych.

 

Nieco historii: jak wiadomo dawne ziemie wschodnie R.P. Były w dalszej i bliższej przeszłości krainami, na których rozwijała się kultura, gospodarka i w znaczniejszym stopniu mieszane etnicznie osadnictwo. Zachodziły też procesy polonizacyjne głównie w odniesieniu do warstw wyższych zamieszkałych tam narodowości: Rusinów, Ukraińców, Łemków, Bojków, Ormian, Tatarów, Żydów i wielu innych nacji tam zamieszkałych i zgodnie najczęściej wspólnie żyjących.

--------------------------------

*) “kolonia” Turyna – to przyczółek wsi Tarnoszyn oddalony od niej ok. 1,5 km.

Kojarzyły się mieszane małżeństwa, powstawały w ten sposób – rzecz jasna – mieszane rodziny zarówno pod względem narodowościowym jak i religijnym. Kultura polska w zasadzie dominowała i to nie tylko z tych powodów, o których się dzisiaj często mówi, że była niejako narzucana, ale też i to głównie dlatego, iż chętnie ją -zwłaszcza warstwy, nazwijmy to umownie, oświecone – przyjmowały i uznawały za swoją. Dotyczy to zarówno mieszkańców dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, Litwy. Wielu z nich, a zwłaszcza Żydów, wpisało się twórczo w Polską literaturę i sztukę. Niestety, trzeba w tym miejscu stwierdzić, że ten wspólny rozwój i harmonijne współżycie były nader często przerywane – głównie na obszarach Ukrainy – krwawymi walkami, zbrodniami z tego płynącymi, a nawet – jak w latach II wojny światowej i kilka po jej zakończeniu – ludobójstwem. Bo tylko tak można nazwać to, co tzw. banderowcy, UPA i jej polityczna nadbudowa czyli OUN, czyniły z zamieszkałymi tam z dziada – pradziada (jak się zwykło mówić) Polakami.

Wołyń i Podole np. to obszary – jak wiadomo – zamieszkałe przez ludność mieszaną. Ludność polska i ruska zamieszkiwały tam od zarania dziejów. Lwów i wiele innych miast to ośrodki pod względem narodowościowym mające wówczas przeważnie charakter polski i w mniejszym stopniu żydowski. Co nie oznacza, że mieszkali tam wyłącznie Polacy. W samym Lwowie oraz Małopolsce Wschodniej lub jak później te tereny nazywano w czasie zaboru austriackiego – Galicji, Ukraińcy w miastach stanowili nikły procent. Znacznie więcej ich mieszkało na wsiach. Mimo to ukraińscy nacjonaliści współpracując z hitlerowcami przeprowadzili tam zbrodnicze czystki. Trzeba podkreślić, że Niemcy w tych bratobójczych walkach odgrywali rolę inspiratorów.

Zanim doszło do znanych tragedii – mordów UPA na Polakach zamieszkujących Wołyń, Polesie i inne wschodnie tereny Polski, warto rzucić pewne światło na kształtowanie się stosunków polsko-ukraińskich na tych terenach. Trzeba podkreślić, że Ukraińcy zawiedli się z powodu tego, że nie udało im się uzyskać samodzielności w wyniku I wojny światowej. Nieudany okazał się krótkotrwały pakt S. Petlury z J. Piłsudskim. Jak wiadomo, w kwietniu 1920 r rząd polski zawarł umowę z tymczasowym rządem Petlury, uznając go za prawowitą władzę na Ukrainie. W zamian za to Petlura zrzekł się pretensji do dawnej Galicji Wschodniej. Jego oddziały brały udział, obok wojsk polskich, w ofensywie na Kijów w 1920 r. Po odrodzeniu wolnej Polski w 1918 r, z czasem dają o sobie znać różne działania nacjonalistycznych przywódców ukraińskich. Już w 1920 r w Pradze czeskiej utworzona została tajna Ukraińska Organizacja Wojskowa (UOW). Szczególnym celem tej organizacji było przygotowanie ludności ukraińskiej do walki zbrojnej przeciwko Polsce i ZSRR.

 

W 1929 r na drugim kongresie w Wiedniu, w miejsce UOW, została utworzona Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Ta zaś od początku swojego istnienia związana była z ruchem faszystowskim, zwłaszcza włoskim i niemieckim. OUN głosiła hasła budowy wielkiej, niezależnej (samoistnej) Ukrainy w wyżej wspomnianym duchu. Próbowała ona w swoich hasłach wykazać, że jedynie ona walczy za “sprawę ukraińską” i zdecydowanie występuje przeciwko polskiej “okupacji”. Szczególnego poparcia doznawała OUN od własnego duchowieństwa, którego seminaria były wręcz wylęgarnią nacjonalizmu. Niemcy, po dojściu Hitlera do władzy, usilnie wspierały tą organizację moralnie i finansowo. Poprzez wówczas wolne miasto Gdańsk – dostarczali ukraińskim nacjonalistom broń, amunicję, materiały wybuchowe. Tam też wiele bojówek ukraińskich przechodziło specjalne szkolenie dywersyjne pod opieką NSDAP. Stąd częste na terenie Polski akty dywersji. Już w 1921 r usiłowano min. zastrzelić J. Piłsudskiego podczas jego pobytu we Lwowie (ranny wtedy został towarzyszący mu ówczesny wojewoda K. Grabowski). Ofiarami różnych bojówek padli min. literat i poeta ukraiński – I. Twerdochlib, dyrektor ukraińskiego gimnazjum w Przemyślu – Matwieja, poseł na sejm RP T. Hołówko i in., którzy byli przeciwni ekstremalnym działaniom nacjonalistów.

 

W 1934 r bojówka OUN zamordowała w Warszawie ministra spraw wewnętrznych B. Pierackiego. Niezależnie od aktów terroru, nacjonaliści ukraińscy organizowali szereg innych akcji prowokacyjnych i sabotażowych. Te nasilające się ze strony aktywistów OUN ataki zostały nieco przyhamowane poprzez fakt zawarcia paktu Polski i Niemiec o nieagresji. Tym niemniej ten pozorny spokój nie trwał długo, bo zaledwie kilka miesięcy. Powodem tego było to, że obie strony (Polacy i Ukraińcy) nie były zadowolone. Ukraińscy nacjonaliści dążyli nadal do umocnienia swoich wpływów na terenach zamieszkałych w części przez swoich rodaków, z drugiej strony Polska dążyła do “unarodowienia” oraz “nawrócenia” tej ludności na katolicyzm.

 

Charakteryzując omawiany teren, nie sposób pominąć stosunków społeczno-politycznych w okresie międzywojennym, w odniesieniu do miejscowości położonych na omawianym “skraju Kresów”. Dotyczy to przede wszystkim kilkunastu osad i wsi rozlokowanych wokół moich rodzinnych – Tarnoszyn i Turyny – które w znacznym stopniu ucierpiały od upowskich napadów. Są to min.: Chodywańce, Dyniska, Jarczów, Korczmin, Kornie, Machnów, Lubycza Królewska, Szczepiatyn, Uhnów, Wasylów, Żerniki oraz inne, położone nieco dalej. Ludność tu mieszkająca była oczywiście narodowościowo zróżnicowana. Ogólnie można powiedzieć, że przeważała tu jednakże liczenie ludność polska (ok. 60-70%), a resztę stanowiły inne mniejszości, głównie Ukraińcy. Nader ciekawym narodowościowo był zwłaszcza Uhnów, bowiem początek jego powstania datuje się jeszcze na czasy najazdów tatarskich. Powstał on z mieszaniny ludności polskiej, ukraińskiej i właśnie tatarskiej. Tuż przed II wojną światową liczył ok. 12 tys. mieszkańców, w tym ok. 30% stanowili Polacy, a pozostali to Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i mieszańcy owych pozostałych Tatarów. Należy tu jednak zauważyć, że aczkolwiek w tym moim “mikroregionie”, tj. na terenie znanym mi niejako z autopsji – stosunki polsko-ukraińskie były poprawne – to nie można o tym tak powiedzieć, że były one wszędzie normalne.

 

Gwoli prawdy trzeba wyraźnie podkreślić, że ówczesne władze II R.P. nie pozostawały bierne, zwłaszcza na różnego rodzaju ekscesy nacjonalistycznych ekstremistów. Obok zrozumiałego zwalczania poszczególnych przestępców, stosowano niestety także coś w rodzaju odpowiedzialności zbiorowej, zwłaszcza wobec Ukraińców zamieszkujących wschodnią część II R.P. Oto niektóre przykłady. Zdarzały się przypadki różnego rodzaju napaści i pogromów na legalnie odbywające się zebrania czy uroczystości Ukraińców, organizowane przez organizacje paramilitarne typu “Strzelec” lub temu podobne – nierzadko przy oficjalnym wsparciu władz wojskowych czy policji. Inny przykład; faktem jest ,że Ukrainiec służący w wojsku nie mógł awansować na podoficera, a tym bardziej na oficera. Także normą w praktyce było to, że Ukrainiec (dotyczyło to również innych mniejszości narodowych) nie mógł piastować stanowiska urzędnika państwowego, nawet szczebla gminnego.

 

Kolejną, można by rzec szykaną był fakt, że Ukrainiec nie mógł być nabywcą ziemi, którą np. parcelował miejscowy ziemianin. Jednakże w tym temacie istniała furtka, która umożliwiała ten zakup: oto jeżeli znalazłby się miejscowy, tzw. rdzenny Polak, który zaświadczyłby o tym, że kandydat na kupca jest politycznie lojalny, to wówczas dany kandydat Ukrainiec, może taką ziemię nabyć. (Nawiasem mówiąc w naszej miejscowości takim “rdzennym” Polakiem był min. mój ojciec – który raczej chętnie udzielał swoim sąsiadom Ukraińcom takiej pozytywnej rekomendacji). Jednakże karygodną wręcz akcją było organizowanie niszczenia cerkwi prawosławnych. Dokonały je wspomniane wyżej organizacje paramilitarne przy wsparciu lokalnych władz, kiedy to pod koniec lat trzydziestych na terenie wschodniej Lubelszczyzny zniszczono ich kilkadziesiąt, w tym wiele o charakterze zabytkowym. Zatem można powiedzieć, że ówczesne władze II R.P. nieco “zapracowały”, mówiąc delikatnie, na niechęć ludności ukraińskiej, a nawet nienawiść do Polaków. Oczywiście owe nieakceptowalne postępowania ówczesnych władz wobec Ukraińców nie mogą w żaden sposób usprawiedliwiać ludobójczych wyczynów zwyrodniałych band banderowsko-upowskich w latach okupacji oraz później. Tym bardziej, że te ich metody, które były niewyobrażalnie przerażające. Stosowano np. wszelkie tortury, rąbano ofiary siekierami, przecinano je piłami, wleczono końmi, wrzucano rannych do studzien, wydłubywano oczy, wyrywano języki, gwałcono itp.

Tym nie mniej nastroje Ukraińców z lat poprzednich padły na podatny grunt antypolskiej propagandy serwowanej przez nacjonalistów z OUN, UPA oraz hitlerowców.

 

Początki złego: zaraz po kapitulacji naszych wojsk na tych terenach pojawiły się liczne bandy “rezunów”, które nawet znaczne oddziały, a zwłaszcza już rozproszone i rozbrojone atakowały. Na opisywanym moim terenie rozbroiły się dwie duże jednostki W.P. tj. “Armia Lublin” i “Armia Kraków”. Ponadto przez rejon Tomaszowa i Rawy Ruskiej przemieszczała się w kierunku granicy węgierskiej – Nowogródzka Brygada Kawalerii ( z d-cą W. Andersem). Żołnierze z tych jednostek byli napadani, rabowani, a nierzadko także mordowani. Natomiast przy wejściu Niemców do naszych miejscowości, Ukraińcy witali ich uroczyście, organizując “święta” dziękczynne na cześć Hitlera jako ich wybawiciela. Na całym terenie pojawiły się różnego rodzaju ulotki i plakaty o wybitnie antypolskim i antyżydowskim charakterze. Już w kwietniu 1940 r delegacja nacjonalistów ukraińskich złożyła gubernatorowi Frankowi deklarację lojalności.

 

Główni przywódcy OUN – Stefan Bandera i Andrej Melnik – mimo różnic taktycznych, ściśle współpracowali z Niemcami przeciwko Polakom, a także ZSRR. W tym głównie celu został sformowany “legion ukraiński” już w pierwszym kwartale 1941r. W maju tegoż roku podzielono go na dwa oddziały: batalion “Nachtigal” i batalion “Roland”, które później miały się wsławić okrutnym postępowaniem wobec ludności polskiej i żydowskiej. Niemcy oczywiście sprzyjali tym swoim sojusznikom w bardziej lub mniej widoczny sposób. Na tych terenach dali oni Ukraińcom w zasadzie wolną rękę w postępowaniu wobec Polaków oraz Żydów. Powołano min. “ukraińską milicję”. Jej szeregi zasilili zagorzali nacjonaliści oraz najgorsza szumowina. Komendantami posterunku tej milicji – mieszczącego się w Szczepiatynie (obok Tarnoszyna) zostali niejaki Duhojda, a następnie Maslij. Wyróżniali się oni szczególną wrogością i złośliwością wobec Polaków. Organizowali np. nocne i dzienne naloty na polskie rodziny, robiono rewizje, rabowano mienie i stosowano przeróżne szykany. Organizowano też łapanki do Niemiec na roboty. Z samej tylko Turyny złapano ok. 10 osób (chociaż po drodze niektórym udało się zbiec) oraz dużo więcej z Tarnoszyna i okolicznych wsi. Atmosfera stawała się coraz bardziej niesprzyjająca dla mieszkających tu Polaków. Niebawem doszło do tego, że i mój ojciec ze swoją rodziną poczuł się zagrożony, chociaż uczynił on wiele dobrego dla miejscowych Ukraińców.

 

Jak wiadomo, w czerwcu 1941 r wybuchła wojna pomiędzy Niemcami a ZSRR. Warto odnotować, że jeszcze przed wkroczeniem głównych sił niemieckich do Lwowa, już 30 czerwca 1941 r jako pierwsza weszła dywersyjna grupa Niemców wraz z towarzyszącym jej, wspomnianym wcześniej, batalionem “Nachtigal”. Ich bojówki dokonały wielu bestialskich gwałtów i mordów na ludności polskiej i żydowskiej. 4 lipca tegoż roku jednymi z pierwszych ofiar we Lwowie byli min. Kazimierz Bartel, Tadeusz Boy-Żeleński oraz kilkudziesięciu innych przedstawicieli polskiej inteligencji. Na naszym terenie, tj. głównie w Uhnowie i innych miejscowości, ukraińska milicja brała udział w wywózce i wyłapywaniu rodzin żydowskich.

 

Nasilające się czystki: pierwsze zorganizowane oddziały UPA pojawiają się na terenie Wołynia, Polesia i innych wschodnich terenach byłej Polski już w październiku 1942 r. jeden z nich “Zachód” obejmował swoim władaniem południowo-wschodnią część Polski (część lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego). W okresie zwłaszcza lat 1942-1944 nasiliły się napady na rożne wsie, w coraz bliższej odległości od omawianego “mikroregionu”. Dało się obserwować niemal co noc, coraz bliższe łuny pożarów oraz uciekającą polską ludność. Na przełomie zimy i wiosny 1942/1943 pogromy ludności polskiej stały się niemal nagminne i sięgały już terenów pow. tomaszewskiego, biłgorajskiego, hrubieszowskiego i chełmskiego. W związku z tymi nasilającymi się napadami band nacjonalistów ukraińskich na terenach Wołynia i Polesia narastał u nas coraz większy niepokój. Jednakże miejscowi Ukraińcy zapewniali nas, że nic Polakom nie zagraża, gdyż pamiętają, że przed wojną żyło się tu wszystkim ludziom w dobrej, sąsiedzkiej zgodzie. Przy tym dawali do zrozumienia, że ich synkowie i kuzyni przebywają aktualnie w “partyzantce” (w domyśle UPA), to tym bardziej gwarantują tutejszym Polakom bezpieczeństwo.

 

Niebawem okazało się, że było to zwykłe mydlenie oczu. I stało się. Napad na Tarnoszyn nastąpił nocą z 17 na 18 marca 1944 r. Noc była niezbyt widna, tylko gdzie gdzieniegdzie przebłyskiwały między chmurami gwiazdy. Było też mroźno, leżała dość gruba warstwa niedawno spadłego śniegu. Około godziny 23.30, Bolek Knotalski, Dziunek Łąkowski i ja znajdowaliśmy się akurat na podwórzu zabudowań rodziny Domańskich, gdyż właśnie kończyliśmy dyżurny nocny obchód. Takie dyżury organizowane były u nas od dawna, a rodzice często pozwalali takim nastolatkom brać w nich udział. Mieliśmy już iść do domów, gdy nagle stała się rzecz niespodziewana. Oto z okolic Tarnoszyna ( od strony Szczepiatyna) poszybowała w niebo czerwona rakieta, a następnie po niej druga z przeciwległego końca wsi. Jak się okazało, były to sygnały do rozpoczęcia ataku na wieś. Natychmiast po tym nastąpił szturm. Ponieważ do najbliższych zabudowań wsi było nie więcej niż 600-1000 metrów, było wszystko dość wyraźnie widać, tym bardziej, że większość zabudowań natychmiast stanęła w płomieniach. Widać i słychać było detonacje wrzucanych do zabudowań granatów, a także liczne starzały, zarówno pojedyncze jak i seryjne.

 

Wkrótce większość polskich domów stanęła w ogniu, tym bardziej, że były one przeważnie drewniane, a dachy słomiane. Blask płonących budynków uczynił okolicę prawie zupełnie jasną. Nasilał się coraz większy lament ludzi, krzyk dzieci i kobiet. Do tego ryk i pisk przerażonych zwierząt potęgował niewyobrażalny zgiełk. Widać było, jak zdesperowani ludzie wyskakiwali ze swoich płonących domów, najczęściej w samej bieliźnie i bezradnie miotali się wokół nich, a następnie ginęli od kul bandytów. Tych ostatnich widać było wyraźnie, jak z bliskiej najczęściej odległości strzelali wprost do ofiar w ich obejściu. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać w pole w kierunku Turyny, lecz tuż za wsią czekali na nich zaczajeni wcześniej bandyci i brali i ich na cel. Było to łatwe, gdyż na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni. Oczywistym było, że napastnicy już wcześniej otoczyli wieś dość gęstym pierścieniem. Wielu z nich poruszało się konno. Objeżdżali opłotki wsi i strzelali do kogo popadło. Tym razem Turynę nie objęto tym napadem, chyba z powodu pośpiechu.

 

Wszystko to obserwowałem z kilkusetmetrowej odległości ( wraz z dwoma kolegami), miałem wówczas prawie 14 lat i pamiętam tą zbrodnię doskonale. Staliśmy wystraszeni i zaskoczeni, jak sparaliżowani przez około pół godziny, a następnie pobiegliśmy do swoich domów, aby wraz z rodzicami uciekać stąd jak najdalej.

 

Bilans tej tragedii był nader straszny. Okazało się, że zamordowano wtedy 101 osób, w tym 19 dzieci do lat 15 i 54 kobiety. Spalono też prawie wszystkie polskie domy (około 200). Ustalono później, że banda UPA liczyła ok. 1500 osób. Dowodzona była przez Mirosława Onyszkiewicza, który niedługo potem został jednym z głównych dowódców UPA. Brała też udział w tym napadzie grupa bandziorów z sąsiedniego Ulhówka, a także inni jak np. Iwan Mislij – ówczesny komendant milicji ukraińskiej w Szczepiatynnie. *)

Jednakże mimo tej barbarzyńskiej napaści na Tarnoszyn 17 marca 1944 r, nie dano mu jeszcze spokoju. Ponownie w dniu 8 kwietnia tegoż roku napadnięto na powracających ocalałych mieszkańców i zamordowano tym razem 11 osób. Spalono przy tej okazji także ominięty poprzednio kościół. W sumie liczba zamordowanych mieszkańców Tarnoszyna i najbliższej jego okolicy, w ciągu niespełna miesiąca osiągnęła 145 ofiar. Natomiast żywot Turyny niszczony był odtąd stopniowo. Co jakiś czas rabowano, a następnie palono poszczególne zabudowania zbiegłych “kolonistów”.

 

Los Turyny został przypieczętowany w jakiś czas po pamiętnym napadzie na Tarnoszyn, trochę jakby na raty. Większość domostw na Turynie zniszczono bądź spalono w okresie wiosny i lata 1944 r. Dom rodzimy Kargolów, ponieważ był nowy, zbudowany z tzw. bali, został rozebrany i wywieziony na teren Wasylowa, gdzie miał w nim mieszkać jeden z miejscowych działaczy OUN. Pozostałe zabudowania tej posesji, jak stodoła, obora, spichlerz, pracownia pszczelarska, spalono. Nawet studnię zasypano gruzem. Wywieziono też w głąb terenów ukraińskich pasiekę, składającą się wówczas z ok. 80 uli, a młody sad (ok. 1 ha) został wraz ze zbożem na pniu spalony. Podobnie postąpiono z innymi zabudowaniami mieszkańców Turyny, rabując przed tym żywy i martwy inwentarz. Tymczasem rodzina moja, uwolniwszy inwentarz (krowy, koń i inne) z zamknięcia, czekała gotowa do ucieczki. Spakowane to za wielkie słowo, gdyż każde, które mogło coś wziąć to “węzełek” w rękę i tyle. Teraz trzeba było uciekać, gdyż nie wiadomo, co mogło nastąpić dalej.

-----------------------------------

*) Szczegółowy opis tego napadu i jego tło, a także szczegółową listę ofiar – jako świadek tych wydarzeń - przekazałem do I.P.N. w Warszawie, oczywiście bez odzewu.

Uciekało się więc przez las do najbliższej stacji kolejowej Uhnów – Zastawie.

Na szczęście, jakoś niedługo nadjechał pusty pociąg towarowy z kierunku frontu wschodniego, prowadzony przez polską załogę. Udało się więc do niego wsiąść i odjechać – w nieznane. Tymczasem pociąg ten po ok. dwóch dobach żółwiej jazdy dojechał do stacji docelowej, nomen omen, Boguchwała. Okazało się, że jest to wieś położona kilka kilometrów za Rzeszowem.

W moim “mikroregionie” i nie tylko dochodzi do dalszej eskalacji napadów, oto niektóre z nich:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • w dniu 19 marca 1944 r banda UPA napadła na Korczmin, zabito kilkanaścioro Polaków i spalono dużą część wsi;
  • w dniu 25 marca 1944 r napadnięto na Wasylów Wielki z podobnym skutkiem jak wyżej;
  • w dniu 1 kwietnia 1944 r zamordowano w Poturzynie ponad 120 osób – uciekinierów ze wschodniej strony Buga oraz prawie całkowicie spalono wieś;
  • w dniu 5 kwietnia 1944 r we wsi Łubcze UPA zamordowała 105 mieszkańców, w tym 78 Polaków i 27 Ukraińców, którzy nie sprzyjali nacjonalistom;
  • w dniu 9 kwietnia 1944 r napadnięto na Rzeplin, gdzie zamordowano 21 Polaków, a wieś spalono;
  • w dniu 13 kwietnia 1944 r w Chodywanicach UPA zamordowała 28 Polaków, a ok. 90% budynków spalono;
  • w dniach 16 i 17 lipca 1944 r napadnięto na Siedliska, zamordowano kilkanaście osób, spalono dwór, szkołę oraz inne budynki polskich rodzin;

Podobny los spotkał wiele innych wsi w czasie od marca 1944 i aż do zakończenia akcji “Wisła”. Nie znaczy to, iż napadana przez UPA polska ludność wszędzie pozostawała bierna. Na przykład w dniu 1 lutego 1943 r pod Zaborecznem (pow. zamojski) miejscowe oddziały BCh. stoczyły ciężką walkę z hitlerowcami wspieranymi przez swoich ukraińskich sojuszników w obronie wysiedlanej i pacyfikowanej ludności polskiej. Należy podkreślić, że cały ten teren podjął heroiczną, nierówną walkę z tym wrogiem, stąd słusznie ten bohaterski zryw otrzymał miano “Powstania zamojskiego”. Natomiast w dniu 9 marca 1944 r w Sahryniu (pow. hrubieszowski ) połączone tomaszowskie placówki AK i BCh, starły się z dużym oddziałem UPA, który przygotowywał się do napadów na okoliczne wsie i rozgromił go. Szereg innych miejscowości tego terenu podejmowało walkę obronną, przy wsparciu lokalnych jednostek BCh., czy AK, ale z reguły ulegały dużym bandom upowsko-banderowskim.

Tymczasem 21 lipca 1944 r wojska radzieckie zdobyły Tomaszów Lubelski . Pomimo tego, iż front radziecko-niemiecki przesunął się już na zachodnią stronę Bugu, nadal bandy UPA – wypierane ze wschodu – wykazywały dużą aktywność. Jeszcze bardziej nasiliły się napady na ludność polską na terenie południowej i wschodniej Rzeszowszczyzny, a także – chociaż w mniejszym zakresie – w obrębie powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszewskiego. Na tym terenie, począwszy od końca 1944 r, aż do lata 1947 r działał upowski VI Okręg “San”. Wchodził on w skład dużej grupy operacyjnej UPA “Zachód”. Dowódcą, a jednocześnie członkiem Krajowego “prowidu” (przywództwa) OUN, był znany już M. Onyszkiewicz. Obejmował ten Okręg min. wschodnią część woj. lubelskiego: pow. tomaszowski oraz część biłgorajskiego i hrubieszowskiego. UPA dysponowała wówczas na tym terenie znaczną siłą. W latach 1943 – 1944 poszczególne oddziały liczyły niekiedy od 500 do 1000 osób pod bronią.

Mając odpowiednią siłę oraz nabyte wcześniej “doświadczenia” w mordach na Wołyniu i Polesiu, UPA podjęła zaciekłą walkę już nie tylko z bezbronną ludnością, ale także z wojskiem i siłami bezpieczeństwa.

 

Obrona wojskowa; W tej sytuacji na najbardziej zagrożone tereny skierowano liniowe jednostki wojska polskiego wprost z frontu. Jak się niebawem okazało, było to niezbyt fortunne posunięcie, gdyż wojsko to nie miało dostatecznego doświadczenia do walki z tego rodzaju podziemiem.

 

Tymczasem działania UPA wzmogły się jeszcze bardziej w czasie realizacji przez władze polskie umowy zawartej z Ukraińską Republiką Radziecką, dotyczącej dobrowolnej repatriacji ludności ukraińskiej na teren ZSRR. Bandy UPA czyniły wszystko, aby tej operacji przeszkodzić. Napadano na transporty, mordowano nie tylko ludność polską, ale i ukraińską, jeśli wykazywała ona chęć przesiedlenia się. Toteż akcja ta powiodła się jedynie częściowo. Do marca 1945 t wyjechało zaledwie ok. 1/3 planowanej liczby osób, zaś działalność UPA znacznie się nasiliła. Zaatakowane zostały niemal wszystkie miejscowości, a także posterunki MO na terenie wyżej wspomnianych powiatów.

 

W opisanym “mikroregionie”, zwłaszcza w pow. tomaszowskim, w okresie od wiosny 1944 r do początku 1947 r dokonano 50 różnego rodzaju napadów na wsie, wojsko i milicję. Szczególnie tragiczny los spotkał: Lubyczę Królewską (napadano ją kilkakrotnie), Rudę Żurawiecką, Rzeplin, Radków, Łachowice, Potuszyn, okolice Uhnowa, Tomaszowa i inne, które spalono, a mieszkańców w większości wymordowano.

 

Walka WP z bandami UPA była tym bardziej utrudniona, że miejscowa ludność ukraińska była naturalnym schronieniem tego podziemia. W wielu wsiach lub w ich pobliżu, w lasach, UPA posiadała sieć rozbudowanych bunkrów, doskonale zamaskowanych, gdzie można się było ukrywać i korzystać z wcześniej nagromadzonych zapasów żywności oraz broni. W powstałej sytuacji, regularne wojsko nie mogło sobie poradzić. Wypada tu przypomnieć, że w jednej z takich akcji WP przeciw UPA w miejscowości Jabłonka w Bieszczadach, w zasadzce zginął gen. Karol Świerczewski, ówczesny wiceminister obrony narodowej. Aby wreszcie położyć kres tej rewolcie, Prezydium Rady Ministrów, decyzją z dnia 24.IV. 1947 r wydzieliło specjalne siły WP i siły bezpieczeństwa do ostatecznego rozwiązania tego problemu – pod nazwą akcja “Wisła”. Rozpoczęła się ona od dnia 28.IV 1947 r, a zakończyła 31.VII 1947 r. Wyznaczone do tej akcji oddziały liczyły ogółem ok. 17,3 tys. żołnierzy.

 

Należy podkreślić wbrew temu co się obecnie bredzi niektórym ślepym politykom - akcja “Wisła” była operacją konieczną, wręcz wymuszoną przez ukraińskie nacjonalistyczne podziemie, które w sposób bezwzględny zagroziło stabilizacji państwa. Operacja “Wisła” pomyślana została jako cel główny – likwidacja band UPA, z jednoczesnym prowadzeniem tym razem – przymusowej repatriacji ludności ukraińskiej. Objęto wysiedleniem ok. 150 tys. Ukraińców do północnej i zachodniej Polski. Podejrzanych o przestępstwa wobec Polaków oraz sprzyjanie nacjonalistycznemu podziemiu, kierowano do obozu pracy w Jaworznie. Wyłapywani członkowie OUN, UPA z bronią w ręku, sądzeni byli przez sądy wojskowe w Krakowie, Lublinie i Rzeszowie, a także w Tomaszowie Lubelskim.

 

Na terenie opisywanym, a dokładnie mówiąc w okolicy Uhnowa, Tarnoszyna, Szczepiatyna, Ulhówka, Dynisk, Reczycy, Lubyczy Królewskiej, Korcz mina i in. położonych wokół nich, zadanie oczyszczania z band UPA otrzymał piąty pułk piechoty, wchodzący w skład grupy operacyjnej “Wisła”. Chodziło w owym czasie szczególnie o zlikwidowanie najbardziej groźnej sotni (np. Żeleźniaka, Kałynowicza i in. działających na terenie wymienionych miejscowości. Na tym obszarze notowano siłę UPA na ok. 2500 dobrze uzbrojonych i wyszkolonych ludzi oraz kilka tysięcy “cywilnych” członków OUN. Jeden z batalionów piątego pułku WP, jakiś czas po rozpoczęciu akcji “Wisła” został rozlokowany w Uhnowie.

 

W ramach “przeczesywania” terenu jedna z kompanii tegoż batalionu, usytuowana została we wsi Korczmin (tj. w odległości kilku kilometrów od Turyny). Dowodził nią por. Władysław Szelągowski. Warto podkreślić, że zgrupowanie to, czyli piąty pułk piechoty, a w nim kompania wyżej wymieniona, zasłużyła się szczególnie w oczyszczaniu terenu w rejonie Tarnoszyna i jego okolic, likwidując groźne oddziały ze zgrupowania wspomnianego Żeleźniaka. Były to silne, dobrze uzbrojone jednostki UPA. Ogólnie na terenie działania tego odcinka, bandy UPA liczyły w tym czasie ok. 560 ludzi. W okresie od końca maja 1947 do lipca tegoż roku zdołano zlikwidować lub rozproszyć wyżej wspomniane jednostki UPA. Tym niemniej, w okresie nasilonych działań WP, w ramach akcji “Wisła”, niektórym mniejszym oddziałom UPA udało się przebić do ówczesnej Czechosłowacji i dalej krajów zachodnich.

Jednakże w wyniku tej operacji unieszkodliwiono ogółem (złapano, zabito) 1509 członków UPA i zdobyto poważne ilości broni, amunicji, sprzętu wojskowego. Wykryto także i zniszczono 1178 różnego rodzaju schronów i bunkrów. Straty własne WP w tej akcji to 90 żołnierzy zabitych i 188 rannych (nie licząc wielu wcześniej zabitych i rannych w pierwszej operacji wojskowej).

 

To, że udało się w stosunkowo krótkim czasie, uporać z tą rebelią, w dużej mierze zawdzięczać trzeba słusznej decyzji o jednoczesnym wysiedleniu ludności ukraińskiej z tego terenu. Z okolicznych wsi sąsiadujących z moją Turyną w okresie akcji “Wisła” wywieziono: z Tarnoszyna 25 osób, Chodywaniec – 20, Dynisk – 142, Korczowa – 165, Machnowa – 214 , Szczepiatyna - 147, Uhnowa – 323, Ulhówka – 254 osoby narodowości ukraińskiej. Nadmieniam, że wiele z tych osób była znana osobiście mojej rodzinie.

 

Należy podkreślić, że ta wywożona ludność była traktowana przez wojsko z należytą troską. Zabrano te rodziny ciężarówkami i przywieziono na pobliskie stacje kolejowe w Bełżcu i Uhnowie. Mieliśmy okazję osobiście obserwować (zwłaszcza w Uhnowie, gdzie wówczas wraz z rodziną zamieszkiwałem), jak żołnierze pomagali tym ludziom przeładowywać do wagonów ich dobytek. Trzeba podkreślić, iż rodziny owe mogły zabrać ze sobą co tylko chcieli, a więc konie, krowy, prosiaki, kury, itp., a także różny sprzęt gospodarstwa domowego. Pozostawiali oni przecież tylko z reguły prymitywne zagrody, nierzadko wręcz “kurne chaty”, kryte słomą. I to tylko te, które ocalały po pożarach spowodowanych przez ich bandyckich pobratymców. Ponadto wiadomo, że te rodziny wywożono na tereny poniemieckie (ziemie północne i zachodnie), gdzie otrzymywali na ogół duże, w dobrym stanie gospodarstwa murowane i wyposażone w sprzęt rolniczy oraz domowy. Oczywiście żadna przeprowadzka nie należy do najprzyjemniejszych. Tym nie mniej hipokryzją polityczną przeciwników akcji “Wisła” jest twierdzenie, że ludzi tych spotkała tragedia, gehenna itp. bzdurne hasła. Natomiast o tych terenach, które pozostały po tych wydarzeniach dopiero można mówić o tragedii.

 

Bowiem pod koniec tej akcji rzuca się w oczy smutny pejzaż po spalonych i zdewastowanych wsiach. Warto w tym miejscu przytoczyć, jak widział to w owych dniach wspomniany wyżej dowódca kompanii WP, operujący w opisywanym terenie – W. Szelągowski. Kiedy to wojsko przemieszczało się traktem wiodącym z Uhnowa przez Turynę i Tarnoszyn, tak opisywał swoje obserwacje:

 

“… Mijaliśmy opuszczone, zarośnięte chwastami zagrody, rumowiska prawie, ziejące pustymi oczodołami okien. Wokół panowała martwa cisza. Pies nie zaszczekał. Nie zapiał kogut. Tylko ten jednostajny, ciągły szmer żołnierskich kroków, skrzyp pasów, szczęk broni...”

 

Cóż jeszcze można do tego dodać? Chyba tylko to, że podobny pejzaż pozostał po likwidacji band UPA na niemal całym opisywanym terenie. W tym miejscu należy jeszcze podkreślić profesjonalizm oraz żołnierski niebezpieczny trud w przeprowadzeniu tej operacji. Wymienić z tej okazji wypada wielce zasłużonych w tym przedsięwzięciu głównych jego autorów. Byli to min generałowie – St. Mossor, J. Melenas, pułkownicy – P. Chiliński, J. Hiibner, G. Korczyński, J.Sidziński i inni. Im to przede wszystkim, a także wielu innym żołnierzom WP, którzy z narażeniem życia (a często z jego utratą) walczyli o pokój naszego państwa należy się wdzięczność społeczeństwa, honory i uznanie.

 

Tymczasem obecnie, w naszym podobno demokratycznym państwie, owych żołnierzy skazuje się na niepamięć lub potępienie. Zamiast tego uznaje się osoby o wątpliwych moralnie postawach i czynach, czyniąc z nich bohaterów narodowych. Dotyczy to np. choćby takiego “Ognia” na Podhalu ( uhonorowanego pomnikiem), czy nobilitacji tzw. “żołnierzy wyklętych”. Ponadto, wielu różnych opozycjonistów wobec PRL, każe sobie obecnie słono płacić w formie nawet wieluset tysięcznych odszkodowań, za często rzekome bohaterstwo.

 

Jak wcześniej wspomniałem, ten smutny pejzaż, po pewnym czasie stopniowo zaczął się ożywiać, ponieważ powracali z tułaczki wcześniej ocaleli dawni mieszkańcy. Oczywiście, tak naprawdę nie mieli do czego wracać. Jednakże państwo – mimo powojennej mizerii – zdobyło się na wysiłek, aby tej ludności przyjść z pomocą. I przyszło. Oto każda rodzina otrzymała tzw. bezzwrotną pożyczkę na odbudowę domostwa i pierwsze zagospodarowanie się. Ponadto wyróżniono honorowym odznaczeniem miejscowości, które najbardziej ucierpiały oraz zasłużyły się oporem i walką z wrogiem. Był to Order Krzyża Grunwaldu, którym odznaczono wszystkie cztery powiatowe miasta w rejonie (Biłgoraj, Hrubieszów, Tomaszów Lubelski, Zamość), a poza tym wiele wsi i osad tego terenu. Szkoda tylko, że obecna nasza władza nie uznaje tego orderu, a tym samym neguje tamte ewidentne patriotyczne zasługi ludzi wspomnianych miejscowości. Zamiast tego szermuje się obficie rozdawaniem różnych odznaczeń często wątpliwym moralnie postaciom.

 

Uwagi końcowe, refleksje, wnioski; odpowiadając na pytanie zawarte w tytule – czy nasze władze boją się prawdy – odpowiedź brzmi niestety jednoznacznie twierdząco.

Poniżej postaram się uzasadnić ten wniosek kilkoma argumentami, które jak sądzę, zaświadczą o tym dowodnie, a ponadto będą nader aktualne:

 

Znanym faktem jest, że nasze władze w całym okresie tzw. demokratycznej transformacji, starają się jak tylko mogą dogadzać oraz podlizywać się “wielkiemu bratu” zza oceanu. Czynili to np. nad wyraz widoczny także niektórzy nasi prezydenci L. Wałęsa, swoją kadencję rozpoczął od obśmiania Polski w kongresie USA, ku uciesze prawicowej gawiedzi tego kraju.

Zaś A. Kwaśniewski – podobno lewicowy, chociaż trzeba przyznać, sprawdził się przez swoje kadencje jako prezydent “wszystkich Polaków”, to jednak i on popełnił “grzech” lizusostwa. Jak wiadomo pierwszy przed innymi poważnymi krajami wyskoczył z deklaracją udziału naszego wojska w amerykańskiej awanturze irakckiej. Ponadto wielokrotnie demonstrował nadgorliwą działalność na rzecz interesów Ukrainy także po to, aby przypodobać się Ameryce. Natomiast nieżyjący Lech Kaczyński, aby przypodobać się USA, usilnie poszukiwał przeciwników Rosji aż w odległej Gruzji. Wiele różnego rodzaju wiernopoddańczych gestów wobec Ameryki wykonywali nasi dyplomaci. Choćby to “nieporozumienie” Fotyga, żebrząc wręcz o tzw. tarczę. Także aktualny minister ds. zagranicznych postępuje podobnie, błagając niemal na kolanach tego “wielkiego brata” o tą tarczę, a jeśli dotąd nic z tego nie wychodzi, to chociaż o stacjonowanie obcych wojsk w naszym kraju. Dlatego też, mimo zapaści finansowej naszego państwa, postanowiono wydać ok. 12 mld zł w ciągu najbliższych 4 lat na własną naszą tarczę.. Nieważne, że społeczeństwo potrzebuje np. lepszej opieki zdrowotnej, czy inwestowania w nowe miejsca pracy, to nasze władze wydają coraz większe pieniądze na tzw. misje pokojowe w obcych krajach oraz na drogie zabawki dla wojska. Uzasadnieniem tych poczynań ma być obrona przed ewentualnym atakiem Iranu lub innymi terrorystami. Tymczasem takie tłumaczenie trzeba włożyć między bajki, ponieważ owa tarcza wymierzona ma być przede wszystkim w Rosję.

 

Jeśli zaś idzie o tą naszą miłość do Ameryki, to może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby była ona odwzajemniona. Ale niestety tak nie jest. W praktyce nagminnie bywa odwrotnie. Pominąwszy bezcelowość pobytu naszych wojsk w Iraku, a obecnie w Afganistanie, gdzie pozostawiamy ginących naszych żołnierzy, ponosimy ogromne straty materialne, to jeszcze jesteśmy kantowani na wciskanym nam przestarzałym sprzęcie wojskowym za słone pieniądze. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o bezskutecznym, wieloletnim ubieganiu się nas, Polaków o te upragnione wizy.

 

Nasuwa się więc zasadnicze pytanie, dlaczego tak beznadziejnie lizusowsko i niehonorowo zachowują się nasze decydenckie władze? Otóż, wiele wskazuje na to, że chodzi o pozyskanie dla politycznych interesów amerykańskich – Ukrainy – jako kolejnej strefy wpływów tego kraju na wschodzie Europy. Mało tego, idzie także o to, aby uczynić z Ukrainy jeśli nie przeciwnika Rosji, to przynajmniej odizolowanego całkowicie od niej sąsiada.

 

Kto zatem najbardziej nadaje się do tego, aby z Ukrainy uczynić coś w rodzaju “przedmurza” antyrosyjskiego? Ano na pewno i najbardziej Polska.

 

To zadanie wykonują nasze elity polityczne z pełnym poświęceniem, świadcząc wiele przyjaznych gestów wobec Ukrainy, nie bacząc, że z tamtej strony zupełnie brak szerszej wzajemności. Nawiasem mówiąc, jeśli idzie o podlizywanie się naszych elit takiemu lub innemu “wielkiemu bratu” to chyba jest to już nasza niesławna tradycja.

 

Dlatego też zrozumiałą sprawą jest, dlaczego nasze władze nie upominają się o rozliczenie bandyckiego nacjonalistycznego lobby na Ukrainie, które jak wiadomo dalej się umacnia. Także nie ma tam obecnie żadnych oznak sprawiedliwego odniesienia się do popełnionych w przeszłości mordów, ze strony władz Ukrainy. Natomiast trzeba wyraźnie podkreślić, że zamiast podnosić tą problematykę u władz Ukrainy, nasze władze udają, że nie ma sprawy – ponieważ boją się, iż ten kraj na nas się obrazi, a my przed Ameryką “zaświecimy oczami”.

 

Pomysłem – w założeniu słusznym – na utrzymanie poprawnych stosunków z państwami Europy wschodniej miało być tzw. “Partnerstwo wschodnie”. Rozumie się przez to, że ma ono polegać na rozwijaniu i umacnianiu przyjaznych, wszechstronnych stosunków gospodarczych, kulturalnych i politycznych. Tymczasem dowodnie widać, iż ta inicjatywa realizowana jest dość słabo, a co gorsza nader wybiórczo względem różnych naszych wschodnich sąsiadów. Najbardziej zabiegamy o te dobrosąsiedzkie stosunki właśnie z Ukrainą oraz Litwą (która nawiasem mówiąc dość otwarcie demonstruje głęboką niechęć do Polaków). Lecz my na siłę pchamy się ze swoją przyjaźnią, przede wszystkim do tych dwóch krajów. Pozostali nasi wschodni sąsiedzi, jak Rosja i Białoruś, traktowani są zupełnie inaczej. Z Rosją np. toczymy niekończącą się wojnę o Katyń oraz o katastrofę smoleńską, a wraz z nią o wrak, wybuch, brzozę itp. tematy. Wcześniej jeszcze zwalczaliśmy inicjatywę Rosji w sprawie budowy rurociągu północnego – choć na pewno jak się okazuje z ewidentną stratą dla naszego kraju. Ostatnio wypłynął temat budowy rurociągu tzw. jamalskiego. W tym temacie również jesteśmy na nie, chociaż byłaby z tego znaczna korzyść choćby z opłat tranzytowych. Główne przyczyny tej naszej negacji są dwie. Jedna, to jak zwykle niechęć do Rosji, zaś druga to fakt, że przebieg tego rurociągu ominąłby Ukrainę, a ta nie miałaby z tego korzyści.

 

Widać z tego, że bardziej nam zależy na interesach Ukrainy niż na naszych własnych. Rosjanie oczywiście, jeśli idzie o wzajemne relacje, nie pozostają nam dłużni, nie mają zamiaru na siłę się z nami przyjaźnić, a często z powodów naszych niepoważnych zagrywek, nieźle się naszym kosztem bawią. Białoruś natomiast, chociaż jest państwem i narodem nigdy nie występującym przecie Polsce, to także traktowana jest przez naszych polityków nieprzyjaźnie. Głównym powodem tego jest obecny, nieakceptowany prezydent Łukaszenko. Ich władze także nie pozostają nam dłużne. Natomiast to “Partnerstwo wschodnie” wobec tych dwóch państw, sprowadza się do tego, że usilnie poszukujemy tam “demokratycznej opozycji”. Bowiem obydwa te kraje koniecznie chcemy nawrócić na naszą demokrację. Tymczasem póki co państwo nasze wspiera – nie tylko moralnie – np. pronacjonalistyczny Związek Ukraińców w Polsce, a także finansuje anypaństwową wobec Białorusi stację TVBiełsat.

 

Oceniając słuszną z założenia inicjatywę pod nazwą “Partnerstwo wschodnie”, sposób jej realizacji jest kompletnie wypaczony, a pozytywne efekty tej działalności, zupełnie znikome. Zamiast pogłębiania przyjaznych, wszechstronnych stosunków, mamy stosunki odwrotne, zwłaszcza w odniesieniu do Rosji, Białorusi, a także Litwy.

 

Na zakończenie wracając jeszcze pokrótce do akcji “Wisła” - wprawdzie nie ma powodu rozwodzić się nad tym tematem, ponieważ już wiele w tej kwestii wypowiedziano i napisano, podkreślę raz jeszcze jedynie fakt oczywisty, potwierdzony wieloma autorytetami znającymi tą problematykę, a brzmi on następująco: operacja ta była konieczna i zrealizowana przy zachowaniu wszelkich, obowiązujących norm prawa międzynarodowego. Zatem przy okazji nie można nie przypomnieć, że pierwszy senat I